Henri wiedział, że babka Josephine miała racją mówiąc, by nie płynął w ten rejs, bo strasznie swędzi ją lewa pięta, a każdy Potier wiedział, że zwiastuje to ciąg zdarzeń dziwnych i niewyjaśnionych. Oczywiście ostatni rejs statku, na którym grasował wampir już z założenia nie mógł być normalny. Henri pracował na Tilly Briggs od 3 lat, podczas których widział i słyszał wiele dziwnych rzeczy, ale rzadko kiedy miał przy barze gościa, który za cel postawił sobie zalanie się w trupa, nim statek wypłynie z portu. Jeszcze rzadziej były to kobiety, a ta była pierwszą z nich, która nie miała pięćdziesiątki na karku i gór botoksu na twarzy. Dyskretnie zerknął na jej biust. On też wydawał się być naturalny. Historia grasującego krwiopijcy ściągnęła wielbicieli horrorów i to głównie tych „hardkorowych" nie tylko z całej Anglii, ale nawet z kontynentu. Młoda kobieta nie wyglądała na fankę grozy w przeciwieństwie do mężczyzny, który przyprowadził ją do baru i z ostentacyjną wściekłością oddał jej swoją kartę kredytową. On z pewnością wyglądał na jednego z tych, którzy w domu z umiłowaniem kultywują motyw ludzkiej czaski, na ścianach wieszają martwe zwierzaki, a w sypialnej alkowie mają zamiłowania do pejczy i kolczatek.

Dziewczyna, jakby myśląc o tych samych dewiacjach co on, duszkiem wychyliła trzecią szklankę whiskey. Henri nie czekając na zamówienie ponownie ją napełnił.

- Na mój koszt. Chyba się przyda.

- Nawet nie masz pojęcia - wybełkotała z amerykańskim akcentem i wzięła potężny łyk.

Czarnoskóry barman zabrał się za przecieranie szklanek, co chwila zerkając na nieszczęśliwą kobietę.

- Z doświadczenia wiem, że na kłopoty sercowe najlepsze jest wygadanie się. A kto lepiej zna się na sercowych kłopotach jak francuski barman?

Dziewczyna słysząc jego słowa dostała mentalnego kopa.

- Proszę, zostawmy moje kłopoty, zwłaszcza te… „sercowe" w spokoju. Powinnam poprosić Croftiego o podwyżkę - wybełkotała pod nosem, wracając do lustrowania brunatnej cieczy.

Henri zmarszczył brwi. O podwyżkę? Nie wyglądała na damę do towarzystwa i na pewno nie zachowywała się jak taka. Jedno było jednak pewne.

- Wolałaby pani być gdzie indziej - zagadnął, zabierając się za wycieranie kolejnej szklanki.

- Gdziekolwiek, to chyba najlepsze słowo.

Barman cmoknął ustami z dezaprobatą.

- Nie chcę się mądrzyć ani filozofować, ale…

- Pracujesz przy barze, nie umiesz inaczej.

- Też prawda - przyznał. - Nasłuchałem się tu takich rzeczy, że Oprah wysiada, ale utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że moja babcia ma zawszę rację.

Dziewczyna popatrzyła się na niego i na swoją szklankę, zastanawiając się czy przypadkiem nie miała jednej, czy dwóch za dużo.

- Twoja babcia?

- Babcia Josephine zawsze mówi, że życie w dziesięciu procentach składa się z tego co nas spotyka, a w dziewięćdziesięciu z tego, jak na to reagujemy. To piękna łajba, pełna atrakcji i… właściwie to mamy teraz więcej świrów niż ciekawych ludzi, ale to też może być na swój sposób interesujące. Ale, co najważniejsze - pochylił się do przodu i ściszył głos. - Masz kartę kredytową tego dupka.

Amerykanka zmarszczyła czoło, próbując zmusić mózg do pracy na wyższych obrotach, pomimo obłoków alkoholowej pary kłębiącej się jej pod kopułą. Trybiki obracały się i obracały, a wyraz zniechęcenia na jej twarzy ustępował miejsca złowróżbnemu uśmiechowi i podejrzanym iskierkom w oczach.

- A zatem panie filozof - uniosła szklankę w górę wznosząc toast. - C'est la vie.


Cały dzień nie robił nic prócz obserwowania prawie tysiąca pasażerów i ponad stu członków załogi, wybierając przy tym z tłumu podejrzanych. Na razie zauważył dziesięciu kieszonkowców, czterech złodziei dzieł sztuki, pięciu oszustów, ośmiu dealerów, dwóch mężczyzn z programu ochrony świadków, siedemnastu gangsterów i więcej osób zdradzających swoich małżonków niż chciało mu się liczyć. Co najważniejsze nie spotkał jednak ani jednego wampiropodobnego stwora ani żadnej jego pochodnej.

Całodzienny wysiłek okazał się kompletnie bezowocny, a teraz w dodatku był zmuszony użerać się z zakałą swego żywota, tylko po to, aby nie wzbudzić podejrzeń na bankiecie zapoznawczym. Doprawdy, te wszystkie normy społeczne były całkowicie bezsensowne. Czemu wymagano, aby pojawiano się na takich wydarzeniach z osobą towarzyszącą? Zwłaszcza taką, z którą wiązały się bezwartościowe sentymenty? Sentymenty połączone z kobietami były zaś mieszanką tak wybuchową, że nawet on wzdrygał się na samą myśl o nich. Tym bardziej w bezpośrednim związku z jego osobą.

Stanąwszy przed drzwiami do swej kabiny poprawił kołnierz i bez pukania wparował do pokoju. Zyskanie przewagi nad Amerykanką na samym początku było jego jedyną nadzieją na uniknięcie wyżymającego mózg marudzenia. Miał zamiar uzyskać ją choćby przez rozpęd, różnicę wzrostu i niepokojący wygląd.

- Ubierz się w czarną sukienkę z gorsetem i ogarnij się. Za dwadzieścia minut musimy wyj…

Zamilkł w pół słowa, widząc czarne glany leżące za łóżkiem. Jednak to nie one, a ciało je wypełniające było powodem ciszy. W gwoli jasności było ono nieruchome.

- Norton? - zapytał, mając nadzieję, że to kolejny z jej durnych dowcipów. - Przestań się wygłupiać i…

Ponownie przerwał, kiedy podszedł na tyle blisko, by zobaczyć co jest za łóżkiem. Amerykanka leżała twarzą do ziemi w czerwonej kałuży i uparcie odmawiała bycia żywą przynajmniej na pierwszy rzut oka. Sherlock wiedział jednak, że nie należy wierzyć pierwszemu rzutowi oka i podszedł bliżej uważając, aby w razie czego nie zatrzeć śladów. Czy ona nawet umrzeć musiała w najmniej odpowiednim momencie? Jakby nie mogła poczekać, żeby wkurzyć mordercę za kilka godzin już po skończeniu bankietu zapoznawczego.

Ostrożnie ukląkł przy zwłokach, a jego nozdrzy doleciał zapach sfermentowanych owoców. Szybko złapał ją i przekręcił na bok. Ta zidiociała baba przytulała pustą butelkę wina i miała przy tym czelność się uśmiechać!

- Norton! - ryknął. Jego ryk pozostał jednak bez odpowiedzi.

Detektyw nie miał zamiaru zdzierać sobie przez nią gardła. Wstał i podszedł do lodówki, po czym wrócił ze szklanką wody, której zawartość natychmiast wylądowała na domniemanych zwłokach, przez co te niemal od razu poderwały się na równe nogi.

- Co, do diabła?! - wrzasnęła totalnie zdezorientowana Sophie. Nie było to jednak najlepszym pomysłem, bo poskutkowało przesunięciem się zawartości jej żołądka ku górze.

- Uszykuj się. Niedługo musimy wyjść - oznajmił detektyw grzebiąc w jej walizce w poszukiwaniu czegoś bliżej nieokreślonego.

- Sprecyzuj „niedługo" - poprosiła łapiąc się za głowę, czym zyskała sobie zdziwione spojrzenie.

- Żadnych oszczerstw, pretensji ani uszczypliwych komentarz? Jesteś bardzie pijana niż podejrzewałem.

- Postanowiłam, że będę się dobrze bawić. Ty sobie ganiaj te potwory i rozwikłuj tajemnice, jeśli chcesz. Ja tymczasem będę pławić się w luksusach. A teraz daj mi to - wyrwała mu z rąk czarną sukienkę i zamknęła się w łazience, pozostawiając detektywa z przemożnym wrażeniem, że odzyskanie karty kredytowej nie przyjdzie mu łatwo.


- Następnym razem wybierz coś mniej swędzącego - warknęła próbując nie zdrapać się do kości. Czemu Holmes przy całym swym geniuszu nie mógł wyjść ponad męską przeciętność i pomyśleć, iż koronka choć piękna, bywa przeważnie strasznie drażniąca?

- Spodziewasz się, że będzie następny raz?

- Zacznijmy od tego, że nie spodziewałam się nawet pierwszego - sfrustrowana dziewczyna zacisnęła dłonie, którymi wcześniej z wielką werwą drapała się po udach. Nie robiła tego zbyt dyskretnie przez co musiała znosić wzrok starszej pary idącej z boku, która głośno zastanawiała się jaka wstydliwa choroba może wywoływać tak nieprzyjemne objawy.

- Niestety było to konieczne. Nie mógłbym pokazać się z tobą, gdybyś wyglądała jak zwykle. Zwłaszcza, że siedzimy przy stoliku z Lordem Levisem z departamentu stanu, Maxwellem Corneyem szefem największego w kraju banku krwi i z Margaret Thatcher.

Sophie przestała się drapać.

- Siedzimy przy stole z Żelazną Damą?!

- Co? Nie bądź śmieszna - oburzył się. - To tylko zbieżność nazwisk. Co miałaby tu robić była premier? Nasza Margaret to żona potentata kleików dla dzieci, której kochanek jest przewodniczącym londyńskiego fanklubu horrorów.

- Sprawdzałeś ich wszystkich na facebook'u?

- W przeciwieństwie do ciebie czytam gazety. Z resztą to drogi rejs. Większość pasażerów można wygooglać jeśli zna się ich personalia, ale mi wystarczy dedukcja.

Dziewczyna wywróciła oczami. Musiała przestać to robić, bo w towarzystwie Sherlocka przewracała je tak często, że któregoś razu nie będzie mogła wywrócić ich z powrotem.

- Ty i ta twoja dedukcja zwyczajnie…

Sherlock nie dowiedział się co robi on i jego dedukcja, bo właśnie w tej chwili dziewczynę zamurowało. Czuła się jakby właśnie weszła na plan zdjęciowy Titanica. Iście barokowa sala bankietowa, której każdy kąt zajmował marmur, dąb, kryształ lub złoto zapierała dech w piersiach. Światło z ogromnych kandelabrów odbijało się w wszechobecnych lustrach i ogromnym akwarium, którego nie powstydziłoby się żadne oceanarium. Wszystko to doprawione było delikatnym jazzem granym przez orkiestrę we frakach i wręcz przestrojonymi neogotyckimi gośćmi. Sophie niepewnie dotknęła sznurka pereł po babci przystrajającego jej szyję. W porównaniu do biżuterii innych kobiet wyglądały jakby ostrygi, które je wyprodukowały były ubogimi krewnymi całej reszty morskich skorupiaków.

Z gorączkowego rozmyślania nad pytaniem „co ja tutaj, do cholery, robię?" wyrwała ją dłoń Holmesa, którą objął ją w pasie.

- Uśmiechaj się - polecił szeptem, sam wyszczerzając się do wszystkich wokół jak totalny idiota. - I pamiętaj. Poznaliśmy się pół roku temu, kiedy konsultowałaś do serialu w Scotland Yardzie wygląd zwłok po kilkutygodniowym rozkładzie. Mój geniusz zwalił cię z nóg i wszystko potoczyło się błyskawicznie. Jesteśmy po ślubie od dwóch miesięcy. Była to rodzinna, cicha uroczystość w Szkocji. Nie ujawniamy się przez moją pracę. Wszystko jasne?

Sophie niczym ryba na przemian otwierała i zamykała usta. Kiedy w końcu doprowadziła się do stanu używalności i chciała na niego nawrzeszczeć, została bezceremonialnie posadzona na krześle.

- Witam państwa. Nazywam się Sherlock Holmes, a ta urocza istota, to moja żona Sophie. Niezwykle miło nam państwa poznać.

Norton czując na ramieniu rękę Sherlocka, którą delikatnie gładził jej skórę, wiedziała, że jest na takim rauszu, że ma zwidy. Nie było możliwości, aby ten idiota mógł być tak uroczy, nawet na niby! Syknęła, czując ból w kostce. Czy on właśnie ją kopnął? Po kiego… dopiero w tym momencie zorientowała się, że starszy blady mężczyzna, niepokojąco przypominający bezwłosą świnkę morską, pocałował ją w rękę.

- Niezmiernie miło mi poznać - wybełkotała, nie wiedząc czy ma się do niego uśmiechnąć, czy uciec na drugi koniec sali. Na ostatie rozwiązanie wskazywał wzrok siedzącej za mężczyzną damy, która z kolei wyglądała niczym wyleniały pawian.

Reszta towarzystwa przypominała bociana, morsa, stary fotel i… Sophie nie mogła zdecydować czy imienniczka byłej premier wyglądała bardziej jak purchawka, czy biała glizda, którymi z takim umiłowaniem zajadał się Bear Grylls. Dziewczyna starała się jednak nie zwracać na nich zbytniej uwagi, próbując nie zadławić się, doświadczając odmienionej wersji Sherlocka. Życzliwego i uprzejmego mogła znieść, ale gdy na pokaz objął ją i pocałował skroń, opowiadając o ich spotkaniu, miała ochotę wbić mu widelec w oko. Swoją drogą nie wiedziała, co byłoby bardziej interesującą romantyczną anegdotą. Spotkanie oczu i braterstwo dusz zawiązane w kostnicy nad nadgniłym trupem, czy bomba i ganianie za sobą z siekierą?

Na tak przyjemnych rozważaniach minęła jej przemowa kapitana i przystawki. Wszystko szło zgrabnie, póki nie podano głównego dania. Na widok pieczeni jagnięcej w towarzystwie czegoś, co niepokojąco przypominało białe glizdy zrobiło jej się niedobrze. Holmes musiał to chyba zauważyć, bo wziął ją pod rękę i zabrał od stolika. Dziewczyna odetchnęła z ulgą, przynajmniej póki nie zboczyli z kursu do łazienki w stronę parkietu.

- Holmes, zaraz się porzygam - wysyczała, starając się mu wyrwać.

- Po stanie twych źrenic i tętnie sądzę, że zwrócisz nadwyżkę alkoholu dopiero za pół godziny. Ruch dobrze ci zrobi.

- Jeśli próbujesz mi wmówić, że się o mnie troszczysz, to…

- Nie bądź śmieszna - fuknął, wprowadzając ją między tańczące pary. - Stąd mogę niezauważenie obserwować więcej osób.

- Oczywiście - nie mogła powiedzieć nic więcej, bo detektyw zaczął ją obracać w rytm „When a man loves a woman", przez co zrobiło jej się jeszcze bardziej niedobrze.

Po dziesięciu minutach pląsania po parkiecie Sophie była niczym więcej jak szmacianą lalką, którą Holmes ciągał za sobą z kąta w kąt. Musiała przyznać, że te jego długie nogi wiedziały co robią. Był zdecydowanie lepszym tancerzem niż ona, co nie było wielkim osiągnięciem, bo praktycznie wszyscy spełniali to kryterium, ale Sherlock błyszczał na ich tle niczym Barysznikow wśród ludowego zespołu pieśni i tańca. Obrócił ją kilka razy i posadził na pobliskim krześle, które właśnie się zwolniło. Amerykanka mimo zawrotów głowy zobaczyła, jak detektyw chyłkiem podbiera tacę z drinkami i jak gdyby nigdy nic wchodzi w drzwi dla personelu.

Dziewczyna zamrugała. To chyba znaczyło, że była już wolna. Cokolwiek to znaczyło młodszy z Holmesów mógł ją cmoknąć w pośladkowy większy. Zebrała się w sobie i chwiejnym krokiem wyszła zaczerpnąć świeżego powietrza.


Niższy pokład był pusty. Opierając się o burtę, z dala od świateł przyjęcia i ogólno panującego zgiełku, podziwiała skrzące się gwiazdy i ledwie widoczne brzegi Wielkiej Brytanii. Morska bryza delikatnie chłodziła jej twarz, a równe kołysanie przyprawiało o mdłości. Zgoła przyjemny, lecz surrealistyczny wieczór popsuło jej wyrzyganie kolacji za burtę. Nie cierpiała tego. Nie miała mocnej głowy i po choćby małej libacji zawsze lądowała z głową w kiblu udając lwa. Najgorsze było, gdy podczas wymiotów włosy, choć krótkie i tak wpadały jej do buzi. A propos włosów, to ktoś właśnie trzymał je dla niej w górze. Kiedy skończyła spodziewała się znaleźć za sobą Sherlocka, a nie młodego, chudego i wysokiego bruneta, który choć mogłoby tak wydawać się z opisu, nie był jej upierdliwym sąsiadem. Ten brunet wyglądał raczej jak anemiczny student informatyki, który żyje na kawie i słonych paluszkach, a światło spotyka jedynie w ekranie monitora. No i oczywiście jak przystało na nerda miał wielkie okulary i książkę pod pachą.

- Dzięki.

- Nie ma sprawy - odparł nieśmiało nastolatek. - Sporo osób przychodzi tu sobie ulżyć, ale zwykle jest to dużo później.

Sophie roześmiała się zażenowana. Nie ma to jak zrobić rzygające pierwsze wrażenie.

- Cóż mogę powiedzieć? Wcześnie zaczęłam - po raczej nieudanej próbie rozładowania atmosfery zaległa jeszcze bardziej kłopotliwa cisza. Trzeba było szybko znaleźć nowy temat. Nagle spłynęło na nią objawienie. - To tomik Crane'a?

Chłopak podskoczył, kiedy się do niego odezwała i przyjrzał się książce jakby nie wiedząc co właściwie trzyma.

- Tak, lubię go, choć większość uważa, że jego wiersze są makabryczne.

- Bo są, ale to nie znaczy że są złe. Czekaj, jak to szło? „Na pustyni ujrzałem stwora, bestię nagą. Przykucnął, żarł serce trzymane na dłoni. Spytałem: Dobre, przyjacielu? Gorzkie ono, gorzkie - odpowiedział - ale mi smakuje, bo jest gorzkie…"

- „I to serce moje" - dokończyli razem.

Chłopak roześmiał się i z niedowierzaniem pokręcił głową.

- Nigdy bym nie zgadł, że piękna, rzygająca dama będzie dla mnie recytować Crane'a w świetle księżyca.

- Świat jest pełen niespodzianek - zgodziła się, mimowolnie widząc oczami wyobraźni Sherlocka i jego wyskoki. - Szkoda, że nie zawsze tak przyjemnych.

Sophie odwzajemniła uśmiech chłopaka. Nie był on zbyt przystojny, ale miał w sobie coś, co nie dawało go nie lubić.

- Zaraz, czy to kły? - zapytała, zbliżając się do niego. - Wyglądają jak prawdziwe.

- Skąd wiesz, że nie są? Może jestem wampirem grasującym po statku i chcę cię ukąsić.

Dziewczyna nie wytrzymała i otwarcie buchnęła śmiechem. Przypuszczała, że jego młodzieńcze hormony nie miałyby nic przeciwko, gdyby dobrał się do jej szyi, ale raczej nie w celu zjedzenia kolacji. Jej lekceważenie widocznie go jednak uraziło, bo chłopak przygryzł usta i złapał ją za rękę.

- Nie śmiej się ze mnie!

- Co ty wyprawiasz? To boli. Puszczaj, bo będę krzyczeć!

Próbowała się wyrwać, ale chłopak pomimo że anemicznie chudy, był od niej dużo silniejszy. Zrobiła więc jedno, co przychodziło jej na myśl. Dołożyła mu kolanem w krocze. Nastolatek złożył się niczym plażowy leżak, ale gdy chciała uciec złapał ją za kostkę i przewrócił.

- Czekaj, nie uciekaj! - krzyknął, próbując zatkać jej usta, lecz Sophie wyćwiczona latami potyczek z młodszym bratem zastosowała chwyt stary jak świat. Ugryzła go w rękę.

Chłopak zawył z bólu, a ona do wtóru zaczęła drzeć się o pomoc.

- Przestań, do diabła! - warknął, przyciskając ją do ziemi. - Mówię, że…

Sophie nie dowiedziała się co chciał powiedzieć, bo usłyszała kroki, a z nimi pojawiło się światło. Ktoś musiał ją usłyszeć. Pewnie jakiś marynarz, bo nie sądziła, aby pasażerowie nosili ze sobą latarki. Jej wybawca jednak wcale się nie liczył. To napastnik przykuł całą jej uwagę. Nic dziwnego, krzyczał i drapał się po twarzy, gdy ta się mu paliła. Pod wpływem światła blada skóra czerniała i pękała, a pod jej powierzchnią pojawiały się pęcherze. W niewyobrażalnej agonii chłopak zeskoczył z niej i uciekł, znikając w ciemności.

Nie wiadomo dlaczego Sophie ani marynarz nie pobiegli za nim. Znieruchomieli, nie chcąc uwierzyć w to, co zobaczyli.


Wiersz „Na pustyni" Stephena Crane'a. Szczerze polecam jego dzieła jeśli ktoś lubi podobne klimaty. Facet był genialny.