Podobno kac jest nieodłączną częścią życia, ktokolwiek tak powiedział powinien się cieszyć, że nie był w pobliżu Sophie, bo niechybnie skończyłby przynajmniej z jednym z jej obcasów w tyłku. Dziewczyna niechętnie musiał przyznać, że przesadziła z tym całym znieczulaniem się, zwłaszcza iż dobrze wiedziała, że jej głowa nie należy do najmocniejszych. Przeklinając się w duchu przygryzła usta i podniosła filiżankę z herbatą, starając się za wszelką cenę powstrzymać drżenie rąk, które paradoksalnie nie miało nic wspólnego z upojeniem alkoholowym. Po chwili zrezygnowała jednak z picia i odstawiła porcelanę na stół, nie mogąc zmusić się do otwarcia ust, bo niosło to ze sobą wysokie ryzyko puszczenia pawia. To także nie była wina procentów, a raczej widoku palącej się skóry i zapachu wędzonego mięsa, które nie chciały opuścić jej świadomości.
Sophie głębiej wtuliła się w koc, chcąc ukryć się przed nieprzyjemnymi wspomnieniami. Nawet nie chciała myśleć co stałoby się z nią, gdyby nie marynarz, który właśnie tamtędy przechodził. Ukradkiem zerknęła na rudego oficera, który już chyba po raz trzeci po cichu tłumaczył wszystko kapitanowi i panu Matildsowi, właścicielowi liniowca, którzy z jakiegoś dziwnego powodu nie chcieli uwierzyć, że na ich statku grasuje gość z kłami i spaloną twarzą. Sophie jęknęła słysząc zbliżające się do ambulatorium kroki. Mógł być to oczywiście lekarz - którego jak to przystało na służbę zdrowia oczywiście gdzieś wcięło, kiedy był potrzebny - ale Amerykanka zbyt wiele razy słyszała te szybkie, sprężyste i długie kroki, by pomylić je z jakimikolwiek innymi. Z resztą w tej chwili dużo bardziej przydałby się jej psychiatra z garścią psychotropów niż jakikolwiek inny specjalista.
Jakby na zawołanie drzwi do kabiny otworzyły się ukazując wysoką, posępną postać, w której oczach żarzyła się chęć mordu. Holmes rzucił okiem na wszystkich okupantów pokoju i nie tracąc więcej czasu podszedł do Sophie i uklęknął koło niej.
- Na Boga, co ci się stało, kochanie? - spytał na tyle głośno, by inni mogli usłyszeć i przynajmniej na chwilę zostawić ich w spokoju. Sherlock ujął jej dłonie i zaczął je delikatnie masować, chcąc ją uspokoić. Czułe słowa i gesty kontrastowały z nienawistnym spojrzeniem, którego nikt prócz Sophie nie mógł zobaczyć.
Dziewczyna zacisnęła zęby i pochyliła się do przodu.
- Gdzieś ty był, do jasnej cholery? - wysyczała szeptem.
- Prawie udało mi się wejść do maszynowni, kiedy usłyszałem w interkomie, że jestem pilnie proszony do ambulatorium. Udałem się tu mając nadzieję poprawić sobie humor wieścią, że w stanie wskazującym wypadłaś za burtę i przez resztę rejsu będę miał cię z głowy. Jak widać moje nadzieje okazały się płonne - skwitował zawiedzony. - Czy chociaż raz mogłabyś nie przeszkadzać mi w prowadzeniu śledztwa bezustannym prezentowaniem typowego dla twych rodaków braku mózgu?
Sophie ścisnęła ręce detektywa chcąc zadać mu chociaż trochę bólu, bo niestety podczas swej tyrady język nie zawiązał mu się na supeł i nie ugrzązł w gardle. Czasami zastanawiała się jak to możliwe, by ktoś mówił tak szybko i był jednocześnie w stanie oddychać.
- Przepraszam bardzo, że miałam czelność zostać zaatakowana przez wampira.
- Było trzeba nie błąkać się niewiadomo gdzie na statku pełnym nietrzeźwych, niewyżytych seksualnie gotów.
- Było trzeba wcześniej powiedzieć mi, że zostaliśmy małżeństwem, a nie postawić mnie przed faktem dokonanym - wymamrotała z dziką furią, przepychając własnym czołem jego pustą głowę do tyłu. - Do czegoś takiego przeważnie potrzebna jest zgoda dwóch zainteresowanych stron.
- Przecież to tylko przykrywka. Z resztę gdybym wtajemniczył cię w szczegóły nie zgodziłabyś się - skontrował, i odepchnął ją czołem na wyjściową pozycję. Poczym odsunął się, nie chcąc zarazić się jej idiotyzmem.
- No właśnie. Nie zgodziłabym się, a co za tym idzie nie doznałabym szoku, nie spiła w trupa, nie poszła zaczerpnąć powietrza i nie została zaatakowana przez siłę nieczystą!
- Możesz w końcu przestać przesadzać? Jestem pewien, że…
Sophie złapała jego twarz i przysunęła tak blisko do swojej, że tym razem niemal stykali się nosami.
- Nie kapujesz. To był prawdziwy wampir, z prawdziwymi kłami i całą resztą.
Holmes jedynie zmarszczył brwi. Do tej pory zdążył się już przyzwyczaić, że Norton nie bacząc na cokolwiek przerywała mu, kiedy tylko jej się podobało. Co samo w sobie było oczywiście nie do wybaczenia, ale do tej pory jej pretensje były przynajmniej po części uzasadnione.
- Ilość alkoholu w twoim krwioobiegu mogła spowodować…
- Gęba mu się zjarała - to wyraźnie zbiło go z tropu.
- Co proszę?
- Skóra na twarzy zaczęła mu się palić pod wpływem światła.
Sherlock jeśli to możliwe jeszcze bardziej zmarszczył brwi, wyglądając z bliska niczym wyleniała sowa i to taka w kiepskim nastroju. Lustrował ją przez chwilę i najwyraźniej doszedłszy do jakiegoś wniosku wstał i udał się w stronę elegancko ubranych ludzi, którzy otwarcie przyglądali się niecodziennej parze, która zdawała się szepcąc namiętnie kłócić, bądź też prowadzić raczej niecodzienną grę wstępną. Wszystko zależało od interpretacji.
Przyglądając się jak Sherlock udaje zatroskanego męża Sophie nie wiedziała czy ma się śmiać, płakać, czy wściekać. Najchętniej zrobiłaby wszystkie trzy rzeczy na raz. Zaczęła się zastanawiać, czy jej życie jeszcze kiedyś wróci do normalności, bo póki co normalność była towarem raczej deficytowym. Wiedziała, że znajomość z Holmesem grozi zaznajomieniem z kryminalnym półświatkiem, ale nie przypuszczała, że także z tym nadprzyrodzonym. Z drugiej strony w samym detektywie było coś diabolicznego, w końcu nikt nie mógł być taki, taki, no z braku lepszego słowa nazwijmy to sherlockowaty bez podpisania cyrografu.
Rozmyślanie przerwał jej cień, który zawisł nad nią niczym kat nad dobrą duszą. Holmes wyglądał na tak zatroskanego jej osobą, że gdyby nie wiedziała lepiej, to uznałaby, że wcześniej przyłożył sobie w głowę. Ujął ją za ręce i postawił na nogi, po czym objął ją ramieniem.
- Lepiej chodźmy, kochanie. Musisz odpocząć, powinnaś się położyć.
Sophie przewróciła oczami. Sherlock uwielbiał się popisywać, nieważne czy czułym sercem przed obcymi, czy grą aktorską przed nią. Kiedy tylko wyszli z kabiny przedstawienie się skończyło i Norton musiała zdać się na siłę własnych nóg. Detektyw widząc jej chwiejne kroki tylko prychnął.
- Nie zachowuj się jak paralityk. Nie odniosłaś żadnych poważnych obrażeń.
- Ale za to przeżyłam traumę! - uspokoiła się nieco zauważywszy, że kierowanie gniewu na Holmesa dość istotnie poprawiało jej samopoczucie. - Tak na poważnie, to jak myślisz, co to było?
- Jesteś pewna, że to nie była sztuczka?
- Nie wierzę, że to mówię, ale to było stu procentowo prawdziwe. On nie był ode mnie dalej niż pół metra. Czegoś takiego nie da się sfingować - widząc jego zadumanie nie mogła powstrzymać jednej natrętnej myśli. - Sądzisz, że to był prawdziwy wampir?
- Gdy wykluczysz niemożliwe, to co zostaje musi być prawdą.
Sophie niemal zjechała po ścianie słysząc jego słowa. Sherlock niespodziewanie złapał ją i przytrzymał w miejscu.
- Ale podejrzewam, że dzieje się tu coś więcej. Choć, pokażesz mi gdzie dokładnie natknęłaś się na tego potwora.
Dziewczyna nie zdążyła nawet zaprotestować nim Sherlock nie pociągnął jej za sobą. Ostatnio czuła się w jego towarzystwie niczym szmaciana lalka, którą jakiś rozkapryszony bachor miota na wszystkie strony. Gdy zeszli na niższy pokład Sophie instynktownie przycisnęła się do niego na tyle mocno, że zasłużyła sobie na jedno z jego bardziej złowrogich spojrzeń, które zdawało się mówić: „Co ty, do cholery wyprawiasz?" Norton odwzajemniła mu się jednym z tych znaczących: „To wszystko przez ciebie, więc zamknij się i nawet nie próbuj narzekać."
Puściła go dopiero, gdy przykucnął, żeby dokładnie obejrzeć miejsce zdarzenia.
- Skąd dokładnie nadszedł McAvoy?
Sophie podskoczyła słysząc niespodziewanie jego głos, który przerwał panującą ciszę.
- McAvoy? - spytała zdezorientowana.
- Porucznik, który ci pomógł.
Wzruszyła ramionami.
- Chyba ze strony głównego pokładu, ale nie jestem pewna.
Sherlock przyłożył na moment dłonie do ust, co było oznaką toczącej się w jego mózgu burzy, poczym bez słowa wyjaśnienia znów pociągnął ją za sobą.
Sophie nigdy wcześniej nie była w kasynie. Jej dziadek był uzależnionym hazardzistą i matka wydziedziczyłaby ją, gdyby się dowiedziała, że jej córka postawiła nogę w podobnym przybytku zgorszenia i rozpusty. Dobrze więc, że nie miała zamiaru jej o tym wspominać. Grać jednak też nie zamierzała, bo nigdy nie udało jej się wygrać choćby w remika, zawsze kończąc z kretesem, a co gorsza z pustymi kieszeniami. W gwoli ścisłości teraz także skończyła z pustym portfelem, bo choć nie grała, całą gotówkę oddała Sherlockowi, który domagał się kapitału na potrzeby śledztwa. Mogła oddać mu jego kartę kredytową, ale wtedy nigdy by już jej nie odzyskała, a niepozorny plastikowy kartonik dawał jej dziwne poczucie władzy. Nie mówiąc o tym, że pożyczka udzielona Holmesowi miała bardzo wysoką stopę procentową.
Popijając wodę przyglądała się detektywowi lawirującemu wśród stołów do gry, wzbudzając przy każdym, przy którym się zatrzymał niemały popłoch wśród pozostałych graczy. Dziewczyna nie wiedziała jak brunet to robił, ale w przeciągu pół godziny potroił swój kapitał. Nie wiedziała również dlaczego ją to dziwiło, bo w końcu był to stwór piekielny albo chociaż podpisał z takowym pakt. Sophie była ciekawa czy Sherlock od dziecka był tak nawiedzony, czy też rozwinęło się to w nim z czasem. Choćby niewiadomo jak się starała nie potrafiła wyobrazić sobie mniejszych wersji jego ani Croftiego, młodzi Holmesowie byli sprzeczni z prawami natury. Kobieta wyciągnęła z torebki telefon z utęsknieniem wpatrując się w nieistniejącą kreskę zasięgu. Czego nie dałaby, aby móc zadzwonić do starszego z genialnych braci i zapytać się czy rząd nie wie przypadkiem o nadprzyrodzonych zjawiskach, które zamiata pod dywan przed opinią publiczną. Niestety, jedyną opcją na kontakt z lądem była łączność satelitarna, a ta nie była dostępna pasażerom prócz nagłych wypadków, a zważywszy, że kapitan już miał ją za wariatkę szanse na aprobatę z jego strony były dość nikłe.
- Oni oszukują - oznajmił jej do ucha detektyw, który niewiadomo skąd zjawił się tuż koło niej, przyprawiając ją o atak paniki i zachłyśnięcie się wodą.
- Nie skradaj się tak do mnie z łaski swojej. Chcesz żebym dostała zawału?
Widząc drwiący uśmiech jakim ją obdarował Sophie stwierdziła, że brunet zapewnie nie miałby nic przeciwko. Wolała jednak nie zagłębiać się dłużej w bezsensowne słowne potyczki i zmienić temat.
- Kto oszukuje? - zapytała z rezygnacją, przygotowując się na nadchodzący popis.
- Prócz kilku idiotów, którzy próbują, i to wyjątkowo nieudolnie, przechytrzyć kasyno, jedyny warty uwagi przekręt ma miejsce przy stole do black jacka po prawej.
Sophie dyskretnie zerknęła na stół dla bardziej nadzianych pasażerów, gdzie wejście zaczynało się od tysiąca funtów. Siedziało przy nim trzech facetów, którym śliczna, piegowata krupierka rozdawała karty, Amerykanka nie zauważyła jednak niczego podejrzanego. Sherlock widocznie tego nawet od niej nie oczekiwał, bo zaczął wyjaśniać.
- Dziewczyna pokazuje gościowi w zielonej koszuli zakrytą kartę albo rozdaje te ze spodu zachowując pierwszą dla niego. To wyjątkowo intratny rodzinny interes.
- Rodzinny? Myślałam, że kasyna nieźle przetrzepują życie pracowników, aby zapobiec takim akcjom.
- To dalsi kuzyni. Stawiam na pokrewieństwo najbliżej w trzecim pokoleniu, ale nie dalej niż w piątym, wskazują na to złote plamki na tęczówkach. Jednak nie to miałem na myśli mówiąc o rodzinie. Krzyż celtycki wytatuowany na jego karku wskazuje na przynależność do irlandzkiego gangu, który nieźle daje się we znaki policji w Walii, a krupierka ma nieźle ukryty, ale jednak słyszalny dla wprawionego ucha irlandzki akcent. Wątpię by był to przypadek.
Sophie nie wiedziała co może mieć wspólnego irlandzka mafia z Draculą piratem, ale to Holmes był tu szalonym geniuszem, nie ona.
- Zatem jak mamy zbadać ten trop? W życiu nie grałam w black jacka, a poderwać go raczej nie dam rady, bo przy tej piegusce wyglądam jak ostatni wypłosz.
Detektyw słysząc ją jedynie prychnął niczym pies tropiący, który nawąchał się tabaki.
- Nie ma żadnego „my". Ja się tym zajmę, a ty zrób coś produktywnego. Na przykład spróbuj rozpłynąć się w powietrzu, najlepiej na dobre.
Kobieta zapowietrzyła się i nie myśląc wiele odwróciła się na pięcie i szybkim tempem ruszyła przed siebie. Nie wiedziała dokąd idzie, ważne było jedynie oddalenie się od tego nadętego bufona. Czasami zdarzały się momenty, w których sądziła, że zaczynają się dogadywać, szczerze powiedziawszy nawet by się z tego cieszyła, ale Holmes zdawał się ją nienawidzić dla zasady. Czemu inaczej nieustannie byłby takim niebosiężnym palantem? Jeśli jej nie lubił, to nie mógł chociaż się z tym jakoś kryć, a nie być subtelny niczym publiczny nocnik? Miała tego dość. Musiała skontaktować się z Mycroftem, jeśli nie w sprawie spisku mrocznych sił, to chociaż aby poskarżyć się na jego młodszego brata.
Jakby w odpowiedzi na jej potrzeby niebo zesłało jej masę rudych włosów, która mogła należeć tylko do jednego marynarza, który podobnie jak ona widział nadprzyrodzone dziwo. Jedyny problem polegał na tym, iż ruda głowa wraz ze swym właścicielem oddalała się dość szybko ku górnemu pokładowi.
Sophie pobiegła za mężczyzną, który kilkakrotnie o mało nie znikł jej w tłumie. Na szczęście udało jej się śledzić go aż do piętra, na którym chyba nie powinna być. Wszystko było tu jeszcze bardziej złote, eleganckie i nieprzyzwoicie drogie niż na reszcie statku. Co, jakby ujął to Sherlock, prowadziło do raczej elementarnych wniosków; Norton wpakowała się na prywatne piętro Matildsów. Cóż, przynajmniej tu na bank mieli gdzieś telefon satelitarny.
Dziewczyna poprawiła włosy w lusterku, by w razie czego móc zgrywać zagubioną słodką idiotkę. Nie powinna tego jednak robić, bo z ubolewaniem odkryła, że wyglądała jeszcze gorzej niż przypuszczała. Nawet jej perły zdawały się skurczyć, aby nie odstawać od reszty karykaturalnego wizerunku, który zdawał się nienaturalnie wykrzywić, gdy próbowała powstrzymać nachodzący ją przypływ szału.
Zacisnęła pięści i weszła w pierwsze z brzegu drzwi. Po przetrząśnięciu kilku pokoi, w których nie natknęła się na żywą duszę (w zaistniałych okolicznościach należy wspomnieć, że na martwą także nie) udało jej się znaleźć telefon. Dziewczyna ucałowała słuchawkę i wykręciła numer starszego z Holmesów, który w razie czego pamiętała lepiej niż swój własny.
Mycroft odebrał po dwóch sygnałach.
- W czym mogę pomóc, Sophie? - zapytał swym zwykłym sztucznie życzliwym tonem.
Dobrze, że wcześniej już usiadła, bo teraz klapnęłaby nawet na podłogę.
- A ty skąd żeś wiedział, że to ja?
- Bardzo niewiele osób na świecie może pozyskać ten numer, jeszcze mniej go zna, a z nich ty jesteś jedyną na Tilly Briggs skłonną go wykręcić - wyjaśnił łaskawie, gdy w tle słychać było przerzucanie stron gazety. - Jakie braki w charakterze mojego kochanego brata chcesz przedyskutować? Chociaż najpierw pozwól mi wyrazić swe ubolewanie nad faktem, iż nie zostałem zaproszony na wasz ślub. Powinnaś się wstydzić, pani Holmes.
- Ugryź się, Crofti - wysyczała, opluwając przy tym słuchawkę. - I właściwie to chcę przedyskutować nieobecność jakiegokolwiek charakteru u twego brata.
Starszy z Holmesów na marne próbował ukryć rozbawienie.
- Czyś ty właśnie zachichotał? Kim jesteś i co zrobiłeś z Croftim? Zapewniam cię, że jakimkolwiek klonem byś nie był, to imitowanie Holmesów jest niemożliwe. Ich nie da się podrobić.
- Dziękuję, panno Norton, za wiarę w moją nietuzinkowość, ale teraz już na poważnie w czym mogę służyć? Mam do załatwienia kilka innych pilnych spraw i byłbym wdzięczny za zwięzłość.
Sophie wzięła głęboki oddech i wycedziła do słuchawki coś, co bała się powiedzieć personifikacji brytyjskiego rządu w obawie przed reperkusjami, bądź wzięciem za kompletnego świra.
- Czyukrywacieistnienienaprzyrodzonychsił? Główniechodzimiowampiry.
W słuchawce zaległa cisza, w której Mycroft zapewne starał się wpasować odstępy pomiędzy wyrazami w jej słowotoku.
- Obawiam się, że nic mi nie wiadomo o żadnych siłach nadprzyrodzonych, także wampirzych. Jeśli mogę jednak spytać, panno Norton - przez chwilę dało się wyłapać w jego głosie wahanie. - Ile dziś wypiłaś?
Kobieta pogładziła się po twarzy. Gdyby nie zeznania McAvoy'a pewnie także myślałaby, że miała pijackie zwidy. Wyjaśniła wszystko Mycroftowi mając nadzieję, że w swej mądrości znajdzie jakieś prawdopodobne rozwiązanie zagadki.
-… i wtedy skóra zaczęła mu się przypalać. Najpierw momentalnie wyschła, pofałdowała się i zaczęła skwierczeć, aż pojawiły się burchle i zapachniało spalenizną. Kojarzysz tego nazistę w Indianie Jonsie? Ten sfajczył się bardzo podobnie.
- Obawiam się, że nie wiem o co ci chodzi, ale jeśli idzie o zaistniałą sytuację to istnieje kilka możliwości…
- A konkluzją wszystkich jest to, że mi odbiło - przerwała mu. - Nawet teraz czuję ten smród. Do końca życia będzie mnie pewnie prześladować. Najgorsze jest to, że nigdy już nie będę mogła obejrzeć „Poszukiwaczy zaginionej arki" bez dostania ataku paniki!
Aby to zilustrować na odległość wyjątkowo głośno wciągnęła powietrze nosem, po czym się skrzywiła. Naprawdę czuła smród spalenizny. Podskoczyła na równe nogi i szybko rozejrzała się wokół. Wedle prawa narracji wszechświata jej znajomy wampir powinien czaić się teraz w jakimś ciemnym kącie. Prawo narracji miało ją najwyraźniej gdzieś, bo to McAvoy stał w drzwiach i absolutnie się nie czaił, co jednak nie zmieniło faktu, że dziewczyna rozdarła się i nim zdążyła pomyśleć rozłączyła się.
- Pani Holmes, co pani tu robi? Pasażerowie nie mają tu wstępu.
Sophie uśmiechnęła się jak idiotka, którą obecnie rzeczywiście była i starała się wymyśleć jakąś wymówkę, ale z ust wydobył jej się tylko niekontrolowany bełkot.
- Dobrze się pani czuje? Nie powinna być tu pani sama, gdzie jest pan Holmes?
Na wspomnienie Sherlocka spłynęło na nią objawienie poganiane nieopanowaną złością.
- Pan Holmes to cham i idiota, który pewnie pindrzy się teraz do ślicznej blondynki w kasynie, a ja… cóż, chciałam podziękować - dokończyła znacznie spokojniej. Była to z resztą prawda. Nawet nie chciała myśleć co mogłoby się z nią stać, gdyby nie jego interwencja.
- To nie jest konieczne - zapewnił ją mężczyzna z zażenowaniem drapiąc się po karku. - Nic takiego nie zrobiłem. Właściwie to nawet nie wiem co widziałe…
Złowróżbne trzeszczenie drewnianej podłogi przerwało mu i wprawiło oboje w stan przedzawałowy.
- Powinniśmy stąd iść.
Norton zgodziła się z nim bez słowa i wyszeregowała się na przód, nie dbając nawet o to, że nie wiedziała w którą stronę powinna skręcić. Dzięki wskazówkom McAvoya udało się im dotrzeć do schodów nie gubiąc się po drodze pięćset razy, niemniej jednak przez cały czas Sophie miała wrażenie, że śledzi ich złowrogi, mefistofeliczny wzrok kryjący się gdzieś pomiędzy tu i teraz, a strefą mroku. Czuła na karku zimny oddech podążającej za nimi grozy, która tylko czekała na jedną chwilę nieuwagi, fałszywego poczucia bezpieczeństwa, gdy tętno umiarkuje się, a ręce przestaną drżeć. Białe kły błysną w cieniu zanim zatopią się w… Sophie rozdarła się jak jeszcze nigdy w życiu, gdy duża koścista dłoń zawinęła się wkoło jej ramienia i pociągnęła w bok. Dziewczyna nie wiedziała kogo i w co uderza. Okładała równo wszystko co wpadło jej pod ręce postanowiwszy nie zejść z tego świata bez walki. Jej furiacki styl walki zdawał się odnieść jednak nieoczekiwany, ale nader miły efekt, bo jej agresor wycofał się na tyle daleko, że mogła dobrze się mu przyjrzeć i ponownie zacząć oddychać.
Horror w jej oczach zastąpiła euforia, bo wampir okazał się być znajomym detektywem, który trzymał się za obficie krwawiący nochal.
- Prawie złamałaś mi nos! - ton Sherlocka wskazywał, że wampir chwilowo byłby jej dużo bardziej przyjazny.
- Ja… - samozadowolenie ustąpiło miejsca żalowi. - O mój Boże, przepraszam cię. To było niechcący, naprawdę!
Holmes chciał powiedzieć co myśli o jej przeprosinach, ale widząc wbitego w miejsce, ogłupiałego marynarza schował język za zębami. Musiał pamiętać, że był kochającym, chociaż w tej chwili cholernie wkurzonym mężem. Teraz, to już zupełnie nie rozumiał tych wszystkich romantycznych sentymentów. Kobiety były niebezpieczne dla otoczenia, nieważne jak wielkimi, załzawionymi oczami się na człowieka patrzyły! Detektyw pomacał delikatnie po nasadzie nosa, sprawdzając czy nie jest złamany. Już widział jak Mycroft szydził z niego tym swoim aroganckim, wielkopańskim uśmieszkiem.
- Nic się nie stało. Najważniejsze, że nic ci nie jest - wysyczał, starając się nie poruszać szczęką.
Sophie pomogła mu wstać, zadowolona, że nie wybuchł jej w twarz niczym mina przeciwpiechotna, nawet jeśli była to tylko gra w celu zachowania pozorów.
- Nic nie mów. Musimy cię zabrać do ambulatorium i opatrzyć. Jeszcze raz cię przepraszam - ledwo zdążyła nabrać powietrza bełkocząc bez zastanowienia z prędkością światła. - Nawet do głowy mi nie przyszło, że to możesz być ty. Nie sądziłam, że będziesz mnie szukać, chciałam tylko…
- Wiem - przerwał jej, przytykając do nosa podaną mu przez Sophie chusteczkę. - Mycroft zadzwonił do mnie i powiedział, że niespodziewanie rozłączyłaś się z krzykiem. Myślał, że jesteś w niebezpieczeństwie.
Dziewczyna rozdziawiła usta z niedowierzania.
- Croft się o mnie martwił? I jak to zadzwonił? Jesteśmy na środku cholernego morza!
- Bynajmniej się o ciebie nie martwił, raczej o twoją ambasadę. Jak wszystko inne, co amerykańskie i ta pozbawiona jest zdrowego rozsądku - syknął dotknąwszy wyjątkowo bolesnego miejsca. - Najwidoczniej kazał przestawić satelitę, by statek był w zasięgu. To dla niego nic specjalnego.
Sophie uśmiechnęła się w duchu, biorąc go pod rękę. Nie ważne co mówił Sherlock. Jak dla niej przestawienie satelity i gnanie na ratunek po nawiedzonym statku, to nie byle co. Może Holmesowie mieli jednak ludzkie dusze, choć na co dzień zakopane pod metrami grubiaństwa, sarkazmu i uszczypliwości.
