Zacieśnianie więzi
Z niewiadomych przyczyn John nie pojawił się w szkole przez cały najbliższy tydzień. Był to zdecydowanie jego rekord, ponieważ nawet podczas przerwy letniej wraz z Victorem mogliśmy dostrzec go znikającego w drzwiach szkoły. Z tego, co było mi wiadome chodził tam, by z panną Morstan ustalić projekty w gazetce szkolnej na nowy rok. Nawet gdybym umierał i zdrapywał ściany z nudów, nigdy w życiu nie przekroczyłbym progu szkoły w czasie, gdy obowiązek mnie do tego nie zmuszał, lecz tutaj mówimy o przypadku Johna Watsona, a jego trzeba zaliczać do zupełnie innej kategorii.
W szkole przyłapałem siebie na rozglądaniu się dookoła w celu ujrzenia gdzieś blond czupryny i nie byłem jedyną osobą. Widziałem, że nawet nauczyciele odczuli brak chłopaka. Tylko jego dłoń szybowała za każdym w powietrze na zadane przez nauczyciela pytanie. Byłem ciekaw, co było przyczyną jego nieobecności, lecz pomimo posiadania jego numeru telefonu, nie napisałem do niego. Dlaczego miałbym się przejmować?
Moje kontakty z Victorem uległy pogorszeniu. Wrócił do szkoły na dwa dni przed końcem tygodnia, a ja robiłem wszystko, by unikać go jak ognia. Nie miałem ochoty na jego obecność, dlatego ignorowałem go za każdym razem, gdy ten próbował nawiązać rozmowę. Udało mi się dopiąć swego, gdy Victor dał mi wreszcie spokój i zirytowany moim zachowaniem odpuścił. Idiotyczna sytuacja, w którą wplątał Johna nadal stanowiła dla mnie w pewnym stopniu nierozwiązaną zagadkę. Wiedziałem, że Victor nie lubił się dzielić tym, co było jego, a ja doskonale to rozumiałem, ponieważ moja natura była identyczna, aczkolwiek nigdy nie odczułem zazdrości, gdy chłopak znalazł sobie kogoś nowego do spędzania czasu. Przypadek Johna miał w sobie coś, co spowodowało, że Victor odczuł zagrożenie, którego wcześniej nie widział. Był wyjątkowy na swój sposób, ale wyjątkowość niestety nie stanowiła odpowiedzi na moje pytanie.
Dotarłem do domu później niż zazwyczaj, spędzając czas nad wodą, która potrafiła działać na mnie niezwykle kojąco, gdy tego potrzebowałem. Dawała mi ten rodzaj spokoju i wyciszenia, jaki otrzymywałem po zażyciu kokainy, a potrzebowałem go doprawdy bardzo często. Mój mózg nigdy nie przestawał pracować i rzadko potrafił się wyłączyć. Dlatego pod domem znalazłem się pogrążony głęboko w myślach, przegapiając istotne fakty świadczące o tym, że ktoś znajdował się teraz w środku. Zdałem sobie z tego sprawę, dopiero gdy przekroczyłem próg salonu, z którego wpatrywała się we błękitna para oczu osobnika odzianego białym kardiganem. Zmarszczyłem brwi, patrząc na siedzącego w fotelu Johna z lemoniadą otrzymaną zapewne od mojej matki, która właśnie mnie minęła z tym swoim uśmiechem, którym obdarza każdego gościa pojawiającego się w naszym domu.
- Nie wspomniałeś nic, że zaprosiłeś do siebie kolegę – odezwała się, kładąc przed Johnem talerzyk wypełniony kruchymi ciasteczkami, za które ten podziękował uśmiechem.
Przemilczałem to. Kątem oka odprowadziłem matkę do wyjścia z salonu i zrobiłem kilka kroków do przodu. Spotkałem wzrok Johna i powoli uniosłem jedną brew, widząc, jak ten opuścił wzrok. Zdjąłem z siebie kurtkę, odkładając ją na najbliższy fotel i rzuciłem chłopakowi pytające spojrzenie.
- Przyszedłem podziękować – odezwał się. – Ta cała sprawa z Victorem nie dotyczyła ciebie, a ty i tak zaangażowałeś się w nią i wyjaśniłeś wszystko… Mimo iż nie musiałeś.
- Nie robiłem tego, byś musiał fatygować się do mnie z przeprosinami, John. – Zmarszczyłem brwi. – Po prostu chciałem to wyjaśnić, a przy okazji udowodnić Victorowi, jak wielkim jest idiotą.
- Człowiek zakochany nie jest idiotą, Sherlock. On tylko robi idiotyczne rzeczy, których potem może żałować, lecz nie sądzę, że czyniąc je, jest ich świadom.
Och.
Wpatrzyłem się w Johna, czując jak jego słowa podziałały na mnie niczym kubeł zimnej wody. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak istotny fakt przeoczyłem. Potrafiłem patrzyć na ludzi, obserwować ich i widziałem. Dostrzegałem to, co inni potrafili przegapić, a w większości były to rzeczy niezwykle banalne. Ubranie, zachowanie czy mowa świadczyły o ludziach wszystko. Obserwacja była moją drugą naturą. Sprawę zawsze potrafiły skomplikować uczucia. Gdy te wchodziły w grę, na drodze pojawiała się lampka jarząca czerwonym światłem, którą w moim przypadku bardzo ciężko można było zgasić, bądź zignorować. Uczucia stanowiły dla mnie problem o wadze węzła gordyjskiego, do którego rozwiązania potrzebne byłyby bardzo wyszukane środki. Kiedy już myślałem, że cała sprawa z Victorem została przeze mnie wyjaśniona… Tak oto pojawił się John i zmienił wszystko. Sprawił, że czerwona lampka zniknęła.
- Nie udało ci się tego wydedukować, geniuszu?
Zamrugałem wiele razy i zdałem sobie sprawę, że stałem nieruchomo, wpatrując się w Johna w kompletnym osłupieniu z lekko rozchylonymi wargami. Prędko zamknąłem usta, lecz nie odezwałem się. Głos Johna nie był złośliwy ani prześmiewczy, a gdy spojrzałem na chłopaka dostrzegłem w jego ciepłym spojrzeniu delikatne rozbawienie. Udało mu się mnie wyłączyć na dobrych parędziesiąt sekund… A może nawet i paręnaście minut, zawsze traciłem rachubę.
- Nie przejmuj się – dodał John, unosząc kąciki ust. – Nikt nie jest idealny.
Obserwowałem, jak chłopak podniósł się z fotela, podczas gdy ja uparcie milczałem. Zrobił kilka ostrożnych kroków w moją stronę i przystanął naprzeciwko mnie. Objąłem wzrokiem jego pogodną twarz, dostrzegając więcej detali niż przedtem. John wyglądał na wycieńczonego i kogoś, kto zmagał się z wieloma problemami, jednak pomimo zmęczenia, w jego oczach zawsze można było dostrzec uśmiech, co zawsze mnie intrygowało.
- To żaden wstyd nie znać się na uczuciach, Sherlock.
- Z pewnością ty wiesz o nich już wszystko – prychnąłem, gdy w końcu udało mi się odezwać.
John spojrzał na mnie, marszcząc delikatnie brwi. W jego spojrzeniu dostrzegłem cień smutku, który niestety udało mi się ujrzeć już wcześniej u Victora. Identyczność spojrzenia mnie przeraziła.
- Nie musiałeś mi dziękować – dodałem.
- Wiem. – Na twarz Johna powrócił uśmiech. – Po prostu poczułem potrzebę, by to zrobić, no i… chciałem.
Po krótkiej chwili skinąłem mu głową i wyprostowałem się, oddalając się od chłopaka. Chwyciłem kurtkę, którą uprzednio rzuciłem na fotel, a kątem oka obserwowałem Johna, który nadal stał nieporuszony na środku salonu.
- Sherlock… - odezwał się powoli. – Chciałbyś… - Odwrócił twarz w moją stronę. – Odwiedziłbyś ze mną pewne miejsce?
Uniosłem jedną brew ku górze.
- Pewne?
- Jestem tam wolontariuszem.
Od razu pomyślałem o schronisku, w którym tydzień temu odwiedziłem Johna. Zaskoczyła mnie jego prośba, lecz nie dałem tego po sobie poznać i jedynie zarzuciłem na siebie kurtkę z powrotem.
- Jeśli muszę.
Myliłem się. Miejsce, do którego John chciał bym z nim pojechał okazało się być w pewnym stopniu azylem, lecz nie dla zwierząt, a dzieci. Dowiedziałem się, że chłopak pracował tam dzięki pannie Morstan, która udzielała się tam już od wielu lat. Sierociniec był niewielki, a gdy tam dotarliśmy na dworze zaczęło się już ściemniać. John wyjaśnił mi, że co roku zbiera pieniądze dla dzieci mieszkających tutaj, by móc obdarować je małymi podarunkami na święta. W drodze do tego miejsca tym razem to ja zamieniłem się w słuchacza, dając chłopakowi możliwość do podzielenia się ze mną historią, która sprawiła, że postanowił zaangażować się w pomoc dla sierot.
- Dlaczego zawsze nosisz ze sobą tę książkę? – zagadnąłem w połowie drogi, zerkając na przedmiot, który John znów przyciskał do siebie.
Wiedziałem, że był to sentyment, bądź pamiątka, lecz nie rozumiałem sensu noszenia tego przedmiotu wszędzie ze sobą. Co ciekawe, nigdy jeszcze nie zobaczyłem tytułu książki. Była stara, a okładka zdarta i lekko pomięta.
John przeszedł kilka kroków do przodu, zanim odpowiedział.
- Należała do mojej matki – odparł w końcu.
Pomimo iż o tym już wiedziałem, poczułem się, jakbym wylał żrące chemikalia na ulubiony sweter Johna.
- Moja matka i ojciec dostali tę książkę w dniu ślubu – dodał po chwili. – Głównie to mama ją używała. Stale ją czytała, zwłaszcza w trudnych momentach. – Chłopak odwrócił głowę w moją stronę. – Uwielbiała czytać ją wieczorem, czasem czytywała i mnie, przed pójściem na spoczynek i miała ze sobą w szpitalu, kiedy umierała. – Uśmiechnął się smutno, a ja tylko wpatrywałem się w niego bez słowa. – Gdy… już odeszła, ojciec wziął ze szpitala jej książkę i po prostu mi ją dał. Wiedział, że i tak należałaby do mnie.
Odwróciłem wzrok, gdy chłopak spuścił głowę, milcząc. Spojrzałem przed siebie, sam nie wiedząc, co czułem. John podzielił się ze mną zaledwie skrawkiem swojej przeszłości, ale wiedziałem, że zrobił to, bo z jakiegoś powodu w pełni obdarzył mnie zaufaniem.
- Dzięki niej mogę jakby… stać się jej cząstką – dodał John. – Rozumiesz?
Zdziwił mnie fakt, że ten nie mówił tego ze smutkiem, ale w sposób, by odpowiedzieć na moje pytanie. Nie wiem dlaczego, lecz to jeszcze bardziej pogarszało sytuację. Pomyślałem przez moment o ojcu Johna i Harry. Ludzie w miasteczku bardzo szanowali rodzinę Watsonów, lecz niekoniecznie uczniowie naszej szkoły. Ja sam nie darzyłem ojca Johna szczególną sympatią i zawsze omijałem go szerokim łukiem. I vice-versa. Nigdy jednak nie pomyślałem o tym, jak ciężko musiało im się czasem wiodło.
- Nie do końca – odparłem szczerze.
Aczkolwiek zrozumiałem, dlaczego John pomagał dzieciom w sierocińcu. Sam posiadał tylko jednego rodzica i wiedział, jak to jest być wychowywanym w niepełnej rodzinie. Najzupełniej w świecie chciał pokazać tym dzieciom, że nie są same.
– Jaki jest tytuł tej książki? – spytałem.
- Wkrótce się dowiesz.
John uśmiechnął się do mnie, jakby o czymś wiedział. O czymś, co miało się dopiero wydarzyć.
Zdałem sobie sprawę, że podczas tej rozmowy ani trochę nie czułem się niekomfortowo. Sposób, w jaki mówił John był kojący jak woda w oceanie, której szumu mogłem się przysłuchiwać wcześniej na wydmach.
Gdy dotarliśmy do sierocińca na dworze zaczęło się już ściemniać.
- Od jak dawna odwiedzasz sierociniec? – Mój głos odbił się echem w pustym korytarzu.
- Od czterech lat. Kiedy po raz pierwszy tutaj przeszedłem miałem trzynaście lat. – John spojrzał na mnie.
Dotarliśmy do dwojga oszklonych drzwi, z których farba zaczęła odchodzić w wielu miejscach. Rozejrzałem się dookoła, czując to nieprzyjemne uczucie, gdy znalazłem się w jakimś obcym miejscu. Dlaczego John chciał zabrać tutaj akurat mnie?
- Sherlock… Wejdziesz do nich ze mną?
Zmarszczyłem brwi. Miałem zamiar usiąść na jednym z drewnianych krzeseł stojących na korytarzu, a nie wchodzić do środka z Johnem. Niby co miałbym tam robić?
Chłopak musiał dostrzec moją niezadowoloną minę, ponieważ uśmiechnął się tylko i zrobił krok w moją stronę.
- Nie musisz odzywać ani słowem. Po prostu postoisz i…
- Równie dobrze mogę postać tutaj – burknąłem pod nosem.
- Cóż… - John cofnął się. – Jasne… Obiecałem im, że ich odwiedzę, więc… Zaraz będę.
Obserwowałem, jak powoli zniknął za drzwiami. Przez kilka długich sekund stałem tam w ciszy, wpatrując w jeden punkt. Zawahałem się. Kusiło mnie, by zajrzeć do środka, lecz z drugiej strony… Dlaczego miałoby mnie to obchodzić?
Wsunąłem dłonie do kieszeni, raz jeszcze się rozglądając. Gdyby nie rozmowy za drzwiami i śmiechy dzieci, to miejsce mogłoby sprawiać wrażenie opuszczonego. Westchnąłem. Mój wzrok powędrował raz jeszcze na drzwi. Zrobiłem kilka ostrożnych kroków i spojrzałem przez szybę, dostrzegając Johna otoczonego przez ośmioosobową grupkę dzieci. Znajdowały się w dość dużej sali, gdzie w samym rogu stał mały telewizor, wokół którego ustawiono mniej więcej trzydzieści metalowych składanych krzesełek. W drugim rogu zobaczyłem stary stół do ping-ponga, popękany, zakurzony i bez siatki. Stało na nim kilka pustych styropianowych kubków, mogłem łatwo stwierdzić, że nikt nie używał go od miesięcy, może nawet lat. Przy ścianie obok stołu stało parę półek, a na nich zabawki – klocki, układanki i kilka gier. Było ich zdecydowanie za mało dla tak wielkiej grupy osób.
John spędził z dziećmi ponad pół godziny, które zasypywały go różnymi pytaniami, a nawet namówiły na kilka zabaw i gier. Obserwowałem to, będąc… zafascynowany. Nie znalazłbym innego słowa, by to opisać. Nigdy nie byłem w takim miejscu, lecz wiedziałem jedno – te dzieciaki pod opieką Johna, były naprawdę szczęściarzami.
Kiedy chłopak w końcu otworzył drzwi, uśmiechając się do mnie przelotnie, odwrócił się jeszcze do rudowłosej dziewczynki, obiecując, że niedługo wróci. Gdy opuściliśmy sierociniec, spojrzałem na Johna, widząc jak promieniował ze szczęścia.
- Mogłeś do nas dołączyć, wszyscy pytali o obcego pana za drzwiami – odezwał się John.
- Jestem pewien, że poczułyby się tylko gorzej, gdybym przekroczył próg tej sali – odparłem.
- Kilku chłopców pytało się, czy fryzjer źle cię obciął z jednej strony, a kilka dziewczynek zastanawiało się, dlaczego masz na twarzy tyle metalu. Przynajmniej rozwikłałbyś ich zagadki.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Z pewnością to spotkanie zakończyłoby się fiaskiem. Spojrzałem przed siebie zamyślony, przygryzając dolną wargę.
- To, co dla nich robisz jest… - Odchrząknąłem. – Dobre.
Chłopak odwrócił głowę w moją stronę, przyciskając książkę mocniej do siebie i uśmiechnął się szeroko. Nie odezwał się jednak ani słowem, lecz w zamian zrobiłem to ja.
- Głodny?
John podniósł na mnie wzrok.
- Umieram z głodu.
