W poniedziałek zaczął się ostatni tydzień przed przerwą świąteczną. Okres, którego nienawidziłem. Nie było przedmiotu, z którego nie miałbym wyznaczonego testu, od którego zależałaby ocena semestralna. Na dodatek powinienem był w końcu wypełnić podanie o przyjęcie na uniwersytet, co odkładałem świadomie na ostatnią chwilę. Nie chciałem myśleć o studiach, a w każdym razie nie chciałem studiować tutaj. Zastanawiałem się nad uczelnią poza stanem Północnej Karoliny. Nowy Jork? Może Ohio? Chciałem mieć więcej możliwości. Za wszelką cenę pragnąłem wyrwać się z Beaufort, z tej klitki, w której zmuszony byłem mieszkać od siedemnastu lat. Przez długi czas zastanawiałem się, jaki tak naprawdę kierunek studiów powinienem podjąć. Zdecydowanie nie chciałem zaprzepaścić moich zdolności logicznego myślenia i sztuki dedukcji, którą przez cały czas w sobie rozwijałem. Czułem i byłem przekonany, że kiedyś staną się niezwykle przydatne w moim życiu. Chemia i biologia przodowały w przedmiotach, z których miałem najwyższe oceny. Wynikało to z tego, iż moje zainteresowanie nimi było doprawdy wysokie (sam nawet wiele razy eksperymentowałem z niekoniecznie bezpiecznymi chemikaliami na kuchennym stole). Ogrom wiedzy z chemii sprawiał mi dziwną satysfakcję, którą chętnie pogłębiałem, przez co zdecydowanie przewyższałem swoim poziomem każdego licealistę z grupy. Być może poziom ten wykraczał już nawet poza poziom wiedzy studentów pierwszego roku. Rozmyślałem nad studiami na wydziale chemii, co nie byłoby takim złym pomysłem, który w zasadzie podsunął mi John. Cóż… Miałem jeszcze trochę czasu, lecz jednej rzeczy byłem pewien w stu procentach. Nie zamierzałem zostać tutaj ani trochę dłużej po zakończeniu liceum.

W poniedziałek po zakończonych zajęciach zmuszony byłem wracać sam. John ponownie zaangażował się w pomoc przy świątecznym artykule panny Morstan do gazetki szkolnej. Z nieznanych mi przyczyn chłopak uwielbiał tą nauczycielkę. Niestety ja nie potrafiłem nastawić się do jej osoby pozytywnie. Było w niej coś… niepokojącego. Irytowało mnie ilekroć John o niej wspominał lub dobrodusznie chciał jej pomagać.

Dotarłszy do domu, rzuciłem plecak na kanapę w salonie i rozsiadłem się wygodnie na miękkim siedzeniu. Nie było mi dane nacieszyć się wolną przestrzenią zbyt długo, ponieważ nie minęła minuta, a Redbeard ulokował się na mnie, boleśnie wbijając swoje łapy w mój żołądek i wylizując mi całą twarz. Skrzywiłem się, odsuwając się od psa i jedynie wytarmosiłem rude, gęste włosy na jego pysku.

- Sherlock?

Spojrzałem w stronę drzwi, dostrzegając matkę i jedynie mruknąłem na dzień dobry.

- Ktoś zostawił to dla ciebie w skrzynce, kochany – mówiąc to podała mi białą kopertę, którą ostrożnie wziąłem do ręki.

Odwróciłem papier na stronę nadawcy, lecz jego pole było puste. Dostrzegłem tylko moje imię napisane czarnym długopisem i natychmiast rozpoznałem pismo. Spojrzałem na stronę adresata, lecz była pusta. Unosząc kopertę w stronę okna, zauważyłem w środku list, na co zmarszczyłem brwi.

- Wszystko w porządku? – Poczułem dłoń ostrożnie przeczesującą moje włosy i zerknąłem w górę.

- Tak, ja… - Zawahałem się. – Przepraszam – mruknąłem, wyślizgując się z matczynego uścisku i opuściłem salon, kierując się do mojego pokoju.

Zaczekałem jeszcze aż dołączy do mnie Redbeard i zamknąłem drzwi, przysiadając na brzegu łóżka. Ostrożnie otworzyłem kopertę, wyjmując pożółkłą kartkę papieru. Objąłem wzrokiem pismo i nie dostrzegłem żadnych oznak, by list napisany był w pośpiechu, tak jak się tego spodziewałem. Pismo było staranne, żaden wyraz nie był przekreślony, bądź poprawiony. Odnosiłem wrażenie, jak gdyby list był już wcześniej zaplanowany. Co zdecydowanie nie wróżyło nic dobrego.

Nie mam pojęcia, jak, do cholery, powinienem zacząć list…

Mój kącik ust drgnął w małym uśmiechu na samo wyobrażenie dziesiątek zgniecionych kulek papieru przy podjęciu przez Victora każdej następnej próby napisania listu.

Chcę tylko byś przeczytał go do końca i nie obchodzi mnie czy tego chcesz, czy nie. Po prostu mnie wysłuchaj, dobra? Wiem, że ostatnio schrzaniłem wiele rzeczy, lecz wszystko, co robiłem było świadomym wyborem. Moja nagła „znajomość" z Moriartym miała swoje korzenie głębiej, niż myślisz. Nie mogę wyjaśnić ci nic więcej. Wiedz tylko, że Moriarty obrał sobie ciebie za cel, Will. Najprościej mówiąc – on chce cię zniszczyć. Mając szansę poznać go w pewnym stopniu, wiem, że jest do tego zdolny…

Prychnąłem. Kto nie marzył, by mnie nie zniszczyć?

Przykryj kocykiem swoje ego w tym momencie, bo wiem, że właśnie zapiszczało jak nadepnięty na ogon szczeniak. Nie wiem, jak on chce tego dokonać i kiedy, być może nawet nie teraz, nie w liceum, ale chce tego za wszelką cenę. Naprawdę nie wiem, co on planuje. Wiem, że jest to coś dużego. Dlatego teraz jest moment, w którym potrzebuje CAŁEJ twojej uwagi.

Odseparuj się trochę z łaski swojej od Watsona…

Och.

Zdecydowanie złapał moją uwagę.

Moriarty cię obserwuje. Trwa to już od kilku miesięcy, dlatego starałem się przez jakiś czas odwrócić jego uwagę od ciebie. Robiłem, co mogłem, dopóki nie odkrył moich prawdziwych zamiarów. Wtedy wiedziałem już, że w Beaufort nie ma dla mnie miejsca.

Wiedz jedno – Moriarty jest psychopatą. Wykorzysta w końcu twój słaby punkt. I nie, wcale nie mam tu na myśli twoich narkotyków. Wykorzysta jedyną osobę, która się wokół ciebie teraz kręci. Wykorzysta Johna…

Wpatrzyłem się w ostatnie zdanie dłużej, niż powinienem. Przerwałem na moment czytanie, spoglądając na leżącą obok mnie rudawą głowę. Nikt nie miał prawa chociażby tknąć Johna. Wiedziałem, że Victor był jednak śmiertelnie poważny. Moriarty'ego znałem i miałem na oku od kilku lat, lecz nigdy nie wszedłem z nim w głębszą konfrontację, czego zawsze żałowałem. Powinienem był zrobić to już dawno temu.

Piszę ci o tym, ponieważ teraz, kiedy Moriarty zna już o mnie prawdę, nie mam tu czego szukać. Wyjeżdżam. Wole się usunąć niż być usuniętym. Wiem, że jesteś zadufanym w sobie i aroganckim dupkiem, ale nie ignoruj tej wiadomości. Zrób jej trochę miejsca w swoim Zamku Myśli…

- Pałacu Umysłu – warknąłem.

Jeszcze tylko jedna rzecz, którą chciałbym, żebyś dla mnie zrobił.

Kiedy wszystko się już unormuje, otwórz trochę oczy. Kiedy już będzie okej i nadal będziesz trzymał się z Watsonem – otwórz oczy. Zobaczysz wtedy, jak wiele przegapiłeś.

Trzymaj się, Holmes.

Victor

PS. Pożyczam długopis z twojego biurka na czas nieokreślony.

Uniosłem zaskoczony głowę i zerknąłem w stronę biurka. Dopiero teraz dostrzegłem poprzesuwane rzeczy, odsunięte krzesło i niedomknięte okno. Uniosłem kącik ust. Przez moment odczułem potrzebę wygrzebania z torby komórki i wysłania Victorowi sms-a typu Melodramatyzm do ciebie nie pasuje, rusz tyłek i przyjdź do mnie, Trevor albo Twoje poczucie humoru nie ma za grosz poczucia humoru, zbieraj swoje manatki i przyjdź do mnie. Choć przez minione miesiące znacznie oddaliłem się od Victora, nie potrafiłem wyobrazić sobie Beaufort bez niego. Zmarszczyłem brwi, odkładając list na poduszkę. Miałem za złe Victorowi, że mnie tutaj zostawił. Nie w taki sposób planowaliśmy opuszczenie tej klitki będącej naszym miasteczkiem.

Byłem pewien jednak jednej rzeczy – nie mogłem pozwolić, by uwaga Moriarty'ego skupiła się na Johnie.


Tuż przed Bożym Narodzeniem odmówiłem Johnowi pójścia na świąteczne zakupy w celu zakupienia zabawek dla dzieci z sierocińca. Zdałem sobie sprawę, że ten i tak lepiej wie, czego chcą dzieciaki. John uparł się jednak, bym odwiedził z nim sierociniec w Wigilię. Nie miałem na to najmniejszej ochoty, lecz gdy dodatkowo dowiedziała się o tym moja matka, nie było mowy o powiedzeniu nie. Tak więc kilka dni później, kiedy moi rodzice bawili się u burmistrza, zmuszony byłem założyć koszulę i krawat, jaki przygotowała mi matka. Podobno te dwa elementy sprawiają, że ludzie traktują cię poważniej. Zdecydowanie tylko tego mi brakowało.

Narzuciłem na siebie skórzaną kurtkę, zabrałem prezent dla Johna i ruszyłem na motocyklu w stronę centrum miasta. Moje ostatnie dolary przeznaczyłem na prezent dla Johna, nad którym głowiłem się całymi dniami. Od tego czasu poprzysięgłem sobie, że nikt już nigdy nie zmusi mnie do uczestniczenia w tym świątecznym cyrku. W końcu (i niestety) pomysł podsunął mi Mycroft, pisząc mi bym kupił Johnowi sweter. I tak też zrobiłem. Niechętnie, lecz zrobiłem. Miałem ochotę palnąć się w czoło, że sam na to nie wpadłem.

Miałem być w sierocińcu o ósmej, lecz most zwodzony przy porcie był podniesiony i musiałem odczekać dopóki frachtowiec wypływający w morze przepłynie pod kanałem. Skutkiem tego było moje spóźnienie. Frontowe drzwi były już zamknięte i musiałem długo czekać, dopóki John usłyszał moje pukanie, czy raczej walenie w nie.

- Jesteś w końcu. – John obdarował mnie ciepłym uśmiechem. – Wszyscy już na ciebie… Wow.

Uniosłem brwi, gdy John nagle urwał.

- Co? – Zmarszczyłem brwi.

- Nic, tylko… - John uśmiechnął się rozbawiony. – Niecodziennie mogę patrzeć na Sherlocka Holmesa w krawacie.

Wpatrywałem się w Johna przez kilka sekund zanim zerknąłem w dół, dotykając krawatu, którego najchętniej zerwałbym z szyi jak najprędzej. Och. Uniosłem kącik ust, patrząc z powrotem na Johna i wzruszyłem ramionami.

- Nienawidzę go. Czuję się, jakby boa owinął mi się wokół szyi…

- Och, zamknij się.

Zszokowany spojrzałem na dół, gdzie John chwycił mój nadgarstek, pociągając mnie za sobą, a ja nie mogłem myśleć o niczym innym, jak o jego przyjemnie ciepłej dłoni na mojej skórze. Zaprowadził mnie korytarzem do świetlicy, w której byłem już przedtem. Przed wejściem na chwilę się zatrzymałem i wziąłem głęboki wdech. Czułem się odrobinę niekomfortowo z myślą, że w pomieszczeniu, do którego miałem wejść znajdował się więcej niż jeden człowiek, który zwróci na mnie uwagę.

Poczułem na sobie nieco zmartwione spojrzenie Johna, lecz pokręciłem głową na znak, że wszystko w porządku nim ten zdążył się odezwać. Poczułem tylko, jak ten puścił mój nadgarstek, a ja natychmiast zdałem sobie sprawę, iż John pomyślał, że to przez to poczułem się nieswojo. Otworzyłem usta, lecz John już odwrócił się i wszedł do świetlicy. Wzdychając cicho, wślizgnąłem się za nim. W środku dostrzegłem wielką choinkę udekorowaną bombkami, kolorowymi światełkami i mnóstwem innych wykonanych ręcznie ozdób. Pod drzewkiem leżał wielki stos prezentów, a dzieci siedziały w kręgu na podłodze w swoich zapewne najlepszych ubraniach – chłopcy mieli na sobie białe koszule i granatowe spodnie, a dziewczynki granatowe spódniczki i bluzki z długimi rękawami. Wśród nich zobaczyłem kilkoro dorosłych, na których kolanach siedziały mniejsze dzieciaki i z napięciem wysłuchiwały bożonarodzeniowych bajek.

- Przepraszam, że zaczęliśmy bez ciebie, ale dzieciaki nie mogły się już doczekać – odezwał się John, przystając obok mnie. – Cieszę się, że udało się przyjechać.

- Nie dałbyś mi żyć, gdybym się nie zjawił – odparłem z cieniem uśmiechu, na co John roześmiał się serdecznie.

- Prawda. Chodź, pomożesz mi rozdać prezenty.

Rozdawanie podarków trwało ponad godzinę. Obserwowałem, jak dzieciaki po kolei otwierały prezenty i wtedy zdałem sobie sprawę, jak wiele John dla nich robi. Obszedł dla nich całe miasto, by każdemu z nich dać parę rzeczy. Odniosłem wrażenie, że dzieci dostały więcej, niż się spodziewały. Zerknąłem na Johna, który przytulał i obdarzał uśmiechem każdą osobę, która przybiegła do niego z podziękowaniem. Przez moment nasze spojrzenia się spotkały, a ja pierwszy raz tego wieczoru wysłałem Johnowi uśmiech pełen szczerej sympatii.

Oczywiście nie obyło się również bez zainteresowania wokół mojej osoby. Bez słowa dałem się dotykać po głowie (a konkretniej tam, gdzie miałem wygolone włosy) i w miejscach, w których nosiłem kolczyki. Potem John zdradził mi, że dzieciaki nazwały mnie Żelaznym Sherlockiem. Uznałem to za idiotyczne, lecz John jedynie wybuchnął śmiechem, trącając mnie lekko w ramię.

Kiedy opadł wreszcie kurz i wszystkie prezenty zostały rozpakowane, atmosfera się uspokoiła. Kilkoro mniejszych dzieci zasnęło pod choinką, a część starszych poszła do swoich pokojów i wychodząc zgasili górne światło. Obwieszona kolorowymi lampkami choinka rzucała nieziemski blask, stojące w kącie radio wygrywało Have Yourself a Merry Little Christmas. Siedziałem na podłodze przy Johnie, który trzymał na kolanach pogrążoną we śnie małą dziewczynkę. Z powodu tego całego zamieszania nie mieliśmy okazji porozmawiać, ale nie robiło to chyba większej różnicy. Zapatrzyłem się na światełka na choince, zdając sobie sprawę, że od lat nie spędziłem świąt w tak… przyjemnej atmosferze. Ocknąłem się i zerknąłem na Johna. Ten wieczór sprawił mu wielką radość. Widziałem to w jego oczach.

- John, ja… - Odchrząknąłem, przyciągając uwagę Johna. – Kupiłem ci coś.

- Nie musiałeś tego robić, Sherlock – odezwał się, mając przy tym miękki głos.

- Wiem. – Spojrzałem na Johna, spotykając jego spojrzenie. – Ale chciałem.

Położyłem wcześniej opakowany elegancko prezent z boku i teraz sięgnąłem po niego.

- Otworzyłbyś go dla mnie? – poprosił.

- Nie musisz go teraz otwierać, jeśli nie chcesz, John – mruknąłem, wzruszając ramionami. – To nic wielkiego.

- Chcę go otworzyć w twojej obecności, a mam trochę zajęte ręce. – John wskazał podbródkiem na śpiącą u niego w ramionach dziewczynkę i posłał mi uśmiech.

Żeby zebrać trochę myśli, spuściłem wzrok i zacząłem rozpakowywać prezent. Starałem się nie narobić dużego hałasu, odkleiłem taśmę, odwinąłem papier, podniosłem pokrywkę pudełka, po czym wyciągnąłem sweter i podniosłem w górę, żeby John mógł się przyjrzeć. Był niebieski, jak ten, który kiedyś miał już na sobie. Idealnie podkreślał kolor jego oczu… Chwila, co?

- To w sumie nic takiego… - powiedziałem, gdy John się nie odezwał, jedynie patrząc na swój prezent.

- Nie, Sherlock… - John zatrzymał mnie, gdy chciałem schować sweter. – Jest idealny. Założę go, kiedy następnym razem się spotkamy. Dziękuję.

Uniosłem delikatnie kącik ust, odkładając prezent do pudełka. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu i ponownie zapatrzyłem się na światełka na choince.

- Też coś dla ciebie mam – odezwał się cicho John.

Spojrzał pod choinkę i moje oczy pobiegły za jego wzrokiem. Prezent od niego wciąż tam leżał, schowany częściowo za drzewkiem. Zerknąłem raz jeszcze na Johna, a ten skinął głową powoli. Wziąłem więc prezent do ręki i położyłem go na kolanach. Był prostokątny i dość ciężki. Nie musiałem nawet zastanawiać się, co mogło być w środku. Natychmiast spojrzałem zszokowany na Johna.

- Nie możesz mi tego dać – zaprotestowałem, czując jak zaczęło brakować mi tchu w piersi.

Spojrzałem na dół, dotykając papieru, którym był owinięty prezent.

- Oczywiście, że mogę. – Usłyszałem w głosie Johna, że ten się uśmiechnął. – I właśnie to zrobiłem. Rozpakuj go.

Niechętnie otworzyłem pakunek. Odwinąwszy cały papier, wziąłem jego prezent ostrożnie w ręce, bojąc się, że go zniszczę. Przyglądałem mu się jak zahipnotyzowany. Trzymałem w dłoniach książkę, z którą John nigdy się nie rozstawał. Odwróciłem prezent i wtedy zmarszczyłem brwi. Zdałem sobie sprawę, że rzecz, nad którą zawsze tyle się zastanawiałem, ponieważ intrygowało mnie, jaka jest jej treść, nie jest tak naprawdę tym, za co ją uważałem.

- To nie jest książka – powiedziałem na głos.

- Nie. Nigdy nią nie była – odparł John. – To notes. Stary, ma już kilkadziesiąt lat. Mój dziadek dał go mamie, a ona zostawiła go mnie. Zawsze opisywała w niej historie, które potem odczytywała mi na głos. Kontynuowała to, co zaczął dziadek. – Uśmiechnął się, lecz przez jego twarz przebiegł cień smutku. – Na końcu jest kilka moich własnych tekstów.

Przełknąłem ślinę, widząc, jak ciało mnie zdradziło. Gdy chciałem otworzyć notes, zadrżała mi lewa dłoń. Wtedy John wyciągnął rękę i położył ją na mojej.

Spojrzałem na niego, nie wiedząc, co powiedzieć.

- Dziękuję, że dzisiaj przyszedłeś – szepnął, pochylając się ku mnie delikatnie. – To było najwspanialsze Boże Narodzenie w moim życiu, Sherlock.

Poczułem, jak moje wargi rozchyliły się powoli, gdy wpatrzyłem się zaskoczony w Johna. W tle nadal słyszałem głos Sinatry, którego muzyka wypełniała cały pokój. Przed oczyma stanęły mi wszystkie chwile, które spędziłem z Johnem. Pomyślałem o tym, gdy pierwszy raz wziąłem go na przejażdżkę na moim motocyklu. Pomyślałem o imprezie u Sebastiana i o tym, jak zmartwił się stanem Victora, nawet jeśli nie musiał. Pomyślałem, jak zaprosiłem go do siebie do domu, gdzie rozmawialiśmy przez całą noc oraz o tym, gdy podczas niedzielnego obiadu nasze dłonie przez cały czas spoczywały między nami splecione razem po stołem.

Wszystkie te obrazy przelatywały mi przez głowę i po jakimś czasie zacząłem wolniej oddychać. Przypomniałem sobie słowa Victora. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, co znaczyły. Otwórz oczy. Zobaczysz wtedy, jak wiele przegapiłeś. Byłem idiotą, że nie dostrzegłem tego wcześniej.

Nie wiem, jak to się stało, ponieważ sam do końca nie potrafię tego wytłumaczyć. Jeszcze przed chwilą wpatrywałem się w serdeczną, uśmiechniętą twarz Johna, mając zamiar mu podziękować za jego prezent, a zaraz potem zdarzyło się coś zupełnie innego. Zamiast się odezwać, pochyliłem się do przodu i obróciłem swoją dłoń tak, by chwycić w niej dłoń Johna. Spojrzałem mu prosto w oczy, przysuwając się trochę bliżej. Nie cofnął się, lecz jego błękitne oczy rozszerzyły się. Przez krótki moment myślałem, że popełniłem błąd i zacząłem się zastanawiać, czy mogę posunąć się dalej. John jednak pociągnął ostrożnie moją dłoń, dając mi niemy znak. Uśmiechnąłem się, przechyliłem głowę trochę w bok i zanim się zorientowałem, John zamknął oczy, również przechylił głowę w bok, a wtedy nasze twarze zbliżyły się do siebie.

Usta Johna były niesamowicie miękkie, a ja odnosiłem wrażenie, jakby moje wargi powoli się w nie wtapiały. Splotłem swoje palce z Johnem, całując go bardziej pewnie i słysząc, jak z jego ust uciekło ciche westchnięcie. Pocałunku nie odczuły tylko moje usta. Odczuło go całe ciało. Poczułem te tajemnicze ciepło, wypełniające przestrzeń wokół mojego serca. Pałac Umysłu zgasił swoje światła i zamilkł, zamykając wszystkie drzwi. Byłem tylko ja i John i pocałunek.

Nie trwało to długo, lecz było najbardziej emocjonalną rzeczą, jakiej kiedykolwiek doświadczyłem. Odsunąłem się trochę, by móc spojrzeć na Johna. Ten uśmiechnął się do mnie ciepło, a ja bez chwili zawahania odwzajemniłem uśmiech. Mogłem tylko wtedy zachodzić w głowę, jak to się stało, że zakochałem się w Johnie Watsonie.