Od tłumacza: Skończyły mi się pomysły na oryginalne podziękowania Shaunee Altmann za wyłapywanie moich błędów, więc dla odmiany to Wy jej możecie podziękować ;)

Przy okazji, jako że w rozdziale sporo miejsca zajmuje quidditch, pozwólcie, że podzielę się z Wami moją osobistą refleksją: quidditch to najgłupszy sport jaki kiedykolwiek opisano w literaturze. Reguły są idiotyczne i jest jasne, że całość została wymyślona tylko po to, żeby zrobić bohatera z Harry'ego. Inni gracze mogliby właściwie nie istnieć :) A mógłby to być naprawdę fantastyczny sport, gdyby nie ta kretyńska pozycja szukającego...


Od autora: Ten rozdział zawiera kilka odniesień piłkarskich. Hans-Peter Briegel to dawny niemiecki piłkarz, jeden z moich ulubionych graczy wszechczasów. Zakończenie meczu to w całości mój wymysł, ale Zawrót Immelmanna to rzeczywista akrobacja lotnicza. Dzięki dla mojej bety Ginny Guerra. Możecie ją winić za miejsce, w którym kończy sie ten rozdział.


Rozdział 4 - Gdy twarda, stwardniej i ty

ROMEO

Czy miłość kruchą jest rzeczą? Przeciwnie,
Jest twarda, szorstka i jak cierń kłująca.

MERCUTIO

Gdy twarda, stwardniej i ty; gdy kłująca,
Ukłuj ją także, a zaraz upadnie.
[...]

Romeo i Julia, Akt I, Scena IV, tłum. Maciej Słomczyński

Im bardziej zbliżał się dzień meczu z Sokołami, tym większe panowało napięcie. Treningi stawały się dłuższe i bardziej wymagające, zmuszając Ginny do spędzania ośmiu godzin dziennie w kompleksie treningowym Harpii. Harry zauważył, że była wobec niego nieco oziębła w dniu po psocie z pajacykami, niemniej jednak zaprosiła go do przyłączenia się do zawodniczek w klubowym barze podczas przerwy na lunch. Przy tej okazji dziewczyny bezlitośnie przesłuchały go na temat całego jego życia prywatnego, na czele z Gaby, która wprost zapytała go, czy ma obecnie dziewczynę. Do tej chwili Ginny słuchała w milczeniu, ale po tym pytaniu uniosła głowę z ciekawością. Harry odmówił odpowiedzi na większość pytań, ale od razu zaprzeczył, by miał dziewczynę. To doprowadziło do mnóstwa żartobliwych ofert i bezwstydnego flirtowania ze strony pozostałych zawodniczek. Bycie w centrum uwagi tak wielu, w większości naprawdę atrakcyjnych dziewczyn to wspaniałe uczucie, ale Harry troszczył się jedynie o reakcję jednej osoby. Odnalazł oczy Ginny i odkrył, że wróciła do nich figlarna iskra. Dołączyła do przekomarzania i Harry z ulgą uznał, że cokolwiek zrobił nie tak, zostało mu to najwyraźniej wybaczone.

Ważny mecz przyciągał uwagę krajowej i zagranicznej prasy, więc po każdym treningu reporterzy czatowali pod szatnią, usiłując dopaść zawodniczki. Ginny i jej koleżanki najczęściej zatrzymywały się i z wdziękiem odpowiadały na pytania, jednak z reguły nie mówiły nic ponad przygotowane wcześniej komunikaty. Mimo że dziennikarze mieli prawo tu wchodzić i uważano ich za minimalne zagrożenie, Harry przy każdym wywiadzie stał tuż za plecami Ginny i uważnie obserwował ręce reporterów. To wówczas uświadomił sobie, jaki kuszący, kwiatowy zapach wydzielają jej umyte i wysuszone włosy.

Ginny Weasley atakowała jego zmysły: oczy, uszy, nos. Pragnął jej smakować i dotykać na każdy wyobrażalny sposób. W końcu musiał polec i zdawał sobie z tego sprawę. Nie było opcji, by zakończył to zadanie bez złamania reguł albo popadnięcia w obłęd.

Podczas mijających dni wytworzyli między sobą pewien przekorny język, który sygnalizował ich wzajemne przyciąganie, ale jednocześnie pozwalał wycofać się z twarzą.

- Wciąż szukam dla ciebie dziewczyny - mawiała niewinnie.

- Nie szukaj za daleko - odpowiadał zagadkowo.

Do tego dochodził cały zestaw spojrzeń i zerknięć. Czasami ich oczy były niczym ogniste miecze, których należało unikać, a czasem jak zbawienne światło, którego trzeba było trzymać się za wszelką cenę. To wszystko czasami bywało konfudujące, często frustrujące, ale zawsze ekscytujące.

W sobotę przed meczem Harry poczuł ulgę, że niesamowite napięcie wynikające z przebywania u boku Ginny codziennie przez cały dzień wkrótce dobiegnie końca. Przez ostatnie pięć dni chodził osobliwie podniecony o najróżniejszych porach dnia i czuł się cholernie wyczerpany walcząc z pewną częścią swojej anatomii, która zachowywała się jak miała na to ochotę, a nie jak on by tego chciał. Kiedy zacznie się letnia przerwa w rozgrywkach quidditcha, kontakt między nimi stanie się rzadszy, a to dawało Harry'emu nadzieję, że zdoła ukończyć swoje zadanie. W tej chwili Ginny przeleciała przed nim, machając do niego i jednocześnie robiąc beczkę w locie. Jej luźna koszulka pozwoliła mu na zdecydowanie zbyt krótki wgląd w jej dekolt. Harry uśmiechnął się i odmachał, podczas gdy ona przyspieszyła i odleciała. Ponownie musiał nieco zmienić pozycję w której siedział, jednocześnie dyskretnie poprawiając bokserki. Śmiech Ginny, nie do pomylenia z czymkolwiek innym, sprawił, że uniósł głowę. Gaby i Ginny wisiały w powietrzu, gadając i śmiejąc się, jednocześnie spoglądając na niego.

Ona chyba nie robiła tego specjalnie?


W końcu nadszedł dzień wielkiego meczu, sobota, 29 lipca. Harry zostawił Ginny przed wejściem do szatni Harpii i życzył jej powodzenia. To miał być najważniejszy mecz w jej dotychczasowej krótkiej karierze, więc uśmiechnęła się do niego nerwowo, stojąc przy drzwiach. Wyglądała na bardzo niepewną. Harry położył jej prawą rękę na barku i spojrzał głęboko w jej brązowe oczy.

- Ginny, poradzisz sobie fantastycznie - zapewnił z całego serca.

Dopiero wtedy zorientował się co robi. Dotyka Ginny. Pochyliła głowę na bok, tak, że jej policzek spoczął na grzbiecie jego dłoni , jednocześnie unosząc bark. Przytrzymała jego dłoń przez kilka sekund, stojąc z zamkniętymi oczami. Kiedy wreszcie go puściła, czuł się, jakby jego dłoń pożerały płomienie.

Ginny spojrzała na niego zmieszana, zdziwiona własnym zachowaniem, ale uśmiechnęła się do niego z większą pewnością siebie.

- Dzięki, Harry. Zobaczymy się po meczu.

Otworzyła drzwi i posłała mu ostatnie spojrzenie, po czym zniknęła w głębi szatni.

Harry wpatrywał się przez moment w piekącą rękę, jakby była ciałem obcym. Potem ruszył do Loży Ministra, gdzie miał uzupełniać stałą ochronę Ministra Weasleya na czas trwania meczu. Wylegitymował się aurorowi przy wejściu i wszedł do loży. Piękna pogoda zapewniała tego dnia idealne warunki do rozegrania meczu.

- Hej, Harry - powitała go Tonks, gdy wszedł. Piątka rudowłosych osób odwróciła się w jego stronę.

Artur Weasley podszedł do Harry'ego i uścisnął mu dłoń.

- Ależ urosłeś, Harry. Ile to już minęło?

- Wydaje mi się, że jakieś cztery lata - odpowiedział z uśmiechem Harry.

Ze wszystkich nadzorujących go przez te wszystkie lata osób, tylko dwójkę uważał za przyjaciół: Tonks i pana Weasleya. Obecny Minister, zawsze nieskończenie ciekawy wszystkiego co mugolskie, zamęczał Harry'ego setkami pytań o szczegóły ich życia. Rozśmieszał go swoją dziecięcą fascynacją przedmiotami codziennego użytku, jak telewizor czy konsola do gier. Ostatni raz widzieli się, gdy Harry ukrywał się w mugolskim mieszkaniu w Manchesterze w lecie '97 roku. Pomiędzy treningami i polowaniem na Horkruksy, Harry grywał na Nintendo 64, które kupił mu Syriusz. Pokazał panu Weasleyowi jak się gra, ale starszy mężczyzna był bardziej zainteresowany rozbieraniem konsoli na części niż korzystaniem z niej zgodnie z przeznaczeniem.

- Jak rozumiem doszliście już z Ginny do porozumienia po nienajlepszym starcie - kontynuował pan Weasley. - Jestem dużo spokojniejszy wiedząc, że tak zdolny czarodziej jak ty opiekuje się moją jedyną córką.

- To dla mnie zaszczyt, panie Ministrze.

- Daj sobie spokój z tym ministrowaniem. Mówiłeś mi już wcześniej po imieniu, a mimo że dałem się zamknąć na wysokim stanowisku, wciąż jestem tym samym Arturem - przerwał i wskazał na bliźniaków: - Wydaje mi się, że miałeś już okazję poznać moich synów, Freda i George'a.

- Jak mógłbym ich zapomnieć? - odpowiedział, spoglądając na nich żartobliwie spode łba.

Fred i George uśmiechnęli się nerwowo i powiedzieli jak jeden mąż:

- Cześć, Harry.

Następnie pan Weasley wskazał na Rona:

- To mój najmłodszy, Ron, obecnie w Akademii Aurorów - potem wskazał najstarszego syna - a to Bill, który pracuje w Gringotcie.

Harry przywitał się z oboma i wkrótce pogrążył się w lekkiej rozmowie z Ronem, dotyczącej Akademii Aurorów i quidditcha. Jednocześnie skanował tłum przez omnikulary. Po mniej więcej piętnastu minutach rozmowę przerwały charakterystyczne fanfary Ligi Mistrzów. Tłum zaczął klaskać i wiwatować i wkrótce obie drużyny wyleciały na boisko. Harry patrzył, jak Ginny podlatuje do loży i uśmiecha się szeroko do swojej rodziny i do niego. Po paru minutach sędzia zagwizdał i mecz się rozpoczął.

Od początku na boisku trwała zażarta walka. Od razu stało się jasne, że ścigające Harpii są znacznie lepsze od ich odpowiedników w barwach Sokołów. Bezbłędnie egzekwowały najtrudniejsze zagrywki, a Ginny była po prostu nie do zatrzymania. Gweong Jones spisywała się znakomicie, rozbijając tłuczkiem ataki Sokołów, a Gaby zaliczyła mnóstwo spektakularnych obron. Kapitan Sokołów, Reiner Puschendorff, zrozumiał gdzie tkwi siła Harpii i polecił swoim pałkarzom wzmóc presję na ścigające rywala, a zwłaszcza na Ginny. Ta prezentowała imponujące opanowanie sztuki latania, przy wielu okazjach unikając tłuczków o kilka centymetrów, ale po kilku próbach pałkarze Sokołów wstrzelili się i została potężnie trafiona w żebra zaraz po tym, jak strzeliła gola, który wyprowadził Harpie na prowadzenie 220:100. Serce Harry'ego zamarło, gdy zobaczył jak Ginny krzywi się z bólu i chwyta za bok. Miał ochotę zamordować pałkarza Sokołów, choć zdawał sobie sprawę, że było to w pełni usprawiedliwione i zgodne z przepisami zagranie. Przez kolejnych kilka godzin kontuzja sprawiała, że Ginny latała mniej spektakularnie, ale zmęczenie zaczęło dopadać pałkarzy niemieckiej drużyny, więc młoda czarodziejka kontynuowała swój festiwal strzelecki.

Kiedy znicz wreszcie sie pojawił, Harpie prowadziły 350:210. Tłum zaryczał i zerwał się na równe nogi, gdy szukający popędzili za zniczem, walcząc o pozycję. Kibice Harpii z przerażeniem uświadomili sobie, że szukający Sokołów nie tylko jest lepszy, ale też ma lepszą pozycję do złapania znicza. Harpie były przy kaflu i zaczęły akcję w stronę bramek Sokołów. Po kilku szybkich podaniach, które rozmontowały obronę rywala, Ginny mknęła z piłką ku celowi. Niemieccy pałkarze ruszyli za nią i zręcznie podawali między sobą tłuczek, aż wreszcie ich największy gracz, muskularny gigant Hans-Peter Briegel, znalazł się tuż za nią i uderzył potężnie w tłuczek, posyłając go ku Ginny z zabójczą prędkością.

Harry pomyślał, że Ginny zaraz zginie. Poczuł mdłości, gdy tłuczek niepowstrzymany zmierzał ku jej potylicy. Musiała mieć jednak oczy z tyłu głowy, bo tuż przed uderzeniem wykonała perfekcyjny Zawrót Immelmanna, a zaraz potem odwrotnego Immelmanna. Tłuczek znajdował się teraz przed nią i pędził ku obrońcy Sokołów. Ginny wykonała kilka beczek i wypuściła kafel podkręcony w taki sposób, by oddalał się od obrońcy. Ten nie wystraszył się i został na miejscu, z ledwością unikając tłuczka posłanego przez jego kolegę, ale chwila zawahania wystarczyła. Jego wyciągnięta ręka nie zdołała zatrzymać tłuczka, który przeleciał przez obręcz. Niecałe pięć sekund później szukający Sokołów uniósł znicz nad głowę. 360:360.

Remisy były taką rzadkością w quidditchu, że większość fanów nie miało pojęcia co dalej. Na szczęście mieli koło siebie Rona, chodzącą encyklopedię quidditcha.

- Szlag! Już po nas! - zawołał.

- Czemu? - spytali chórem wszyscy, łącznie z Tonks.

- Mecz zakończony remisem rozstrzygany jest w serii rzutów karnych. Pięciu graczy z każdej strony wykonuje rzuty karne w dowolnej kolejności, póki ktoś nie spudłuje. Niemiecki gracz nie spudłował rzutu karnego w jakimkolwiek meczu międzynarodowym od 127 lat.

- Szlag! - odpowiedział mu zgodny chórek.

Po dziesięciu minutach pozostała jedynie dwójka graczy: Puschendorff i Ginny. Wynik serii karnych - 4:4. Sokoły wygrały rzut monetą i strzelały pierwsze, więc najpierw kafla złapał ich kapitan, Reiner Puschendorff. Podleciał z ogromną pewnością siebie do obręczy i potężnie rzucił w stronę lewej bramki. Gaby zanurkowała ze swojej pozycji przy środkowej obręczy i zdołała zmienić trajektorię lotu piłki czubkami palców na tyle, by odbiła się ona od obręczy i wypadła w pole. Trybuny zaryczały ze szczęścia, a Harpie otoczyły Gaby, by jej pogratulować. Bramkarz Sokołów zajął pozycję, a sędzia wręczył kafla Ginny. Skinęła głową, na znak, że jest gotowa i arbiter zagwizdał. Serce Ginny waliło jak szalone. Czuła na sobie oczy 15 tys. kibiców, w tym około 5 tys., którzy przybyli tu z Heidelbergu. Podleciała z ogromną prędkością do bramek, jednocześnie wykonując swoją popisową beczkę, która miała zmylić obrońcę rywali. Posłała kafla ze wsteczną rotacją w stronę prawej obręczy. Obrońca zanurkował desperacko i zdołał musnąć piłkę. Kafel zatrzymał się na moment, gdy uderzył w obręcz, ale rotacja przepchnęła go przez nią i stadion oszalał. W Loży Ministra piątka rudzielców skakała, padała sobie w objęcia i płakała z radości. Tonks i Harry mieli czujne oko na tłum, ale na twarzy obojga wykwitły identyczne, szerokie uśmiechy.

Na boisku dwanaście zawodniczek Harpii rzuciło się na Ginny, by jej pogratulować. Po minucie wypuściły ją i ruszyły na triumfalną rundę honorową wokół boiska. Wszystkie poza Ginny, która podleciała na środek pola gry, gdzie znajdowała się pojedyncza, zrozpaczona postać - kapitan Sokołów. Dziewczyna mu współczuła. Równie dobrze to ona mogła być teraz w jego skórze. Uścisnęła jego dłoń, a on zdołał wykrzesać z siebie uśmiech. Potem Ginny popędziła ku Loży Ministra. Z siadła z miotły i obrzuciła Harry'ego płomiennym spojrzeniem. Zrobił krok w jej stronę, ale od razu otoczyła ją rodzina. Młody auror zaklął w duchu. Jej pojawienie się w loży sprawiło, że oszaleli ze szczęścia kibice zaczęli przeć w tym kierunku. Niektórzy usiłowali nawet wskoczyć do loży, by wraz z rodziną uścisnąć bohaterkę, ale Harry i Tonks zdołali ich odepchnąć. Tłum popadał w obłęd i niedługo stracą nad nim kontrolę. Harry wydobył różdżkę i zawołał:

- ARX!

Złota, lśniąca kopuła rozciągnęła się nad lożą. Fani z zewnątrz nie mogli jej przekroczyć, ale widzieli przez nią i machali szaleńczo, podczas gdy Weasleyowie przyglądali się z ciekawością zaklęciu.

- Arturze - odezwała się Tonks. - Musze prosić, żebyś natychmiast opuścił stadion. Ginny, ty również najlepiej udaj się do szatni.

- Harry, mamy dziś kolację w Norze - powiedział pan Weasley. - Chciałbym, żebyś do nas dołączył. Poczekamy na ciebie i Ginny.

- Będę zaszczycony, panie Ministrze.

Harry stworzył wyjście dla Ginny w kopule ochronnej.

- Upewnij się, że obejrzą ci żebra - powiedział, widząc, że trzyma się za bok. Uśmiechnęła się do niego promiennie i poleciała do zejścia z boiska do szatni, pod czujnym spojrzeniem Harry'ego. Tonks, Harry i aurorzy strzegący drzwi odeskortowali pana Weasleya i jego rodzinę do punktu teleportacyjnego. Gdy zniknęli, Harry ruszył ku szatniom, gdzie ku swemu zaniepokojeniu ujrzał kłębiący się tłum kibiców i dziennikarzy, oczekujących na wyjście zawodników. Summerby robił co w jego mocy, by wraz ze swoją ekipą utrzymać w miarę swobodne przejście do sali konferencyjnej.

- Nie możemy umożliwić zawodniczkom deportacji z szatni? - spytał Harry.

- Nie. Zgodnie z ligowymi zasadami gracze muszą pojawić się na konferencji prasowej - odparł Summerby.

Harry zaklął i wszedł do poczekalni przy szatniach, by poczekać na Ginny. Po kilku minutach wyszły Ginny i Gaby i spojrzały na niego z zaskoczeniem.

- Na zewnątrz mamy lekki chaos - wyjaśnił Harry. - Będziecie się musiały trzymać blisko mnie.

Po tych słowach zdjął swoją skórzaną szatę, skurczył ją zaklęciem i schował do kieszeni, pozostając jedynie w czarnych dżinsach i niebieskiej koszulce.

Ginny nagle zaschło w ustach. Harry nie miał wielkich muskułów. Jednak cała jego muskulatura była perfekcyjnie zarysowana. Nabrała pewności, że to wszystko jakiś okropny plan Harry'ego, który chce wziąć odwet za te wszystkie numery, które wycięła mu przez cały tydzień. Jednak wszystkie jej wątpliwości zniknęły, kiedy wyjawił im resztę planu:

- Będę szedł pierwszy, a wy dwie za mną, trzymając się mojego paska. Nie zatrzymujcie się, póki nie dojdziemy do pokoju konferencyjnego i cokolwiek się zdarzy, nie puszczajcie mojego paska.

Harry odwrócił się do nich tyłem i czekał, aż złapią jego pasek. Kiedy tego nie zrobiły, odwrócił głowę.

- No, dawajcie! Idziemy!

Gaby i Ginny spojrzały po sobie, a potem na pośladki Harry'ego. Naprawdę apetyczne pośladki. Ręka Gaby zbliżyła się do nich niebezpiecznie blisko. Ginny spojrzała na nią ostro. Gaby uśmiechnęła się porozumiewawczo i złapała go za pasek. Ginny podążyła za jej przykładem, boleśnie świadoma, jak blisko tyłka Harry'ego spoczywa jej dłoń i jaki jest silny, mimo szczupłej postury. Gdy tylko Harry poczuł obie dłonie na pasku ruszył naprzód i wyszedł z szatni na korytarz rozświetlony błyskiem fleszy.

Kibice i dziennikarze wykrzykiwali imiona Gaby i Ginny, napierali ze wszystkich stron, niektórzy wyciągali zdjęcia i kartki z prośbą o autografy. Jeden z kibiców, wysoki, potężny mężczyzna, który ewidentnie wypił za dużo, przeskoczył przez barierkę bezpieczeństwa i staną twarzą w twarz z Harrym. Sięgnął ku Ginny. Harry przeszedł trening radzenia sobie z tłumem i wiedział, że z tej osoby trzeba zrobić odstraszający przykład, by każdy, kto chciałby go naśladować, zrozumiał jaka jest tego cena. Harry beznamiętnie chwycił wyciągniętą rękę mężczyzny, złamał w łokciu w spektakularny, widoczny dla wszystkich sposób i powalił na ziemię, twarzą do betonowej podłogi. Mężczyzna nie zdążył nawet krzyknąć z bólu. Od tej pory na widok Harry'ego ludzie przy barierkach robili krok w tył.

Gdy dotarły na zaplecze sali konferencyjnej, dziewczyny puściły pasek Harry'ego.

- O ja, Harry - rzuciła Gaby zmysłowo. - Ależ mnie podnieciłeś!

- Gaby! - wrzasnęła wstrząśnięta Ginny.

Oczywiście była okropną hipokrytką.


Harry i Ginny powoli zmierzali w stronę Nory, oświetleni zachodzącym słońcem. Ginny wyglądała uroczo w ostatnich promieniach dnia i Harry zamierzał cieszyć się tą chwilą tak długo, jak będzie w stanie. Podczas konferencji prasowej dowiedział się, że tłuczek złamał Ginny trzy żebra i zalała go wówczas fala troski i czułości. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że jest zdolny do takich uczuć. Pomyślał o przeciążeniach, na które był narażony jej organizm podczas gwałtownych zwrotów, w tym ciasnego podwójnego Immelmanna i zachwyciła go jej odwaga. Wiedział, że to musiało boleć.

- Ginny, na pewno wszystko w porządku? - spytał po raz drugi.

Ku swemu zadowoleniu Ginny usłyszała czułość w jego głosie i dojrzała ją na jego twarzy.

- Tak, Harry. Nasza lekarka błyskawicznie poskładała mnie do kupy. Już prawie nic mnie nie boli.

Nie wiedziała co ją opętało, by przytulić się do dłoni Harry'ego tego popołudnia, ale cieszyła się, że to zrobiła. Wiedziała teraz, że skoro doświadczyła już jego dotyku, nie będzie w stanie sie bez niego obyć. Potrzebowała go. Nagłe ciepło promieniujące od jego dłoni, dotykającej jej policzka, jego nagle ciemniejące oczy, jego obecna czułość, to wszystko mówiło jej, że z jego strony to coś więcej niż pożądanie. Wciąż musiała zrozumieć jak się ma do tego fakt, że sama jest na niego napalona, ale na razie postanowiła nie pozwolić swojej dumie na przeszkodzenie jej w czymkolwiek.

Harry zwolnił, jak to miał w zwyczaju, by pozwolić Ginny na otwarcie drzwi i przejście przez nie. Ku jego zaskoczeniu zatrzymała się przed drzwiami i spojrzała mu prosto w oczy, a potem na drzwi. Nieco niepewnie przysunął się i otworzył przed nią drzwi. Uśmiechnął się do niej szeroko, jednocześnie czując się głupio, że coś tak prostego i konwencjonalnego daje mu tyle szczęścia. Przechodząc obok, wynagrodziła go kuszącym uśmiechem. Weszli do domu i uderzył w nich dźwięk kilku rozmów prowadzonych jednocześnie. Weszli do salonu i przez moment nikt nie zwrócił na nich uwagi. W środku siedziało kilka osób, których Harry nie znał. Pani Weasley jako pierwsza zauważyła ich przybycie i wstała, by uściskać córkę. Ginny wyciągnęła ręce w samoobronie.

- Ostrożnie, mamo. Moje żebra wciąż są bardzo wrażliwe - ostrzegła ze śmiechem.

Wszyscy przyjaciele i rodzina wstali, by jej pogratulować. Harry zrobił kilka kroków w tył i cieszył się radością i podekscytowanymi rozmowami w pokoju.

Po pewnym czasie wszyscy zostawili Ginny w spokoju, poza Ronem, który wciąż zamęczał ją dyskusją o każdym aspekcie zakończonego meczu. Harry dojrzał puszystowłosą brunetkę, która wpatrywała się w niego intensywnie, wreszcie ruszyła zdecydowanie w jego stronę.

- Jak pan się deportował z Hogwartu? - spytała na tyle głośno, by usłyszało ją kilka osób.

- E? - zdołał jedynie odpowiedzieć Harry, totalnie zbity z tropu jej pytaniem.

Ginny zorientowała się co się dzieje i zbliżyła się do nich wraz z Ronem.

- Hermiono! Nie powinnaś się przynajmniej wcześniej przedstawić? - skarciła przyjaciółkę.

Hermiona spojrzała w podłogę z miną winowajczyni.

- To moja dziewczyna, Hermiona Granger. Czasami miewa drobne obsesje - przedstawił ją żartobliwie Ron. Hermiona spojrzała na niego ostro.

Harry wyciągnął do niej rękę.

- Jestem zaszczycony, że mogę wreszcie panią poznać, panno Granger. Jestem Harry Potter, ale proszę mi mówić Harry.

Hermiona delikatnie uścisnęła jego dłoń. Spojrzała na niego zmieszana.

- Dziękuję, Harry. Mów mi Hermiona. Słyszałeś o mnie?

- Oczywiście. To ty założyłaś Gwardię Dumbledore'a. Z tego co wiem, także Ron i Ginny byli wśród członków założycieli. Zawszę będę wdzięczny ludziom, którzy zechcieli sprzeciwić się Voldemortowi. To zaszczyt móc ci wreszcie osobiście podziękować.

Hermiona zmarszczyła brwi i spojrzała na niego badawczo.

- Właściwie to nazwa była pomysłem Ginny...

- Naprawdę? - wtrącił się Harry, zerkając na Ginny. - Nie wiedziałem o tym - przez moment wpatrywali się sobie w oczy.

- Naprawdę, ale to my powinniśmy być zaszczyceni, że poznaliśmy takiego bohatera jak ty, Harry. Jeśli nie pokonałbyś Sam-Wiesz-Kogo, to cała nasza trójka byłaby pewnie martwa lub musiała zejść do podziemia.

- Mylisz się, Hermiono. Walka z Voldemortem była moim przeznaczeniem. Musiałem go zabić lub zginąć z jego ręki. To ludzie tacy jak wy są prawdziwymi bohaterami. W noc, kiedy stoczyliśmy bitwę, tysiące czarodziejów i czarodziejek w Wielkiej Brytanii chowało się pod łóżkami, czekając kto okaże się zwycięzcą. Wy troje zaryzykowaliście wszystko, by obronić czarodziejski świat przed osunięciem się w mrok - przyjrzał się po kolei całej trójce, która gapiła się na niego z szeroko otwartymi oczami. - Hermiono, odpowiem na wszystkie twoje pytania.

- Wiesz, po prostu przez ostatnie trzy lata zastanawiałam się, jak to możliwe, że teleportowałeś się na Błoniach Hogwartu - wyznała nieco zażenowana Hermiona.

- To tylko sztuczka. Każdy mógłby to zrobić.

Spojrzeli na niego z ciekawością.

- Jaka sztuczka? - spytała Hermiona.

- Hermiono, masz jakieś pojęcie o komputerach? - spytał. Gdy potwierdziła, kontynuował: - Ludzie, którzy tworzą zabezpieczające programy do komputerów, "osłony", zawsze zostawiają sobie tylne wejście, ukrytą drogę do środka. Mogą chcieć zablokować wszystkich, ale na pewno nie siebie. Dumbledore miał swoje własne tylne drzwi w osłonach Hogwartu. Wiedział, że kontrola Hogwartu to kluczowy element planów Voldemorta, więc pokazał mi je, w razie gdybym musiał szybko pojawić się lub zniknąć.

Twarz Hermiony rozjaśniła się z ekscytacji.

- Pokażesz mi?

- Przykro mi, ale Dumbledore kazał mi przysiąc, że nie powiem nikomu, a skoro nie żyje, nie może mnie zwolnić z tej obietnicy. Tylko aktualny dyrektor powinien znać tę informację.

Hermiona usiłowała wymyślić jakiś sposób na obejście nieznośnej przeszkody, gdy pani Weasley przywołała ich do stołu.

- Ginny, skarbie, pomożesz mi w kuchni?

Harry był pewien, że trzeba było magicznie powiększyć stół, by pomieścić wszystkich obecnych w domu. Zaliczali się do nich wszyscy Weasleyowie, poza jednym, który, z tego co zrozumiał, przebywał właśnie w Rumunii oraz ich małżonki, dziewczyny, Tonks i jego samego. Wszyscy gadali na raz i nie był pewien, w których rozmowach powinien brać udział. Niektórzy obserwowali go z ciekawością, co sprawiało, że czuł się niezręcznie. Ginny i pani Weasley zaczęły przynosić półmiski z potrawami i stawiać je na stole. Harry nie znał protokołu obowiązującego w tym domu, więc cierpliwie czekał.

Do stołu zbliżyła się promieniejąca Ginny z głównym daniem, wspaniale wyglądającą pieczenią. Stanęła przy Harrym, położyła danie na stole i zaczęła kroić hojną porcję. Harry wbijał w nią spojrzenie, kompletnie nieświadom tego, co dzieje się wokół nich. W jej wdzięcznych, płynnych ruchach było coś niezwykle zmysłowego. Wzięła jego talerz i nałożyła mu pieczeń i nieco ziemniaków. Potem ujęła jego szklankę i napełniła ją sokiem z dyni. Przy jej odstawianiu nachyliła się bardziej niż to było konieczne i jej włosy wysunęły się zza uszu, opadając niczym szkarłatna, jedwabna kurtyna i obmywając Harry'ego swoim kwiatowym aromatem. Harry przymknął oczy na kilka sekund, by się nim podelektować.

- Dziękuję, Ginny – powiedział cichym głosem, pełnym emocji. Ginny założyła włosy za prawe ucho i ich oczy spotkały się w intensywnym, płomiennym spojrzeniu.

W tej chwili zdali sobie sprawę z otaczającej ich ciszy. Harry rozejrzał się i zorientował, że wszyscy spoglądają na nich. Pan Weasley patrzył na nich z rozbawieniem, pani Weasley z zaskoczeniem, Bill dość nieprzyjaźnie, bliźniacy szeptali sobie coś na ucho, bez wątpienia knując niecne plany, Ron, jak zwykle nieświadom, rozglądał się w poszukiwaniu kogoś, kto wyjaśni mu co się dzieje, Hermiona z szerokim uśmiechem zerkała to na Harry'ego, to na Ginny, a Tonks zastanawiała się, co kupi sobie za 400 galeonów.

W końcu Percy przerwał ciszę:

- Ginewro – odezwał się napuszonym tonem. – Protokół wymaga, by to głowa rodziny, nasz ojciec, otrzymał jedzenie jako pierwszy…

Siedzący obok niego Fred przerwał mu potężnym ciosem otwartą dłonią w potylicę.

- Stul dziób, Percival – polecił, potem złożył ręce na piersi i zamrugał sztucznie powiekami, przybierając rozmarzoną minę. – To było tak erotyczne.

Ginny i Harry zarumienili się po czubki uszu. Zwłaszcza Ginny wyglądała jakby chciała się zapaść pod ziemię, albo co najmniej uciec z pokoju. Harry zauważył jej ruch i próbował złapać ją za rękę, ale było za późno. Ginny wbiegła po schodach, a on uniósł się z krzesła.

- Ginny, czekaj! – zawołał i spróbował za nią podążyć.

Ruszył ku schodom, ale na jego drodze stanął Bill Weasley.

- Co jest między tobą i moją siostrą? - warknął groźnie. Wszystkie oczy spoczęły na Harrym, oczekując odpowiedzi.

Będzie musiał jakąś wymyślić.


W następnym rozdziale:

- jak Harry poradzi sobie z Weasleyami?
- kto pocieszy Ginny?
- kolejna retrospekcja z Bitwy o Hogwart


Od tłumacza: Pozwólcie, że podzielę się jeszcze jednąrefleksją. Przejrzałem polskojęzyczne fanfiki ze świata HP na tej stronie, sortując je pod kątem ilości recenzji i ilości dodań do ulubionych. Poza moimi opowiadaniami są tam same slashe, ewentualnie pairingi Snape/Hermiona. Skąd to się bierze? Nie interesują mnie pairingi Harry/Hermiona czy Harry/Tonks czy inne niekanoniczne, ale, na litość boską, czy jedynym akceptowalnym w polskim fandomie zachowaniem seksualnym jest homoseksualizm i umawianie się z gościem w wieku swoich rodziców?

Jeśli macie na ten temat własne przemyślenia to piszcie w komentarzach albo na priv, bo interesuje mnie to z czysto socjologicznego punktu widzenia. Zwłaszcza, że jednak angielski fandom jest znacznie bardziej zróżnicowany, więc czemu nasz jest tak monotonny?