Przyjęcie u Sebastiana
Miałem nadzieję, że gdy już znajdziemy się u Wilkesa, Victor nie będzie na mnie zły. Nie byłem zdolny do przeprosin, które zawsze uważałem za poniżanie się przed innymi dlatego, gdy otrzymałem od niego sms-a, liczyłem, że jakoś ujdzie mi to płazem. Jak zawsze. Ludzie sprawiali wrażenie zbudowanych z jednego prostego mechanizmu, z którym, jeśli potrafiłeś go odpowiednio nakręcić, mogłeś zrobić wszystko.
Istniała jednak jedna, maleńka różnica, a mianowicie John Watson. To właśnie on zaprzątał mi teraz głowę. Moje myśli miały jeden tok myślenia, który obrałem ja sam i kierowałem nimi, tak jak tego chciałem. To sprawiało, że udało mi się zachować ład w Pałacu Umysłu, gdzie każda poszczególna myśl wędrowała do odpowiedniego pokoju, w którym zapisywałem ją i odkładałem na później. Teraz, pomimo mojego skupienia, co chwila drzwi do pokoju Johna otwierały się, nie pozwalając mi myśleć. (Interesujące. Nowe. Zdecydowanie nie do usunięcia). John chciał pójść ze mną na prywatkę do domu Wilkesa z kompletnie niewiadomych mi przyczyn. Zaimponowałem mu? To na pewno. Podziw. John mnie podziwiał. Śmiał się. Nawet teraz potrafiłem ponownie odtworzyć jego śmiech, który przyjemnie wypełnił moje uszy. (Choć wolałbym usłyszeć go znów na żywo). Nie obrażał się. Wytknąłem mu jego błędy, wyszperałem głęboko skrywane informacje na temat rodziny, ignorowałem go, dałem jasno do zrozumienia, że nie chciałem mieć nic do czynienia z jego osobą i wiele innych rzeczy, które na ogół odstraszały ode mnie ludzi. Tak, zdawałem sobie sprawę, że wiele z nich robiłem wbrew sobie. Nie mogłem dopuścić, by uczucia, od których starałem się odseparować, nagle teraz znalazły się w centrum. Zdecydowanie nie. Ale… Dlaczego mimo moich silnych starań tak dobrze czułem się w towarzystwie Johna Watsona?
Wyszedłem z domu i gdy znalazłem się na rogu ulicy, przystanąłem, by zapalić papierosa. Wciągnąłem dym do płuc, przymykając powieki i napawałem się chwilą samotności i niezmąconej ciszy panującej na ulicy. Rozbawiła mnie myśl Johna pojawiającego się na przyjęciu, w którymś ze swoich puchowych swetrów i swoją mini encyklopedią przyciśniętą do piersi. W ogóle nie byłbym zdziwiony, gdyby tak zrobił, choć sensu nie byłoby w tym choć krztynę. Intrygowało mnie jednak to, po jakie licho chłopak chciał się tam wybrać. Tani alkohol, papierosy, narkotyki – to nie było jego środowisko, zatem miał zamiar wejść do środka i zapytać się czy mają dla niego szklankę lemoniady? Prychnąłem, unosząc kącik ust. To byłoby doprawdy widowiskowe i stuprocentowo johnowe.
Gdy dotarłem na miejsce, zdałem sobie sprawę, że nie wiedziałem, czy mam zapukać do drzwi i poinformować o swoim przybyciu, czy najzwyczajniej w świecie oprzeć się o drzewo, tak jak zrobiłem to ostatnio i czekać. Ojciec Johna nie darzył mnie sympatią ze względu na pewne porachunki związane z moją rodziną, lecz także liczne występki moje i Victora. Zawahałem się, ale w końcu stanąłem przed domem Watsonów i ruszyłem popękaną asfaltową alejką do drzwi. Zapukałem, odczekałem chwilę i ponownie zapukałem.
- Już idę – usłyszałem zza drzwi głos ojca Johna, ale, prawdę mówiąc, wcale się nie śpieszył.
Stałem tam chyba dwie minuty albo dłużej, gapiąc się na drzwi, gzymsy oraz małe pęknięcia na okiennym parapecie. W końcu drzwi otworzyły się ze skrzypieniem. Światło palącej się w środku lampy ocieniało twarz mężczyzny i przenikało przez jego włosy. Po raz pierwszy miałem okazję przyjrzeć mu się trochę dłużej z bliska i widziałem zmarszczki na jego twarzy.
- Dobry wieczór – odezwałem się, czując się nieswojo. Wiedziałem, że czuć było ode mnie papierosy. – Przyszedłem po…
- Niestety po mojego Johna, tak, wiem – odparł. – Najpierw jednak chciałem z tobą porozmawiać.
Cudownie, pomyślałem i powstrzymałem się od wywrócenia oczami. Ojciec Johna był bibliotekarzem i pracując, zawsze prezentował się dosyć elegancko, dlatego w tym momencie, w zwykłej białej koszulce i czarnych dresowych spodniach wyglądał jak nauczyciel w-fu. Otworzył szerzej drzwi, a ja z niechęcią wślizgnąłem się do środka. Dał mi znak, żebym usiadł na drewnianym krześle w salonie, które przyniósł z kuchni.
- Wybacz, że tak długo nie otwierałem – powiedział i usiadł przy stole. – Próbowałem uratować te biedne książki.
Zerknąłem na stosy opasłych ksiąg położonych na stole, lecz żaden tytuł nie wydał mi się znany. W duchu modliłem się, tylko by siostra Johna znów mnie nie zaskoczyła, wbiegając do pokoju. Nie miałem zamiaru wysłuchiwać tych idiotycznych pytań po raz kolejny. Usiadłem na krześle, patrząc na mężczyznę. Pan Watson wydawał się zmęczony, a jego twarz była blada, włosy delikatnie przyprószone siwizną. Z tego, co wiedziałem miał on zaledwie czterdzieści parę lat, a wyglądał co najmniej, jakby przekroczył pięćdziesiątkę.
- Zanim John zejdzie na dół – Mężczyzna usiadł po mojej lewej stronie, co wywołało moje niezadowolenie. Byłem praworęczny i, choć jeśli dla niektórych mogło być to absurdalne, czułem się wtedy mniej pewnie, a nawet niekomfortowo. – chcę się dowiedzieć, mój synu, co ty knujesz.
Wbiłem wzrok w czujne spojrzenie pana Watsona, czując, jak próbował wyczytać ze mnie jak najwięcej. Prychnąłem w duchu. Nikt nie mógł ze mnie wyczytać nic, jeśli tylko założyłem na twarz odpowiednią maskę.
- Knuję? – Uniosłem prawą brew. – Myślę, że powinien zadać to pytanie pańskiemu synowi. To on chciał pójść na tę imprezę ze mną.
- Nie wiedziałem, że tak teraz młodzież nazywa całonocne spotkania miłośników poezji.
Zamrugałem kilka razy, wpatrując się w mężczyznę. Po chwili usiadłem prosto na krześle i uśmiechnąłem się pod nosem. Więc w taki sposób John dostał pozwolenie na wyjście z domu o tej godzinie. W miasteczku rzeczywiście działało nieoficjalne kółko miłośników poezji, którego spotkania odbywały się w większości w nocy. Był to poniekąd hołd złożony powieści „Stowarzyszeniu Umarłych Poetów".
- Trochę zmieniliśmy zasady – odparłem, unosząc kącik ust. Och, John. Doprawdy, bardzo, bardzo pomysłowe.
- Rozumiem. – Potaknął głową. – Czy będzie z wami ten twój kolega?
- Victor i spotkanie miłośników poezji? – parsknąłem. – Pan wie, co pan mówi?
- Prosiłbym, abyś w moim domu zachował kulturę i szacunek, mój synu.
Miałem ochotę jęknąć, słysząc jego ostrzegawczy ton i zwrot, którego użył w moją stronę. Odnosiłem wrażenie, jakbym rozmawiał z ojcem lub Mycroftem, z tym że nie miałem przed sobą zapyziałego studenta jednego z najnudniejszych kierunków na uniwersytecie, ale starszą kopię Johna Watsona.
- Przepraszam – bąknąłem.
- Dobrze, że chociaż coś z domu wyniosłeś. – Mężczyzna zacmokał z niezadowoleniem.
- Pan wybaczy – zacząłem, wkładając w swoje słowa beczki wypełnione po brzegi ogromną ilością sarkazmu. – ale jeśli już rozmawiamy o tym, czego nie lubimy w sobie nawzajem, byłbym wdzięczny, gdyby przestał pan się tak do mnie zwracać.
Przez długi moment mierzyliśmy się wzrokiem. Cholera. To ja poddałem się pierwszy. Stojący w kącie wentylator wydał się zdecydowanie ciekawszy.
- Nie chciałem byś poczuł się nieswojo. – Głos ojca Johna był teraz cieplejszy, co przykuło moją uwagę. Łypnąłem na niego niepewny, na co ten westchnął cicho. Uniosłem brwi. Jego ekspresja była niemalże identyczna jak syna. – John to dobry chłopak – zaczął ponownie i splótł dłonie razem. – Z jakiegoś powodu zdecydował ci się zaufać. Nie chcę cię oceniać jak książkę po okładce, Sherlocku, ale mieszkamy w zbyt małym miasteczku, by do naszych uszu nie docierały skrawki pewnych informacji. Mam tylko jedno pytanie. – Wbił we mnie zatroskany wzrok, a ja poczułem, jak skurczyłem się od środka. – Nie planujesz żadnych wygłupów?
Och. Troska i strach, tak bardzo widoczne w oczach tego mężczyzny sprawiły, że przez chwilę byłem niezdolny, by mówić.
- Nie – Przełknąłem ciężko ślinę. – proszę pana.
Trwało to jeszcze kilka minut – próba wybadania moich prawdziwych zamiarów – jednak na szczęście w salonie pojawił się John, a ja westchnąłem z ulgą. Wyglądał jak… Johnowy nie John. Ubrał niebieski t-shirt i jeansy, w ręce trzymając rozpinany sweter zamiast tej swojej książki, przez co wydawał się jakby inny.
- Tato, nie rób mu przesłuchania, błagam cię – odezwał się i obdarował ojca ciepłym uśmiechem, którego natychmiast zapamiętałem, umieszczając w Pałacu.
- Prowadziliśmy inteligentną rozmowę – oświadczyłem ze słyszalnym sarkazmem, na co John zerknął na mnie, unosząc brwi. W niebieskim było mu zdecydowanie do twarzy.
- Chyba powinniśmy już pójść – odparł, wyczuwając lekkie napięcie w pokoju i podszedł do ojca, przytulając go krótko. Odwróciłem wzrok. Intymne. Obce. Coś, czego sam nie mogłem doświadczyć. Jedyne, na co mój ojciec potrafiłby się zdobyć to uścisk dłoni.
Opuściliśmy dom Johna i gdy znaleźliśmy się na końcu ulicy, skręciliśmy w prawo, kierując się do przeklętego domu Sebastiana.
Wątpię, czy ten wieczór mógł zakończyć się gorzej. Nie byłem w domu Wilkesa po raz pierwszy, więc wyjaśniłem Johnowi, jak to będzie wyglądać i czego powinien się spodziewać. Wydawał się podekscytowany i niezwykle rozentuzjazmowany. Dobrze się bawił, nawet ja to widziałem. Podobał mu się dom, dudniąca muzyka, jedzenie, które składało się głównie z chipsów, popcornu i grillowanych kiełbas. Na ogół nie jadłem za dużo, a to jedzenie powodowało tylko mdłości.
Przez pierwszą godzinę John starał się zadomowić, a ja próbowałem odnaleźć Victora. Obiecałem sobie, że własnoręcznie go uduszę, jeśli mnie okłamał i moje przyjście tutaj było niepotrzebne. W momencie, gdy go ujrzałem, niestety ktoś inny zaprzątnął mi głowę.
- Patrz!
Odwróciłem się, widząc uśmiechającego się od ucha do ucha Johna i uniosłem brwi. Kiedy zniknął mi z oczu?
- Tamten chłopak nalał mi lemoniady!
Zerknąłem na szklankę, którą trzymał w dłoni i przygryzłem dolną wargę, próbując się nie roześmiać.
- John – zacząłem – czy byłeś przy tym, jak ten ktoś nalewał ci… lemoniady?
- Tak. – Potaknął szybko głową i znów promiennie się uśmiechnął. – Też chciałeś?
Roześmiałem się. Och John, byłeś taki naiwny.
- Nie, dziękuję, ale radziłbym ci tego nie pić, jeśli chcesz utrzymać trzeźwość podczas tej nocy.
Spojrzał na mnie niezrozumiale, marszcząc brwi, ale po chwili dotarł do niego sens moich słów i z miną psa, któremu właśnie odebrano kość, odłożył szklankę na pobliski stolik. Objął się ramionami i westchnął. Obserwowałem go uważnie, myśląc, że zechce wrócić do domu, gdy ten znowu mnie zaskoczył.
- Możemy wyjść na zewnątrz? – spytał, nie patrząc mi w oczy.
- Masz zamiar się dąsać z powodu lemoniady? – prychnąłem, ale równocześnie zmarszczyłem brwi. Nie chciałem, by ktokolwiek dokuczał mu w taki sposób. – Jeśli chcesz się czegoś napić, to wystarczy…
- Nie, chcę zapalić. – Uniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy. Przez długi moment wpatrywałem się w niego i zastanawiałem, czy aby na pewno dobrze usłyszałem. Pewność. Determinacja. Zdecydowanie… - Przestań mnie analizować, wiem, kiedy to robisz, Sherlock. Chcę wyjść na zewnątrz i zapalić papierosa. Tak, dobrze usłyszałeś.
Minęło kolejnych parę sekund, zanim odwróciłem się i obaj skierowaliśmy się ku drzwiom, by znaleźć się na ganku przed domem Sebastiana. John przysiadł na schodach, prostując nogi. Byliśmy sami, wszyscy zaproszeni goście znajdowali się w środku domu, a dudniąca muzyka, ku mojej uciesze, była tu cichsza i bardziej stłumiona. Podszedłem do Johna i usiadłem obok niego, wyjmując paczkę papierosów.
- Jesteś pewien? – spytałem i poklepałem się po kieszeni kurtki, by znaleźć zapalniczkę.
- Ja… mhm – odparł tamten, co nie zabrzmiało dość przekonująco.
- Nigdy nie paliłeś.
Wyjąłem dwa papierosy, podając jednego Johnowi, a ten chwycił go ostrożnie i spojrzał na mnie.
- Nauczysz mnie?
- Palenie zabija.
- Popcorn z mikrofalówki i cola też.
Uśmiechnąłem się szeroko. Najwyraźniej John był większą zagadką, niż dotychczas uważałem.
- Patrz i obserwuj.
Zapaliłem mojego papierosa i uniosłem go do ust, zerkając na chłopaka, którego oczy wyglądały jak dwa wielkie spodki i wpatrzone były w każdy mój ruch. Wciągnąłem więc dym do płuc, czując jak wypełnił je po brzegi i pozwoliłem sobie na chwilę rozkoszy, trzymając go w środku przez kilka sekund, a następnie wypuściłem, unosząc podbródek. Odwróciłem głowę do Johna i podałem mu papierosa.
- Myślałem, że będę palić mojego – odezwał się i zmarszczył brwi, wyglądając na obrażonego.
- Masz tylko spróbować – odparłem rozbawiony. – Wciągnij dym do płuc i nie zaciągaj się.
- To po co mam wciągać dym?
- Na litość boską, John, po prostu zrób, co mówię. Chcę, żebyś na początku oswoił się z dymem.
Położyłem mu dłoń na ramieniu, a ten zerknął na mnie zaskoczony, ale się nie odsunął. Patrzyłem, jak uniósł papierosa i powoli przyłożył go do ust. Gdy zrobił to, co mu kazałem, uśmiechnął się szeroko zadowolony z siebie. Następnie krok po kroku wyjaśniłem mu, jak powinien się zaciągnąć. Spaliliśmy jednego papierosa na pół, ponieważ wiedziałem, że gdyby John wziął ode mnie więcej, zaczęłoby mu się kręcić w głowie, a ja zdecydowanie nie chciałem mieć go na sumieniu.
Wydarzenie, które potem miało miejsce, przesądziło o tym, że miałem całkowitą rację co do przyjęcia u Wilkesa. Nie na darmo obaj z Victorem trzymaliśmy się od niego z daleka. Gdy wróciliśmy z Johnem do środka, znajdująca się tam zdecydowanie mniejsza ilość osób zwróciła moją uwagę. Coś było nie tak. Rozejrzałem się dookoła, by odnaleźć źródło nagłego zainteresowania i dostrzegłem w drzwiach łazienki grupkę chłopaków trzymających czerwone kubeczki z alkoholem. Poszedłem w tamtą stronę, marszcząc brwi i stanąłem na palcach, by dojrzeć coś ponad ich głowami.
- O boże – mruknąłem i zacząłem przepychać się przez tłum pijanych nastolatków. Poczułem, jak jeden z nich wylał na mnie alkohol, na co ja warknąłem wściekle, odpychając chłopaka. W końcu udało mi się dostać do łazienki. Przysięgam, nigdy nie poczułem się bardziej wściekły i przerażony zarazem. Na podłodze, w kałuży krwi i wymiotów, leżał Victor, a nad nim stał Sebastian, trzymając go jedną ręką za włosy, a drugą przytrzymując ramiona, podczas gdy Moran z wyraźną przyjemnością zadawał mu silne ciosy. Zareagowałem natychmiast, wbiegając do środka i rzucając się na Morana, by odciągnąć go od Victora.
- Och, proszę, proszę, książę z bajki przybył na ratunek! – zawołał Sebastian, rechocząc i puścił włosy Victora, którego głowa opadła na ziemię, ale na szczęście chłopak był przytomny. Poczułem czyjąś obecność za sobą i napiąłem mięśnie, ale odpuściłem, gdy usłyszałem cichy szept Johna wyrażający przerażenie. – Twoja księżniczka była niegrzeczna. – Wilkes wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, a ja zacisnąłem dłonie w pięści.
- Puść go – warknąłem, nie pozwalając Moranowi znów zbliżyć się do przyjaciela i stanąłem mu na drodze. – Co, boisz się wyznać prawdę ojcu i swoim pożal się boże przyjaciołom? – zapytałem, niemalże plując jadem w jego stronę. Wiedziałem, że igram z ogniem, ponieważ on miał po swojej stronie wszystkich rugbistów, ale miałem to głęboko w nosie. Nikt nie miał prawa traktować tak Victora.
- Prawdy? – Sebastian wybuchnął śmiechem, ale zobaczyłem w jego oczach ostrzegające ogniki. – Ten pedał – Wskazał głową na Victora. – zaczął się do mnie dobierać. Przez niego będę musiał się teraz szczepić. – Kilka osób roześmiało się za moimi plecami.
- Może miał powód, by to robić.
- Sherlock… - Victor spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem i pokręcił delikatnie głową, nakazując mi przestać. Och, zdecydowanie nie miałem takiego zamiaru.
- Prawda czasem potrafi zaboleć, Sebastianie, nieprawda? – Wbiłem w niego wzrok. – A może twoi znajomi już wiedzą? Znają prawdę o tym, jak masturbujesz się, oglądając gej porno w internecie, a pod łóżkiem trzymasz magazyny z półnagimi sportowcami? Och, z pewnością to wiedzą, nie należysz do łgarza. Reputacja twojej rodziny jest zbyt ważna, dlatego twój ojciec znajduje sobie, co parę miesięcy nową kochankę, ukrywając to przed wszystkimi, bo nie może zapewne znieść tej całej rodzinnej sielanki. Także twoja matka ukrywa fakt, że straciła pracę, bo przespała się z szefem i byłoby to bardzo niewygodne, gdyby ta informacja uzyskała szerszy rozgłos. Och i pozostała jeszcze sprawa Wilkesa Juniora, czyli ciebie, nieprawda?
- Zamknij się – warknął Sebastian, na co ja tylko uśmiechnąłem się szeroko, czując, jak John pociągnął mnie ostrzegawczo za rękaw kurtki.
- Gdyby rodzice i znajomi dowiedzieli się, że nienawidzisz i potępiasz w sposób fizyczny osoby homoseksualne tylko po to, by wyładować swoją złość, ponieważ sam jesteś gejem, myślisz, że wiele byś stracił w ich oczach? – spytałem i rozejrzałem dookoła, udając zaskoczenie na widok zebranych ludzi. – Och… Chyba właśnie oficjalnie zmieszałem cię z błotem, Sebastianie. – Uśmiechnąłem się, unosząc dłonie niewinnie do góry. Wilkes poczerwieniał na twarzy i wbił we mnie wściekłe spojrzenie. Puścił Victora i podszedł do mnie, chwytając mnie za kurtkę i przyciskając do ściany.
- Hej! – odezwał się John, ale ja powstrzymałem go, unosząc dłoń.
- Jesteś nienormalny, rozumiesz? - Sebastian wydyszał w moją twarz. – Jesteś popieprzonym świrem, Holmes. Odwołaj to, co powiedziałeś! Natychmiast! To nieprawda, odwołaj to.
- Prawda – zacząłem – zaczyna się w kłamstwie.
Poczułem silne uderzenie w nos, a potem krzyczącego do zebranych osób Sebastiana. Był wściekły, ale próbował wmówić wszystkim, że się naćpałem i wygadywałem jakieś głupoty. Wychodząc, Moran pchnął mnie barkiem na ścianę, a ja zacisnąłem zęby, łapiąc równowagę. Wiedziałem, że nie powinniśmy tu przychodzić. Czułem to! Chwyciłem się dwoma palcami u nasady nosa, gdy John chwycił mój nadgarstek.
- Sherlock, wszystko w porządku?
- To nie ja leżę na podłodze – warknąłem, wyszarpując swoją dłoń i podszedłem do Victora, który zdołał podnieść się do pozycji siedzącej. – Cholera – mruknąłem, widząc rozcięty łuk brwiowy, z którego obficie leciała krew. – Muszę go stąd zabrać.
- Nie możesz. – John przykucnął obok mnie. – Łuk brwiowy jest mocno ukrwionym miejscem. Najpierw trzeba zatamować płynącą krew, żeby on mógł wstać i gdziekolwiek się stąd ruszyć.
- Wziąłeś go ze sobą? – jeknął Victor i spojrzał niepewnie na chłopaka.
- Jak widzisz – burknąłem. – Możesz wstać?
- Sherlock, daj mi parę minut, opatrzę go najszybciej jak się da i wyjdziemy stąd. – Tym razem John położył mi dłoń na ramieniu i spojrzał na mnie pewien tego, co powiedział. Zerknąłem na Victora. Zerknąłem na drzwi. Skinąłem głową. Zaufałem Johnowi. Spojrzałem raz jeszcze na Victora i przełknąłem ciężko ślinę, widząc zaschnięte ślady po łzach na jego policzkach.
John okazał się niezwykle pomocny. Opatrzył Victora, podał mu wodę w czerwonym kubku, który znalazłem i z trudem udało nam się opuścić dom Sebastiana. Victor był słaby i widziałem, jak przez jego twarz przebiegał grymas bólu podczas nawet najmniejszego ruchu. Nie miałem pojęcia, jak długo leżał w łazience, będąc kopany w klatkę piersiową, brzuch i nogi, ale na samą myśl miałem ochotę wrócić tam z powrotem i zrobić to samo z Sebastianem. Zamówiłem taksówkę, ponieważ Victor nie był w stanie dojść do domu, nawet wspierając się na moim ramieniu. Załadowaliśmy go na tylne siedzenie samochodu i wślizgnęliśmy się do środka. Jazda do jego domu wydawała się wyjątkowo długa. Ojciec Victora otworzył drzwi, przyjrzał się synowi i wciągnął go do środka bez słowa podziękowania.
Była już za piętnaście druga. Ruszyliśmy w ciszy drogą przed siebie. Wsunąłem dłonie do kieszeni kurtki, zamykając na chwilę oczy i biorąc głęboki wdech.
- Dziękuję – odezwałem się, czując, że byłem winny Johnowi więcej niż tylko to.
- Nie ma za co. – Wzruszył ramionami. – Nawet jeśli ty byś tak nie postąpił, dla mnie to nie był żaden problem. Lubię pomagać, a Victor tego potrzebował.
- Będziesz dziwnym lekarzem.
John roześmiał się serdecznie, a ja spojrzałem na niego i poczułem tajemnicze ciepło w brzuchu po raz kolejny. W tym momencie miałem ochotę przystanąć, odgarnąć mu kilka blond pasemek z czoła i przyjrzeć mu się z bliska. Chciałem spojrzeć w jego błękitne oczy. Skąd się wzięła taka nagła fala czułości we mnie?
- Mówi to zapalony naukowiec – mruknął chłopak.
Uniosłem kącik ust.
- Mówiłem szczerze, John.
Zauważyłem, jak jego policzki pokryły delikatne rumieńce.
- To… To nic takiego… Sherlock, naprawdę… Ja…
- Przestań, bo znów zaczynasz bełkotać.
Uśmiechnął się pod nosem, a ja dostrzegłem dużą plamę na jego ramieniu.
- Ktoś cię oblał.
- Och, tak. Poszedłem od razu za tobą, ale… Wpadłem na jakiegoś chłopaka, a że nie mam powalającego wzrostu jak ty, jego piwo wylądowało na mnie.
- Twój ojciec się dowie, że go okłamałeś – stwierdziłem.
John przełknął nerwowo ślinę, ale wzruszył delikatnie ramionami.
- To… nic takiego. On zrozumie.
- Zrozumie? – Uniosłem brwi. – Chyba zabije.
Chłopak spuścił wzrok, przygryzając dolną wargę. Nie chciałem, by przeze mnie John miał kłopoty, a wiedziałem, że jeśli do tego dojdzie, będzie to moja wina.
- Chodź do mnie. – Byłem zaskoczony, gdy zorientowałem się, że to ja wypowiedziałem te słowa na głos.
John otworzył szeroko oczy i spojrzał na mnie, mrugając szybko.
- Ale… Co… Nie, to w porządku. Ja nie muszę… To okej… Nie musisz.
- Ale chcę.
Przystanąłem i spojrzałem na niego.
- John, przez te parę minut, podczas których twój ojciec zmusił mnie, bym z nim siedział udało mi się zauważyć na jak wiele sposobów zdołałby mnie rozgnieść, gdybym go okłamał, nie idąc z tobą na cudownie przez ciebie wymyślone spotkanie miłośników poezji – prychnąłem. – Masz czas do piątej nad ranem. Jeśli chcesz wrócić w takim stanie do domu, jutro będziesz bezdomny. Zamiast tego możemy pójść do mnie i przesiedzieć te kilka godzin tam. Tylko w taki sposób będę mógł się odpłacić.
- Nie jesteś mi nic winien, Sherlock – odparł John cicho. Skrzyżował ręce i łagodnie się uśmiechnął. Wyglądał, jakbyśmy wrócili z wieczornego spaceru, podczas którego kontemplował piękno świata.
Zrobiłem krok do przodu, górując nad Johnem i spojrzałem w dół. To go zawsze onieśmielało.
- Chodź do mnie.
John spuścił głowę na dół, splatając nerwowo palce i wciągnął powietrze do płuc.
- Ale twoi rodzice…
- Zaufaj mi, John.
Chłopak zerknął do góry, przygryzając dolną wargę. Kiedy powoli pokiwał głową, uśmiechnąłem się szeroko. Ruszyłem do przodu, próbując ukryć podekscytowanie pod maską obojętności, z myślą, że po raz pierwszy odwiedzi mnie ktoś inny niż Victor. Równie szczęśliwy czułem się tylko, gdy rodzice podarowali mi na urodziny psa. W Pałacu Umysłu zapaliło się czerwone światło. Błąd. Błąd. Błąd. Błąd, którego nie potrafiłem zdefiniować. Wtedy jeszcze nie.
* "Prawda zaczyna się w kłamstwie" - cytat z Doktora House'a
