Sophie spodziewała się końca świata, otwarcia wrót piekielnych, a przynajmniej nieustannego jazgotu nad uchem. Żadna z tych rzeczy jednak nie nastąpiła. Panowała cisza i spokój. Na Baker Street były to wysoce podejrzane okoliczności. Dwa dni temu wraz z panią Hudson odwiozła Johna i Sarę na lotnisko i po raz setny obiecała mieć oko na Sherocka, pilnować, by jadł i dzwonić w razie potrzeby nie zważając na godzinę. Dziewczyna miała wrażenie, że zostaje z dwulatkiem, a nie dorosłym mężczyzną, ale z drugiej strony przypuszczała, że opieka nad dzieckiem byłaby łatwiejsza. Holmes był jednak grzeczny, co prawda znikł bez słowa na dzień przed wyjazdem Watsona, ale pojawił się na Baker Street zaraz potem jak kobiety wróciły z lotniska.
Zaczęła się niepokoić dopiero, kiedy pani Hudson powiedziała jej, że Sherlock zrobił zakupy. Kupił nawet mleko. Właśnie dlatego wiedziała, że coś się szykuje. Sherlock Holmes nie robił zakupów, o pamiętaniu o mleku nawet nie wspominając. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko mogła robiła mu niezapowiedziane wizyty. Mimo jej podejrzeń o planowaniu jej zejścia z tego świata, detektyw wyłącznie mieszał coś w swoich tajemnych kadziach, grał na skrzypcach bądź czytał, nie zaszczycając jej przy tym słowem. Norton przypuszczała, że chciał udowodnić, iż nie potrzebuje Johna ani żadnej innej niańki, zwłaszcza takiej zza oceanu.
- Cholera jasna! - zaklęła. Tak przejmowała się tym, by Holmes nie wywołał trzeciej wojny światowej, kiedy była w pracy, że przytrzasnęła sobie palec montując ładunek wybuchowy w Daleku. - On mnie zabije…
- Sophie, szef cię prosi.
Kobieta wybełkotał pod nosem litanię profanacji. Była na planie dopiero dwie godziny, a dzień już zapowiadał się wspaniale.
- Już idę! - odkrzyknęła i powlekła się do biura dowództwa.
Steven siedział w swym iście szefowskim krześle, zachowując się tak władczo jak to tylko możliwe. Do pełni szczęścia brakowało jej już tylko pewnego irytującego detektywa.
- Norton, świetnie, że już jesteś - uśmiechnął się swym uśmiechem numer dziewięć zarezerwowanym dla personelu technicznego, który mieli brać za akt łaski.
- Chciał mnie pan widzieć?
- Tak, tak wejdź - polecił, po czym całkiem zmienił podejście, przeistaczając się z dobrodusznego wujaszka w restrykcyjną babcię. - A teraz powiedz mi, czemu zataiłaś przede mną swój stan?
Dziewczyna zamrugała, mając nadzieję, że pomoże jej to dostroić fale mózgowe na radio Moffat.
- Stan?
Producent konspiratorsko pochylił się nad biurkiem jakby chciał jej w końcu wyjawić, że jest kosmitą.
- Wiem, że niektóre przypadłości bywają wstydliwe, ale jesteśmy przecież rodziną. Rodzinie mówi się wszystko zwłaszcza jeśli twój stan jest tak poważny, że doktor Watson osobiście pofatygował się, żeby…
Sophie po nazwisku Johna nie słyszała niczego więcej. Wpadła w szok powiązany z niedowierzaniem i wyparciem. To było, kurka wodna, niemożliwe! Przestała się łudzić, kiedy poczuła na ramieniu dużą, męską dłoń. Odwróciła się pomału napinając wszystkie mięśnie, przygotowując się do mordu. Stała za nią jedyna osoba, która mogła być tak niebosiężnie walnięta, aby wykręcić podobny numer. Holmes uśmiechał się do niej, próbując imitować życzliwość Johna, przez co wyglądał jakby miał rozwolnienie.
- Pani Norton wymaga ciszy, spokoju i odpoczynku - oświadczył detektyw i wyciągnął z kieszeni papierowy bloczek, który wyglądał podejrzanie jak lekarskie zwolnienia. Nic dziwnego, bo właśnie tym był ów obiekt. Sherlock wypisał go na tydzień i podbił pieczątką Johna. - No, to skoro wszystko załatwione, to my już pójdziemy. Dziękuję, panie Moffat.
Amerykanka nie mogąc wyjść z szoku z otwartą buzią przyglądała się jak Holmes żegna się z jej szefem i holując ją za rękę wyciąga z gabinetu, a później ze studia. Odzyskała umiejętność koherentnego porozumiewania się dopiero kiedy wyszli na zewnątrz. Wyrwała się mu i zaczęła trząść, zastanawiając się jak powinna go zabić.
- Czyś ty do końca zgłupiał?! Nie dość, że właśnie popełniłeś przestępstwo, to jeszcze chcesz żeby mnie zwolnili? Dopiero co byłam na chorobowym nie mogę iść na drugie! I… - zamilkła w chwili konsternacji. - Jak znowu „wstydliwa" choroba, co żeś wymyślił, do diabła?!
Mężczyzna przyglądał się jej furii, czekając aż skończy jej się werwa i będzie musiała wziąć oddech.
- Nie określiłem dokładnie na co chorujesz. Uznałem, że lepiej zostawić to jego wyobraźni. Przedstawiłem mu jedynie zestaw badań jednego z pacjentów Johna, z którego na pewno nic nie zrozumiał. Nie zostaniesz zwolniona, bo ukazałem cię jako oddanego pracownika, który dobro produkcji ceni bardziej niż swoje zdrowie. Przypuszczam raczej, że dostaniesz podwyżkę - wyrecytował jednym tchem, jak miał to w zwyczaju i zamilkł jakby na coś czekając. - Należy mi się chyba podziękowanie, nie sądzisz?
Sophie przygryzła policzek i zaczęła niepokojąco warczeć, po czym skrzyżowała ramiona.
- Czego chcesz?
Holmes odchrząknął i zaczął iść oczekując, że dziewczyna pójdzie za nim. Po kilku metrach zorientował się, że się przeliczył.
- Jeśli sądzisz, że przesunę się o milimetr, zanim mi powiesz, co uroiło się w tej twojej makówce, to jesteś bardziej szalony niż myślałam.
- Czy ty zawsze musisz sprawiać problemy?
- Tobie? Zawsze - zapewniła i uniosła pytająco brew. - To właściwie, po co, ta cała szopka?
- Mam sprawę i potrzebuje pomocy, a Johna gdzieś wcięło.
- John pojechał do Nowej Zelandii, pamiętasz? - miała nadzieję, że Sherlock tylko prezentował swoje fochy i nie miał zaników pamięci. Wątpiła, aby mogła ścierpieć chorego Holmesa.
- Ważne, że go tu nie ma, a ja potrzebuję kogokolwiek.
Przez chwilę zmagali się wzrokiem, ale Sophie dobrze wiedziała, że nie wygra z tym upartym osłem. W końcu zrezygnowała i mrugnęła.
- Ale pod warunkiem, że nie będzie żadnych bomb, strzelanin ani pościgów - zastrzegła.
- Oczywiście - zgodził się niemal od razu i pociągnął ją za sobą w kierunku czekającej taksówki.
- Wiesz, że mam samochód? Nie potrzebujemy…
- Musimy utrzymać odpowiedni wizerunek - wyjaśnił. - Twój „samochód" się do tego nie nadaje. Poza tym nie chcę byś zmieniła zdanie - zmierzył ją krytycznym wzrokiem, jakby patrzył na coś obrzydliwego. - Zanim wtajemniczę cię w szczegóły musisz się przebrać.
Sophie nie mogła powstrzymać rosnącej mieszanki ogłupienia i zaintrygowania, gdy Sherlock podał jej z taksówki torbę z ubraniami. Zaczęła się coraz bardziej niepokoić.
- Czemu mam się ubrać w to? - wydusiła, przyglądając się niecodziennej kreacji. - I skąd w ogóle wziąłeś te rzeczy?
- Kupiłem. Spakowałem ci oczywiście w większości twoje ubrania, ale najważniejsze jest pierwsze wrażenie, a nie miałaś nic, co pasowałoby tam, gdzie idziemy.
- Spakowałeś mnie?! Z resztą wiesz co? Nieważne… ale jeśli lecimy na zjazd miłośników „Zmierzchu", to wejdę tam tylko z piłą łańcuchową.
Tym razem to Holmes miał totalnie zidiociałą minę.
- Wolę nie wiedzieć o czym mówisz, ale z tego co wiem nie ma to nic wspólnego z żadnym zmierzchem. Resztę powiem ci po drodze.
Sophie ponownie niepewnie przyjrzała się ubraniom. Chcąc nie chcą musiała przyznać, że sprawa ją zaciekawiła. No i nie często miała okazję paradować w podobnych ciuchach, a w dodatku Holmes obiecał, że nie będzie to nic niebezpiecznego. Co w końcu mogło się stać? Westchnęła. Wiedziała, że jeśli się zgodzi na bank będzie tego żałować. Dotknęła delikatnej tkaniny i poszła się przebrać.
Sherlock miał nadzieję, że Norton nie będzie mu sprawiać problemów, a przynajmniej nie większych niż zazwyczaj. Na razie nie rzuciła się na niego z pięściami, a to był ogromny plus. Oczywiście wolałby wziąć ze sobą Johna, chociaż nie wiedział, czy ten zgodziłby się mu towarzyszyć w podobnym evencie. Watson był stanowczo zbyt wyczulony na opinię innych. Myśli o Johnie przerwało mu otwarcie drzwi i masa tiulu atakująca go od wejścia. Powinien wybrać spódnicę, która nie była tak rozkloszowana i nie wystawałaby tak ostentacyjnie spod jej płaszcza… Choć z drugiej strony Norton wyglądała dobrze. To, że dobrał rozmiar nie było dla niego niespodzianką, ale nie spodziewał się, że nie zostanie za to zbesztany.
Sophie uniosła brew widząc, że detektyw bacznie się jej przygląda.
- Co?
- Nie dziwisz się, że dopasowałem rozmiar - odparł, przygotowując się, żeby zrobić unik.
- Grzebałeś w mojej bieliźnie. Zdziwiłabym się, gdybyś się pomylił.
Sherlock słysząc to odsunął się od niej najdalej jak mógł. Przekonał się, że choć Norton na to nie wyglądała, potrafiła uderzyć tak, aby zabolało. Dziewczyna widząc jego reakcje parsknęła śmiechem.
- Gdybyś nie był tak aseksualny może i bym się przejęła, ale w tej sytuacji nie masz się czym martwić. Wiem, że sex cię nie interesuje i że moje majtki są dla ciebie tak samo podniecające co moje skarpetki.
- Nie ma żadnej sytuacji i wcale się nie martwię! - oburzył się. - Nie chodzi o to, że sex mnie nie interesuje. Po prostu w przeciwieństwie do reszty społeczeństwa mój mózg panuje nad tak prymitywnymi żądzami. Jestem zbyt związany ze swoją pracą, by przejmować się zbędnymi sentymentami.
Teraz to Sophie chciała się odsunąć, ale masa tiulu skutecznie jej to utrudniała. Widocznie zraniła jego męską dumę, co było dla niej nowością. Wiedziała, że Holmes miał ego przewyższające Mont Everest, ale sądziła, że miało ono czysto inteligenckie podłoże niezwiązane z jego libido. Kątem oko przyjrzała się nabzdyczonemu detektywowi, zastanawiając się, czy nie był prawiczkiem. Nie była obiektywna, ale szczerze wątpiła, żeby był w stanie zaciągnąć do łóżka dziewczynę. Jego inteligencja była co prawda cholernie seksowna i wyglądał nie najgorzej, ale usposobienie całkowicie to nadrabiało i przeważało szalę z sex maszyny na stronę mega dupka. Właściwie prócz niej, Molly i pani Hudson nie słyszała, aby wspominał kiedykolwiek jakąś kobietę… Czyżby wolał mężczyzn?
- Co do…?! - zaklęła, gdy rzucił jej w twarz gazetę.
- Spójrz na artykuł na stronie 4 - polecił, uparcie patrząc za okno.
Sophie otworzyła gazetę na wskazanej stronie. Na dzień dobry przywitało ją zdjęcie ogromnego, luksusowego liniowca wycieczkowego, pod którym widniał tytuł „Ostatni rejs Tilly Briggs". Chciała przeczytać artykuł, ale Sherlock uznał, że widocznie jej umiejętności składania literek są niewystarczające i szybciej będzie, jeśli osobiście wszystko streści.
- Tilly Briggs to jeden z najbardziej ekskluzywnych liniowców w kraju. Od 3 pokoleń należy do rodziny Matildsów, znanych armatorów. To ich perła koronna. Od czterech rejsów bajka zmieniła się jednak w horror. Kilka osób zostało poważnie rannych…
- O nie, nie, nie. Proszę zawracać - natychmiast nakazała taksówkarzowi.
- Co znowu?
- Co? - dziewczyna zrobiła się cała czerwona. - Powiedziałeś, że nie będzie żadnych mordów. Na mój gust brutalne pobicia nie odbiegają od tego za bardzo. Nie nadaję się na pogromcę zła. Gdy byliśmy mali mój młodszy brat próbował uczyć mnie boksować. Przestał po tygodniu, bo stwierdził, że jestem do bani. Miał wtedy siedem lat.
- Oni nie zostali pobici - sprostował wzdychając. - Tylko pogryzieni. Wielu świadków widziało również podejrzaną postać skradającą się w mroku, która zmieniała się w wielkie czworonożne zwierzę. Uznałbym to za bajkę, gdyby nie ślady pazurów i zębów, które znalazłem wcześniej na pokładzie. Oczywiście zaraz je zatuszowano nie chcąc wzbudzać paniki. Pogryzieni pasażerowie cierpią na gorączkę nieznanego pochodzenia. Ich rodziny wniosły pozew zbiorowy przeciwko Matildsom. To ma być ostatni rejs Tilly Briggs.
Sophie opadły ręce.
- Chcesz powiedzieć, że ta łajba jest nawiedzona, a my idziemy polować na wampiry?
- To wspaniała sprawa. Nie mogłem przegapić takiej okazji.
Dziewczyna mimowolnie uśmiechnęła się widząc jego podekscytowanie. Dorosły facet, a zachowywał się jak dziecko w sklepie z zabawkami, któremu pozwolono kupić co tylko chciał. Wampir na statku, cóż to na pewno było coś nowego, chociaż czy nie powinien on raczej bać się wody? Zaraz… w głowie zapaliła się jej mała ostrzegawcza lampeczka.
- Właściwie, to po co jestem ci potrzebna?
Sherlock nie odpowiedział, bo właśnie dotarli na miejsce. Detektyw wypadł z auta jak z procy, zapłacił taksówkarzowi i wyciągnął z bagażnika dwie walizki. Sophie z rozbawianiem stwierdziła, że jego walizka była większa. Podejrzewała, że cała sprawa jest bardziej skomplikowana niż na to wyglądała zwłaszcza, że Holmes ruszył w tłum nie oglądając się na nią. Dobrze wiedział, że była zbyt zaintrygowana, żeby wrócić na Baker Street. Wzięła głęboki wdech i wysiadła z samochodu, starając się mentalnie przygotować na to, co ją czeka.
Idąc wśród masy ludzi w kierunku nawiedzonego statku zauważała, że nie tylko ona była niecodziennie ubrana. Im bardziej zbliżała się do traktu, tym więcej osób wyglądało jakby urwało się z goth party. Długie płaszcze, krynoliny, glany i mocno przesadzony makijaż dało się zauważyć dosłownie wszędzie. Oczywiście, że kiedy ludzie dowiedzieli się o niebezpiecznym rejsie zamiast zachować się rozsądnie, rzucili się do kas po bilety. Zwłaszcza tacy, których fascynowały najróżniejsze makabreski. Była pewna, że większość z tych młodziaków marzyła, aby zostać ugryzionym przez wampira i stać się jednym z dzieci nocy.
Gdyby Holmes nie złapał jej za ramię nie zauważyłaby go. Stał w kolejce na pokład, idealnie pasując do otoczenia. Oprócz postawionego kołnierza i rozpiętego płaszcza ukazującego czarną koszulę wyglądał tak jak zawsze, ale wśród miłośników horrorów zdawał się być w końcu na swoim miejscu. Zgiełk był zbyt duży, by dała radę uzyskać odpowiedź na dręczące ją pytanie. Pozostawało jej tylko czekać, ale z każdą chwilą, z którą zbliżali się do kontroli biletowej gula niepokoju rosła jej w gardle. Rzeczywistość przerosła jednak jej oczekiwania.
Oficer sprawdzający bilety uśmiechnął się do nich, oślepiając ją bielą zębów po oczach.
- Pan Holmes z małżonką. Witamy na Tilly Briggs. Państwa kabina jest na drugim pokładzie, numer 28.
Dobrze, że Holmes złapał ją pod rękę, bo o mało nie zemdlała słysząc to i widząc baner witający wszystkich uczestników „Rejsu pożądania".
- Wiesz co, Holmes? Chrzanić Croftiego, zabiję cię.
