Dzięki: Jackowi, Bartkowi, Mq, rapecqx i M_GmbH za regularne reviewy. :*


Chatka nie całkiem Puchatka

Następnego dnia…

Ellison był już w Barstow. Wynajął samochód terenowy – czarnego Jeep'a Cherokee - i podążał trasą wyznaczoną mu przez Weaver. Miał wielką nadzieję, że uda mu się odnaleźć prawdziwą matkę Savanny. Modlił się żeby to nie był jakiś głupi żart, dowcip jego pokręconego losu czy też pułapka. W dzisiejszych czasach nie mógł być już niczego pewien.

'Pustynia, wszędzie pustynia'. To jedyne co mu się rzuciło w oczy podczas jazdy. 'Jak ktoś mógł tu przeżyć?' – zastanawiał się.

Po paru godzinach, dzięki wskazówkom Weaver, trafił na wskazane miejsce. Nie było to takie trudne kiedy wiedziało się gdzie jechać.

'Jedno dobre w tych robotach' – pomyślał. 'Są precyzyjne'.

Chata, stara, niesolidna, po prostu okropna. Zauważył ją z łatwością. Jej umiejscowienie i stan jednoznacznie mówiły wskazywały na to, że nikt nieproszony by się tu nie zatrzymał. Nawet gdyby jakimś cudem tu trafił to każdy o zdrowych zmysłach i tak omijałby szerokim łukiem ten dom wprost z horroru. Dom na środku pustyni.

James zatrzymał samochód.

- Niemożliwe żeby ktoś tu mieszkał – powiedział sam do siebie. – Z drugiej strony jednak, ostatnio widziałem już bardziej nieprawdopodobne rzeczy – dodał i wyjął ze schowka pistolet. Schował go za pas, z tyłu. Tak na wszelki wypadek.

Wysiadł powili i zaczął iść w stronę chaty. Wokół był stary – jak cała reszta – walący się płot. Ominął, bo nie można powiedzieć że otworzył, furtkę i zbliżył się do okna. O dziwo było całe. Szklana szyba – Cud techniki – mruknął pod nosem. Zajrzał do środka. Niewiele było widać przez brudną szybę. Po oknem dostrzegł jednak stół, na którym stało klika kubków i talerzy. Czyżby ślady jakiegoś życia?

Zaintrygowany, powoli zaczął iść w stronę wejścia. Chciał wyjąć broń ale pomyślał, że nie powinien. Jeśli Weaver naprawdę tam jest to nie ma potrzeby jej straszyć. Otworzył lekko drzwi, zaskrzypiały ale nie stawiały oporu. Wszedł do środka i wtedy…

Bang – usłyszał i poczuł ukłucie w klatce piersiowej a potem powoli upadł na ziemię.


Czyż to nie wspaniałe miejsce żeby przerwać? Tak! No ale nie mogę. Po dłuższej nieobecności jestem Wam winna trochę dłuższy rozdział!


'Strzał? Naprawdę ktoś do mnie strzelił? W życiu nie można być niczego pewnym. To już fakt, ale żeby aż tak?' – James nie dowierzał w to co się stało. Leżał na podłodze i patrzył w sufit. Teraz żałował, że nie wyjął jednak tej broni. Miał szczęście że w ogóle jeszcze żył. Ta kula powinna była go zabić. 'Gdyby nie kamizelka kuloodporna to było by po mnie' – pomyślał. 'Jak dobrze, że zostało we mnie jeszcze trochę z agenta FBI i przezornie założyłem ją pod ubranie'. – ucieszył się. Weaver nie wspominała w liście, że może go tu spotkać coś takiego.

- Kim jesteś i czego chcesz? – usłyszał nagle. – Jesteś jednym z nich?

- Co? – zapytał z braku innej sensownej rzeczy która by mu przyszła do głowy. Nadal był w szoku, że ktoś naprawdę do niego strzelił. Tutaj!

- Mów czy jesteś jednym z nich? – tym razem pytanie było bardziej stanowcze.

James powoli zaczął się podnosić. Kula go nie zraniła ale to nie znaczyło, że nie był obolały. Kamizelka nie chroni przecież przed bólem.

- Nie ruszaj się! – krzyknął ten sam głos. Głos kobiety. Głos który już kiedyś słyszał.

- Pani Weaver? – zapytał z lekkim niedowierzaniem, jednocześnie zastygając w bezruchu. Czy to możliwe, że to naprawdę ona? To ona do niego strzeliła? Do człowieka który przybył aby ją ocalić? Czy zrobi to znowu?

- Skąd znasz moje nazwisko? – usłyszał w odpowiedzi.

'A więc to jednak ona' – pomyślał i zaczął powoli wstawać. – Spokojnie – powiedział i uniósł ręce do góry. – Nie jestem pani wrogiem, porozmawiajmy na spokojnie.

- Powoli! Żadnych gwałtownych ruchów albo następna kula trafi cię w głowę – ostrzegła go kobieta.

- Dobrze, dobrze, chcę tylko wstać – wyjaśnił James i wyprostował się.

Dopiero teraz miał okazję przyjrzeć się osobie która do niego celowała. Była to, jak ustalił wcześniej, kobieta. Kobieta o długich, ognistych włosach. Catherine Weaver, to niewątpliwie ona. Miała na sobie zwykły, biały T-shitr, ciemne jeansy i adidasy. Takiej Weaver James z pewnością nigdy nie widział. Mierzyła do niego z Beretty.

- Pytam po raz ostatni, kim jesteś i czego chcesz? – zwróciła się do niego.

- Pani Weaver, proszę się uspokoić. Nazywam się James Ellison i jestem agentem FBI… - byłym agentem – sprostował po chwili. – Pracowałem dla… dla kogoś kto panią udawał, a teraz jestem tu żeby pani pomóc. Wiem jak to brzmi ale… - zaczął wyjaśniać, ale kobieta mu przerwała.

- Pracowałeś dla tej rzeczy? – wykrzyknęła zdumiona.

- Czyli ją pani widziała, no tak, oczywiście. Pracowałem ale nie wiedziałem że to nie pani. Ona zachowywała się jak człowiek – tłumaczył James, cały czas nie opuszczając rąk. 'Prawie jak człowiek' – dodał w myślach. – Naprawdę… myślałem, że… - przerwał nie chcąc już dłużej wspominać tego jaki był naiwny dając się tak oszukać.

- Mówisz więc, że jesteś tu żeby mi pomóc, tak? – zapytała go kobieta.

- Tak

- A dlaczego miałabym ci wierzyć?

- Bo gdybym chciał panią zabić to nie wchodziłbym przez drzwi dając się zaskoczyć. To ja bym panią zaskoczył i po prostu zabił. Jak widać nie jestem też maszyną, ani rzeczą

- Nie jestem pewna. Strzeliłam do ciebie a jednak żyjesz.

- To dzięki kamizelce – powiedział i podwinął lekko koszule aby jej to udowodnić, po czym znowu uniósł ręce do góry – Zresztą gdybym był… nie był człowiekiem to bym tu nie stał i nie próbował się z panią dogadać. Leżałaby już pani martwa.

- Słuszna uwaga, ale zawsze możesz kłamać i udawać człowieka, jak tamto coś – kobieta nie dawała się łatwo przekonać.

- Po co? Przecież już pani wie, że te rzeczy istnieją więc po co miałbym udawać? Tym bardziej jeśli moją misją byłoby zabicie pani? Nie mam powodów, żeby kłamać. Właściwie to wiele ryzykowałem przyjeżdżając tu – tłumaczył jej James.

Weaver zamyśliła się na chwilę – Dobrze – powiedziała po zastanowieniu.- Opuść ręce.

James zrobił jak mu kazano. Nie ukrywał, że poczuł ulgę bo ta pozycja zaczęła go już męczyć.

Catherine także opuściła broń ale jej nie odłożyła. – Mów jak mnie tu znalazłeś?

- Cóż… - zawahał się James – to dość skomplikowane i pewnie mi pani nie uwierzy.

- Widziałam jak srebrna kałuża przybiera moją postać, wierz mi, nic mnie już nie zdziwi – odparła kobieta.

- Dobrze więc, skoro pani nalega – zgodził się Ellison. - Mogę usiąść? – zapytał. - To potrwa.

- Proszę bardzo – powiedziała Weaver i wskazała mu na jedno ze sfatygowanych krzeseł.

Kilka minut później James skończył swoją opowieść o fałszywej Weaver i o liście z przyszłości.

- Podróże w czasie? Faktycznie, miałeś racje, są jeszcze rzeczy które mnie zdziwią – powiedziała kobieta, komentując jego słowa.

- Tak myślałem, że mi pani nie uwierzy – odparł lekko zawiedziony Ellison.

- Tego nie powiedziałam i czemu mi mówisz na pani?

- Siła przyzwyczajenia.

- No tak, rozumiem. Pracowałeś dla niej. Co w ogóle robiliście? Czemu ona zajęła moje miejsce? Czemu mnie nie zabiła? Naprawdę teraz łaskawie pozwala mi wrócić? – wypytywała zaciekawiona Catherine.

- To kolejna długa historia, opowiem pani, tzn. tobie wszystko w samochodzie. A teraz lepiej już wracajmy. Savannah czeka.

- Savannah? Moja córka? Zna ją pan? – teraz ciekawość kobiety była jeszcze większa, ciekawość połączona z desperacją.

- Znam.

- Nie sądziłam, że… nie przypuszczałam nawet… a może bałam się zapytać…jak ona się ma? Czy wszystko z nią dobrze? – Catherine odłożyła broń i podeszła do Ellisona. Widać było, że temat córki bardzo ją interesował.

- Tak, wszystko u niej dobrze. Teraz mieszka u mnie. Jest ze swoją opiekunką.

- U ciebie? – przerwała mu kobieta. - A wcześniej? Mieszkała z tym czymś?

- Tak – stanowczo odpowiedział James – ale ona nic jej nie zrobiła. Opiekowała się nią nawet, na tyle na ile umiała. Savannah była dla niej ważna.

- Ważna... ale nie tak ważna jak dla matki dziecko, prawda? – ze smutkiem zapytała kobieta.

James tego nie skomentował. - … Powinniśmy już iść – powiedział i zaczął wstawać.

- Na pewno? Na pewno mogę? To nie jakaś pułapka? Ona powiedziała, że jeśli opuszczę to miejsce to ona się o tym dowie i natychmiast zabije Savannę. A potem mnie odnajdzie… - zamyśliła się kobieta – Są gorsze rzeczy niż śmierć… – dodała po cichu.

'Boże – pomyślał James. 'Teraz rozumiem jakie środki ostrożności zastosowała ta maszyna, żeby Weaver nie uciekła…'

- Proszę się nie martwić – uspokajał ją – wszystko będzie dobrze. Zapewniam - mówił, kobieta jednak nie wyglądała na przekonaną.

James postanowił dać jej trochę czasu. Rozejrzał się po chacie. Nie było tam zbyt wiele: kilka szafek, stół, dwa krzesła, łóżko pod ścianą i balia która zapewne służyła jako wanna. Zdecydowanie spartańskie warunki. 'I ona tu żyła przez kilka miesięcy? Przez ten cały czas kiedy maszyna ją udawała?' – zastanawiał się mężczyzna. – Skąd miałaś wodę i jedzenie? – zapytał zanim zdążył się powstrzymać.

- Za domem jest zbiornik na wodę – odparła kobieta. Wydawała się być zadowolona z chwilowej zmiany tematu. - Wystarczało jej na jakiś czas. Jej zapasy uzupełniała ona. Mówiła, że mam żyć. Jedzenie też mi przynosiła co jakiś czas. Tylko produkty, które „wytrzymywały" ten upał. Mówiła, że wyliczyła dokładną ilość substancji odżywczych oraz wody jakie wystarczą człowiekowi do przeżycia w tych warunkach. Nigdy nie przynosiła zbyt wiele, tylko tyle ile sobie wyliczyła, jakby bała się że jednak zabiorę wodę i prowiant i ucieknę. Sądziła chyba, że mogę jednak zaryzykować życie córki. Nie zrobiłabym tego, nigdy – kobieta powiedziała zdecydowanie. – ona – kontynuowała - pojawiała się zawsze wtedy kiedy kończyła się woda i jedzenie. Dokładnie wtedy. Teraz też mi się kończy, już mało co zostało, no i pojawiłeś się ty.

- A broń? Skąd ją masz? – James wypytywał dalej. Odkąd to był taki ciekawski?

- To także ona. Dała mi, dla ochrony, jak stwierdziła. Powiedziała, że jej nic tym i tak nie zrobię, a gdyby się tu pojawił ktoś inny to mam go zabić. Miałam czas żeby nauczyć się strzelać. Nie ma tu zbyt wielu rozrywek – powiedziała z gorzkim uśmiechem.

- Miło wiedzieć. Szkoda że Weaver nie uprzedziła mnie o tym fakcie w liście – James nerwowo poprawił koszule.

- Widocznie wiedziała, że sobie poradzisz - skomentowała Weaver.

- Być może… jej już nie ma. Naprawdę, możesz stąd wyjść i wracać do córki – zapewniał ponownie. Stwierdził, że już pora powrócić do tematu głównego.

- Jesteś pewien?

- Tak, inaczej by mnie tu nie było. Wracajmy Catherine. Savannah się ucieszy – przekonywał ją dalej.

- Dobrze – odparła w końcu kobieta. – Wracajmy, muszę zobaczyć się z córką – powiedziała stanowczo.


Tymczasem…

Sarah była poirytowana. Nigdzie nie było nawet najmniejszego śladu młodego Dysona. W dodatku nikt zdawał się tym nie przejmować. Jack ciągle gdzieś znikał i jak mówił oddawał się urokom życia w przeszłości. Sarah wolała się nawet nie dopytywać co miał przez to na myśli. Wystarczała jej świadomość tego, że zwykle wracał nad ranem i zawsze pachniał innymi perfumami a na szyi miał ślady różnych szminek. 'Lepsze chyba to niżby miał dalej podrywać blaszankę' – pomyślała z goryczą. 'Po co John nam go w ogóle przysyłał?' – zastanawiała się. 'Czemu akurat jego? Żadnego z niego pożytku'. Już nawet przeszło jej przez myśl, że John chciał się po prostu pozbyć kłopotliwego kapitana.

Według Sary z Trzynastki także obecnie nie było większego pożytku. Zamiast pomagać jej szukać Dysona to wolała malować paznokcie. 'Zupełnie jakbym miała blaszankę w wersji ksero' – skomentowała to kobieta. Mówiąc o blaszance. Cameron także nie pomagała mówiąc, że trzeba przyjąć inną taktykę bo ta nie odnosi skutku. 'Tak, a co ona tam wie' - Sarah miała wrażenie że wszyscy sprzysięgli się przeciwko niej. Wszyscy powtarzali, że trzeba sobie odpuścić Dysona i szukać innego sposobu na zlokalizowanie Skynetu. Tyle tylko, że nie wiedzieli jakiego. Sarah znów była osamotniona w swojej misji. Zupełnie jak wtedy kiedy szukała trzech kropek. 'Czyż życie nie jest zabawne'?

'Dość' – pomyślała kobieta i postanowiła się przejść.

Jack, jak zwykle ostatnio, przygotowywał się do wyjścia; Trzynastka brała jedną ze swoich długich kąpieli a Cameron robiła przegląd broni. Typowe późne popołudnie. Idealny czas żeby na chwilę odpocząć od nowej rodziny. Sarah po cichu wyszła więc z domu, wolała uniknąć pytań Cameron dokąd idzie. I tak by jej nie odpowiedziała. Sama zresztą tego nie wiedziała.

Kiedy zaczęło robić się już ciemno Jack wyszedł z domu. Trzynastka zeszła z góry, w swoim niebieskim szlafroku i różowych pidżamach (zdecydowanie musiała jeszcze popracować nad doborem kolorów) i zaczęła wypytywać o Sarę.

- Wyszła – odpowiedziała jej Cameron, która właśnie kończyła obchód domu. – Wyszła kiedy czyściłam broń, wyglądała jakby chciała być sama więc jej nie przeszkadzałam.

- Wow, Cam – zdziwiła się Trzynastka, jak to taktownie z twojej strony, ale myślisz że nic jej nie będzie?

- Nie sądzę. Powinna niedługo wrócić. Ona zawsze wraca- spokojnie odparła terminatorka.

- Fajnie wiedzieć. Bardzo mnie uspokoiłaś – z dozą sarkazmu powiedziała Trzynastka. – Idę na gorę wysuszyć włosy, jeśli Sara nie wróci za godzinę to pójdziemy jej szukać, ok?

- Dobrze.

- Świetnie – powiedziała dziewczyna i chwilę później zniknęła na schodach.

Cameron została w kuchni, na półce zauważyła lakier do paznokci należący do Trzynastki. Obecnie nie miała nic do roboty. Co ma więc robić terminator bez zajęcia? Oczywiście malować paznokcie. Nawet jednak nie zaczęła kiedy usłyszała stłumione głosy.

ANALIZA GŁOSU: SARAH CONNOR

Sarah wracała do domu. Tak jak Cameron przewidziała, ale z kim rozmawiała?

ANALIZA GŁOSU: IDENTYFIKACJA NIE POWIODŁA SIĘ

Cameron porzuciła lakier i wyjrzała przez okno. Sarah jednak nie wracała do domu. Minęła go i szła w stronę pobliskiego parku, dlaczego? Kto jej towarzyszył?

Terminatorka musiała to wyjaśnić. Podeszła więc do innego okna, do tego z którego miała lepszy widok, i przyjrzała się bliżej osobie z którą była Sarah. Był to dość wysoki mężczyzna.

Po dokładniejszej analizie postaci Cam pobiegła do szafy za którą ukryła wcześniej shotguna, wyjęła go i szybko podążyła za Sarą.

- John! - krzyknęła terminatorka. Mężczyzna z którym była kobieta się odwrócił. Tak, z całą pewnością był to John Connor. Trochę straszy, trochę chudszy a zarazem trochę lepiej zbudowany, z kilkudniowym zarostem. John Connor we własnej osobie.

Kiedy na nią spojrzał to Cameron bez zastanowienia wycelowała i strzeliła mu prosto w klatkę piersiową, nie zdążył nawet zareagować. Kiedy upadał na ziemię to słychać było tylko krzyk przerażonej Sary…