Kupienie sejfu było pierwszą czynnością do załatwienia w poniedziałek rano. Potem zostawało już tylko podłączyć do niego system chłodzący i Sophie nie musiałaby już narażać się na palpitacje serca grzebiąc po szafkach kuchennych w mieszkaniu za ścianą. Sherlock ostatnimi czasy wydedukował bowiem, że nie miał potrzeby tracić czasu chodząc do sklepu, kiedy wystarczyło przejść przez dziurę w łazience i zaopatrzyć się we wszystko czego potrzebował w jej lodówce. Skończyło się na tym, że zabrakło jej nawet oliwek, a kto słyszał o sałatce greckiej bez oliwek?
Dziewczyna uśmiechnęła się widząc swój słoik. Przestała się jednak uśmiechać, kiedy zobaczyła, że małe okrągłe obiekty w nim to nie oliwki, a gałki oczne. No, to najwyraźniej tyle z jej kolacji. Miała nadzieję, że uda jej się chociaż znaleźć w oryginalnym stanie dżem, który także zdawał się dostać nóg i dać dyla z jej lodówki.
Komuś mogłoby się wydawać, że Sophie wykazywała w zaistniałych okolicznościach nadzwyczajny spokój, a nie typową dla niej i takich spraw wściekłość totalną. Była to prawda, ale po tym, co przeżyła wraz z Johnem i panią Hudson w ubiegłym tygodniu jej próg tolerancji dla ekscentrycznego detektywa zdawał się wywrócić o sto osiemdziesiąt stopni. Od zakończenia sprawy z sumatrzańskimi szczurami Sherlock niewymownie się nudził. Popadł już prawie w katatonię i to do tego stopnia, że z własnej nieprzymuszonej woli pofatygował się do domu pewnej hrabiny, gdzie Scotland Yard badał kradzież brylantowej koli. Holmes nie zdążył zamienić z inspektorem Lestradem trzech zdań, gdy stała się rzecz niewybaczalna. Anderson znalazł zgubę pod kanapą w salonie, gdzie najwyraźniej zostawiła ją goszcząca niedawno u hrabiny trzyletnia wnuczka. Wytrącony z równowagi detektyw rozpłynął się w powietrzu, nim John zdążył się zorientować. Sophie znalazła go dopiero wieczorem po powrocie z pracy. Najpierw myślała, że prowadzi kolejny niedorzeczny eksperyment, do którego leżenie w jej wannie było widocznie niezbędne. Gdy jednak nie odpowiadał na żadne jej docinki zaniepokoiła się. Okazało się, że brunet nie ignorował jej, jak to miał w zwyczaju, a naprawdę był nieprzytomny. Dziewczyna nie pamiętała, kiedy ostatnio tak się przestraszyła. Wpadła do mieszkania 221b, ale naturalnie Watsona nigdzie nie było. Dobroduszny doktor miał bowiem randkę z pewną nauczycielką z pobliskiej podstawówki, którą to oczywiście musiał zostawić w środku kolacji po telefonie Sophie.
Sherlocka przewieziono do szpitala, gdzie wyszło na jaw, że brunet najzwyczajniej w świecie naćpał się. Mycroft ukręcił spawie łeb nim ten pomyślał choćby o wychyleniu się i wyjaśnił jej i Johnowi, że swego czasu Sherlock miał poważne problemy z narkotykami, które najwyraźniej były jednym ze skuteczniejszych sposobów zajęcia jego galopujących myśli i wyciszenia emocji, gdy te groziły skrzywieniem światopoglądu młodszego z geniuszy. John został w szpitalu, podczas kiedy Sophie wróciła na Baker Street i wraz z panią Hudson przetrząsnęła wszystko w poszukiwaniu ukrytych używek. Później dostało im się za pomieszanie jego skarpet.
Kiedy Holmes odzyskał przytomność nic nie robił sobie z tyrady jaką wyłożyło mu każde z nich. Mężczyzna przy całym swym intelekcie zdawał się nie pojmować, co takiego zrobił. Jego współlokator stwierdził, że choćby niewiadomo jak się starali nie zdołają go oświecić i że najlepszym rozwiązaniem będzie zapewnienie Sherlockowi zajęcia. Raz popełnili nawet błąd niewyobrażalny i zagrali z nim w cluedo, którego plansza po niespełna godzinie został przyczepiona nożem wojskowym do ściany.
Od tamtej pory ograniczyli się do przekonywania Sherlocka do przyjęcia jakiejś sprawy. Sophie była wówczas świadkiem iście filmowych indywiduów chcących być klientami jedynego na świecie detektywa konsultanta. Najpierw był łysawy gościu w skórze, przypominający Igora z Frankensteina, który oskarżał bliżej niezidentyfikowane organizacje o podmienienie prochów jego ciotki, na których znał się jak mało kto. Ze znanych horrorów akcja przeniosła się na klasykę filmów gangsterskich, gdzie trzech panów w pasiastych garniturach zaoferowało pokaźną sumę za odzyskanie pewnych plików. Były też oczywiście normalne, nudne sprawy, które zostały odrzucone nim potencjalni klienci zdołali wygodnie usiąść na krześle.
Teraz z wyrazem triumfu na twarzy i słoikiem truskawkowego dżemu w ręku Sophie natknęła się na trzech wychodzących już młodzieńców i podekscytowanego Holmesa. Dziewczyna rzuciła Johnowi niedowierzające spojrzenie.
- Macie sprawę? - zapytała, nie mogąc uwierzyć, że ich koszmar może się w końcu skończyć.
Doktor wywrócił tylko oczami.
- Jeśli można to tak nazwać. Chłopak uważa, że kilkakrotnie był świadkiem scen z komiksu, przepraszam z powieści obrazkowej, odgrywających się w prawdziwym świecie.
- Jakiego? - wtrąciła, rozsiadając się na fotelu, chwilowo zapominając o burczącym brzuchu i dżemie.
- Jakiego? - John nie załapał.
- Z jakiego komiksu. Ekranizowanie historii o super-bohaterach jest teraz modne. Między Marvelem i DC toczy się swoista wojna. Może miał szczęście i trafił na plan zdjęciowy albo na jakiś happening reklamowy?
- KRATIDES - odpowiedział jej Sherlock, który właśnie wrócił do salonu wściekle wystukując coś na klawiaturze blackberry. - Nigdzie w internecie nie ma wzmianki o akcjach promocyjnych odpowiadających wydarzeniom opisanym przez Chrisa.
- To niszowy komiks, więc żadne studio także by się nim nie zainteresowało. Ma banalne postacie i oklepaną fabułę.
Mężczyźni spojrzeli się pytająco na Amerykankę, która jako jedyna z nich aktualnie wiedziała o czym mówił ich klient.
- No, co?
- Jesteś nerdem - wybąkał niedowierzająco pod nosem Watson.
- Wolę określenie geek, ale tak dziękuję bardzo, jestem nerdem.
-MIT - skwitował Sherlock wcale nie pod nosem i przesiadł się z klawiatury telefonu na tę od komputera.
- I kto to mów? Twoje dysfunkcje nie dają się nawet skatalogować.
- Jestem wysoce funkcjonalnym socjopatą - odparł brunet nie odrywając wzroku od monitora. - Do listy twoich wad będę musiał dodać postępującą sklerozę.
Chrzanić jego stan! Dziewczyna zamachnęła się na upierdliwą namiastkę ludzkiej istoty dżemem, ale John złapał jej rękę i wyrwał potencjalnie niebezpieczny przetwór w ostatniej chwili.
- Sophie, prozę cię - błagał zmęczonym głosem. - Po prostu go ignoruj.
- Ale…! - widząc jego minę głodnego spaniela cała złość z niej wyparowała. - Dobra, ale jest mu już lepiej, to niech trzyma się ode mnie z daleka.
- Mycroft płaci ci za pilnowanie mnie - przypomniał jej detektyw, który widocznie nie był tak nieobecny myślami jak na to wyglądało.
- W takim razie wystarczy, że będziesz w zasięgu wzroku. Albo mam lepszy pomysł. Zaprowadzą cię do weterynarza, żeby wszczepił ci nadajnik GPS. To wszystkim ułatwi życie.
John z westchnieniem usiadł na fotelu i odkręcił nakrętkę. Lubił dżem truskawkowy, a małe co nieco na pewno osłodzi mu oglądanie ich kolejnej werbalnej potyczki. Po pięciu minutach wyglądało to jednak bardziej jak monolog wkurzonej furii niż obustronna walka. Sherlock tak zaczytał się, że zdawał się kompletnie wyłączyć. Dziewczyna widząc to miała już zaopatrzyć się w poduszkę i nią zaatakować detektywa, ale niespodziewanie Holmes podskoczył na równe nogi i podszedł do okna. Chwycił skrzypce i zaczął je dostrajać.
- Istnieją trzy wyjścia - przemówił jakby nigdy nic. - KRATIDES są prawdziwi. Chris cierpi na poważne omamy, będące skutkiem choroby psychicznej. Bądź też ktoś zrobił to, by wzbudzić zainteresowanie jego stroną o komiksach.
- Stroną? - John choć w przeciwieństwie do Sherlocka nie brał na poważnie pierwszej opcji to trzecia budziła w nim największe oburzenie. - Ten dzieciak ledwo się trzyma. Oprócz tego jednego gościa z forum nikt nie bierze go na poważnie. Nawet przyjaciele mają go za kompletnego świra. Gdybym nie widział zdjęcia tego niebieskiego profesora sam bym tak myślał.
Brunet pociągnął smyczkiem po strunach demonstrując im bardzo wysokie C.
- John, idź jutro do sklepu z komiksami na Shaftesbury. Wypytaj się co sądzą o tym tamtejsi bywalcy i co jeszcze wiedzą. Norton pójdzie z tobą.
Sophie nie zdążyła powiedzieć, że Norton nigdzie nie pójdzie, bo ma na jutro własne plany, ale Sherlock i tak już jej nie słuchał bo zaczął grać.
- Nie musisz… - Watson próbował ją zapewnić, że sam da sobie radę, ale kobieta przerwała mu.
- Spójrzmy prawdzie w oczy, John. Dla ciebie to wszystko czarna magia, a ja i tak miałam zajrzeć przed pracą w tamte okolice.
- Naprawdę?
- Tia, muszę zaopatrzyć się w sejf i to taki porządny.
- Sejf? - Dr Watson z każdą sekundą miał coraz większe wrażenie, że jest na innej planecie.
- Tak, sejf. Chyba, że zaczniemy korzystać z jednej kuchni - dodała i zabrawszy od Johna w połowie już pusty słoik dżemu udała się w kierunku dziury w ścianie.
John H. Watson już nie raz mówił, że widział w swym życiu wiele, ale od poznania Holmesa niemal każdy kolejny dzień udowadniał mu, że tak naprawdę, to nie widział jeszcze nic. Sklep z komiksami nie był małą, zapyziałą enklawą, w której schronienie znajdowały nieprzystosowane do życia w społeczeństwie dziwolągi. Był wielkim, jasnym salonem w centrum miasta, gdzie nieprzystosowane do życia dziwolągi były panami świata, który szary i bury przewijał się za oknem. Nie to, żeby John coś z tego rozumiał, ale nie zmieniało to faktu, że był pod wrażeniem. Ciężko, aby było inaczej stojąc przed armią regałów po brzegi wypełnionych komiksami, gablotami z kostiumami, setkami figurek i gadżetów oraz naturalnej wielkości plastikowymi super-bohaterami we własnej osobie.
Watson o mało co nie wpadł na piramidę gumowych Thorów, gdy obrócił się za przechodzącą się w te i we w te zgrabną dziewczynę w wyjątkowo wiernym, lateksowym kostiumie Kobiety Kota, reklamującą nowe wydanie Batmana.
- Nie tego się spodziewałeś, co?
- Zdecydowanie - przyznał doktor. - Myślałem, ze to wszystko będzie dużo bardziej, jakby to ująć…
- Obciachowe? - Sophie pokręciła głową, rozpięła kurtkę ukazując koszulkę z Sokołem Milenium i stanęła przy regale z najnowszymi wydaniami chcąc wmieszać się w tłum. - W dobie internetu komiksy to jedne z głównych elementów popkultury, co ciągnie za sobą ogromne pieniądze. Można wręcz powiedzieć, że Hollywood teraz super-bohaterami stoi. Dałabym się posiekać, żeby pracować przy Avengersach.
John jedynie kiwał głową przeglądając egzemplarz popkultury z wysoce roznegliżowanymi paniami. Odłożył go, kiedy kątem oka zobaczył nowe wydanie KRATIDES.
- I niby o to tyle krzyku? - zapytał przyglądając się z powątpiewaniem gościowi w pelerynie i kostiumie przywodzącym na myśl wielką rybę pokonującym dwóch ninja na ulicy, na której się właśnie znajdowali. Aż zerknął w koło, by się upewnić, że w pobliżu nie ma żadnej wielkiej ryby.
- To stało tutaj? - Sophie wyrwała mu czasopismo i przekartkowała je z niesmakiem.
- To najnowsze wydanie, gdzie miało stać?
- Na dole regału, razem z innymi gniotami. Na wysokości wzroku stoi najbardziej popularny towar - wyjaśniła rozglądając się. Kiedy wyczaiła jednego z pracowników porządkującego pobliski regał, obciągnęła bluzkę uwydatniając dekolt i z wielkim uśmiechem podeszła do niego przyprawiając Johna o atak ledwie poskromionego rechotu. Prócz wiedzy o tym całym szaleństwie Sophie posiadała dwa atrybuty, jakich jemu z przyczyn naturalnych brakowało, a które z pewnością ułatwią im wydobycie informacji z nastolatka.
- Hejka, mam małe pytanko - zagadnęła.
- Tak? - wzrok chłopaka mimowolnie powędrował we wiadome rejony i dopiero po chwili zdążył się zreflektować. - Czym mogę służyć?
Dziewczyna pokazała mu wydanie KRATIDES.
- Słyszałam coś niewiarygodnego. Podobno widziano Wilczycę, Latającą Pałkę, a nawet Profesora Davenporta w realu. Sądzisz, że to prawda, on jest taki sexy? - John słysząc jej pisk aż parsknął. - Przepraszam za brata. On sądzi, że to niemożliwe.
- To ko… powieść graficzna - poprawił się momentalnie. - A w dodatku on jest niebieski.
Sprzedawca uśmiechnął się, ale pokręcił tylko głową.
- Szczerze, to nie wiem co o tym myśleć. Większość ludzi uważa, że to jedna wielka lipa, ale i tak teraz praktycznie każdy to kupuje. Od wydania najnowszego numeru mam wrażenie, że nawet ruch na naszej ulicy się zwiększył. Jakby wszyscy czekali aż Latimer wyskoczy zza rogu.
- O ile wzrosła sprzedaż? - zainteresował się John.
- Minimum o jakieś 80%. Wydawca powinien płacić Melasowi, znaczy chłopakowi, który wymyślił tę całą historię, za reklamę. Uratował im skórę.
Sophie i John popatrzyli się na siebie znacząco. W końcu w realnym świecie jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę.
Montując nowe konsole świetlne w TARDIS Sophie dostała telefon od Johna, w którym wyjaśnił jej, że jedna ze znajomych bezdomnych Sherlocka, która zna się na komputerach wyśledziła adres IP, z którego pochodził uczestnik forum, który zapewniał Chrisa, że to co widział było prawdą i powinien to ogłaszać całemu światu. Ku praktycznie niczyjemu zaskoczeniu komputer, na którym zalogował się tak zwany Kemp znajdował się w siedzibie wydawnictwa KRATIDES. Niestety w świetle prawa zmarnowanie komuś życia i wykorzystanie jego naiwności nie było przestępstwem. Dziewczyna tak się oburzyła, że wyrwała jeden z drążków sterujących kultową maszyną czasu, a na lunchu z Davidem pochłonęła na raz cztery hamburgery. Blondyn wiedział, że coś z nią było nie tak, a po wysłuchaniu co tak ją nurtowało wpadł na pewien pomysł. Właśnie dzięki temu pomysłowi mieszkańcy Baker Street 221b wraz ze swym klientem stali teraz w domu naprzeciwko bez spodni.
- Nie jestem pewien, czy to się uda - wątpił Chris ściskając w dłoniach niebieską pelerynę, którą dostał od Davida.
- W show-biznesie wszystko kręci się wkoło wizerunku, a my pokarzemy autorów KTATIDES jako bezwzględne szumowiny - zapewnił Sherlock bawiąc się kataną, którą znowu zwędził Sophie.
- Którymi są - dodał Watson - AUĆ!
- Sorki - przeprosił David próbując dopasować do Johna czarne spodnie. - Macie szczęście, że zbieram stare kostiumy. Wiedziałem, że jeszcze się kiedyś przydadzą.
- Mimo, że zajmują pół strychu - wtrącił Jo, który właśnie pomagał wnieść Sophie podejrzanie wyglądające rury.
- Panowie, spokój - poprosiła Amerykanka. - Ładne nogi, Sherli.
Holmes chciał coś jej odpowiedzieć, a raczej odkrzyknąć, ale uprzedził go David.
- Nic mi nie mów. Toż to istny Doktor Strange.
- Ty, rzeczywiście - podjęła dziewczyna i złapała oburzonego niepojętą sytuacją detektywa za głowę. - Gdyby tak mu tylko zapuścić bródkę.
- I zaczesać włosy do tyłu.
Chris prawie podskakiwał z podekscytowania całkowicie zapominając o niedawnym zdenerwowaniu zaś Jo i Watson jedynie popatrzyli się na siebie z rozbawieniem, podczas gdy dwójka napaleńców latała po pokoju za odganiającym się kataną detektywie.
Dwa dni później kostiumy, rekwizyty i scena były już gotowe. Sophie siedziała z przyjaciółmi w vanie, który dzięki połączonym znajomościom udało im się pożyczyć z telewizji i co chwila zerkała na zsynchronizowany wcześniej zegarek w telefonie. Kiedy wybiła piąta przyszła pora na przedstawienie, a dziewczyna nacisnęła guzik.
Przechodnie na Shaftesbury przeżyli niemałe zdziwienie, kiedy na środku ulicy pojawił się kłąb dymu, z którego wyłoniło się dwóch ninja, było ono jednak nieporównywalne do tego jakiego doznali, kiedy z pobliskiego kanału ściekowego wyskoczył na nich człowiek ryba. Sophie musiała przyznać, że David spisał się tu na medal. Chris wyglądał jak prawdziwy Latimer. Dzięki wszytym gąbkom miał nawet sześciopak.
Po gadce o niecnych celach, prawie i sprawiedliwości nastąpiła walka, a każdy smartphone w okolicy poszedł w ruch. Momentalnie na Twitterze, Facebooku i Google+ zaroiło się od filmików przedstawiających walkę super-bohatera z dwoma ninja, w której nie zabrakło wybuchów, laserów i kłębów pary oraz dramatycznego finishu, w którym to heros przebił agresorów ich własną bronią. To jednak zdemaskowanie zwycięzcy i jego przemowa zrobiła największe wrażenie, które zaowocowało masą braw dla Chrisa i hate'ów na wspomnianych portalach dla judaszowego wydawnictwa.
Wieczorem w mieszkaniu 221b oglądając wiadomości i pijąc piwo na twarzy całej piątki gościły wielkie uśmiechy.
- Nie wiedziałem, że tak świetnie wyjdzie ci walka, John - pochwalił Jo, w przerwie wcinania pasztecików, które wcześniej przyniosła im pani Hudson.
- Byłem w wojsku, czegoś się tam nauczyłem - wyjaśnił niemal opluwając się piwem na widok sceny, w której Sherlock wyciąga z kabury blaster wyglądający podejrzanie jak wibrator. - Byli z nas ciekawi ninja, nie ma co.
- To byli ninja z urana i to nie moja wina, że rysownik tego cholernego komiksu był zboczeńcem. Ja starałam się tylko trzymać oryginału - wyjaśniła dziewczyna.
- Co nie zmienia faktu, że dałaś mi laser w kształcie fallusa - Sherlock mówiąc to wyglądał na niepokojąco zadowolonego z siebie. - Którym wymachiwałem w centrum miasta.
- A teraz pokazują to w krajowych wieczornych wiadomościach - David próbował ją pogrążyć.
- Przecież on miał maskę. Nikt nie będzie wiedział kto to jest.
- Oprócz Mycrofta - na słowa Johna w pokoju zaległa głucha cisza, którą po chwili przerwało dopiero chrząknięcie Sophie.
- Dobra, zostawiając laserowy wibrator, to wiesz, że masz mi to oddać.
- Niby co? - Holmes próbował udawać idiotę, ale nie za bardzo mu to wychodziło.
- Moją katanę, a co innego?
- Ten wibrator mógłby ci się przydać.
John przycisnął do piersi swój kufel z piwem i schował się za kanapą, nie chcąc, by wpadł mu do środka któryś z latających po pokoju krwiożerczych chipsów. Wzniósł oczy do nieba i pokręcił głową. Co innego miał zrobić? W końcu był to całkiem normalny dzień jak na Baker Street.
Chap bazowany na wpisie Geek Interpreter na blogu Watsona.
Chcę jeszcze wspomnieć, że sklep z komiksami, który wspomniałam jest prawdziwy i znajduje się właśnie na Shaftesbury Avenue. Forbidden Planet to genialne miejsce. Jeśli będziecie w Londynie sprawdźcie je koniecznie.
