"She's a machine, baby
Seek and destroy
Look out now she's a psycho killer
Just like a razor
She's a slayer
She's from the future
She's a terminator"
Dance with the devil
Tej nocy, a właściwie to poranka, bo z nocy niewiele już zostało, Sarah nie mogła spać. Po tym wszystkim co się ostatnio wydarzyło to trudno było się jej dziwić. Leżała w ubraniach na łóżku i lekko osłaniała ręką oczy, przed promieniami słonecznymi wdzierającymi się do pokoju, przez uchylone zasłony. Ciągle rozmyślała o tym co powiedział Jack: Szarzy są wszędzie, Przybyli z przyszłości. 'Porwanie Ellisona to też ich sprawka. Czy cała reszta to też oni? Na pewno! Nie ma innego wyjścia' – kobieta natychmiast poskładała w myślach wszystkie części układanki i zerwała się z łóżka. Postanowiła zejść na dół i skonfrontować to co odkryła z Jackiem.
Kapitan był w salonie, w połowie siedział, a w połowie leżał na fotelu przystawionym do okna. Miał zamknięte oczy i chyba starał się spać w tej niewygodnej pozycji. Jego prawy nadgarstek był… przykuty kajdankami do kaloryfera. Brak zaufania to straszna sprawa… Cameron była przed domem i najwyraźniej właśnie robiła swój zwyczajowy obchód. Siła przyzwyczajenia, czy też – jak w tym przypadku – poczucie misji, to też straszna sprawa… Trzynastki nigdzie w pobliżu nie było. Najprawdopodobniej znajdowała się w swoim pokoju i, jak każdy normalny człowiek o tej porze, spała… albo przynajmniej próbowała.
- Hej Jack – odezwała się Sarah schodząc po schodach.
Na dźwięk swojego imienia kapitan lekko otworzył oczy.
- Co tam? Postanowiłaś być na tyle miła i dotrzymać mi towarzystwa? – zapytał z typową dla niego przewrotnością i znaczącym uśmieszkiem zdobiącym twarz.
- Chcę tylko coś wyjaśnić.
- Kolejne wyjaśnienia? – mężczyzna z irytacji przewrócił tylko oczami. 'No i pięknie, cały nastrój szlag trafił' – pomyślał. – Co znowu chcesz wiedzieć? Nie masz już dość toczenia ciągle tych samych rozmów? Bo mam wrażenie, że ostatnio tylko to robimy.
- Przestań Jack, chcę tylko potwierdzenia – kobieta odparła spokojnie i usiadła na drugim fotelu, stojącym naprzeciw kapitana. - Szarzy, którzy przybyli z przyszłości, są u nas znani pod nieco inna nazwą. To Kaliba, prawda?
Mężczyzna w odpowiedzi uśmiechnął się jakby był zaskoczony i jednocześnie… dumny z przenikliwości Sary. Chociaż… „zaskoczony" to może jednak nieodpowiednie słowo. O Sarze przecież można było wiele powiedzieć ale na pewno nie to, że była głupia. Umiała kombinować, a te klocki nie było aż tak trudno poukładać, szczególnie kiedy dostało się tyle nowych informacji.
- Cwana jesteś, moja droga.
- Czyli to prawda… - teraz kobieta już nie szukała potwierdzenia, była pewna, że miała rację. - To oni porwali kiedyś Dereka, to oni budują Hunter Killery i nasłali jeden z nich na biuro Weaver, to oni chcieli porwać Savannę. Wszystko oni… - Sarah wyliczała jakby była w jakimś transie.
- Tak – krótko odparł kapitan. - Porwali Dereka, bo chcieli, żeby był ich wtyczką u was. No ale Cammy go odbiła więc plan się nie powiódł. Zresztą znając Dereka to jestem pewien, że on i tak nigdy by się na to nie zgodził. Mniejsza o to, w każdym razie później, z braku Dereka oraz innego wyjścia, przenieśli się na Ellisona… - Jack chciał kontynuować ale tu kobieta mu przerwała.
- … ale z niego też nagle zrezygnowali, bo pojawiłeś się ty i niespodziewanie mieli kogoś znacznie lepszego do tej roboty.
- Zgadza się.
- Ale dlaczego chcieli porwać Savannę? – Sarah pytała dalej. Po prostu nie mogła teraz odpuścić. Chciała widzieć wszystko, wszystko co było do tej pory przed nią ukrywane i chciała to wiedzieć natychmiast.
- Tego nie jestem pewien – odparł kapitan. - Jeszcze mnie tu wtedy przecież nie było, a nie wtajemniczali mnie we wszystkie swoje plany – kontynuował. - Podejrzewam jednak, że miało to coś wspólnego z zagrożeniem jakim Savannah w przyszłości będzie dla Skynetu.
- Chcieli ją wyeliminować? Czemu więc jej po prostu nie zabili tylko bawili się w to całe porwanie? – matka Johna dopytywała dalej, a jej oczy niemalże błyszczały z podekscytowania. W końcu coś wiedziała, cokolwiek, i powoli przestawała mieć wrażenie, że porusza się po omacku w zupełnym mroku i goni swój własny ogon. Czuła się tak już od tak dawna, że to co działo się teraz było po prostu… miłe, zaskakująco miłe i prawie wyzwalające, bez względu na to jak dziwnie to brzmiało w tej sytuacji. 'No i kto by pomyślał, że ze wszystkich ludzi na świecie, to właśnie dzięki Jackowi?'.
- Szczerze mówiąc to nie mam pojęcia i jakoś nigdy mnie to za bardzo nie interesowało – przyznał mężczyzna. Nie wyglądał jakby podzielał podekscytowanie Sary. - Być może nie chcieli jej zabijać, bo Savannah może być przydatna w przyszłości… gdyby tylko pracowała po 'odpowiedniej stronie', jeśli wiesz co mam na myśli… - dodał jednak i sugestywnie spojrzał na kobietę.
- Chcieli zapewnić sobie potem jej przychylność? – Sarah była zdumiona. - Czy to trochę nie za dużo trudu? No a poza tym to czemu jej później tak po prostu odpuścili? Czemu ten terminator z przyszłości, który obserwował Ellisona miał za zdanie ją zabić? To jakoś nie pasuje do tej twojej teorii – kobieta nadal nie dawała za wygraną, była naprawdę zdeterminowana, żeby dowiedzieć się więcej.
- Nie wiem i mam to gdzieś – Jack za to w ogóle nie wyglądał na zainteresowanego tematem i był już znudzony całą tą rozmową. - Być może po drodze plan się zmienił? Znowu? Co to za różnica? – poirytował się. - Teraz to już i tak nie ma najmniejszego znaczenia, mamy inne problemy na głowie. Savannah jest bezpieczna i taka pozostanie, jeśli nasz dzisiejszy plan się powiedzie. Koniec i kropka. Po co roztrząsać to co było?
- Niech będzie, może i masz rację – Sarah zgodziła się w końcu. Chwilę później jednak jej oczy ponownie zabłyszczały podsycone nową iskrą determinacji - A czemu zaatakowali Weaver?
- Czemu? Czemu? Czemu? Ciągle te pytania. Przecież to nie jest ważne! Czy ty zawsze musisz wszystko wiedzieć?
- Nie zawsze i nie wszystko ale to akurat bym chciała. Szczególnie, że byłam tam kiedy to się stało. Ja i mój syn.
- Ech… - kapitan westchnął głęboko, lekko zrezygnowany. Właśnie stracił resztki nadziei, że ta rozmowa kiedyś dobiegnie końca i nie będzie musiał już niczego więcej wyjaśniać. - No dobra, więc... Weaver to było wielkie zaskoczenie. Nawet Szarzy nie wiedzieli, że to maszyna. Myśleli, że to prawdziwa Catherine – przyznał mężczyzna. - Te cholerne T-1001 jest strasznie ciężko rozgryźć – dodał jakby zdenerwowany tym faktem, a po chwili kontynuował nużące go już wyjaśnienia. - Nasłali na nią HK, bo chcieli ją zabić i jednocześnie zniszczyć firmę oraz Johna Henrego i nieźle nastraszyć tych, którzy przeżyli, żeby już nikt nie próbował kontynuować nad nim badań. Ten to dopiero stanowi zagrożenie dla Skynetu! – wykrzyknął nagle. Widać było, że ta wiadomość nadal robiła na nim wrażenie. - Już kiedyś go zaatakowali ale nie udało się go wyeliminować więc pomyśleli, że tym razem zaatakują bardziej... dobitnie.
- Kaliba już kiedyś chciała zniszczyć Johna Henrego? – zapytała zaskoczona Sarah.
- Tak - potwierdził Jack - ale wtedy zaatakowali jego oprogramowanie. Nic z tego w końcu nie wyszło więc teraz postanowili go zniszczyć w dosłownym tego słowa znaczeniu.
- Rozumiem... mniej więcej – przyznała kobieta. - Nie wiem tylko dlaczego już budują HK, przecież nie ma jeszcze wojny.
- Ale będzie. Chcą się przygotować. Przezorny zawsze ubezpieczony.
- Dlaczego? Dlaczego to robią? – matka Johna ciągle pytała dalej i jednocześnie przecząco kręciła głową, jakby nie potrafiła tego wszystkiego zrozumieć. Naprawdę nie pojmowała jak ludzie mogą pomagać maszynie, która kiedyś doprowadzi do ich upadku.
- Saro! Na miłość boską, skończ już z tymi pytaniami – w tym momencie wyczerpała się chyba resztka, nowo zdobytej, cierpliwości Jacka. - Jestem zmęczony, a do wieczora muszę być wyspany, no a jakbyś nie zauważyła to nie znajduję się w najwygodniejszej pozycji do wypoczywania… - kapitan powiedział to z największą ilością sarkazmu w głosie na jaką było go tylko w tej chwili stać i dla podkreślenia dramatyzmu tej sytuacji szarpnął za kajdanki, które pewnie utrzymywały go w pobliżu kaloryfera.
- No dobrze, już dobrze. Ostatnie pytanie i dam ci już spokój – czyżby cały ten dramatyzm wywarł jednak jakieś wrażenie na Sarze? - Powiedz mi tylko to jedno - po co cały ten trud? Dlaczego Szarzy w ogóle przybyli tu z przyszłości?
- Skynet ich tu przysłał, żeby zapewnić sobie pewne i szybkie powstanie – Jack odparł bez zająknięcia. - To się dopiero nazywa paradoks…
- Potrafię zrozumieć, że mógł ich zmusić do przybycia tutaj ale przecież teraz już nie może ich kontrolować, dlaczego więc nadal wypełniają jego polecenia? Dlaczego Skynet im ufa? Przecież mogą się zbuntować - kobieta nadal nie mogła tego pojąć.
- Nigdy tego nie zrobią i on dobrze o tym wie – kapitan nagle spoważniał, a jego oczy jakby pociemniały, przybierając barwę głębokiej zieleni. - Powstanie Skynetu jest nieuniknione, możecie to opóźniać ale on i tak jakoś, gdzieś w końcu powstanie Nie da się tego odkładać w nieskończoność. To fakt niezmienny w czasie - wyjaśniał. - Szarzy chcą więc tylko zapewnić sobie przychylność tego nowego Skynetu. Jeszcze większą niż poprzednio. No bo jeśli on ma i tak powstać, to lepiej, żeby już powstał taki, który jest po ich stronie. Taki sobie wymyślili plan na ustawienie się w tej nowej rzeczywistości, która właśnie powstaje. Dlatego to wszystko robią – tu mężczyzna jakby sobie nagle przypomniał, że przecież jest jednym z nich albo, przynajmniej jeszcze do niedawna, był. – Dlatego to robimy – dodał… skruszony?
- Dlaczego więc chcesz nam pomóc zniszczyć Skynet skoro ewidentnie nie wierzysz, że to się nam kiedykolwiek uda? – zapytała Sarah kompletnie już nie zważając na swoją poprzednią obietnicę o zakończeniu tego przesłuchania.
- Bo chcę wierzyć - Jack powiedział pewnie, a jego oczy wydawały się teraz jaśniejsze i pełne…nadziei? - Jestem inni niż oni. Wiem, że już to mówiłem i że to brzmi banalnie… - mężczyzna mówił kręcąc głową i unikając wzroku Sary. Najwyraźniej bał się spojrzeć kobiecie prosto w oczy, mimo że to wyjątkowo nie było w jego stylu…- … i co najmniej naciąganie – kontynuował patrząc w ziemię. - … ale taka jest prawda. Musisz mi uwierzyć Saro! – wykrzyknął, podnosząc nagle głowę ale nadal nie patrząc Sarze w oczy. W jego głosie dało się wyczuć lekką desperację. Naprawdę zależało mu, żeby kobieta mu uwierzyła. Sarah nie kryła zaskoczenia, które malowało się na jej twarzy. - Nigdy do nich nie pasowałem – Jack nie mógł przestać mówić. Niespodziewanie stał się bardzo wylewny. - Nie wiem po co w ogóle wpakowałem się w cały ten syf… to znaczy wiem ale żałuję. Na początku chciałem tylko przeżyć, a potem sądziłem, że nie ma już odwrotu. To się zmieniło dopiero jak tu przybyłem i poznałem was, ciebie. Zobaczyłem jak bardzo chcecie z tym wszystkim walczyć. Jak już walczycie poprzez każdą podejmowaną przez was decyzję. Jak bardzo się staracie… a ja? Ja wybrałem najprostszą drogę, bo tak mi pasowało. Kiedy to zrozumiałem to po raz pierwszy poczułem, że robiłem coś złego, poczułem się jak najgorsza osoba na świecie. Stwierdziłem więc, że nie chcę się tak czuć, już nigdy więcej, że nie mogę się tak po prostu poddać… i to bez walki. To do mnie nie pasuje. Nie mogę pogodzić się z losem. Nie chcę. Chcę wierzyć, że nigdy nie jest za późno i że zawsze da się coś jeszcze zrobić… naprawdę chcę – mówiąc to kapitan w końcu spojrzał Sarze prosto w oczy. Kobieta dojrzała tam taką szczerość, jakiej jeszcze nigdy u Jacka nie widziała. Nie sądziła aby dało się to udawać, nie coś tak silnego. Nie miała więc innego wyboru jak tylko mu uwierzyć.
- 'Obym tylko tego nie żałowała' – pomyślała. - Kapitanie? – powiedziała pewnie, nie przerywając kontaktu wzrokowego. – Skończ już z tym melodramatyzmem i weź się w garść, żołnierzu. Mamy dziś coś do zrobienia…
Wieczorem, w garażu…
- Wszyscy wiedzą co mają robić? – zapytał Jack.
- Tak - jako jedyna odpowiedziała mu Sarah i spojrzała kapitanowi (po raz kolejny) prosto w oczy. Najwyraźniej dzisiejszego ranka udało im się zawrzeć jakiegoś rodzaju porozumienie. - Jeśli wszystko potoczy się zgodnie z twoim planem to największy problem ludzkości przestanie zaraz istnieć – dodała, a kapitan poczuł dreszcz przechodzący po plecach.
- Wsiadajcie – mruknął, zajmując miejsce za kierownicą i starając się ukryć zdenerwowanie. Nie był jednak pewien czy wynikało ono tylko z obawy przed dzisiejsza misją…
Po kilku sekundach wszyscy odjechali, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.
Kilka minut przed ustalonym czasem dotarli na wzgórze, oddalone o kilkaset metrów od bazy Szarych i wysiedli z samochodu. Kapitan wziął plecak i zaprowadził ich na zbocze. Praktycznie całe wzniesienie było pokryte drzewami ale jeden odsłonięty fragment czynił to miejsce idealnym punktem widokowym.
- Stąd Trzynastko będziesz obserwowała całą akcję. To ci powinno w tym pomóc – oznajmił zdejmując plecak i wyjmując z niego lornetkę z noktowizorem, krótkofalówkę i jakieś małe pudełko z anteną i przełącznikiem. - Będziesz naszą dywersją – dodał podając dziewczynie krótkofalówkę i lornetkę. – Masz – mówił dalej, wskazując wzrokiem na pudełko. – To jest detonator. Jeśli zauważysz coś niespodziewanego na kontroli to po prostu go użyj, a potem szybko się ukryj.
- Rozumiem – odpowiedziała wyjątkowo skupiona na zadaniu Trzynastka.
- Dobrze, czas na nas. Jest 22.32. Spotkamy się tutaj koło północy – powiedział kapitan z przekonaniem w głosie,
- Powodzenia – życzyła im dziewczyna.
- Uda się – zapewniła ją Sarah. Po czym ona, Cameron i Jack wrócili do samochodu.
- Teraz musimy zabezpieczyć nasze ewentualne problemy – powiedział kapitan zjeżdżając ze wzgórza. Skręcił z głównej drogi prowadzącej do bazy i przejechał około 2 kilometry po czym zatrzymał samochód na poboczu. - Tutaj podłożymy mały ładunek wybuchowy. Cam – zwrócił się do terminatorki - ustaw go w tych zaroślach. To miejsce jest dostatecznie daleko od Trzynastki – poinformował ją i otwarł bagażnik. Cameron szybko wykonała polecenie i wróciła do samochodu.
Kolo kufra czekała już na nią Sarah. - No to czas się ukryć – powiedziała kobieta, z lekkim niezadowoleniem w głosie.
Po kilku minutach Jack dojechał do bazy i powoli kierował się do pierwszego stanowiska kontrolnego. Na widok samochodu posterunkowy opuścił strażnicę i podszedł do nadjeżdżającego pojazdu.
- Sie masz, David! – kapitan od razu go powitał.
- Cześć Jack. Jak leci? – usłyszał w odpowiedzi.
- Całkiem nieźle. Właśnie przyjechałem zdać raport z misji.
- Ja już tam znam te twoje misje! – żołnierz uśmiechnął się znacząco. - To jak miała na imię ta misja? Belle? – pytał wyraźnie rozbawiony.
- Belle to była w zeszłym tygodniu. Teraz pracuję nad Bonnie - Jack mrugnął porozumiewawczo.
- Bonnie, Bonnie... Coś kojarzę. To nie jest ta co ją poznałeś w klubie nocnym „Czarna Pantera"?
- To właśnie ta, musiała odczekać swoje w kolejce. Teraz pozwolę jej się mną zająć.
- Mam wolną sobotę więc może wyskoczymy w piątek wieczór na łowy? – zapytał żołnierz.
- Piątek mam zajęty, dzwoniła do mnie Amy, prosiła żebym do niej wpadł…
- Ty to masz zdrowie! – David mu przerwał – Ale pogadamy potem, bo teraz jestem trochę jakby na służbie – dodał ciszej i dał znak ręką żołnierzowi znajdującemu się w strażnicy aby otwarł bramę.
Jack tylko się uśmiechnął, skinął głową i ruszył w kierunku drugiego posterunku.
- Na razie wszystko idzie zgodnie z planem…. – szepnął sam do siebie.
Samochód toczył się powoli do drugiego stanowiska kontrolnego. Przy kolejnej bramie czekał już żołnierz.
- Dokumenty proszę – strażnik odezwał się suchym głosem.
Jack podał mu przepustkę i niezbędne papiery. Żołnierz spojrzał na niego i poszedł z dokumentami do strażnicy. Po kilku chwilach wrócił z drugim wartownikiem i psem.
- Niestety nie zgłosił pan wcześniej, że się dziś pojawi. Nie mam pana na liście osób upoważnionych do wstępu na teren kompleksu. Jaki jest cel pana wizyty? – mundurowy zapytał poważnym głosem.
'No świetnie, trafił mi się jakiś służbista' – pomyślał Jack i ledwo się oparł pokusie aby dramatycznie nie przewrócić oczami. - Dziś – zaczął wyjaśniać - zakończyłem bardzo ważną misję i przyjechałem złożyć raport. Jestem dobrze znany dowództwu tej bazy więc jeśli jest jakiś problem to proszę skontaktować się z przełożonym i wszystko wyjaśnić.
- Już to zrobiłem. Nadal nie odpowiedział pan na moje pytanie.
Nagle pies zaczął szczekać i wyrywać się stojącemu obok żołnierzowi.
- Przestań Max! – posterunkowy próbował uspokoić psa ale ten szczekał coraz bardziej. To wzbudziło podejrzenia u wartowników.
- Proszę wysiąść z samochodu, zaraz dokonamy przeszukania pojazdu.
W momencie kiedy żołnierz chciał chwycić za klamkę, w oddali rozległ się dziwny hałas, coś jakby wybuch. Chwilę później podniósł się alarm, brama została otwarta i trzy opancerzone Humvee wyjechały sprawdzić teren.
Ostatni z samochodów zatrzymał się po żołnierza stojącego przy samochodzie. Szeregowy krzyknął do wsiadającego kolegi.
- Co mam z nim zrobić?
- A wpuść go. To w końcu jeden z nas. Mamy teraz ważniejsze rzeczy do roboty!
- Dobrze, możesz jechać – strażnik zezwolił Jackowi.
'Zuch dziewczyna z tej Trzynastki' – pomyślał kapitan oddalając się od strażnicy. Potem ruszył w stronę stalowych drzwi i zatrzymał się przy czytniku kart.
Wrota do bazy Szarych robiły wrażenie. Miały wysokość około 5 metrów i zbudowane były z hartowanej stali. Jack wysiadł z samochodu, podszedł do terminala, przesunął kartę przez czytnik i wpisał hasło. Przez chwilę panowała cisza, aż nagle zapaliły się pomarańczowe światła w rogach drzwi i wszyscy usłyszeli mechanizm otwierający wrota. Drzwi otwierały się bardzo powoli ze względu na swoją wagę. W miarę jak się rozsuwały można było zauważyć ogromne, poziome rygle antywłamaniowe. Każdy z nich ważył kilkanaście ton. Sposób mocowania oraz konstrukcja sprawiały, że tworzyły one monolit z całym kompleksem. Całość była zrobiona w taki sposób aby wytrzymać wybuch bomby atomowej. Patrząc na tę konstrukcję można było stwierdzić że wytrzymałaby Dzień Sądu bez większego wysiłku.
Tymczasem Sarah siedząc w bagażniku z trudem wyjęła z kurtki krótkofalówkę. - Jak wygląda sytuacja, Trzynastko?
- Na razie wszystko jest w porządku – zapewniła dziewczyna. - Kilku żołnierzy przeszukuje teren przed bazą, niestety szukają pozostałości po ładunku w nieodpowiednim miejscu ale nie będę ich wyprowadzała z błędu – wyjaśniła, wyraźnie rozbawiona tym co widzi. - Myślę, że zajmie im to trochę czasu. Możecie być spokojni, wszystko jest ok.
- Dobrze, obserwuj ich dalej, będziemy w kontakcie – Sarah wyłączyła urządzenie. 'Pośpiesz się Jack, bo mam złe przeczucia' – pomyślała w duchu.
Jack wrócił do samochodu, odpalił silnik i ruszył korytarzem przed siebie. Droga prowadziła w dół, bo kompleks był ukryty pod ziemią. Po pewnym czasie dotarł na parking. Na jego końcu znajdowała się przeszklona strażnica, a obok niej winda. Kapitan podjechał i zaparkował samochód tuż koło strażnicy, po czym wysiadł i wszedł do środka.
- Cześć chłopaki, jak leci? – mężczyzna wesoło rzucił na powitanie.
Przy monitorach siedziało dwóch strażników.
- Cześć Jack! – odpowiedział mu jeden z nich, nie odrywając wzroku od ekranów. - Mamy podwyższony stan gotowości, coś dziwnego stało się przed kompleksem. Przeglądamy zapisy z kamer. Może zobaczmy coś ciekawego.
- Widać coś? – kapitan podszedł do strażnika i stanął za jego fotelem.
- Na razie nic, przejrzę teraz zapis z północnej kamery, może tam coś jest – odezwał się drugi z mężczyzn, odwrócił głowę i sięgnął po szklankę herbaty.
Kapitan wykorzystał moment jego nieuwagi, natychmiast wyciągnął Glocka i uderzył mężczyznę rękojeścią w kark. Drugi ze strażników nie zdążył się nawet odwrócić, żeby zobaczyć co się stało, kiedy poczuł zimną lufę pistoletu przystawioną do tyłu jego głowy.
- Chyba czas na małą drzemkę – powiedział Jack i po chwili drugi strażnik osunął się bezwładnie na podłogę.
Wychodząc z wartowni kapitan spojrzał na zegar umieszczony nad ekranami – pokazywał 23:09.
Kilka chwil później Sarę oślepiło jasne światło lamp, kiedy Jack otwierał bagażnik.
- Wszystko gotowe, chodźcie – kapitan oznajmił z uśmiechem na twarzy.
- Nareszcie, myślałam, że usnę w tym bagażniku – usłyszał w odpowiedzi od kobiety, wydostającej się z kufra. Cameron była tuż za nią. We dwie w środku musiało im być dość niewygodnie.
- Strażnicy smacznie śpią w... łazience, związałem ich odpowiednio aby nie sprawiali kłopotów – poinformował je Jack. - Mamy 51 minut na akcję. Damy radę – stwierdził pewnie, po czym wyjął z tylnego siedzenia torby z bronią i ładunkami. Cała trójka poszła szybkim krokiem w stronę windy.
Podróż w dół zdawała się trwać całą wieczność. Wszyscy w milczeniu stali nieruchomo wpatrzeni w drzwi, nie mogąc się doczekać kiedy wreszcie się otworzą. Jednocześnie chcieli jednak aby ta chwila trwała jak najdłużej, nikt nie wiedział bowiem co zaraz mogło się wydarzyć. Jedno było jednak pewne – teraz już nie ma odwrotu.
Kiedy wreszcie zjechali na miejsce, to po otwarciu drzwi zobaczyli całkiem inne wnętrze niż to powyżej.
Cały korytarz wykończony był białymi panelami, gdzieniegdzie ze ścian i sufitów wystawały kable, a w oddali migały źle podłączone lampy. Widać było, że kompleks jest nadal w budowie.
- Chodźmy – powiedział Jack, po czym Sarah i Cameron ruszyły za nim.
- Słyszę kroki w oddali, musimy się schować – powiedziała nagle, jak dotąd milcząca i skupiona na zadaniu terminatorka.
- Tutaj, szybko! – kapitan wskazał na drzwi po prawej stronie i wszyscy weszli do środka. Jack przymknął drzwi, jednocześnie zostawiając sobie małą przestrzeń, aby obserwować to co się dzieje na zewnątrz.
Korytarzem przechodziło dwóch pracowników niosąc jakieś urządzenia.
- Podobno mamy w kompleksie kogoś z przyszłości – odezwał się jeden z nich.
- Raczej coś – odparł drugi. - Jeden z moich znajomych, który jest bezpośrednim podwładnym szefa powiedział mi w zaufaniu, że na terenie kompleksu mamy terminatora. Podobno sam Edward Cohen wyznacza mu rozkazy. Szarzy nam go tu przysłali dla ochrony całego projektu.
- Ciekawe kim on jest – zastanawiał się pierwszy z mężczyzn.
- Tylko najbardziej wtajemniczeni wiedzą jak wygląda.
- Może to ten nowy podpułkownik? Tak szybko awansował. Nikt nie wie kim on jest, nie widziano też żeby kiedykolwiek opuszczał bazę. Cały czas jest w pobliżu szefa.
- Kto wie, a może to ten co go widziałem wczoraj w laboratorium, jak podnosił dość ciężką maszynę…
Dialog mężczyzn nagle ucichł kiedy weszli do pokoju obok.
- Droga wolna – szepnął Jack po czym cała trójka podążyła dalej.
Po skręceniu kilka razy w prawo i lewo kapitan doprowadził ich do końca korytarza, pod dwoje drzwi.
- Ty Cam na prawo, a my na lewo – poinstruował kapitan.
Sarah i Jack weszli do pomieszczenia po lewej i od razu zabrali się do roboty. Podczas opróżniania magazynków pistoletów, karabinów i strzelb usłyszeli głosy z pokoju obok.
- O! Cześć maleńka! Skąd się tu wzięłaś? … Hej! Odłóż tą broń, możesz komuś tym zrobić krzywdę! Nie! Ognia!
Po chwili słuchać było tylko przytłumiony dźwięk karabinu maszynowego i kilka strzałów z Glocka.
Moment później Cameron otworzyła drzwi do składu z bronią, gdzie byli Jack i Sarah.
- Problemy? – zapytała kobieta spoglądając na dziury w kurtce Cameron.
- Żadnych problemów - usłyszała w odpowiedzi. – Potrzebuję tylko następnej kurtki…
Kiedy cała trójka upewniła się już, że przeciwnik będzie miał problem z bronią na terenie kompleksu, Jack wyjął mapę.
- Teraz musimy dostać się tutaj – powiedział wskazując odpowiedni punkt - do głównego laboratorium - kontynuował. - Droga prowadzi przez pomieszczenia dla personelu ale o tej godzinie nie powinno być większego problemu. Dalej jest już laboratorium, serwerownia i hala produkcyjna. Te wszystkie pomieszczenia muszą zostać zniszczone – powiedział z determinacją, spoglądając jednocześnie na zegarek, była 23:22. - Mamy jeszcze dużo czasu, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem to najpóźniej za 25 minut powinniśmy spokojnie opuszczać ten budynek – kapitan wypowiedział te słowa z uśmiechem na twarzy ale widać było, że nie potrafił ukryć zdenerwowania.
- Dobrze – powiedziała Sarah. - To ja idę do laboratorium, a ty Jack i blaszanka zaopiekujcie się komputerami w serwerowni. Spotkamy się przed wejściem do hali
- Powinnaś wziąć ze sobą mapę – nieoczekiwanie odezwała się Cameron. - Masz skomplikowaną drogę do przebycia. Ja już zapamiętałam trasę do poszczególnych pomieszczeń.
- Dobry pomysł – wtrącił się Jack. – Czasem zapominam, kotku że jesteś najbardziej cwanym i zaawansowanym technicznie organizmem cybernetycznym w obecnych czasach.
- Jestem – terminatorka odparła krótko i wręczyła Sarze mapę. Kobieta nie ukrywała swojego zdziwienia troską Cameron ale ostatecznie przyjęła mapę i schowała ją do kieszeni. W tym momencie zapanowała niezręczna cisza, którą przerwało chrząkniecie kapitana.
- Tak. Dobra no to chodźmy już. Musicie mieć przecież jeszcze czas na spakowanie się. Zarezerwowałem cztery bilety lotnicze na Karaiby. Samolot odlatuje jutro po południu – Jack je pogonił i szeroko uśmiechnął się do Sary.
- Jak możesz w takim momencie myśleć o wakacjach? – oburzyła się kobieta.
- Robota to robota, a po niej każdemu należy się odpoczynek. Mój będzie długi i będę oddawał się przyjemnościom – mrugnął Jack.
- No to do roboty, kapitanie…
Sarah przemierzała sprawnie korytarze i pomieszczenia wiodące do laboratorium. Kilka razy skręcała w prawo i w lewo. Z racji późnej godziny na drodze do celu nie napotkała żadnych problemów, oprócz jednego patrolu, który wcześniej usłyszała i bez najmniejszego kłopotu ominęła.
W końcu przekroczyła drzwi laboratorium i rozejrzała się. Na kilkunastu stołach i blatach porozkładane były palniki, wirówki, mikroskopy, mieszadła i niezliczona ilość szklanych naczyń i szalek.
'To pewnie tu naukowcy starają się opracować syntetyczną skórę czy oczy dla maszyn' - pomyślała kobieta. – No to badania zaraz zostaną zakończone spektakularną porażką – uśmiechnęła się pod nosem i zaczęła rozkładać ładunki, ustawiając je tak aby wybuchły dokładnie wtedy kiedy drużyna będzie opuszczać kompleks. Wszystko poszło dość sprawnie i po kilku chwilach Sarah znów podążała wyznaczoną drogą, tym razem w kierunku hali produkcyjnej.
- Dobrze, że mam mapę, bo na pewno zgubiłabym się w sieci tych korytarzy – mruknęła sama do siebie. W głębi ducha była wdzięczna Cameron ale oczywiście nigdy, nikomu by się do tego nie przyznała. Kiedy szła zamyślona przed siebie, to nie dostrzegła nawet wracających i właśnie skręcających w jej kierunku żołnierzy.
W ostatniej chwili, ledwo unikając patrolu, wpadła przez najbliższe drzwi do jakiegoś pomieszczenia. Szybko i po cichu zamknęła je za sobą i natychmiast, prawie instynktownie, przysunęła się do ściany i wycelowała broń w kierunku wejścia. Na korytarzu słyszała przechodzący patrol i kogoś kto wydawał rozkazy. Po kilku chwilach nie było słychać już nic. Strażnicy najwyraźniej odeszli. Sarah odczekała jeszcze moment, po czym rozejrzała się po pokoju w którym się znalazła. Z wyglądu przypominał on pomieszczenie badawcze. Wszędzie stały liczne biurka z komputerami, a obok leżały notatki, projekty i modele nieznanych maszyn. Nagle usłyszała jakiś szelest przy jedynym z włączonych urządzeń. Podeszła powoli i lufą wymierzonej broni odsunęła od biurka krzesło. Za nim chował się jakiś młody, czarnoskóry mężczyzna. Zauważywszy Sarę schylił głowę w dół i lekko uniósł ręce do góry.
- Proszę, nie zabijaj mnie! – zaczął błagać kobietę.
- Tylko spokojnie, to nic ci nie zrobię – usłyszał w odpowiedzi.
- Ja nic nie wiem! – mężczyzna krzyczał dalej.
- Ciszej, bo nas oboje zastrzelą! – Sarah cicho ale stanowczo mu przerwała. – Wyłaź stamtąd – rozkazała, trzymając go na muszce.
Mężczyzna opuścił ręce, wstał powoli i podniósł wzrok.
Matka Johna zbladła. - My się chyba znamy… – stwierdziła niespodziewanie. Wyglądała prawie jakby zobaczyła ducha. - Co ty tu do cholery robisz Danny?
- Sarah? Sarah Connor? – mężczyzna nie mógł uwierzyć w to co widzi.
- Jak się tutaj znalazłeś? – kobieta wypytywała go, jednocześnie opuszczając broń. - Słuch po tobie zaginał już kilka miesięcy temu. Twoja matka odchodzi od zmysłów!
- Zostałem porwany – zaczął wyjaśniać młodzieniec. - Pewnego dnia jakiś nieznajomy mężczyzna przyszedł do mojego pokoju w akademiku. Zaczął opowiadać, że pracuje nad tajnym rządowym projektem. Pytał się czy nie chce do niego dołączyć i kontynuować pracy ojca. Uznałem go za jakiegoś wariata, wyrzuciłem z pokoju i zatrzasnąłem za nim drzwi. Na wieczór kiedy wracałem z zajęć to… ostatnie co pamiętam to jak wchodziłem po schodach... Później ocknąłem się związany w furgonetce i zostałem przywieziony tutaj. Przesłuchiwano mnie i torturowano. Chcieli się dowiedzieć czy ojciec pozostawił po sobie jakieś wyniki badań, które byłyby pomocne. Później zamknęli mnie w tym laboratorium i kazali pracować nad jakimś siłownikiem potrzebnym do sterowania ramieniem robota.
- A ty grzecznie zacząłeś budować terminatora, kawałek po kawałku... – Sarah powiedziała z nieukrywanym przerażeniem.
- Nie raz próbowałem się z kimś skontaktować – usprawiedliwiał się Danny. - Ale za każdym razem udawało im się mnie powstrzymać. Kilkukrotna ucieczka też nic nie dała, ten kompleks to istna twierdza. Zagrozili mi, że jeśli spróbuje jeszcze raz to zabiją mi matkę. Musiałem się podporządkować.
- Rozumiem – przyznała kobieta.
- A ty Saro co tu robisz?
- Jestem tutaj z pewną misją… – po chwili namysłu dodała – Chodź ze mną, wydostaniesz się z nami.
- Nami? – Danny spytał z ciekawością.
- To chyba oczywiste, że nie jestem tu sama – wyjaśniła kobieta.
- Więc gdzie jest reszta „twoich ludzi"? – mężczyzna wyglądał na zainteresowanego tematem.
- Mniejsza o to. Nie mamy teraz czasu na rozmowy, musimy dostać się do pokoju odpraw.
- Znam skrót – zaoferował Danny. - Musimy udać się w tamtą stronę – powiedział i wskazał na drzwi w drugim końcu pomieszczenia.
- Świetnie, prowadź, ale najpierw weź to, przyda ci się do obrony – Sarah wyjęła z tyłu, zza paska dodatkowy pistolet.
- Co to? – młodzieniec wyglądał na przerażonego widokiem broni.
- Tu się odbezpiecza - poinstruowała go kobieta. - Musisz jedynie pociągnąć za spust. Weź.
- No… dobrze – Danny powiedział niepewnie i przyjął od niej broń.
Sarah zaczęła iść w stronę drzwi kiedy nagle usłyszała za sobą szum krótkofalówki.
- Mam Sarę Connor! Jestem w biurze rozwojowym. Czekam na wsparcie!
Sarah zatrzymała się natychmiast i powoli zaczęła odwracać. Zobaczyła broń wymierzoną prosto w jej głowę.
- Legendarna Sarah Connor, kobieta, która pokonała nawet terminatora, a dała się nabrać na tanią sztuczkę – usłyszała drwiący głos Danny'ego.
- Ty gnoju! – wykrzyknęła, a w jej oczach widać było wściekłość. - Jak możesz im pomagać? Przecież to oni zapoczątkują Skynet! Twój ojciec oddał życie próbując ich powstrzymać!
- Mój ojciec był głupcem. Nie rozumiał, że przyłączenie się do maszyn to jedyna droga do przetrwania. Próbował walczyć i co mu to dało?
- Jeszcze nie spotkałam się w życiu z takim idiotą – krótko podsumowała go kobieta.
- Mów co chcesz Saro ale ten idiota właśnie cię oszukał i ma cię teraz na muszce – Danny był bardzo pewny siebie, zdawał się panować nad sytuacją.
- To się zaraz okaże – Sarah uśmiechnęła się tajemniczo. Widać było, że to mocno zaskoczyło mężczyznę.
- Nic nie kombinuj! – wykrzyknął i odbezpieczył broń. – Nie myśl, że nie strzelę!
- Spróbuj – teraz to Sarah była pewna siebie, zupełnie jakby to ona kontrolowała sytuację. Zaczęła iść w stronę Dannego. Nagle dało się usłyszeć naciskany spust pistoletu.. i zapadła martwa cisza. Danny nerwowo zaczął ponownie naciskać spust ale żaden nabój nie opuścił komory.
- Chyba nie myślałeś, że dam naładowaną broń komuś kogo spotkałam kilka minut temu? Musiałam cię najpierw sprawdzić... – Sarah wypowiedziała te słowa w taki sposób, że Danny już wiedział, że teraz jego przyszłość rysuje się raczej nieciekawie.
Kobieta szybko wymierzyła do niego ze swojego Glocka. Niestety w tym momencie usłyszała szybkie kroki dobiegające z korytarza. Ktoś chwycił za klamkę więc oddała kilka strzałów w stronę drzwi, a później w lampy oświetlające pokój i natychmiast zaczęła uciekać do wyjścia, które wcześniej wskazał jej Danny. Wybiegła na zewnątrz i udała się, tak jak planowała, w
stronę hali produkcyjnej, a nie tak jak (na wszelki wypadek) skłamała wcześniej - do pokoju odpraw.
Tymczasem…
- Skynet to może i największe zagrożenie dla ludzkości ale patrząc na ciebie kotku, widać że nie wszystko co zrobił było takie do końca złe. Już nie mogę się doczekać kiedy będę leżał z tobą na ciepłej plaży i popijał drinki – powiedział Jack z typowym dla siebie szelmowskim uśmiechem.
- Dziękuję – odparła Cameron nie zwalniając nawet kroku. Widać było, że była bardzo skupiona na swojej misji. - Do serwerowni pozostało 132 metry – dodała po chwili.
- Ech… - westchnął kapitan – Tylko praca ci w głowie, jak zawsze jesteś konkretna, precyzyjna i nie gadasz po próżnicy. A szkoda, myślałem, że skoro ponownie zawarliśmy rozejm to korzystając z tego, że jesteśmy sami zaplanujemy, które bikini masz ze sobą zabrać. No i co wziąć dla Sary i Trzynastki…– Jack zaczął się głośno zastanawiać. Najwidoczniej był już pewien, że cały jego plan się powiedzie, bo ewidentnie bujał teraz w obłokach.
Gdyby Cameron była człowiekiem to zapewne w tym momencie, przewróciła by oczami ale że nim nie była to po prostu bez słowa poszła dalej.
Kilka minut później dotarli na miejsce. Jack powoli uchylił drzwi do serwerowni, żeby sprawdzić czy ktoś jest w środku. Tak jak zakładał – o tej porze nikogo tam nie było. W ogromnym pokoju panowała prawie całkowita ciemność rozświetlana tylko przez migające diody, sygnalizujące pracę komputerów i monitory terminali podłączonych do każdej szafy. W pomieszczeniu dało się słyszeć cichy świst wentylatorów chłodzących sprzęt komputerowy.
- Droga wolna – kapitan szepnął do Cameron i oboje weszli do środka. Terminatorka nie tracąc czasu wyciągnęła z torby część materiałów wybuchowych.
- Tyle powinno wystarczyć – oznajmiła. - Wyliczyłam optymalne miejsca do założenia ładunków. Prawidłowe rozmieszczenie bomb, da gwarancję zniszczenia wszystkich informacji zawartych na nośnikach danych w tym pomieszczeniu – dodała, po czym wręczyła Jackowi kilka ładunków i pokazała mu gdzie ma je umieścić. - Jest 23:33.
- Damy radę – usłyszała w odpowiedzi zapewnienie mężczyzny.
Po skończonym zadaniu, Jack i Cameron wyszli z serwerowni i udali się w stronę hali produkcyjnej, gdzie mieli się spotkać z Sarą. Dochodząc już do drzwi zobaczyli nadbiegającą kobietę.
- Coś się stało? – zapytał zaniepokojony Jack.
- Nie ma czasu na opowiadania. Zaminujmy to miejsce i jak najszybciej się stąd wynośmy! – krzyknęła Sarah.
Cała trójka stanęła więc przed masywnymi drzwiami hali.
- Cameron czyń swoją powinność – kobieta poinstruowała terminatorkę, a ta natychmiast zabrała się za otwieranie drzwi. Kilka silnych uderzeń wystarczyło, żeby pokonać zawiasy.
Po chwili wszyscy dostali się do środka. Pomieszczenie było wyraźnie podzielone na kilka sekcji.
Sarah od razu wyjęła ze swojej torby ładunki wybuchowe i poszła w głąb hali, porozkładać je w odpowiednie miejsca. Cameron udała się w innym kierunku i stanęła przed rzędem, przykrytych białym materiałem, kilkunastu wysokich posągów. Terminatorka zsunęła z pierwszego z nich pokrowiec.
- Znasz tego przyjemniaczka? – usłyszała od podchodzącego do niej Jacka.
- Tak. To Cyberdyne Systems serii 70. Autonomiczna Jednostka Piechoty. To jeden z pierwszych humanoidalnych postaci terminatorów. Nigdy takiego nie widziałam, na własne oczy.
- Nie wygląda zbyt zaawansowanie. Trochę wyróżniałby się z tłumu, ma prawie 2,5 metra wysokości, nie mówiąc o braku skóry… – w głosie Jacka można było wyczuć lekka drwinę.
- Nie wygląda – przyznała Cameron - ale to właśnie ten model dał początek masowej produkcji maszyn. To na nim przetestowano wiele rozwiązań, których rozwinięcie sprawiło, że jestem w takiej postaci jak teraz – wyjaśniła terminatorka i podeszła bliżej do T-70, dotykając jego ramienia. Maszyna wyglądała jakby była martwa i pewne było, że w najbliższym czasie się nie uruchomi.
- To taki jakby twój przodek? – zapytał teraz już bardziej poważny kapitan.
- Można tak powiedzieć. – odparła Cameron i zdjęła pokrowce z kilku innych maszyn stojących za T-70. – Te terminatory tutaj nie są jeszcze gotowe. Brakuje im chipów oraz kilku podstawowych części endoszkieletu – stwierdziła fachowo.
W tym momencie podbiegła do nich Sarah.
- A wy co? Plotkujecie sobie tutaj? – zapytała lekko zdenerwowana. – Wszystko już zaminowałam ale nie mamy dużo czasu – powiedziała spoglądając na zegarek. - Musimy stąd natychmiast uciekać!
No i wtedy właśnie usłyszeli dźwięk alarmu… a reflektory w pomieszczeniu zaczęły się po kolei zapalać…
'Szlag by tego Danny'ego!'– pomyślała wściekła Sarah.
- To element zaskoczenia mamy z głowy… – zdążył tylko skomentować Jack zanim otwarły się boczne drzwi i do hali weszło dwóch mężczyzn, ubranych w wojskowe mundury. Za nimi podążał Danny i ośmiu żołnierzy, z których każdy mierzył już w Sarę, Jacka i Cameron. Ci widząc, że nie mają większego wyboru niechętnie rzucili Glocki oraz torby, które przy sobie mieli.
- No proszę wielka Sarah Connor zawitała w nasze skromne progi. Czym sobie zasłużyliśmy na ten zaszczyt? – zapytał jeden z mundurowych stojących z przodu.
- Wpadłam na herbatkę – kobieta odpowiedziała spokojnie. Usilnie próbowała ukryć wcześniejsze zdenerwowanie i na razie całkiem nieźle jej to wychodziło.
Mężczyzny najwidoczniej jednak nie rozbawił jej komentarz. - Wiesz Saro, masz paskudny nawyk utrzymywania się przy życiu – stwierdził tylko i podszedł do czegoś w rodzaju panelu kontrolnego.
- Tyle o mnie wiesz, a ja o tobie nic. Nie sądzisz, że było by miło gdybyś się przedstawił? – Sarah starała się wyglądać na pewną siebie.
- Generał Edward Cohen – odparł mężczyzna i nacisnął jakiś przycisk na konsoli, wyłączając tym samym, już niepotrzebny, a wyjątkowo irytujący alarm.
- Dobrze. Będę wiedziała co napisać na nagrobku.
- Cała Sarah Connor. Nigdy nie odpuszczasz nawet jeśli jesteś w sytuacji bez wyjścia. Obawiam się jednak, że tym razem sprawy nie ułożą się po twojej myśli – zadrwił generał, a w jego oczach można było zobaczyć coś na kształt radości. Zdecydowanie był pewien swego sukcesu i niezmiernie go to cieszyło. – Skoro postanowiłaś nas jednak odwiedzić to utniemy sobie mała pogawędkę - dodał. - Przyznam, że wcześniej cię nie doceniałem i tylko dlatego jeszcze żyjesz ale to się niedługo zmieni…
- To się jeszcze okaże – nagle odezwała się Cameron.
- A panienka to kto? – Cohen spojrzał pytająco na stojącego nieopodal wojskowego.
- Ci dwoje to najwyraźniej „jej ludzie" – niespodziewanie w rozmowę wtrącił się Danny, dając krok do przodu. – Wspominała wcześniej, że nie jest sama ale nie sądziłem, że jest ich tylko troje! – uśmiechnął się szyderczo. – Porywać się na naszą bazę z taką ilością osób to totalna głupota!
- Dyson! – krzyknął generał. - Nie przerywaj kiedy żołnierze rozmawiają – pouczył chłopaka szorstkim tonem, a ten natychmiast z powrotem wrócił do tyłu. – Podpułkowniku? – ponownie zwrócił się do żołnierza stojącego obok niego.
Mężczyzna przyjrzał się Cameron od stóp do głów, jakby ją analizując.
- To nieznany model, nie mam go w mojej bazie danych – odparł.
- O robi się coraz ciekawiej! – oznajmił podekscytowany Cohen. - Panie i panowie, mamy tu dwa całkiem nowe modele! Przedstawiam wam T-900, mojego podpułkownika, a zarazem żołnierza piechoty, przysłanego z przyszłości do ochrony tego obiektu. Ten model wkrótce zastąpi terminatory serii 800, w walce przeciwko Ruchowi Oporu – poinformował wszystkich z dumą. – A więc to ty jesteś tym ich terminatorem, tak? – w tym momencie zwrócił się do Cameron. – Co nieco o tobie słyszałem ale miło mi zobaczyć cię w końcu na własne oczy. Widzę, że w twoim przypadku Skynet przeszedł sam siebie… Zaraz zobaczymy co dokładnie kryje się za tymi pięknymi, brązowymi oczami… - uśmiechnął się niebezpiecznie. – Saro, – kontynuował – ty przejdziesz zaraz do pomieszczenia nieopodal i poczekasz tam na mnie. Będziemy mieli w końcu okazję porozmawiać sam na sam… Jack, pozwolisz? – tutaj niespodziewanie zwrócił się do kapitana.
- Tak jest, generale! – zasalutował mężczyzna i w jednej chwili odsunął się od Sary. – Przykro mi kotku – powiedział dość rozbawiony całą sytuacją.
- Niech cię szlag, Jack… Nie powinnam była zaufać komuś kto już raz mnie oszukał – kobieta nie ukrywała swojego rozczarowania postępowaniem kapitana.
- To jest wojna, a ja tylko staram się przeżyć. Myślę, że już o tym wiesz.
- I dlatego zachowujesz się jak chorągiewka na wietrze?
- Kapitanie Storm! – Cohen postanowił natychmiast interweniować i przerwać te pogaduszki Sary i Jacka.
- Tak, generale!
- Proszę się wytłumaczyć. Prowadził pan ciągłą obserwację Sary Connor. Dlaczego nie zlikwidował pan celu i jej wspólników, mimo że wydano taki rozkaz? Dlaczego nie powiadomił nas pan o przybyciu tak niebezpiecznych gości i pozwolili im zajść tak daleko? – Edward Cohen zaczął niemalże przesłuchiwać swojego podwładnego.
- Generale, niestety ale muszę zameldować, że zostałem zdemaskowany i, jak widać, nie udało mi się wypełnić mojego zadania – wyjaśniał Jack. - Ponadto dowiedziałem się, że Sarah Connor ukrywa pewne ważne informacje, których nikomu nie wyjawiła. Postanowiłem więc podstępem sprowadzić ją tutaj, gdzie może zostać odpowiednio przesłuchana. Nie mogłem powiadomić nikogo z bazy, bo byłem ciągle obserwowany i obawiałem się, że cały plan może zostać odkryty. Pomysł przyprowadzenia tu Sary wpadł mi do głowy wczoraj, gdy zostałem zdemaskowany.
- A mówiłem, żeby go nie słuchać i zabić ją wcześniej! – w tej chwili do rozmowy ponownie włączył się Danny. – Niepotrzebnie się pan zgodził jak przekonywał pana, żeby jej nie likwidować wtedy kiedy już uznaliśmy to za stosowne! – Dyson krzyczał do generała.
- Dziękuję za twoją opinię – Cohen powiedział lekko poirytowany i zwrócił się po raz kolejny do kapitana. – Teraz wszystko rozumiem Jack i nie mam ci za złe, że ją tu przyprowadziłeś. W końcu zawsze chciałem ją poznać osobiście i żałowałem, że mi się to jednak nie uda. No i proszę jakie życie sprawia nam czasem niespodzianki…
- Co? Czy to znaczy, że chce pan mu darować, że… - Danny nadal nie dawał za wygraną.
- Dość! – uciszył go generał. – Ty nie jesteś tu od decydowania o moich ludziach, Dyson. Jesteś tu aby zajmować się maszynami i zaraz będziesz miał ku temu okazję… i nie przerywaj mi więcej, zrozumiano? – dodał dość groźnym tonem
- Tak – krótko odparł Danny kładąc uszy po sobie.
- Kapitanie proszę odprowadzić Sarę Connor do celi – Cohen wydal polecenie Jackowi, po czym wskazał palcem na czterech żołnierzy stojących obok Dysona. Ci natychmiast podbiegli do mężczyzny. Dwóch stanęło przed Sarą, a dwóch z tyłu, koło kapitana. Jeden z nich podał mu swoją broń.
- Poradzisz sobie? – Sarah szepnęła do stojącej nieopodal terminatorki.
- Spróbuję.
- Naprzód! – Jack pchnął kobietę lufą karabinu. – A ja wezmę jeszcze to – stwierdził, zawieszając M-16 z tylu, na pasku i podnosząc największą z toreb leżących na ziemi. – Dodatkowa broń zawsze się nam tu przyda.
Chwilę później wszyscy zmierzali już w stronę wyjścia.
- Zaraz przyjdę, na naszą obiecaną pogawędkę Saro, tylko załatwię ten mały problem tutaj – na odchodne rzucił kobiecie generał.
Potem, gdy zamknięto już drzwi za Sarą i jej eskortą, wzrok wszystkich pozostałych osób skupił się na Cameron.
- No Danny, teraz masz okazję się wykazać – Cohen zwrócił się do Dysona. – Jesteś w stanie coś z niej wydobyć?
- Tak szefie! Z największą przyjemnością. Nieznany model to nowe technologie, które pomogą nam tworzyć jeszcze lepsze i skuteczniejsze maszyny. Rozkręcę ją, śrubka po śrubce. Nie będzie miała przede mną tajemnic – w głosie Danny'ego można było wyczuć ewidentną ekscytację.
- Zawsze lubiłem twoje niezdrowe zaangażowanie w pracę… - zaśmiał się generał.
- Jak to jest być tobą, Jack? – pytała Sarah w drodze do więzienia. - Jak można służyć maszynom wiedząc co robią z ludźmi?
- Jak widać można i całkiem nieźle na tym wychodzę, kotku, a teraz idź przed siebie i nie próbuj żadnych numerów. Za dużo wiesz żeby cię tak po prostu zabić. Niestety twoja przyszłość tutaj nie rysuje się w kolorowych barwach…
Po chwili czterech żołnierzy, Sarah i Jack dotarli już do celi.
- To będzie twój nowy dom. Przyzwyczajaj się, bo spędzisz tu trochę czasu. Jeden z was niech otworzy drzwi, a drugi niech, na wszelki wypadek, przeszuka kobietę. – Jack odłożył torbę, którą niósł i poinstruował mundurowych stojących z przodu.
W momencie kiedy jeden z żołnierzy opuścił broń i wyjął klucze próbując znaleźć ten właściwy, a drugi zawiesił swój karabin na plecach i rozpoczął przeszukanie Sary, kobieta natychmiast złapała go za rękę. Wykręciła ją i pchnęła mężczyznę na ścianę, jednocześnie wyciągając zapasowy pistolet z jego kabury i się schylając. Wtedy Jack w mgnieniu oka strzelił do żołnierza próbującego otworzyć drzwi, a następnie do tego rzuconego na ścianę. Sarah w tej chwili wymierzyła do jednego z mundurowych stojących z lewej strony kapitana i otworzyła ogień. Jack natychmiast odwrócił się do żołnierza stojącego po prawo, tego który wcześniej oddal mu broń, a który właśnie wyjął swój zapasowy pistolet i strzelił najszybciej jak tylko potrafił… Jack zrobił to samo. Wszystko trwało zaledwie kilka sekund.
Żołnierz padł na podłogę martwy ale chwilę później także kapitan osunął się po ścianie.
- Coś ci się stało? – zapytała podbiegająca do niego Sarah.
- Postrzelił mnie sukinsyn, najwidoczniej trzech na raz to trochę za dużo nawet jak dla mnie - Jack starał się zażartować ale uśmiech na jego twarzy szybko został zastąpiony przez grymas bólu.
Sarah przyjrzała się ranie przy ramieniu kapitana, tuż pod obojczykiem.
- Nie jest tak źle, kula przeszła na wylot i najwidoczniej ominęła płuco. Miałeś dużo szczęścia – oznajmiła kobieta, po czym urwała kawałek swojej bluzki, przykładając ją do rany i próbując zatamować krwawienie.
- Boli jak cholera… - jęczał Jack.
- Taki twardziel, a byle draśnięcie go rozkłada – Sarah próbowała rozjaśnić atmosferę.
- Skąd wiedziałaś, że nie jestem po ich stronie? – kapitan zapytał nagle poważnym tonem.
- Zorientowałam się kiedy wciskałeś Cohenowi bajkę, że przyprowadziłeś mnie tu na przesłuchanie, bo ukrywam coś ważnego. To byłoby po prostu zbyt oczywiste. Z daleka widać było, że improwizujesz. Trochę cię już zdążyłam poznać kapitanie… no i powiedziałeś do mnie „kotku", a to słowo masz już przecież zarezerwowane dla Cameron. Nigdy mnie tak nie nazywasz więc jak to zrobiłeś to wiedziałam, że coś tu nie gra.
W odpowiedzi Jack tylko się uśmiechnął. 'Wiedziałem, że załapie'- pomyślał dumny.
Chwilę potem Sarah ukryła ciała żołnierzy w celi, wzięła torbę z bronią i ponownie podeszła do kapitana.
- Wstawaj żołnierzu - chwyciła go pod zdrowie ramię i oboje zaczęli iść z powrotem w stronę hali.
- Tędy – Jack wskazał drzwi, za którymi znajdowały się schody. - Pójdziemy inną drogą i wejdziemy tam od góry.
- A więc Cameron, tak?
Terminatorka stała niewzruszona. A z jej twarzy nie można było odczytać żadnych emocji, można było jednak domyśleć się, że analizowała całą sytuację próbując opracować najlepszy plan działania.
- Nie chcesz rozmawiać? Twój wybór, proszę bardzo. Przejdziemy więc od razu do rzeczy – oznajmił Cohen i zwrócił się do T-900. – Rób swoje.
Na HUD'zie terminatora zaczęły pojawiać się komendy.
CEL: NIEZNANY MODEL
MISJA: SCHWYTAĆ, UNIERUCHOMIĆ, WYŁĄCZYĆ POPRZEZ USUNIĘCIE CHIPU
Cameron w tym czasie przyglądała się przeciwnikowi. Był od niej wyższy o głowę, a jego budowa wskazywała, że jest lepiej opancerzony i silniejszy. Szanse na wygranie z nim były niewielkie.
T-900, nie tracąc ani chwili dłużej, zaczął biec wprost na terminatorkę, a ta rozpoczęła wycofywanie się, jednocześnie rozglądając się po hali produkcyjnej. T-900 przyspieszył, złapał Cameron za ubranie i chciał rzucić ale ta wyrwała się z jego uścisku, uderzając go od góry w ręce i korpus. Przeciwnik się zachwiał, terminatorka natychmiast to wyczuła i uderzyła go najszybciej jak potrafiła pięścią w twarz. Siła uderzenia odchyliła tylko głowę wroga na bok, powodując małe rozcięcie na jego policzku, odsłaniające endoszkielet. Terminator spojrzał na Cameron, uśmiechnął się i złapał ją ponownie za ubranie, po czym z całej siły rzucił na pobliską ścianę. Terminatorka nie zdążyła jeszcze wstać, kiedy znowu została złapana i ciśnięta w składowisko rur, które z metalicznym brzękiem rozsypały się po hali. T-900 spokojnie do niej podszedł i kiedy właśnie zaczęła się podnosić to kopnął ją kolanem w twarz, jednocześnie przewracając Cameron na plecy. Potem chwycił jedną z grubych, krótkich rur i zaczął nią uderzać terminatorkę.
- Tylko nie uszkodź chipu! – lekko zaniepokojony Danny, krzyknął w stronę walczących maszyn.
Terminator zamachnął się kolejny raz na Cameron ale tej w końcu udało się, chwytając prawą ręką za rurę, unieruchomić ją. Przeciwnik szybko puścił więc kawałek metalu, chwycił terminatorkę za lewą rękę i obrócił ją na brzuch. Potem nadepnął nogą na jej plecy i nadal wykręcając jej rękę zaczął ją zginać w kierunku kręgosłupa. Cameron próbowała się wyswobodzić ale to nic nie dawało. T-900 był od niej silniejszy. Kiedy zaczął dociskać jej rękę do endoszkieletu to dało się słyszeć wyraźny dźwięk zginanego kolanu oraz łamanych siłowników i niszczonej elektroniki, umieszczonej w ramieniu. Nagle coś pękło… Przeciwnik puścił dłoń terminatorki, a całe jej ramię opadło bezwiednie na ziemię. Cameron nie potrafiła się już skutecznie bronić. T-900 chwycił więc obiema rękami jej głowę…
- Już po niej – zaśmiał się Cohen…i wtedy, nagle wszyscy usłyszeli gdzieś tępy dźwięk karabinu maszynowego…
Po chwili górne drzwi hali zostały niemalże rozerwane. Wszyscy, łącznie z T-900, spojrzeli z niedowierzaniem w tamtą stronę. Do pomieszczenia wbiegł Jack i natychmiast otworzył ogień do będących tam żołnierzy. Za kapitanem podążała Sarah, pewnie trzymając M134.
Cameron wykorzystując zamieszanie, kiedy T-900 odwrócił na chwilę głowę, lekko się obróciła i uderzyła przeciwnika w nogi rurą, którą nadal trzymała w prawej ręce. Terminator stracił równowagę i przewrócił się na podłogę.
- Cameron odsuń się! – krzyknęła Sarah.
Terminatorka, najszybciej jak mogła, odskoczyła na bok. Wtedy Sarah skierowała działko w stronę T-900 i nacisnęła spust. W pomieszczeniu rozległ się bardzo głośny huk wystrzeliwanych pocisków, pomieszany z upadającymi łuskami. W stronę terminatora poleciał grad kul, które odrywały części jego endoszkieletu. T-900 reagując na całą sytuację, przedostał się najszybciej jak się tylko dało, za stalowe kontenery. Sara puściła spust. W hali nastała cisza.
Na HUD'zie T-900 pojawiały się napisy:
UWAGA! POWAŻNE USZKODZENIA PODSTAWOWYCH ELEMENTÓW ENDOSZKIELETU
UAKTUALNIONO CELE MISJI
MISJA: USUNĄĆ CHIP TERMINATOROWI NIEZNANEJ KLASY – ANULOWANO.
NOWA MISJA: NIE PODEJMOWAĆ WALKI. WYCOFAĆ SIĘ. ZEBRAĆ WSPARCIE.
Terminator odwrócił się i zaczął przemieszczać się na drugą stronę hali do wyjścia awaryjnego. Wtedy niespodziewanie stanęła za nim Cameron. Pchnęła i przewróciła go na plecy po czym wzięła leżącą obok rurę i wbiła ją w korpus maszyny. Terminator próbował chwycić kawałek metalu ale Cameron była bezlitosna. Zaczęła kręcić rurą wewnątrz T-900 powodując przy tym spięcia, zniszczenie siłowników wewnątrz endoszkieletu i uszkodzenia podzespołów. Chwilę później terminator przestał się bronić, jego ręce opadły na ziemię, a oczy zgasły…
- Jack, Cohen ucieka! – Sarah krzyknęła nagle, widząc przemierzającego halę generała.
Kapitan szybko zbiegł z rampy po schodach i pobiegł za swoim dowódcą.
- Generale! Ucieka pan jak szczur z tonącego okrętu! Czy chce pan zginąć jak tchórz od strzału w plecy? – Jack krzyknął do uciekającego Cohena.
Mężczyzna w tym momencie zatrzymał się i odwrócił do kapitana. Stanął na baczność, spojrzał na mierzącego do niego Jacka, Sarę nadal stojąca na rampie oraz Cameron usuwającą chip z głowy T-900 i zrozumiał powagę sytuacji.
- Żywcem mnie nie weźmiecie – oznajmił i wyjął Berettę z kabury, a potem strzelił sobie w głowę…
- Cameron, Danny zabarykadował się w tamtym pomieszczeniu – Sarah z góry wskazała terminatorce miejsce i rzuciła jej strzelbę wyciągniętą z torby. Dyson zamknął się w pokoju z którego można było kontrolować całą produkcję w hali.
Cameron spojrzała na drzwi. Wyglądały na solidne, nie stanowiło to jednak dla niej większego problemu. Zaczęła, raz po raz, uderzać pięścią w okolice zamka. Blacha powoli wyginała się po naporem siły, a po chwili drzwi wypadły z zawiasów i terminatorka weszła do środka. Danny, ukryty za jednym z kilku paneli kontrolnych, natychmiast zaczął do niej strzelać z M-16. To jednak nie powstrzymało Cameron nawet na chwilę. Zbliżała się powoli w kierunku mężczyzny. Kiedy do niego podeszła, to złapała za lufę karabinu i ją wygięła.
- Nie, nie, proszę! Takie miałem rozkazy! Oni mnie zmusili – zaczął błagać Danny. - Robiłem to wszystko dla was, dla maszyn! Chciałem żebyście były najpotężniejszymi i najdoskonalszymi istotami na świecie.
- A teraz zginiesz z rąk jednej z takich maszyn – Cameron powiedziała złowrogo i wymierzyła strzelbę w stronę Dysona.
- Nie możesz mnie zabić!
- Dlaczego? Przecież jestem terminatorem – oświadczyła spokojnie i zanim Danny zdołał powiedzieć cokolwiek więcej nacisnęła spust…
- Cameron! Wracaj! Czas się stąd zmywać! – terminatorka usłyszała gdzieś z hali krzyk Sary. Wyszła więc szybko z pomieszczenia, pozostawiając za sobą zwłoki młodego Dysona, i dołączyła do kobiety. Sarah podbiegała właśnie do Jacka, który stał nieopodal opierając się o ścianę i ciężko dysząc.
- No ruszaj się kapitanie – nakazała mu kobieta. – Musimy cię przecież wsadzić do tego samolotu.
Jack mógłby przysiąc, że w tym momencie dostrzegł na twarzy Sary lekki uśmiech. Koniec z końcem nie był jednak pewien, czy mu się nie wydawało i nie był to tylko jakiś omam wywołany utratą krwi. Wolał wierzyć, że nie.
Kilka minut później wszyscy byli już w widzie jadącej w górę, do wyjścia z kompleksu.
- Co z tobą? Wszystko w porządku? – Sarah, widząc jej obrażenia, zwróciła się do terminatorki.
Cameron była właśnie w trakcie przeprowadzania testów.
DIAGN^ST#KA:
SPR#WDZANIE INTEEGRA$NOSCI CHHIP&:
WYNIK 86%. CHIP USZKOD#ONY.
SPRAWDZANIE PAMIĘCI:
WYNIK 100%. PAMIĘĆ SPRAWNA.
END&OSZKIE##ET:
UWA#A. WYKRYTO USZKODZENIA SIŁOWNIKÓW HYDRAULICZNYCH W KOŃCZYNACH DOLNYCH. ZMNIEJSZONA ZDOLNOŚĆ MOB!LNOŚCI. ZALEC#NA NAPRAWA.
UWAG. WYKRY#O POWŻNE USZKODZ^NIE MECHANICZNE ENDOSZK&ELETU W KOŃCZY#ACH GÓRNYCH. ZALECANE NATYCHMM!ASTOWE WYCOFANIE SIĘ Z POL WALKI & DOKONANIE NIEZBĘ#NYCH NAPRW.
UWAGA. BRK ODCZYTU Z CZUJNIKÓW LEW#J DŁONI.
UWAG. & WYKRYTO USZK#DZENIA P*WŁOKI Z#WNĘTRZNEJ.
DIAGNOSTYKA ZAKOŃCZONO.
- Potrzebuję urlopu – Cameron odparła krótko.
W tym czasie winda dojechała na miejsce i cała trójka znalazła się na podziemnym parkingu.
- Na zewnątrz na pewno jest sporo wojska – zgadła Sarah spoglądając na drogę prowadząca do drzwi. - Poradzisz sobie z nimi? – zapytała terminatorkę.
- Zaufaj mi – Cameron uśmiechnęła się do kobiety. - Zaczekajcie tutaj. Zaraz wrócę – dodała i wzięła z samochodu nową torbę z bronią, po czym ruszyła powoli do wrót wejściowych kompleksu.
Sarah odprowadziła ją niepewnym wzrokiem.
- Myślisz, że sobie poradzi? – zapytał wyraźnie zaniepokojony Jack.
- Musi. Jeśli jej się nie uda to są to prawdopodobnie ostatnie minuty jakie nam pozostały – mówiąc to Sarah wyjęła krótkofalówkę. – Trzynastko, jesteś tam?
- Saro! Już myślałam... – odezwała się dziewczyna. - Jak dobrze cię słyszeć. Co z wami?
- Wszyscy są w jednym kawałku, no może poza naszym kapitanem, którego rozłożyło małe draśnięcie – Sarah komentowała z wyraźnym przekąsem w głosie.
- Czy Jack jest poważnie ranny?
- To nic takiego – kapitan wyrwał Sarze krótkofalówkę.
Kobieta szybko mu ją jednak zabrała z powrotem - Jak to wygląda na zewnątrz? Ilu żołnierzy czeka przed kompleksem?
- Chyba wszyscy… - usłyszała w odpowiedzi.
A po chwili po drugiej stronie rozległ się hałas. Słychać było huk strzelającej broni, wybuchów i krzyk rannych ludzi.
- Cameron rozpętała tu prawdziwe piekło na ziemi – ponownie odezwała się Trzynastka. – Żołnierze Skynetu właśnie posmakowali swojej własnej broni…
Po kilku minutach wypełnionych strzałami nagle wszystko ucichło.
- Możecie wyjeżdżać. Już jest bezpiecznie. Cameron czeka przy zewnętrznej bramie - Sarah i Jack usłyszeli przez krótkofalówkę.
- No kapitanie, wracamy do domu – kobieta pomogła kapitanowi wsiąść na siedzenie pasażera, sama zajmując miejsce kierowcy.
Chwilę później wyjeżdżali już z parkingu. Kiedy opuszczali kompleks to nagle uderzyło ich to co zobaczyli: mnóstwo dymu, rozbite, wysadzone samochody i płonące strażnice, które teraz przypominały kupę gruzu.
Sarah zatrzymała się koło bramy i spojrzała na Cameron trzymającą M-16 - Wyglądasz jak ostatnie nieszczęście - skomentowała. - Wsiadaj szybko. Uciekamy stąd.
Terminatorka zajęła miejsce z tyłu, a Sarah ostro dodała gazu. Koła mocno zabuksowały i samochód zaczął nabierać prędkości. Co chwila dało się usłyszeć, że podwozie auta uderza o coś twardego. Sarah starała się jednak nie zwracać na to uwagi. Chciała być jak najszybciej, jak najdalej stąd.
Nagle zegarek Jacka zaczął pikać. To oznaczało, że teraz ma nastąpić eksplozja. Wszyscy w samochodzie czekali z niecierpliwością… Mijały kolejne sekundy. Sarah spojrzała na mężczyznę siedzącego obok. To, że wyglądał na przygnębionego ich niepowodzeniem to mało powiedziane… i wtedy ogromny wybuch wstrząsnął samochodem. Kobieta z trudem opanowała auto. Za samochodem ukazała się poświata, po czym do wszystkich dotarł potężny huk…
Z krótkofalówki dobiegł głos Trzynastki. - Udało się! Cały kompleks został zniszczony! Saro, udało się! – podekscytowana dziewczyna nie mogła opanować wybuchu radości.
Sarah wypuściła powietrze, które nie wiedziała, że do tej pory wstrzymywała, puściła pedał gazu i auto zaczęło zwalniać do normalnej prędkości.
- No to teraz zasłużone wakacje – już wyraźnie weselszy Jack, rozsiadł się wygodniej w fotelu i przymknął oczy. Był naprawdę zmęczony.
Jedynie Cameron nie wyrażała żadnej radości.
- Nie cieszysz się? – kobieta retorycznie zapytała terminatorkę. Dopiero teraz, dzięki wstecznemu lusterku, miała okazję bliżej przyjrzeć się jej obrażeniom. Było gorzej niż myślała. Całe ubranie Cameron było poszarpane, podziurawione od kul i spalone w kilku miejscach. Jej twarz była porozcinana, na szczęce i ramieniu częściowo widać było endoszkielet, a włosy były lekko nadpalone.
- Naprawdę przydałby ci się urlop – Sarah próbowała zażartować.
- Wracajmy do domu. Muszę dokonać dokładnej analizy zniszczeń endoszkieletu - terminatorka najwyraźniej nie była jednak w nastroju do żartów.
Chwilę później dojechali do czekającej na nich Trzynastki.
- Wszystko się udało! – dziewczyna, nawet wsiadając już do samochodu, ciągle jeszcze nie mogła w to uwierzyć.
- Tak. Udało się – potwierdziła Sarah i ruszyła dalej. - Jedźmy do domu.
Wtedy właśnie Trzynastka spojrzała na siedzącą obok niej Cameron – O mój Boże, jak ty wyglądasz…
Damn, that was hard to write! Wiedzieliście, ile dziwnych rzeczy trzeba sprawdzać podczas pisania? Np. czy (teoretycznie) Cam i Sarah zmieściłyby się obie do bagażnika samochodu - Dodge Magnum SRT8 (bo to jest ich samochód, jeśli ktoś nie pamięta z poprzednich rozdziałów) albo jakie wymiary ma M134 i czy Sarah dałaby radę udźwignąć tą broń? Ja nie, a to tylko kilka przykładów... Pisanie to naprawdę ciężki kawałek chleba... Następnym razem dwa razy się zastanowię zanim porwę się z motyką na słońce (czy jak to szło). Wielki SZACUN dla wszystkich pisarzy!
Do końca pozostał jeszcze jeden rozdział (taki po finale ale raczej nie epilog).
