Przypadek Johna Watsona

Nie zostałem w domu Victora ani minuty dłużej. Po przeczytaniu wpisu Johna poczułem diabelnie nieprzyjemny skurcz w żołądku. Byłem zły? Poirytowany? Wściekły? Rozczarowany? Rozczarowany. Zdecydowanie to ostatnie. Próbowałem odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego? Dlaczego miałbym się w ogóle przejmować? Czyż nie tego właśnie próbowałem się nauczyć? Umiejętności wyłączenia się, wygaszenia moich uczuć, gdy te nie były mi potrzebne. W zawodzie, z którym chciałem związać swoją przyszłość nie powinno być miejsca na uczucia. Czysty profesjonalizm – tym chciałem kierować się w życiu. Odseparowanie się od uczuć i profesjonalizm. Co się ze mną działo?

Byłem rozczarowany swoją słabością oraz tym czym obdarzyłem Johna. Nie potrafiłem tego nazwać. Przywiązanie? Nie, zdecydowanie nie. Potrafiłem wyobrazić sobie świata bez Johna Watsona i tych jego wełnianych swetrów. To nie byłoby takie trudne. Niestety John był… dobry. W każdym tego słowa znaczeniu. Potrafiłbym wziąć do ręki czarny flamaster i napisać mu na czole dobry. Nigdy nie widziałem, by się gniewał, złościł, podnosił głos. To po prostu do niego nie pasowało. Natura Johna nie pozwalała mu przejawiać tych negatywnych emocji. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

Dotarłem do końca Oxford Street i wyjąłem z kieszeni paczkę papierosów. Chwyciłem jednego i zacząłem bawić się nim między palcami. Zawahałem się. Miałem ochotę pojawić się pod domem Johna, a raczej wparować do środka i wyjaśnić całą sprawę. Jednak… Wolałem zebrać więcej danych. Nie rozumiałem jednej rzeczy – po co on miałby to robić? Nie miał żadnych powodów, by robić z Victora pośmiewisko w internecie. Pomógł mu pozbierać się z domu Sebastiana, wiedząc że chłopak i tak nie darzy go sympatią. Odnosiłem wrażenie, że John pomógłby nawet wygłodniałemu wilkowi w lesie, gdyby ten potrzebował pomocy.

Potrzebowałem odpowiedzi. Prostych odpowiedzi.

Zdecydowałem, że znów zaczaję się na Johna pod jego domem. Ani przez chwilę nie wierzyłem w to, że chłopak byłby zdolny do takiego czynu. Byłem świadom tego, że w tym małym, lecz wcale niegłupim, móżdżku chłopaka nie było chociażby najmniejszego miejsca na złość, co było w pewnym sensie paradoksem, ale moja wyobraźnia nie potrafiła stworzyć obrazu Johna innego niż tego, który już sobie ukształtowała. Owszem, nie byłem idiotą i zdawałem sobie sprawę, że są o wiele cwańsi ludzie niż nam się zdawało i za kurtyną swojego życia publicznego wiele można by się o nich dowiedzieć, aczkolwiek w przypadku Johna Watsona nie miałem z tym najmniejszego problemu. Jego życie prywatne udało mi się rozszyfrować w jednym uważnym spojrzeniu na jego osobę. John był najzupełniej w świecie kimś, kto jak każdy posiadał sekrety, ale nie bał się otwierać na świat, by pokazać, jaki był naprawdę. Potrafiłem to docenić. To dlatego ja i wyłącznie ja miałem szansę dostrzec w nim kogoś zupełnie innego niż wszyscy ludzie, którymi się otaczał.

Zawędrowałem pod dom Johna, gdy na moim zegarku wybiła trzecia popołudniu, wysłałem mu sms-a, informując go o moim przyjściu i ulokowałem się koło drzewa, za którym skryłem się, gdy przyszedłem tutaj po raz pierwszy, by poczekać na chłopaka. Oparłem się o nie z głębokim westchnięciem i wsunąłem papierosa do ust, lecz pozostawiłem go niezapalonego, bawiąc się nim między zębami. Miałem zamiar dostać się do laptopa Johna i uzyskać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. W duchu błagałem tylko bym w środku nie zastał ojca chłopaka. Od ostatniej rozmowy miałem go naprawdę dosyć. Po upływie piętnastu minut, który dłużyły się niesamowicie długo usłyszałem trzask zamka i dźwięk otwieranych drzwi. Jednak nie tego się spodziewałem.

- Prędzej zapuścisz tutaj korzenie, kochany. – Pani Hudson posłała mi ciepły uśmiech i stanęła na ganku. – Johna nie ma w domu.

Cudownie. Wyprostowałem się, wyciągając papierosa z ust i wyszedłem z cienia, by spojrzeć na starszą kobietę.

- Jest teraz w pracy – wyjaśniła. – Chodź, wejdź do środka. Właśnie zaparzyłam herbatę.

Ah. Zapomniałem o dorywczej pracy Johna w schronisku. Pomysł odwiedzenia go tam wcale nie wydał mi się taki głupi. Dlatego podziękowałem za herbatę (za co byłem sobie wdzięczny, gdy usłyszałem siostrę Johna krzyczącą coś z wnętrza domu) i oddaliłem się, kierując w stronę Read Street. Zdałem sobie sprawę, że ostatni raz widziałem Johna, gdy odprowadziłem go do domu po imprezie u Sebastiana, od której minęło już pięć dni. Do teraz nie potrafiłem odgadnąć, co chłopak miał na myśli, gdy powiedział bym pod żadnym warunkiem się w nim nie zakochiwał. Była to zdecydowanie najbardziej absurdalna, ale zarazem brzmiąca niepokojąco smutnie prośba jaką kiedykolwiek usłyszałem. W oczach Johna dostrzegłem desperację, której nigdy w życiu nie pomyślałbym, że mógłbym tam ujrzeć. Dlaczego miałby prosić o niezakochanie?

Dotarłem do schroniska piętnaście minut później, zwalniając kroku, gdy wszedłem na główną drogę prowadzącą do niewielkiego, szarego budynku, wokół którego dostrzegłem klatki. Słysząc skomlenie zamkniętych w nich psów, przez ciało przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. To z tego miejsca udało mi się zabrać Redbearda i dać mu schronienie u siebie w domu. Gdybym mógł, dałbym je wszystkim czworonogom, które się w tym piekle znalazły. Wtedy z prawej strony dobiegł mnie śmiech i szczekanie psa, a gdy przeniosłem tam swoje spojrzenie z daleka dostrzegłem Johna mierzwiącego z szerokim uśmiechem grzbiet psa. Chłopak miał na sobie niebieski t-shirt z beznadziejnym logo schroniska, w którym pracował, a uśmiech nie schodził z jego twarzy choćby na sekundę. Uczył szczeniaka aportowania, a ja obserwowałem to z niemałym zainteresowaniem. Nigdy nie widziałem Johna z tak beztroskim i pełnym wigoru wyrazem twarzy, co bardzo dokładnie skopiowałem, by umieścić w Pałacu, w miejscu dla niego przeznaczonym. Jego śmiech roznoszący się echem po okolicy, zwinne i energiczne ruchy, pełne ekscytacji i czystej radości oczy – to wszystko sprawiło, że wpatrzyłem się w Johna z uczuciem, które było mi tak bardzo obce i niezwykle odległe. Poczułem jakby wstąpiła we mnie tak gęsta fala ciepła promieniująca od chłopaka, że na moment zamarłem w miejscu, nie będąc zdolny, by choćby oddychać. Zdałem sobie sprawę, że się uśmiechałem. Szczerze.

Wtedy John odwrócił głowę i niemal upuścił zabawkę na ziemię, dostrzegając mnie stojącego na środku drogi prowadzącej do schroniska. Pies szczekał na niego, domagając się dalszej zabawy, lecz zaskoczony wzrok chłopaka utkwiony był we mnie. Uśmiech powoli znikł z mojej twarzy, a ja poruszyłem się, odwracając spojrzenie. Wsunąłem dłonie do kieszeni kurtki i ruszyłem do przodu, przemierzając w kilku krokach trawnik i przystając w pewnej odległości od Johna. Poczułem na sobie spojrzenie psa, który na początku zawarczał na mnie, a potem podbiegł i obwąchał mnie, zapewne wyczuwając Redbearda.

- Sherlock – wydusił z siebie John.

Przeniosłem na niego wzrok, pozwalając psu wylizać moją dłoń.

- Bezbłędna obserwacja – odparłem rozbawiony, gdy dostrzegłem, jak policzki Johna pokryły delikatne rumieńce, a oczy zamieniły się w dwa spodki.

- Co ty… Skąd wiedziałeś? – Sprawiał wrażenie jakby właśnie objawił mu się Bóg.

- Pani Hudson.

- Co ty tutaj robisz? – Uśmiechnął się, bawiąc się między palcami patykiem, który nadal był mokry od śliny psa. Nie, chyba nie zdawał sobie z tego sprawy.

- Na pewno nie przyszedłem w odwiedziny. – Zdziwiłem się, słysząc jak bardzo zirytowany ton przybrał mu głos.

- Och… Jasne. Tak.

John zerknął na psa, marszcząc brwi i wtedy uświadomił sobie, że jego palce były pokryte śliską i lepką śliną. Obdarzył mnie jednak raz jeszcze promiennym uśmiechem, co doprawdy było rozbrajającym widokiem. Fascynujące.

- Więc… - zaczął, nie do końca wiedząc, co ze sobą począć i podszedł do mnie bliżej. – Co cię tutaj sprowadza?

Odpowiedź była prosta.

- Ty.

John wbił we mnie zdumione spojrzenie błękitnych oczu, a ja uniosłem kącik ust. Za każdym razem uwielbiałem wprawiać go w zakłopotanie.

- Ja – powtórzył i zamrugał kilkakrotnie, próbując zrozumieć. – Mógłbyś… - urwał i podszedł do psa, zapinając mu smycz i spojrzał na mnie. – Mógłbyś wejść ze mną do środka? Za dziesięć minut kończę zmianę i…

- Mhm – odparłem, spoglądając w dół na psa, któremu po krótkiej chwili zmierzwiłem sierść na karku.

John posłał mi krótki uśmiech i odłożył brudny patyk na ziemię, zabierając ze sobą tylko zabawkę i odwrócił się, kierując się w stronę schroniska. Ruszyłem za nim, obejmując uważnym spojrzeniem zwierzęta zamknięte w klatkach, co nie umknęło uwadze Johna.

- Chcesz do nich pójść? – zapytał.

- Dlaczego miałbym? – Wzruszyłem ramionami, odwracając wzrok.

- Ponieważ przypominają ci twojego psa. Nie ma w tym nic złego, wiesz? Mogę…

- Nie trzeba. – Machnąłem ręką. – Po prostu zrób swoje i wyjdźmy stąd.

John przyglądał mi się przez kilka sekund, po czym skinął głową i podszedł do klatki należącej do psa, którego wcześniej wyprowadził na spacer. Obserwowałem, jak kundel wskoczył na okratowane drzwi, gdy chłopak je za nim zamknął i zaskomlał na Johna, który uśmiechnął się do niego i dał ostatni raz polizać się po dłoni. Wtedy skierował nas do głównego budynku i kazał mi poczekać na jednym z krzeseł, z którego i tak nie skorzystałem, obserwując z okna zwierzęta zamknięte jak konserwy w klatkach. Nienawidziłem tego miejsca, lecz jednocześnie czułem, że mógłbym przebywać tu całymi dniami, tak jak John. Teraz rozumiałem jego bezinteresowną pracę w schronisku. Usłyszałem zbliżające się kroki i odwróciłem się, dostrzegając blondyna w zmienionym t-shircie, przewieszonym przez ramię bordowym kardiganie i swojej „biblii" przyciśniętej do piersi. Uniosłem kącik ust mimowolnie.

- Więc… - zaczął John, łypiąc na mnie niepewnie. – Ja cię tutaj sprowadzam.

- Mhm – mruknąłem. – Chodzi o Victora – sprecyzowałem.

John zmarszczył brwi, odwracając wzrok. Powoli założył na siebie sweter i podszedł do drzwi, otwierając je, by wyjść i poczekać na mnie na zewnątrz. Czytając z wyrazu jego twarzy, wiedziałem, że moja odpowiedź go rozczarowała. Czego się spodziewał?

Opuściłem schronisko, podążając za chłopakiem w wyczuwalnie niekomfortowej ciszy. John szedł obok mnie ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w mijany pod jego stopami chodnik. Czułem, że coś mi umknęło. Coś bardzo istotnego. Nie mogłem pojąć, co takiego przeoczyłem, nie wiedziałem, co powiedziałem nie tak. Nienawidziłem nie wiedzieć.

Cóż. Wziąłem się w garść. Przyszedłem do Johna tylko z tego jedynego powodu.

- Wiem, że wiesz, o co mi chodzi – odezwałem się. – A jedyne czego chcę to odpowiedzi na moje pytania. Potrzebuję twojego laptopa.

John milczał, kiwając ledwo zauważalnie głową. Zmarszczyłem brwi, zerkając w bok na chłopaka i zmierzyłem go wzrokiem, próbując wybadać, co było przyczyną nagłego zgaśnięcia tak żywego entuzjazmu, który od niego wcześniej promieniował.

- Dobrze znane ci zdjęcie zostało opublikowane na Facebooku z twojego konta – kontynuowałem. – Chcę zeskanować twojego laptopa.

- Jasne. – Kolejne kiwnięcie głową.

- I… to w porządku? – spytałem niepewnie.

- Tak, jasne.

Zatrzymałem się poirytowany. Chwyciłem Johna za łokieć, zmuszając go by również przystanął. W końcu ten łypnął na mnie zaskoczony. Musiał wyczuć, że coś było nie tak, ponieważ jego twarz przybrała inny, łagodniejszy wyraz.

- O co chodzi, Sherlock? – zapytał ostrożnie.

Puściłem go, wywracając oczami.

- O to – warknąłem. – Rozczarowałem cię. Nie rozumiem, dlaczego miałbym.

John spuścił wzrok, robiąc krok w tył.

- To nic, ja… - Przełknął nerwowo ślinę. – Wiem, co o mnie myślisz, Sherlock, ale… to zdjęcie…

Nie dokończył, milknąc i zacisnął kurczowo dłoń na swojej książce. Wtedy uświadomiłem sobie, o co tak naprawdę chodziło.

- Na litość boską, John… - westchnąłem. – Doprawdy myślisz, że jestem idiotą, który uważałby, że to ty byłeś sprawcą tego całego zamieszania?

Chłopak uniósł głowę, wbijając we mnie zaszokowany wzrok.

- To ty nie… Nie myślisz, że to ja?

Uniosłem oczy ku górze, wzdychając głęboko.

- Znając moje metody, John, naprawdę myślałeś, że uwierzę w to popieprzone kłamstwo mające na celu zrobienie z ciebie osoby, która z desperacją próbuje przyciągnąć uwagę innych?

Wzrok Johna powiedział mi więcej niż chciałem. Był zaszokowany. W jakiś sposób poczułem się dotknięty, ponieważ w tym momencie moja duma została naruszona. Ze wszystkich ludzi to John powinien zdawać sobie sprawę, że nie tak łatwo można było zapędzić mnie w kozi róg. Chłopak najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, jak wiele o nim wiedziałem. Wtedy dostrzegłem przechodzący przez jego twarz cień wstydu, który wpełzł na jego policzki, pokrywając je rumieńcami. Zwątpił we mnie i to sprawiło, że zamilkł na kilka nieznośnie długich sekund. Podniósł na mnie wzrok, gdy dwójka rozwrzeszczanych dzieci przebiegła obok nas i zmusiła go do zrobienia kroku w moją stronę.

- Przepraszam – odezwał się, co zabrzmiało aż nazbyt szczerze, biorąc pod uwagę, za co tak naprawdę próbował przeprosić. – Myślałem, że…

- Źle myślałeś – przerwałem mu, brzmiąc delikatniej niż poprzednio.

- Powinienem był wiedzieć, że…

- Że na tą chwilę potrzebuję twojego laptopa. – Westchnąłem, nie chcąc brnąć dalej w nieudolne próby przeproszenia mnie; nie potrzebowałem ich. Nie w przypadku Johna. – Nie roztrząsaj się nad czymś, co i tak mnie nie obchodzi. Teraz – Spojrzałem Johnowi w oczy. – twój dom, laptop.

John spoglądał na mnie w ciszy, poczym skinął głową i odpowiedział krótkie „tak jest", co zabrzmiało komicznie z jego ust.


Gdy dotarliśmy do domu Johna, ku mojemu niezadowoleniu jego ojciec już tam był. Po przekroczeniu progu objął mnie tylko uważnym spojrzeniem, lecz nie powiedział nic, znikając w salonie z kubkiem ciepłej herbaty i książką wsuniętą pod pachę, co w dość przerażający sposób przypomniało mi Johna. Chłopak zaprowadził mnie do swojego pokoju, po drodze rzucając Harry ostrzegawcze spojrzenie, ponieważ jej głowa wysunęła się z pokoju, a wzrok badawczo śledził mój każdy ruch. John otworzył drzwi i spojrzał na mnie, czekając bym wszedł pierwszy. Jak wspomniałem już wcześniej, nienawidziłem nowych miejsc, a pokój Johna był kolejnym, z którym musiałem się zmierzyć. Poruszyłem się nieco sztywno i wślizgnąłem do pokoju, natychmiast rozglądając się dookoła i chłonąc wzrokiem wszystko, co nawinęło mi się w jego zasięgu. Niewielka komoda, biurko, posłane (odrobinę zbyt pedantycznie) łóżko, ściany były puste, nie licząc jedynej korkowanej tablicy, na której wisiała wydrukowana kopia tablicy Mendelejewa, żółte karteczki z datami sprawdzianów, bądź krótkimi notatkami, wycięte z gazety zdjęcie ludzkiego szkieletu (opisanego od góry do dołu czerwonym długopisem przez Johna) i budowy tkanek. Pokój był skromny i schludny, a co zaskoczyło mnie najbardziej to, że sprawiał wrażenie przytulnego. Był w ten znany mi sposób johnowy.

- Masz.

Zamrugałem dwa razy, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że odpłynąłem na kilka sekund, a obok mnie przystanął John i wyciągnął w moją stronę swojego laptopa. Wziąłem go i bez pytania usadowiłem się na łóżku, zrzucając z siebie kurtkę.

- Chcesz lemoniady?

Zerknąłem na Johna i pokręciłem przecząco głową. Chłopak i tak zniknął za drzwiami, a ja włączyłem laptopa i zanim ten wrócił zdążyłem przeskanować jego sprzęt, co potwierdziło moje przypuszczenia o tym, że ktoś zhakował jego system. Pozostało tylko pytanie – kto mógł to zrobić? I po drugie – dlaczego? Bez zastanawiania się wiedziałem, że hasła zabezpieczające konta na profilach społecznościowych Johna z pewnością były banalnie łatwe, co niestety zmusiło mnie do sformatowania jego laptopa.

- Mogę cię o coś zapytać?

Uniosłem zaskoczony głowę. Dostrzegłem Johna siedzącego w pewnej odległości ode mnie na łóżku. Umknął mi moment, kiedy wrócił do pokoju. Wtedy na stoliku dostrzegłem dwie lemoniady. Znowu.

Przeniosłem wzrok na Johna i uniosłem prawą brew w geście zapytania.

- Co u twojego ojca?

Zmarszczyłem brwi, próbując zrozumieć sens tego pytania.

- Niekoniecznie jestem osobą, którą to obchodzi – odparłem niepewnie. – Rzadko bywa w domu, o czym dobrze wiesz.

- Nie żałujesz, że dorastasz praktycznie bez niego? – indagował John, a ja wyczułem cień smutku w jego głosie. – Co byłoby… w porządku. Mi też brakuje mojej mamy. Nawet jeśli jej nie znałem.

Po raz pierwszy dopuściłem do myśli, że mnie i Johna może jednak coś łączyć. Przez chwile się nad tym zastanawiałem.

- Nie chciałem się wtrącać – dodał po chwili, zaciskając jedną dłoń w pięść; był zdenerwowany.

Obserwowałem go w ciszy, która nagle stała się gęsta i niezwykle ciężka do zniesienia. Powoli spojrzałem w dół i wróciłem do swojej poprzedniej czynności, w której zająłem się laptopem Johna. Kątem oka widziałem jak ten zmierzwił swoje włosy i sięgnął ręką po lemoniadę, upijając kilka łyków.

- Twoja kolej. – Wyprostowałem się i zsunąłem laptopa z kolan, podsuwając go Johnowi pod nos. – Na każdym koncie, jakie kiedykolwiek założyłeś zmień hasło. Och, i postaraj się być trochę bardziej kreatywny i nie wpisuj tam z łaski swojej swojego imienia i nazwiska.

John przechwycił laptopa i odstawił szklankę napoju, zabierając się do pracy.

- Domyślasz się kto to mógł zrobić? – zapytał po chwili, wystukując coś na klawiaturze, a ja po raz pierwszy ujrzałem kogoś, kto poruszał dłońmi w tak powolnym tempie. Czy on naprawdę zamierzał być lekarzem wojskowym?

- Brakuje mi informacji – odparłem i widząc poczynania chłopaka, wywróciłem oczami. – Użyj chociaż raz caps locka. Nie na darmo masz to wytłuszczone na ekranie.

- Och… Dzięki. – John posłał mi uśmiech, zerkając na mnie i widziałem jak prędko poprawił wszystko, co napisał.

Westchnąłem, wślizgując dłoń we włosy i zmierzwiłem je, próbując rozgryźć całą tą sprawę. Na pierwszy rzut oka John był kimś prostym, zwyczajnym, kimś w ogóle nieskomplikowanym, niestanowiącym żadnej zagadki. Wiedziałem, że kryło się pod tym znacznie więcej, lecz nawet jeśli miałbym wziąć pod uwagę tylko te elementarne informacje, musiałbym mieć chociażby najmniejsze pojęcie o jego osobie. Nie mógł być to ktoś z najbliższych ludzi, którymi John się otaczał, ponieważ większość z nich znałem poprzez nieszczęsne redagowanie gazetki. Był to ktoś kto życzyłby źle Victorowi, ale to z Johna pragnący zrobić tego winnego całemu zamieszaniu. Ktoś kto miałby bezpośredni dostęp do osoby Johna lub za pośrednictwem kogoś od kogo mógł czerpać potrzebne informacji o nim, bądź…

Wyprostowałem się, patrząc nieobecnym wzrokiem przed siebie.

- Idiota – mruknąłem.

John zerknął na mnie, przerywając pisanie.

- Co?

- Idiota – powtórzyłem dobitniej, zaciskając powieki. – Jestem idiotą, John. – Uśmiechnąłem się do siebie, uchylając powieki i poczułem rosnącą od środka furię, że dałem się nabrać na tą całą szopkę.

- Okej – odezwał się niepewnie John i zmarszczył brwi. – Dlaczego miałbyś być?

Roześmiałem się, wstając.

- Sherlock. – John odłożył laptopa. – O co chodzi?

Podszedłem do okna, wyglądając przez nie i zmrużyłem oczy. Odpowiedź była tuż przed moim nosem odkąd pojawiłem się w domu Victora. Zaślepiła mnie głupia naiwność. Jak mogłem na to pozwolić? Poczułem, że rozczarowałem samego siebie. Zatoczyłem bezsensowne kółko. Musiałem otworzyć oczy szerzej na świat wokół mnie.

- O kogo – poprawiłem Johna i odwróciłem się przodem do niego.

- Wiesz, kto to – wywnioskował z mojej twarzy i odłożył laptopa.

Skinąłem głową i chwyciłem swoją kurtkę, jednym ruchem zakładając ją na siebie.

- Powiesz mi, kto to zrobił? – John zmarszczył brwi i wstał. – Dokąd idziesz?

- Do domu najdurniejszego człowieka na świecie.

- Czyli?

Opuściłem pokój, poprawiając kołnierz kurtki i zbiegając po schodach, odparłem głośno:

- Victora!