Od tłumacza: Jak zwykle dziękuję Shaunee Altmann, która cierpliwie, sprawnie i błyskawicznie broni Was przed nadmiernym kontaktem z moimi błędami.

Dziękuję serdecznie za wszystkie Wasze wyrazy poparcia, recenzje i komentarze. Nie na wszystkie odpisuję, ale wszystkie czytam i sprawiają mi one masę frajdy. Musze przyznać, że takiego tempa przyrostu komentarzy nie miała jeszcze żadna tłumaczona przeze mnie historia.

Zapraszam na mojego bloga książkowego „Z pierwszej półki". Link znajdziecie w moim profilu.


Rozdział 3 - Chcąc być łagodnym, okrutnym być muszę

Chcąc być łagodnym, okrutnym być muszę

Hamlet, Akt III, scena IV, tłum. Józef Paszkowski

Gdy tylko Harry wszedł wcześnie następnego ranka do Atrium Ministerstwa Magii i minął Fontannę Magicznego Braterstwa, dostrzegł kilka osób wskazujących na niego palcem i śmiejących się jawnie. Zaklął pod nosem, ale wiedział, że najgorsze jeszcze przed nim. Dotarł do Biura Aurorów, gdzie poważna i stanowcza recepcjonistka, kobieta w wieku przedemerytalnym, przywitała go wysokim dyszkantem i złośliwym uśmieszkiem. Brzmiała, jakby nawdychała się helu. Szybko zorientował się, że wszyscy w departamencie zaczarowali swoje głosy, by brzmiały nienaturalnie wysoko. Wszedł do biur Służby Ochrony Ministerstwa i wszyscy nagle przerwali swoją pracę. Niektórzy krzywili się boleśnie i łapali za krocze, inni po prostu wybuchali śmiechem. Harry wbił wzrok w podłogę i pospiesznie przemknął do swojego małego biurka. Jak na razie jego kariera wśród aurorów nie stanowiła wzoru, a to był zapewne jej najgorszy moment. Co tam wyczyszczenie pamięci królowej... nie mógł sobie wyobrazić niczego gorszego, niż podopieczna unieszkodliwiająca swojego ochroniarza.

- Chyba nie poszło najlepiej, co Harry? - spytała Tonks irytująco piskliwym głosem, gdy zbliżał się do swojego biurka.

- Mogłabyś darować sobie ten głosik? - warknął zirytowany Harry. - Już załapałem, starczy.

- Po prostu solidaryzujemy się z tobą - wyjaśniła z uśmiechem. Po chwili niezręcznej ciszy Tonks pojęła, że Harry naprawdę nie czuje się rozbawiony, więc rozproszyła zaklęcie i kontynuowała: - Poszło ci gorzej niż oczekiwałam. Nie będę owijała w bawełnę, Harry. Nie jest dobrze, kiedy osoba, którą podobno masz ochraniać, potrafi spuścić ci taki wpierdol. Choć Shacklebolt uznał to za zabawne.

- To fantastycznie, prawda? - odparł sarkastycznie Harry.

- Powiedział, że może właśnie tego potrzebowałeś. Dobrego kopniaka w... sam wiesz o co chodzi. Myślisz, że po tym co się stało możesz dalej współpracować z Ginny?

Harry spojrzał na nią gwałtownie i odparł pospiesznie:

- Oczywiście, że tak! - przerwał na moment, by zebrać myśli. - Jestem w pełni gotowy na pełne pół roku. Wydaje mi się, że możemy pracować razem. Wczoraj wieczorem poprosiła, żebyśmy przeszli na "ty".

- CO ZROBIŁA?!

- To co słyszałaś.

Zaskoczona Tonks potrząsnęła głową.

- Harry, to absolutny rekord. Nigdy nie trwało to krócej niż tydzień. Musiała cię naprawdę polubić.

Umysł Harry'ego powoli zaczynał wierzyć w taką możliwość. Poprzedniego wieczoru podczas rozmowy z nią cieszył się jak głupi, gdy miał okazję wypowiedzieć jej imię. Pozwolił sobie na napawanie się tym uczuciem tylko przez moment, nim do głosu doszła racjonalna strona jego umysłu. Musiał szczerze przyznać sam przed sobą, że Ginny pociągała go seksualnie, tak jak zapewne pociągała każdego napalonego dwudziestolatka. Była po prostu idealna. Ale Ginny to jego praca. Nie mógł pozwolić, by pożądanie zaćmiło jego umysł, tak jak miało to miejsce poprzedniego popołudnia. Musiał się skupić na ochronie swojej podopiecznej, a nie na Ginny Weasley czy jej uśmiechu, piegach, nogach, ramionach ani żadnej części jej ciała, które widywał w swoich fantazjach, a z którymi miał nadzieję dokładniej się zapoznać. Był to winny Tonks, a co ważniejsze był to winny Ginny. Wiedział, że musi postawić twarde granice (aż jęknął w myślach, uświadamiając się jak bardzo mu stwardniał na samą myśl o niej), ale musiał powściągnąć swoje pierwotne instynkty (bo o to właśnie chodziło, prawda?), gdyż nic nie napawało go większym lękiem, niż perspektywa krzywdy, która spotyka Ginny w czasie, gdy jest ona pod jego ochroną.

- Harry… Harry!

Harry zamrugał gwałtownie i spojrzał na Tonks.

- Nie, ona mnie nie lubi. Po prostu przykro jej, że mnie uderzyła.

Może wcale nie kręciła przed nim tyłeczkiem. Niebezpiecznie było myśleć o alternatywie.


Narcyza Malfoy siedziała w pluszowym fotelu w foyer* Dworu Malfoyów i rozważała sytuację swojej rodziny. Od Bitwy o Hogwart Ród Malfoyów zsuwał się po równi pochyłej. Lucjusz gnił w Azkabanie bez prawej ręki. Nawet bez dementorów, którzy zostali zniszczeni w Bitwie, Azkaban stanowił wyjątkowo nieprzyjemne miejsce do życia. Listy, które jej mąż wysyłał do domu, wypełniały fantazje na temat jego niesłabnących wpływów w Ministerstwie Magii. Wciąż nie mógł pojąć, że dekady korupcji i wpływu czarnej magii były powoli niwelowane przez nowego Ministra. Agenci, których wysłał ze stosami galeonów, by przekupić Artura Weasleya, szybko lądowali w sąsiednich celach. Wszystkie nadzieje na amnestię lub ułaskawienie okazywały się płonne. Grzywny i odszkodowania dla tych, którym Lucjusz wyrządził krzywdy, zredukowały rodzinny majątek o przeszło połowę. Co gorsza aktualną głową Rodu był wyjątkowo mało perspektywiczny i rozpustny młody mężczyzna, jej syn Draco Malfoy. Udało mu się uniknąć więzienia, zwalając wszystko na swoją młodość i wpływ ojca. Wyłgał się wyrokiem w pięcioletnim zawieszeniu.

Biorąc to wszystko pod uwagę, Narcyza lękała się przyszłości. Draco odziedziczył arogancję i butę rodów Malfoyów i Blacków, ale wykazywał podejrzanie mało inteligencji. Trzeba było nim kierować i podpowiadać właściwe działania. Potrzebował silnej kobiety. Przez stulecia małżeństwa pozwalały zachować czystą krew, koncentrować kapitał i zapewniać wpływy polityczne, ale porażka Voldemorta zadała starej oligarchii niemal śmiertelny cios. Parkinsonowie stracili większość fortuny, a ich mężczyźni zginęli lub trafili do więzienia. Pansy Parkinson odziedziczyła to, co zostało z rodzinnego majątku, ale wartość mariażu z Parkinsonami spadła niemal do zera. W rodzinie Crabbe'ów była jedna dziewczyna w odpowiednim wieku, Petronia Crabbe, ale została pokarana paskudną powierzchownością, a do tego jeszcze mniejszym móżdżkiem niż jej zmarły brat. Goyle'owie nigdy nie dysponowali znacznym majątkiem i podlizywali się Malfoyom, by przetrwać, więc ich córki trudno było uznać za odpowiedni materiał do małżeństwa. Córka Bulstrode'ów miała niejasne preferencje seksualne, zresztą krążyły plotki, jakoby w rzeczywistości była mężczyzną. Dziewczęta Greengrassów były piękne i inteligentne, a ich rodzina zachowała neutralność podczas wojny, więc ocaliła swój majątek. Jednak podczas ostatniego spotkania Helena Greengrass dała jasno do zrozumienia, że uważa Malfoyów za skalanych i nie dopuszcza możliwości małżeńskiego aliansu.

Tylko jedna rodzina czystej krwi odniosła po wojnie triumf. Znienawidzeni Weasleyowie. Artur Weasley został Ministrem Magii, a po jego przejściu na emeryturę jego posadę obejmie zapewne jeden z jego synów, Percy. Inny syn, Ronald, robił karierę jako auror, a jego dziewczyna, Hermiona Granger wspinała się błyskawicznie po szczeblach w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Wszyscy spodziewali się, że zostanie Przewodniczącą Wizengamotu w bardzo młodym wieku. Bill Weasley został Dyrektorem ds. Bezpieczeństwa w Gringotcie, a Fred i George wykazali talent do biznesu i ich firma odnosiła ogromne sukcesy. Mądrze inwestowali zyski i podobno zgromadzili już pokaźny majątek. Jedyna dziewczyna, Ginewra, była w tej chwili najbardziej pożądaną partią w Wielkiej Brytanii. Piękna, inteligentna i na najlepszej drodze do sporej fortuny. Podobno dysponowała też największą mocą z czarodziejek jej pokolenia.

Narcyza Malfoy poczuła gorycz w ustach, gdy zrozumiała, że najbardziej odpowiednia partnerka dla jej syna była nie tylko poza zasięgiem, ale na dodatek Weasleyówną. Myśl o tej prostaczce, Molly Weasley, czyniącej honory na ministerialnych uroczystościach i spotykającej się z dygnitarzami z innych krajów, podczas gdy ona, pani szlachetnego Rodu Malfoyów, została odrzucona i wzgardzona, była nie do przyjęcia. Musiał znaleźć się jakiś sposób, by pokazać im miejsce w szeregu. Malfoyowie mogli mieć problemy, ale wciąż byli w grze.


Draco Malfoy wkroczył arogancko do klasy Transmutacji szóstego roku, spoglądając z wyższością i pogardliwym uśmiechem na uczniów. Uwielbiał, gdy się go bano i czerpał niemałą przyjemność z polerowania swojej odznaki Brygady Inkwizytorskiej co rano. Nawet nauczyciele obawiali się, że doniesie na nich do Carrowów. Taki donos prowadził z reguły do długiego przesłuchania, a czasem nawet tortur. Wszyscy odwracali oczy, poza dwiema uczennicami. Dziewczyna Lovegoodów jak zwykle gapiła się na jakiś nieokreślony punkt przestrzeni, a Weasley napotkała jego oczy i wyczytał w nich nie strach, a nienawiść. Ruszył ku niej, wyszarpnął gwałtownie różdżkę i wycelował jej w twarz. Profesor McGonagall drgnęła, ale opanowała się. To zapewne tylko kolejne przesłuchanie.

- Daj mi różdżkę i chodź ze mną – polecił.

Przed dłuższą chwilę Ginny rozważała swoje możliwości. Nie chciała oddawać różdżki, ale Malfoy po prostu wyrwał ją z jej kieszeni. Dobrze, że tego ranka pamiętała o zażyciu antidotum na Veritaserum, które Hermiona wygrzebała z jakiejś rozpadającej się księgi. Szli w milczeniu ku schodom, jednak on nagle skierował ją do nieużywanej klasy. Zatrzymała się, ale nim zdążyła się odezwać, związał jej nadgarstki i wepchnął do pomieszczenia.

- Co ty robisz, Malfoy? – spytała z nutą strachu w głosie.

Usta Draco wygięły się w górę z satysfakcją.

- Czas, żebyś się nauczyła odpowiednich manier, Weasleyetko, a przede wszystkim okazywania szacunku lepszym od siebie.

Chodził wokół niej, podczas gdy ona bezradnie szarpała krępujące ją więzy.

- Rozkazano mi, żebym zabrał cię do Carrowów, ale pozwolili mi się najpierw zabawić, więc nauczę cię szacunku, tak jak nauczyłem innych, zanim cię do nich zabiorę – powiedział, a jego lubieżne spojrzenie wędrowało powoli po jej całym ciele. – Wiesz, gdybyś nie była zdrajcą krwi, może bym cię nawet przeleciał.

- W twoich snach – warknęła w odpowiedzi.

- Weasleyetko, chcę informacji. Wiem, że jesteś jedną z tej bandy sabotażującej szkołę, jedną z tej „Armii" szlamy Granger. Chcę imion. Chcę wiedzieć, gdzie się spotykacie. Chcę, żebyś mi powiedziała, gdzie się chowa Granger. Jak wiesz chronienie lub ukrywanie szlam jest teraz karane śmiercią, ale jeśli będziesz współpracowała – mówił, zbliżając sugestywnie usta do jej ucha – powiem Carrowom, żeby ci odpuścili. Oni robią, co im powiem.

Ginny była odważną dziewczyną, ale myśl o tym, co może ją spotkać, była przerażająca. Drżała ze strachu i wściekłości na własną bezradność. Malfoy pchnął ją na ścianę, przycisnął własnym ciałem i położył dłonie na jej udach.

- Po prostu powiedz mi, co chcę wiedzieć… z drugiej strony może i nie mów…

Ginny plunęła mu w twarz i z całej siły zwarła uda. Malfoy zrobił krok w tył i w tym momencie ktoś gwałtownie otworzył drzwi.

- Expelliarmus! – krzyknął Ron, wpadając do klasy wraz z Nevillem i Luną.

Ginny dostrzegła w dłoni brata Mapę Huncwotów i ulgą wypuściła oddech. Malfoy zamarł, gapiąc się z niedowierzaniem na pustą dłoń. Neville podszedł do niego i bez słowa wyprowadził potężny cios pięścią w jego twarz. Malfoy runął nieprzytomny na ziemię. Ron, z twarzą czerwoną ze złości, poprawił kopniakiem w leżącą postać. Luna rozwiązała ręce Ginny i rudowłosa czarodziejka zarzuciła bratu ręce na szyję, z ledwością powstrzymując łzy. Stali ta przez dłuższą chwilę, a Ron niezgrabnie usiłował ją pocieszyć. W miarę jak ulatywał z niej strach, rosła wściekłość. Odsunęła się od Rona i wyjęła swoją różdżkę z kieszeni Malfoya. Ginny stanęła nad nim i wycelowała, myśląc o dziesiątkach klątw i uroków, które chciałaby na niego rzucić, gdyby był przytomny.

- Musimy lecieć – stwierdził niespokojnie Ron, zerkając na Mapę. – Zbliżają się członkowie Brygady.

Po tym wydarzeniu Gwardia Dumbledore'a zeszła całkowicie do podziemia. Przed Bitwą o Hogwart przeszło dwudziestka uczniów zniknęła ze szkoły i schowała się w Pokoju Życzeń, gdzie szkolili się na bitwę, która, jak wiedzieli, niebawem będzie miała miejsce.


Harry przybył punktualnie do mieszkania Ginny i zapukał do drzwi. Wyjrzała przez nie atrakcyjna kobieta z krótkimi czarnymi włosami i błękitnymi oczami. Około dwudziestopięcioletnia, wyższa od Ginny i - Harry nie mógł tego przegapić - hojnie obdarzona przez naturę w okolicach klatki piersiowej. Popatrzyła na niego oceniająco.

- Pewnie jesteś tym nowym gościem, o którym Ginny wspominała – uznała z uśmiechem. Mówiła z ledwo wyczuwalnym akcentem.

Harry uniósł jedną ręką swoją odznakę aurora, a drugą wyciągnął do kobiety.

- Tak, panno Gasparini, jestem Harry Potter, nowy ochroniarz.

Spojrzała na niego figlarnie, powoli ujmując jego dłoń.

- Jestem Gabriela, ale możesz mi mówić Gaby. Masz niesamowite oczy, Harry, mam nadzieję, że Ginny pozwoli mi sobie z tobą trochę pogrywać.

- Słucham? – spytał zmieszany.

Gabriela roześmiała się i wpuściła go do salonu.

- Grywasz w quidditcha, Harry?

- Od czasu do czasu dla zabawy.

- Jestem obrońcą Harpii. Wyglądasz, jakbyś mógł z łatwością zaliczyć… kilka goli.

- Wątpię. Lubię grać jako szukający. Nigdy nie byłem dobrym ścigającym.

- Spróbuj. Może ci się poszczęści – powiedziała bardzo sugestywnie.

Harry zagapił się na nią z otwartymi ustami, zastanawiając się, czy aby na pewno usłyszał to co mu się wydawało, że usłyszał. Obrócił się, gdy zza pleców dobiegł go melodyjny śmiech. Twarz Ginny rozpromieniała wesołość. Szukała jego oczu, ale odwróciła wzrok od razu, gdy ich spojrzenia się spotkały. Miała na sobie czarne dresowe spodnie i luźną koszulkę z logo Harpii, taką samą jak Gabriela. Włosy związała w kucyk, zupełnie jak na zdjęciu w jej aktach.

- Dzień dobry, Ginny – powiedział Harry, nieco speszony luźną atmosferą.

Zanim Ginny zdołała odpowiedzieć, Gaby spojrzała na nią zaskoczona.

- Przeszliście już na „ty"?

- Mhm.

- To znaczy, że tego sobie zatrzymasz, co?

Zabrzmiało to niemal jak oskarżenie i Ginny zarumieniła się lekko.

- Nie zatrzymuję go. Po prostu mieliśmy fatalny start, więc musieliśmy zawrzeć rozejm trochę przed czasem.

Harry nie bardzo wiedział co ze sobą zrobić, więc postanowił przypomnieć, że wciąż jest w pokoju.

- Nie powinniśmy już iść? – zasugerował niepewnie.

- Powinniśmy – potwierdziła Ginny, spoglądając ostrzegawczo na Gaby. – Przenosimy się Fiuu bezpośrednio do kompleksu treningowego.

Dwie młode kobiety złapały torby ze sprzętem i ruszyły do kominka.

W Holyhead Ginny i jej koleżanki z drużyny udały się do sali konferencyjnej na zajęcia taktyczne, na które Harry nie mógł wejść. Brad i Tonks wyjaśnili mu, że trener drużyny, legendarna Gwendolyn Brand, z domu Morgan, cierpiała na ciężki przypadek paranoi, jeśli chodzi o wyciek zagrywek do prasy lub konkurencji. Jako że ostatnio nie odnotowano żadnych wiarygodnych gróźb wobec Ginny, poziom gotowości był niski. Instrukcje Harry'ego obejmowały standardową ochronę, utrzymywanie szalonych fanów z dala od Ginny i bycie tak niezauważalnym jak to tylko możliwe. Miał w pełni współpracować z zarządem i sztabem trenerskim Harpii.

Harry spotkał się z Summerbym, który wyjaśnił dość proste środki bezpieczeństwa używane do zabezpieczenia stadionu i kompleksu treningowego. Omawiali również kwestie bezpieczeństwa podczas meczu Ligi Mistrzów z Sokołami z Heidelbergu, który miał być ostatnim spotkaniem przed dwumiesięczną wakacyjną przerwą w rozgrywkach. Do Ligi Mistrzów, międzynarodowych rozgrywek klubowych, kwalifikowały się jedynie dwie najlepsze drużyny z każdego kraju. Głównie dzięki Ginny Harpie zdobyły wicemistrzostwo Irlandzkiej i Brytyjskiej Ligi quidditcha, co dało im prawo udziału w tych rozgrywkach po raz pierwszy od czterdziestu lat. Przeciwnik sprawiał, że Gwendolyn weszła na nowy poziom pasji. To ona była kapitanem podczas legendarnego meczu z Sokołami, który trwał siedem dni. To miał być jej ostatni mecz przed przejściem na emeryturę i chciała go ozdobić tytułem mistrzowskim.

Po zajęciach taktycznych dziewczyny wyszły na boisko, gdzie Gweong Jones, kapitan drużyny, poprowadziła standardowy zestaw ćwiczeń. Harry patrzył z trybun i zachwycał się widokiem Ginny, której koński ogon płynął za nią niczym język ognia. Na ile mógł ocenić swoim amatorskim spojrzeniem, latała dość ryzykownie, biorąc pod uwagę, że to jedynie trening. Wielokrotnie mijała się z innymi zawodnikami o centymetry lub zdawała się niemal zsuwać z miotły. Przez trzy godziny ćwiczyły zagrywki i elementy techniczne, ale także przeszły trening sprawnościowy. Harry skanował obrzeża kompleksu za pomocą omnikularów, ale jego spojrzenie nieustannie wracało do Ginny, gdy drużyna biegała wokół boiska, zrobiła kilka serii przysiadów, a na koniec… Drogi Merlinie!... pajacyków.

Niezależnie od tego, jak ciekawiła go kwestia, w jaki sposób Gaby rozwiąże wyzwanie grawitacyjne związane z pajacykami, jego oczy nie opuszczały Ginny. Zahipnotyzował go widok śmiejącej dziewczyny, która rozmawiała z koleżanką obok. Miał ciężkie życie i gdyby ktoś kiedyś powiedział mu, że czyjś uśmiech poprawi mu humor na cały dzień, odrzuciłby to jako sentymentalną bzdurę. Tymczasem okazało się, że był w błędzie… no dobra… obserwował też podskakujące piersi Ginny, co mogło mieć coś wspólnego z jego dobrym humorem, ale nie w tym rzecz. Nagle wszystkie dziewczyny przestały skakać i spojrzały w to miejsce na trybunach, w którym siedział. Harry niemal opuścił omnikulary i szybko zaczął udawać, że skanuje otoczenie. Usłyszał odległy śmiech dziewcząt i znacznie bliższy śmiech siedzącego za nim Summerby'ego.

- Robiły pajacyki tylko dla pana, panie Potter – uświadomił mu wesoło Summerby. – Kobiety z reguły nie robią pajacyków podczas treningów.

- Naprawdę? A to czemu?

- A proszę zastanowić się nad tą włoską laską. Nawet ze wzmocnionym sportowym stanikiem mogłaby sobie zrobić krzywdę, gdyby więcej skakała. Cycki i skakanie nie łączą się dobrze – odpowiedział dosadnie. – Jestem pewien, że to ta Weasley namówiła je wszystkie na to, żeby móc się z pana pośmiać. To zawsze działa – zaśmiał się.

Harry mógł się tylko uśmiechnąć i potrząsnąć głową. Złapał omnikulary i spojrzał na boisko. Dziewczyny śmiały się i rozmawiały, udają się do szatni pod prysznic. Wszystkie poza Ginny. Ona wciąż patrzyła na niego z psotnym uśmiechem. Gdy Harry przybliżył obraz, powiedziała coś, czego nie usłyszał, ale z łatwością mógł wyczytać z jej warg:

- Mam cię!

Ginny udała się pod prysznic, a Harry zszedł, by poczekać na nią przy szatni. Po trzydziestu minutach Ginny wyszła w dżinsach i wzorzystej bluzce. Przez moment Harry pomyślał czy nie powinien wziąć od niej torby, ale zrezygnował z tego pomysłu.

- Czy panna Gasparini nie idzie? – spytał.

- Nie, wybiera się z koleżanką na zakupy – Ginny przechyliła głowę i uśmiechnęła się do niego złośliwie. Wiedziała, że Gaby robiąca pajacyki to spektakl, po którym jej ochroniarze ślinili się jak psy Pawłowa. – Co, Harry, podobało ci się, jak Gaby skacze? – spytała, oczekując rumieńca lub zająknięcia z jego strony.

Harry spojrzał jej prosto w oczy.

- Nie patrzyłem na nią – odparł spokojnie.

Ginny, zmieszana nieco szczerością w jego głosie, ruszyła w stronę biur, nie wierząc mu ani na chwilę.

- Ta, jasne – skomentowała sarkastycznie.

Harry wiedział, że najlepszym sposobem na odegranie się na niej było powiedzenie prawdy.

- Patrzyłem na ciebie.

Ginny potknęła się, a potem ruszyła szybciej, by nie dojrzał jej zaróżowionych policzków. Ginny usłyszała jego śmiech i obróciła się, by spojrzeć na niego wściekle,

- Mam cię!

Ginny dojrzała jego figlarny uśmiech i musiała mu odpowiedzieć uśmiechem.

- To było dobre, Harry – obróciła się, by iść dalej. – Powinnam się domyślić, że żartujesz.

- Nie żartowałem – odparł znów spokojnie. – Za to mi płacą. By cię obserwować.

- Och!

Harry przegapił jej zraniony ton.


Harry dotarł na Grimmauld Place wczesnym wieczorem i usłyszał rozmowę dochodzącą z salonu. Siedzieli tam Remus, Syriusz i Tonks, rozmawiając nad posiłkiem i piwem kremowym. Harry przywitał się z nimi, usiadł i nałożył sobie jedzenie.

- Jak ci dzisiaj poszło? – spytała ostrożnie Tonks.

- W sumie całkiem nieźle. Ale padłem jakby ofiarą psoty – odpowiedział Harry podobnym tonem.

Tonks wywróciła oczami.

- Co ona tym razem zrobiła?

- Namówiła dziewczyny na robienie pajacyków…

- Aaaaa, stare dobre pajacyki. Bierze was napalonych aurorów za każdym razem.

- Harry – odezwał się Syriusz z rozbawieniem. – Tonks właśnie opowiadała mi niesamowitą historię o tym, jak mała dziewczyna wymierzyła ci policzek, powaliła na podłogę i ciskała zaklęcia, nim ty zdążyłeś drgnąć. Powiedz m proszę, że to nieprawda.

Harry przestał jeść i spojrzał wściekle na Tonks, która jedynie wzruszyła ramionami.

- To prawda, ale to nie jest zwykła mała dziewczyna. Jest… naprawdę niesamowita – powiedział rozmarzony Harry i wrócił do jedzenia.

Syriusz i Remus spojrzeli po sobie zdumieni.

- Masz szczęście, że nie była Śmierciożercą – kontynuował Syriusz.

- Daj spokój, to było nie w porządku – wtrącił się Remus, nim Harry zdążył zareagować. – Harry wiedział, że ona nie jest śmiertelnym zagrożeniem. Wojna się skończyła. Nie może żyć dalej tak, jak przez ostatnie szesnaście lat.

Syriusz spuścił oczy. Harry spędził niemal całe swoje życie w pełnej gotowości bojowej i dopiero zaczynał przyzwyczajać się do niższego poziomu zagrożenia.

- Przepraszam, Harry. Remus ma rację. Weasleyowie to dobrzy ludzi i zawsze stali po stronie Światłości. Cieszę się, że tak dobrze sobie radzą – przerwał na moment, ale zaraz kontynuował: - Kto by pomyślał, że spotkasz się znowu z Ginny Weasley? Pamiętam ten dzień w Komnacie, jakby to było wczoraj. Wyszedłeś niosąc Ginny w ramionach z pewnymi trudnościami, choć była taka mała. Obejmował cię rękami za szyję i patrzyła na ciebie, jakbyś był jakimś bogiem. Musieliśmy ją dosłownie od ciebie oderwać.

Harry spojrzał na niego z powagą.

- Muszę z wami o tym porozmawiać. Wydaje mi się, że zaczyna sobie przypominać.

Syriusz spojrzał na niego badawczo.

- Co takiego?

- Spytała mnie czy już się kiedyś spotkaliśmy. Mogłem jej tylko powiedzieć, że pewnie widziała mnie podczas Bitwy o Hogwart, ale ona jedynie odparła, że nawet wtedy wyglądałem znajomo – Harry pomasował szczękę. – Myślicie, że powinienem jej powiedzieć?

Syriusz zerknął na Remusa. Jeśli pojawiało się jakieś ważne pytanie, z reguły pozostawiał je wilkołakowi.

- Dumbledore nigdy nie czuł się dobrze, wymazując Ginny pamięć, ale skoro już raz została celem, obawiał się, że mogła nim zostać ponownie. Gdyby miała wiedzę o tobie, oboje moglibyście znaleźć się w niebezpieczeństwie – wyjaśnił Remus. – Jest tylko jedna rzecz gorsza niż nakładanie czaru wymazującego wspomnienia, a jest nią bawienie się z już istniejącym zaklęciem pamięciowym. Nie mamy pojęcia, jak mogłaby zareagować na tę wiedzę. Lepiej nie otwierać bez powodu puszki Pandory. Poza tym ona zniknie z twojego życia za sześć miesięcy i nie będzie to już miało żadnego znaczenia.

Ostatnie słowa Remusa podziałały na niego jak tłuczek w głowę. Za sześć miesięcy, a pewnie wcześniej, zostanie tylko kolejnym bezimiennym, dawno zapomnianym ochroniarzem Ginny.

- Więc myślicie, że najlepiej nic jej nie mówić?

- Tak, jeśli tylko da się tego uniknąć.

Harry zjadł resztę posiłku w milczeniu, ledwo słysząc rozmowy przy stole. Miał nadzieję, że Ginny nie wróci do kwestii Komnaty, bo okłamywanie jej wydawało mu się niewłaściwe, ale zrobi to, jeśli będzie musiał. Jeszcze coś leżało mu na wątrobie. I to tak, że niemal nabawił się niestrawności. Zostało mu już tylko 177 dni Misji Ginny.


Słowniczek:

Foyer – to pomieszczenie przylegające do sal widowiskowych, koncertowych, teatralnych, etc., w którym widownia przebywa podczas antraktów i przed przedstawieniem. Miejsce spotkań towarzyskich, wernisaży itp. W tym kontekście oznacza to zapewne jakiś rodzaj saloniku.


W następnym rozdziale:

- Harpie vs. Sokoły
- Harry poznaje Weasleyów