Rozmowy nocą

Dotarliśmy do mojego domu w przeciągu piętnastu minut. Ojciec znów był w Waszyngtonie, a że należał on do moich jedynych zmartwień, nie musiałem się przejmować, że ten zaskoczy mnie, gdy znajdę się w środku. Wsunąłem więc po cichu klucz do zamka i wiedząc, że nawet jeśli Mycroft lub matka usłyszą, że wróciłem, żaden z nich nie ruszy się nawet z łóżka, będąc przyzwyczajonym do moich częstych późnych powrotów.

Widziałem, jak John rozglądał się po salonie z lekko zszokowanym wyrazem twarzy. Bez wątpienia był to najbardziej elegancki dom, jaki kiedykolwiek zdarzyło mu się odwiedzić. Jego wzrok powędrował ku obrazom wiszącym na ścianie. Podobnie jak u wielu południowych rodzin całe moje drzewo genealogiczne można było prześledzić na kilkunastu ozdabiających ścianę portretach. John przyglądał się im uważnie, szukając, zapewne, podobieństwa. Następnie skupił uwagę na umeblowaniu, które nawet po dwudziestu latach użytkowania wyglądało jak nowe. Meble były ręcznie wykonane z wiśniowego drewna i zaprojektowane specjalnie do każdego pokoju. Wnętrze sprawiało wrażenie miłego, choć rzeczywistość była zupełnie inna. O wiele zimniejsza.

- Twój dom jest przepiękny.

Odwróciłem się, by spojrzeć na Johna. Naprawdę był oczarowany.

- Skoro tak uważasz – mruknąłem.

Wtedy skierował na mnie swój wzrok.

- Powinieneś doceniać swoje szczęście.

- Wręcz nie posiadam się z radości.

John parsknął i pokręcił głową.

- Jesteś niemożliwy.

- Nieznośny, sarkastyczny, bezpośredni, racjonalny i nieludzki również – odparłem, kierując się do kuchni. – Coś do picia?

- Herbatę?

- Piwa? – zapytaliśmy w tym samym momencie. John przystanął w progu kuchni i splótł nerwowo dłonie.

- Ja… nie piję – bąknął. Zauważyłem, jak w nikłym świetle księżyca jego policzki pokryły delikatne rumieńce. Uniosłem prawy kącik ust.

- Zamierzasz spędzić cztery godziny w moim domu, gawędząc przy filiżance herbaty?

Chłopak spuścił głowę.

- Nie, ja tylko… Pani Hudson i ja, my… Dzięki niej uwielbiam pić herbatę i…

- Wolne popołudnia spędzasz ze swoją gospodynią, pijąc herbatę? – prychnąłem. – Wolisz, jak opowiada ci o poczynaniach swojej gromadki kotów czy o tym, że jej sąsiadka nie była na niedzielnym na nabożeństwie?

Nie ukrywałem, jak bardzo mnie to rozbawiło. Och, John… Był tak bardzo inny, a co najdziwniejsze to tak bardzo, bardzo do niego pasowało. Uśmiechając się pod nosem, przygotowałem mu herbatę i sięgnąłem po cukier.

- Nie słodzę – odezwał się cichym głosem John. Jego szept był cichszy niż szelest liści poruszanych przez wiatr. Łypnąłem więc na niego i dopiero wtedy zauważyłem głębokie zażenowanie zdobiące jego twarz. W jakiś nieznany mi sposób to, co powiedziałem, musiało go urazić. Podałem mu kubek, unikając jego wzroku i nalałem sobie jedynie szklankę wody. Nie miałem ochoty na nic więcej.

- Pójdziemy do mojego pokoju – zadecydowałem i ruszyłem ku schodom, wymijając Johna. Usłyszałem za sobą ciche stąpanie. Zdałem sobie sprawę, że John będzie pierwszą osobą, nie licząc Victora, która przekroczy próg mojego pokoju. Nikogo nigdy nie zapraszałem. Cóż nie miałem nikogo, kogo mógłbym zaprosić. Zresztą nie byłem osobą stroniącą od towarzystwa. Lubiłem samotność. – Wejdę pierwszy – odezwałem się półszeptem. – Muszę go powstrzymać, zanim na ciebie wskoczy.

- Kto? – John spojrzał na mnie zaskoczony.

- Mój brat.

Nie wiem dlaczego, ale John nie usłyszał chyba sarkastycznego tonu w moim głosie i otworzył szeroko oczy przerażony. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, wsunąłem szklankę w wolną dłoń chłopaka i wślizgnąłem się do pokoju, natychmiast klękając na podłodze. Objąłem ramionami trzęsącego się z radości psa i przytrzymałem mu pysk, by ten nie zaczął szczekać.

- John, wejdź i zamknij drzwi – odezwałem się i przytrzymałem mocniej zwierzę, gdy chłopak pchnął ostrożnie drzwi i wszedł do środka. Utkwił wzrok w psie i otworzył usta. Zamrugał kilka razy oczami i natychmiast odłożył swój kubek i moją szklankę na stoliku nocnym, by przyklęknąć obok mnie.

- Nie wiedziałem, że masz psa – szepnął i wyciągnął rękę, by pies uważnie ją obwąchał.

- Miałem się tym chwalić?

- Nie, ale… Och, Sherlock, on jest cudowny! – John uśmiechnął się szeroko, gdy zwierzę polizało mu palce. Rozluźniłem uścisk i poczułem, jak pies wyrwał się i zbliżył do Johna, obwąchując jego szyję. - Jak się wabi?

- Redbeard – odparłem, obserwując, jak John pozwolił psu oblizać całą swoją twarz.

- Redbeard? – powtórzył rozbawiony. – A gdzie twój kapelusz, piracie?

Och.

Spojrzałem zaskoczony na Johna, jednak nic nie odpowiedziałem. Wstałem z podłogi i usiadłem po turecku na łóżku, nie ściągając butów. Sięgnąłem ręką po szklankę wody i wziąłem łyk, siadając głębiej, by oprzeć plecy o ścianę.

- Uraziłem cię? – spytał niepewnie John i również wstał z podłogi, lecz pies nie dał mu ani chwili spokoju, liżąc mu dłoń. – Przepraszam, Sherlock.

Wywróciłem oczami.

- Nie uraziłeś mnie, John – odparłem zirytowany. – Przestań przepraszać za każdą rzecz, którą zrobisz. Nie obchodzi mnie, co sobie myślisz.

- A czy jest coś, co w ogóle cię obchodzi? – wypalił John i spojrzał mi w oczy.

Zawahałem się nad odpowiedzią, mrużąc oczy. Przyjrzałem się chłopakowi. Jak ktoś tak prosty mógł być jednocześnie tak bardzo skomplikowany i trudny do rozszyfrowania? Wziąłem łyk wody, nie przerywając kontaktu wzrokowego i uniosłem podbródek.

- Usiądź, zasłaniasz mi widok na księżyc – burknąłem.

- Mogę ci zadać pytanie? – spytał chłopak, siadając na brzegu mojego łóżka. Był skrępowany.

- Moja odpowiedź brzmi: lubię rozmawiać o niczym.

- Skąd wiesz, o co chciałem spytać?

Redbeard wskoczył na łóżko i kładąc pysk na kolanach Johna, domagał się głaskania.

- To logiczne, John – westchnąłem. – Chciałeś mnie zapytać, dlaczego zawsze unikam rozmów na swój temat. Nie stronię od niepotrzebnego strzępienia mojego języka.

- Dlaczego chcesz ukrywać to jaki jesteś?

Odwróciłem wzrok od okna, by ponownie spojrzeć na Johna.

- Nie mówiąc innym, jaki jestem, nie muszę tłumaczyć się, dlaczego taki jestem.

- A jaki jesteś? – spytał tamten i uśmiechnął się. Poczułem w piersi rozlewające się ciepło i oparłem zimny spód szklanki na kolanie.

Milczałem. Przez dokładnie cztery sekundy spoglądałem w jego oczy i odwróciłem głowę, patrząc na księżyc. Nienawidziłem prowadzić takich konwersacji. Czułem się nieswojo, a nie mogłem wyznać Johnowi, że byłem samotny, szalony, czasem niezrównoważony, być może nawet świrnięty. Nie chciałem, by znał prawdę.

Byłem wdzięczny za ciszę, która zapadła. Zerknąłem na lewą dłoń Johna, gdy ten pogłaskał psa i zmarszczyłem brwi.

- To nie są zwykłe treningi, na które uczęszczasz – stwierdziłem na głos.

- Nie uczęszczam na…

- Och, daj spokój – żachnąłem. – Zdarty naskórek na dłoniach oznacza, że coś trenujesz, opalone ramiona i rozjaśnione włosy świadczą o treningach na otwartej przestrzeni, polepszenie kondycji, lepsza koordynacja ruchowa, a nawet wahania nastrojów.

- Nie mam wahań nastrojów.

- Owszem, masz – zapewniłem. – Zdarzają się momenty, w których usiłujesz dowodzić, jednak wolisz być stroną wykonującą rozkazy. – Zmrużyłem oczy. Zerknąłem raz jeszcze na posturę chłopaka i po chwili zrozumiałem, co tak naprawdę ukrywał. Spojrzałem mu w oczy i zobaczyłem w nich strach przed tym, co miałem powiedzieć. Usiadłem prosto. – Planujesz wstąpić do wojska.

John zwiesił głowę i wyciągnął dłoń, drapiąc psa za uchem. Westchnął cicho. Widziałem, jak zastanawiał się nad odpowiedzią, wahał się, otwierając i zamykając usta, by na końcu i tak zamilknąć, przygryzając nerwowo dolną wargę.

- Dlaczego wojsko? – spytałem, chcąc dociec prawdy. Poruszyłem się niespokojnie i westchnąłem poirytowany. Jeszcze do niedawna John wybierał się na studia medyczne, a teraz coś tak nagle wpłynęło na jego decyzję? Chyba że… - Lekarz wojskowy.

John uśmiechnął się, powoli unosząc kąciki ust ku górze i spojrzał na mnie.

- Nic się przed tobą nie ukryje, prawda? – zapytał. Och, John, to oczywiste, że nie. – Mój dziadek był wojskowym. Zawsze chciałem by był ze mnie dumny, nawet jeśli powtarzał mi to bardzo często każdego dnia. – Dostrzegłem w jego oczach smutek. Spuściłem wzrok, czując się niekomfortowo. – Wybieram się na akademię medyczną. Następnie czeka mnie staż w jednym ze szpitali wojskowych i wybranie jednostki wojskowej, z którą podpiszę kontrakt.

Wsłuchiwałem się uważnie w słowa Johna, które brzmiały dla mnie absurdalnie. Nie potrafiłem sobie tego wszystkiego nawet wyobrazić.

- Mogę teraz ja cię o coś zapytać?

Ach, cudownie. Skinąłem głową i odwróciłem głowę ku księżycowi, którego promienie wpadały do pokoju, rozświetlając jego wnętrze. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że przez cały czas siedzieliśmy po ciemku. Żadnemu z nas to nie przeszkadzało.

- Skąd wiesz tyle rzeczy o innych?

Westchnąłem.

- To taka umiejętność, z którą nauczyłem się żyć, John. Ciąg myśli błyskawicznie przelatuje mi przez głowę i formułuję wniosek. Czasem nawet nie uświadamiam sobie poszczególnych etapów tego procesu – wyjaśniłem. – Patrzę na ludzi, miejsca oraz rzeczy i widzę.

- Co widzisz?

- Wszystko. – Odwróciłem wzrok od okna, by spojrzeć Johnowi w oczy. – Mam swoistą intuicję. Zdarzają się czasem nieco bardziej złożone przypadki osób, ale wtedy wystarczy, że podejdę bliżej, zrobię mały research i widzę wszystko na własne oczy. Obserwowanie jest moją drugą naturą.

Słowa wypływały z moich ust, a ja nie czułem potrzeby, by przestać. John nie patrzył na mnie oskarżycielsko, nie rzucał kąśliwych uwag, nie oceniał. Po prostu słuchał.

- A więc – zaczął – patrząc na drugą osobę, możesz powiedzieć, kim jest i co robi lub robiła w przeciągu ostatnich parę minut?

Skinąłem głową.

- To niesamowite. – Uśmiech Johna wprawił mnie w osłupienie. Był szczery. I ciepły. Niesamowite. – Co możesz powiedzieć o mnie?

- O tobie? – Uniosłem prawą brew. – Podaj mi swój zegarek.

John zmarszczył brwi i wyglądał na lekko rozbawionego. Ach… Nie wierzyłbym mógł cokolwiek z tego wydedukować. Zdjął zegarek i podał mi go, obserwując, jak chwyciłem go do ręki i wstałem. Podszedłem do biurka, by zapalić lampkę i przyjrzałem się uważnie mechanizmowi, wpatrzyłem się w tarczę, ważyłem w dłoni. Chwyciłem lupę, by przyjrzeć się zegarkowi z bliska.

- Zacznijmy od tego, że wczoraj przed pójściem do szkoły byłeś na poczcie przy Newcastle Street – odezwałem się i uśmiechnąłem się, widząc zaskoczenie na twarzy chłopaka.

- Nie mam pojęcia, jak do tego doszedłeś.

- To banalne – odparłem. – Tak absurdalnie proste, że wyjaśnienie jest wręcz zbędne. Obserwacja podpowiedziała mi wczoraj rano, że do podeszwy twojego buta przylgnęła odrobina czerwonawej ziemi. Naprzeciwko urzędu przy King Street zdjęto właśnie fragment chodnika i rozkopano ziemię, tak że trudno w nią nie wdepnąć, wchodząc do środka. Tamtejsza ziemia ma specyficzną czerwonawą barwę i, o ile wiem, nie występuje nigdzie indziej w tych okolicach.

Zamilkłem i z rozbawieniem wpatrywałem się w zszokowaną twarz Johna.

- To wyjaśniałoby, w jaki sposób wywnioskowałem twój pobyt na poczcie. Natomiast jeśli chodzi o zegarek… - urwałem, zastanawiając się. – Niewiele tutaj danych, lecz… - Przekrzywiłem głowę i spojrzałem raz jeszcze na zegarek pod światłem lampki. – Ten zegarek należał do twojego ojca, który odziedziczył go twoim dziadku.

- Zgadza się. – John skinął głową i uśmiechnął się szeroko, wpatrując się we mnie zaintrygowany.

- Inicjały H.W. – wyjaśniłem. – Litera W wskazuje na twoje nazwisko. Na zegarku wygrawerowana jest data sprzed niemal czterdziestu lat, a inicjały są równie stare jak sam zegarek. Wykonano go więc dla kogoś z poprzedniego pokolenia. – Łypnąłem na Johna i zaryzykowałem. – Darzyłeś dziadka wielkim szacunkiem, jednak był on osobą nieporządną, bardzo niezorganizowaną i nieuważną. Miewał w życiu możliwości, nie wykorzystywał jednak swojej szansy. Żył w ubóstwie. Na koniec roztył się i zmarł.

Bacznie obserwowałem, jak uśmiech Johna zniknął z jego twarzy, a zastąpił go wyraz bólu. Opuściłem wzrok i oddałem zegarek w jego ręce, przełykając ślinę. W pokoju zapanowała cisza, którą przerywał tylko tykający na ścianie zegar i ciche ujadanie psa domagającego się pieszczot.

- Sherlock… - Zerknąłem na chłopaka, próbując wyczytać z jego twarzy, czy nie powiedziałem za dużo. W środku czułem już, że ten zaraz wstanie i opuści dom wściekły i rozżalony. – To było niesamowite.

Och… Zaraz.

Och…

Niesamowite.

Poczułem, jak serce zabiło mi szybciej w piersi. Spojrzałem zaskoczony na chłopaka i zaniemówiłem. Nie potrafiłem nic z siebie wykrztusić, a śmiech Johna, który wypełnił pokój, sprawił, że zamrugałem kilka razy niezdolny do niczego. Przekrzywiłem głowę, obserwując go, kalkulując i próbując racjonalnie wyjaśnić jego zachowanie, lecz, o ironio, w mojej głowie była czysta, pusta kartka papieru.

- To było genialne! Sherlock, miałeś rację… Ty… To wszystko… Zgadłeś wszystko, co do joty. – John z wyraźną ekscytacją wpatrywał się we mnie, jakbym podarował mu kolejny sweter do kolekcji.

- Cóż… - bąknąłem. – To nie to, co ludzie zazwyczaj mówią.

- A co ludzie zazwyczaj mówią?

- Odwal się.

Po tych słowach John roześmiał się głośno, a ja wpatrzyłem się w niego zaintrygowany po tym nagłym wybuchu. Chcąc nie chcąc, sam do niego dołączyłem. W tym momencie czułem się, jakbym dostał coś, czego brakowało mi przez całe moje życie. John był kimś zupełnie innym niż ja, kimś zdecydowanie lepszym, a mimo to nie oceniał mnie, a nawet starał się zrozumieć. Obserwowałem, jak chłopak ocierał kąciki oczu, a jego policzki przybrały różowy kolor. Kiedy ten spojrzał na mnie, uśmiechnął się ciepło i szczerze. W jego wzroku było coś naprawdę cudownego i kojącego, coś, co sprawiło, że nie potrafiłem, a może i nawet bałem się, poruszyć, by nie zniszczyć tej chwili. Co oznaczała? Nie miałem pojęcia. Wiedziałem tylko, że dłoń, którą John położył na mojej była przekroczeniem jakieś niewidzialnej strefy. Zamarłem i zerknąłem w dół na nasze ręce. Dotyk był przyjemny, lecz nie trwał długo. Drzwi do mojego pokoju otworzyły się, a ja prędko cofnąłem dłoń, gdy ujrzałem mojego brata.

- Czego tu chcesz, Mycroft? – warknąłem niezadowolony z faktu, że po raz kolejny brat wtargnął do mojego pokoju bez pukania.

- Przyszedłem zapytać się, czy być może nasz gość honorowy, którego uraczyłeś dzisiaj zaprosić w nasze skromne progi, nie zechciałby wypić filiżanki herbaty i przegryźć trochę ciasteczek – odpowiedział tamten i uśmiechnął się szeroko, a ja tylko prychnąłem, słysząc jego sarkastyczny ton. – Jest trzecia nad ranem – dodał ostrzejszym tonem, patrząc na mnie surowo. – Byłbym wdzięczny, gdybyś powstrzymał swoje amory do, chociażby, wschodu słońca, bracie.

- Byłbym wdzięczny, gdybyś w końcu wyprowadził się z tego domu – odciąłem się. – Twój przekraczający normę o dwa kilogramy tyłek niepotrzebnie tylko zajmuje tu miejsce.

- Nie bądź dziecinny, Sherlocku – zbeształ mnie Mycroft, cmokając z niezadowoleniem. – Jak na młodego mężczyznę przystało, znajdź swój umiar, proszę. Nie chcemy chyba budzić Mamusi, nieprawda? – Uniósł brwi i uśmiechnął się promiennie, prawdopodobnie zadowolony z siebie. Zerknął na Johna i lustrował go przez kilka chwil wzrokiem. – Mam nadzieję, że podoba ci się zagrzewanie miejsca w naszym domu. Nasz ojciec nie chciałby niepotrzebnych wojen i liczę, że ty także – dodał na odchodnym i opuścił pokój, po cichu zamykając za sobą drzwi.

Chwyciłem najbliższą pod ręką poduszkę i cisnąłem nią w drzwi sfrustrowany cholerną nadopiekuńczością Mycrofta. W tym momencie nienawidziłem go z całego serca. Spojrzałem na Johna, który splótł nerwowo dłonie i odwzajemnił spojrzenie.

- Naprawdę nie dziwię ci się, że zamknąłeś go w komórce.

Mimowolnie uśmiechnąłem się szeroko i zsunąłem z łóżka, by sięgnąć po nasze napoje. Resztę nocy spędziliśmy na rozmawianiu o moich zdolnościach, obserwacji, sztuce dedukcji, a nawet kilku drobnych sprawach, które udało mi się rozwiązać w przeciągu roku. Nad ranem zeszliśmy na dół do kuchni, gdzie czekało już na nas śniadanie. Nie byłem zaskoczony i chciałem uniknąć jedzenia, lecz John upierał się, by podziękować osobie, która to przygotowała. Wyjaśniłem mu, że to moja matka, co spowodowało, że tym bardziej chciał osobiście z nią porozmawiać i podziękować za gościnność, lecz wtedy przypomniałem mu, że zostało nam niecałe pół godziny, by odwieść go do domu i na całe szczęście zrezygnował ze swojego pomysłu.

- Powiesz twojemu tacie, że tutaj byłem? – zapytał John, gdy opuściliśmy dom.

- Z całkowitą pewnością już został poinformowany – prychnąłem. – Jego pieprzony monitoring obejmuje całe miasteczko. Mój ojciec jest o wiele gorszy niż Mycroft. To wcielony diabeł i najnudniejszy, a zarazem najniebezpieczniejszy człowiek, którego miałbyś okazję poznać.

Chłopak spojrzał na mnie i pokiwał głową. Wpatrzyłem się w drogę przed sobą, myśląc o ojcu. Zawsze miałem do niego żal, że nigdy nie było go w domu, lecz wraz z mijającymi latami, czułem już tylko… czystą obojętność. Był moim ojcem, jednak nie odczuwałem tego w żadnym stopniu.

- Nienawidzisz go? – indagował John.

Zastanowiłem się przez chwilę i wsunąłem dłonie do kieszeni kurtki.

- Nie czuję do niego nienawiści – stwierdziłem. – Zdałem sobie sprawę, że kiedy przestaje ci zależeć, boli znacznie mniej. Nie czujesz rozczarowania, gdy nie zadzwoni na urodziny. Nie czujesz rozczarowania, gdy traktuje cię jak powietrze. Nie czujesz rozczarowania, gdy widzisz w jego oczach rozczarowanie z twojego powodu. Po prostu masz to gdzieś.

- Ale to twój tata. – Głos Johna był łagodny, a gdy na mnie spojrzał, w jego oczach była troska.

- Jest moim ojcem tylko dlatego, że mnie spłodził, John. To dla mnie obcy człowiek. Nic innego mnie z nim nie łączy.

John spuścił głowę i zapiął kurtkę aż pod samą szyję. Dalsza droga upłynęła w ciszy, za co byłem chłopakowi naprawdę wdzięczny. Przystanęliśmy na początku asfaltowej alejki prowadzącej do jego domu.

- Dziękuję ci za wszystko – odezwał się John i uśmiechnął nieśmiało, obejmując się ramionami. Zapewne, gdyby miał ze sobą książkę, przycisnąłby ją teraz do piersi.

- To… nic. – Wzruszyłem ramionami.

Chłopak uśmiechnął się szerzej i spojrzał mi w oczy.

- Dokończę za nas ten projekt. – Uniosłem zaskoczony brwi na te słowa. - Nie musisz już przychodzić na zajęcia, wyjaśnię wszystko pannie Morstan.

Łypnąłem na Johna, lecz milczałem. Choć nienawidziłem kary, którą wyznaczył mi dyrektor, była to jedyna rzecz, gdzie mogłem się z nim widywać. Przynajmniej nie musząc tłumaczyć się Victorowi z jakiego powodu. Prawda była taka, że po prostu chciałem.

- Zostało zaledwie parę zdań… - mruknąłem i ponownie wzruszyłem ramionami.

- Nie ma sprawy, przecież nienawidzisz redagowania szkolnej gazetki. – John roześmiał się i odwrócił, by oddalić się w stronę domu. – Do zobaczenia w szkole.

Zacisnąłem usta i skinąłem głową. Powoli odwróciłem się na pięcie i ruszyłem drogą powrotną.

- Hej, Sherlock!

Przystanąłem, słysząc krzyk Johna.

- Dokończę za nas gazetkę, ale ty musisz mi obiecać jedną rzecz. – Uśmiechnął się.

- Tak? – Zmarszczyłem brwi, mając nadzieję, że nie będzie to jakiś szalony pomysł.

- Pod żadnym warunkiem nie możesz się we mnie zakochać.

Zamarłem, wpatrując się w Johna totalnie zaskoczony. Zmrużyłem oczy i zrozumiałem, że żartował, ponieważ roześmiał się cicho.

Przełknąłem ślinę, spuszczając wzrok.

Dałem mu słowo.


* W niektórych fragmentach tekstu wykorzystane zostały cytaty z książki Arthura Conan Doyle'a "Sherlock Holmes: Studium w szkarłacie".