Od tłumacza: Podziękowania dla Shaunee Altman, mojej szybkiej i niezawodnej redaktorki.

Dzięki wszystkim za komentarze pod poprzednim rozdziałem. Muszę powiedzieć, że postawiliście sporo ciekawych i ciekawie uargumentowanych tez. Cieszę się, że moje tłumaczenia czytają ludzie, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia :) Polecam lekturę komentarzy pod rozdziałem 4, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście.


Rozdział 5 - Ja, ze wszystkich kobiet najnędzniejsza

I ja, ze wszystkich kobiet najnędzniejsza,
Co ssałam nektar słodkich jego ślubów

Hamlet, Akt III, scena 1, tłum. Józef Paszkowski

Ginny ruszyła po schodach na górę, czując jak pęka jej serce. Nie ośmielała się dotąd nawet o tym pomyśleć, a co dopiero przyznać się do tego przed samą sobą, ale nie mogła już dłużej się łudzić. Kochała Harry'ego każdą komórką swojego ciała. A kiedy wreszcie ośmieliła się uwierzyć, że on może odwzajemniać jej uczucie, wszystko zrujnowała. Wbiegła do pokoju, trzasnęła drzwiami i rzuciła się na swoje łóżko. Nie pozwalała, by ludzie zobaczyli ją we łzach, ale to nie znaczyło, że nigdy nie płakała. Przez cały ten okropny rok z dziennikiem płakała niemal co dnia i nikt, nawet jej bracia, nie zorientował się ani razu, że coś jest nie tak. Teraz jej ciałem wstrząsał szloch. Ukryła twarz w poduszce, starając się stłumić dźwięki. Jej obolałe żebra wysyłały nowe fale bólu po każdym spazmie.

Dlaczego?

Dlaczego zachowywała się jak zabujana jedenastolatka?

Dlaczego nie była w stanie oprzeć się Harry'emu Potterowi?

Teraz to nie miało znaczenia. Wszystko zrujnowała. Harry na pewno nie miał już wątpliwości, że jest psychopatyczną babą. Pewnie siedział teraz na dole i naśmiewał się z jej szaleństwa. Kiedy weszła do tego pokoju z pieczenią, zupełnie jakby byli sami. Dojrzała ciepłe, zielone oczy Harry'ego, spoglądające na nią z uczuciem i wszyscy inni nagle zniknęli. Zastanawiając się nad tą chwilą uznała, że pewnie wszystko sobie jedynie wyobraziła. Może to tylko jej pragnienie, by spojrzał na nią "z uczuciem". Wiedziała, że Harry ją obserwuje i jej powolne, zmysłowe ruchy były przeznaczone dla niego. Całość stanowiła skomplikowana wiadomość dla niego, która głosiła: Spójrz na mnie, jestem twoja. Jesteś dla mnie najważniejszą osobą. Niestety okazała się tak żałośnie oczywista, że wszyscy inni również odczytali ją z łatwością.

A do tego dochodziła jeszcze ta cała sprawa z jego dłonią i jej policzkiem na stadionie. Aż się skrzywiła, gdy o tym pomyślała. Czuła się wtedy wspaniale, ale zachowała się w ten sposób jak mała dziewczynka. Spójrz na mnie. Potrzebuję cię. To był odruch, żenujący brak samokontroli. Od dnia, gdy pojawił się w drzwiach Nory, Harry zdominował jej życie. O jej ubiorze i sposobie poruszania się decydowało jedno - zadowolenie Harry'ego. Wszystkie jej żarty i flirty służyły jednemu celowi - zwróceniu na siebie jego uwagi. Harry musiał myśleć, że jest zdesperowana.

I była zdesperowana, prawdę mówiąc. Przez cały tydzień budziła się ze snów wypełnionych Harrym z wilgotnymi majtkami. Zaczęła prać je podczas porannego prysznicu, by jej matka i Gaby nie poczuły tego charakterystycznego zapachu. Zbliżająca się do dwudziestych urodzin Ginny może nie była całkiem niewinna, ale pozostawała dziewicą. Czasami czuła, że cos z nią nie tak. Na miłość Merlina, nawet Hermiona Granger, która nieskutecznie promowała abstynencję seksualną wśród nastolatków zamkniętych w Pokoju Życzeń, straciła dziewictwo przed dziewiętnastym rokiem życia.

Ginny już wcześniej czuła pochłaniające ją płomienie pożądania i jej ciało błagało o pójście na całość podczas niejednej ognistej chwili, ale ostatecznie nigdy się nie zdecydowało. Zawsze coś było nie tak, czegoś brakowało. Doprowadziła kilku mężczyzn dosłownie do bram tego, czego tak pożądali, tylko po to, by zatrzasnąć przed nimi te bramy w ostatniej chwili. Jej odmowa zatruła kilka jej związków i Ginny nie potrafiła zrozumieć, czemu to robi. Po kolejnym związku, który okazywał się kolejnym gorzkim rozczarowaniem, wznawiała poszukiwania tego, czego brakowało w jej życiu, cokolwiek mogłoby to być. Była pewna, że w końcu to znalazła. To Harry. Niemal od samego początku wszystko w ich relacjach okazywało się takie... właściwe. Ginny wiedziała, że gdyby doszło pomiędzy nimi do czegoś takiego, opierałaby się czysto symbolicznie. Ale teraz już do tego nie dojdzie. Nawet jeśli Harry nie rechotał na dole, ani nie uciekał gdzie pieprz rośnie, Ginny czuła takie zażenowanie, że nie potrafiła sobie wyobrazić, by mogła stanąć z nim twarzą w twarz. W trakcie użalania się nad sobą, Ginny doszła do osobliwego wniosku. Nie zakochała się w Harrym. Zupełnie jakby zawsze go kochała, nawet zanim się jeszcze spotkali. W końcu odnalazła brakujący element jej życia, tylko po to, żeby go stracić. Ogarnęła ją rozpacz i zamierzała się w niej całkowicie pogrążyć, ale usłyszała pukanie do drzwi.

- Mogę wejść? - usłyszała dobiegający przez nie głos Hermiony.

Ginny chciała zostać sama i nie miała ochoty na rozmowę. Już chciała ją odesłać, jednak ciekawość co do dalszych wydarzeń na dole okazała się silniejsza. Zebrała się w sobie, na ile była w stanie, otarła łzy wierzchem dłoni i usiadła na łóżku.

- Wejdź, Hermiono - zawołała zaskakująco spokojnym głosem.


Ruszył ku schodom, ale na jego drodze stanął Bill Weasley.

- Co jest między tobą i moją siostrą? - warknął groźnie. Wszystkie oczy spoczęły na Harrym, oczekując odpowiedzi.

Będzie musiał jakąś wymyślić.

- Nic - odpowiedział Harry. Potem zmarszczył brwi i spojrzał na Billa ze złością. - Jeszcze nic - poprawił się, unosząc głowę. Mówił stanowczo i z godnością. Nie obchodziło go, czy będzie musiał walczyć po kolei z każdą obecną tu osobą. - Przepuść mnie, proszę. Muszę porozmawiać z Ginny - rzekł tak spokojnie, jak był w stanie. Wiedział tylko, że Ginny została skrzywdzona i to on za to odpowiadał.

Bill nawet nie drgnął i atmosfera momentalnie zgęstniała. Wprawne oczy Harry'ego dostrzegły, że dłoń Billa powoli zmierza ku kieszeni, w której trzymał różdżkę. Widział, że starszy mężczyzna robi to nieświadomie, ale i tak przygotował się na szybką reakcję. Na szczęście zanim Harry zdołał coś powiedzieć lub zrobić coś drastycznego, odezwała się pani Weasley:

- Harry, to niewłaściwe, byś sam szedł do jej pokoju - rzekła z sympatycznym uśmiechem. - Porozmawia z tobą, gdy będzie gotowa.

Harry rozejrzał się wokół stołu. Tonks patrzyła na niego współczująco, ale gdy ich oczy spotkały się, dyskretnie pokręciła głową. Hermiona wstała.

- Pójdę i zobaczę czy wszystko z nią w porządku - oznajmiła i ruszyła w stronę schodów.

Harry zorientował się, że nie powinien antagonizować rodziny Ginny, zwłaszcza jej matki. Poczuł się kompletnie pokonany. Pomimo pragnienia, by odrzucić wszystkich na bok, byle tylko przytulić Ginny, zrobił krok w tył.

- Dziękuję za zaproszenie na obiad, Arturze - powiedział beznamiętnie, następnie odwrócił się do pani Weasley: - Pani Weasley, wszystko wygląda wyśmienicie, ale nie mam apetytu, proszę przyjąć moje szczere przeprosiny. Pójdę już do domu.

- Harry, nie możesz iść o pustym żołądku - zaprotestowała pani Weasley. - Pozwól przynajmniej, że zapakuję ci coś na później.

- Niech się pani nie kłopocze. Po... Po prostu muszę już iść.

Wszyscy Weasleyowie patrzyli na niego z ciekawością. Harry czuł, że nie zniesie już dłużej tego bezgłośnego śledztwa, więc złapał szatę i ruszył do wyjścia. Musiał się stąd wynieść.

- Idziesz do swojego mieszkania? - zawołała za nim Tonks. Harry skinął głową nie patrząc na nią i nie zwalniając. - Wyślij Patronusa, albo odezwij się przez Fiuu, gdybyś czegoś potrzebował - dodała, unosząc głos jeszcze bardziej, bo młody auror przestąpił już próg Nory.

Zapadła ogłuszająca cisza. Wściekła Tonks odwróciła się do Billa. Spotkali się podczas posiedzeń Zakonu Feniksa i nawet poszli na kilka randek, ale nie zaiskrzyło.

- Bill, ty nieczuły kretynie - rzekła ze złością. - Znam Harry'ego od sześciu lat i nie spotkałam jeszcze bardziej honorowego i mniej samolubnego człowieka. Jeśli on nie jest wystarczająco dobry dla Ginny, nikt nie jest.

Tonks rozejrzała się wokół stołu, jakby chciała zniszczyć każdego, kto się z nią nie zgodzi. Po długiej, niezręcznej chwili wstała, przeprosiła Molly i Artura i również wyszła.

- Wspaniale nam idzie świętowanie zwycięstwa - skomentował sarkastycznie George. - Masz wyczucie, nie ma co, braciszku - dodał, zezując ze złością na Freda.

- Słuchajcie, chłopcy - odezwał się ponuro Artur Weasley, unosząc w górę palec wskazujący dla podkreślenia swoich słów. - Za dwa tygodnie wasza siostra skończy dwadzieścia lat. Jest wystarczająco dorosła, by mogła sama podejmować decyzje. To oczywiste, że między Harrym i Ginny coś jest. Macie im pozwolić spokojnie odkryć, co to jest i dokąd ich zabierze. Czy to jasne?

Bracia Weasleyowie jeden po drugim kiwali głowami. Bill zrobił to jako ostatni z zaciętą miną.


Harry szedł tak szybko, jak tylko mógł ku granicy osłon Nory. Nagle coś mu przyszło do głowy. Wyciągnął z kieszeni różdżkę i lusterko dwukierunkowe.

- Ginewra Weasley - powiedział, stukając różdżką w lusterko. Czekał, ale nie nadeszła odpowiedź. Spróbował ponownie, ale Ginny znów nie odpowiedziała. Harry poczuł, jak w gardle rożnie mu bolesna gula. Co jest ze mną nie tak, do cholery? Zakręcił się w miejscu i deportował do salonu swojego londyńskiego mieszkania.

Mugolskie mieszkanie Harry'ego należało do jego ojca, ale po dwóch dekadach nieużywania popadło w ruinę. Po wojnie Harry zatrudnił mugolaczkę, by odnowiła i zaprojektowała wnętrze od nowa. Wystrój był nowoczesny, zdominowany przez naturalne materiały, jak drewno, skóra, szkło i kamień. Podłogę pokrywało skandynawskie drewno, a ściany pomalowano lekkimi kolorami, które nadawały mieszkaniu wrażenia lekkości. Wyposażono je we wszystkie nowoczesne udogodnienia, jak elektryczną kuchnię, komputer, a nawet łącze internetowe. Na ile się dało, zachowano jego mugolski charakter. Nałożono na nie jedynie zaklęcie konfuzji przeciwko sowom, które pozwalało dotrzeć tu tylko jego chowańcowi oraz wyposażono je w magicznie zabezpieczone pomieszczenie, "pokój treningowy", który obłożono osłonami, w razie gdyby Harry potrzebował kryjówki. Zawierał wszystko, co niezbędne do magicznego i mugolskiego treningu bojowego. Reszta mieszkania nie zawierała żadnych magicznych zaklęć ani osłon.

W obszernym salonie stała czarna skórzana sofa, ustawiona przed zestawem kina domowego, dwuosobowy fotel i otomana. Stoliki wykonano z aluminium i szkła. Oświetlenie wyposażono w ruchome lampy i system detekcji ruchu. W dużej kuchni znajdowało się pełne wyposażenie. Na środku stał duży blat, obniżony z jednej strony, by można było jeść przy nim śniadanie lub lekki posiłek. To było jedno z ulubionych pomieszczeń Harry'ego. Jedną z rzeczy, których nauczył się podczas lat spędzonych w ukryciu, było gotowanie dla siebie. Tonks i Syriusz mogli mieć dobre intencje, ale gotowali fatalnie. Rzadko używana jadalnia przy kuchni była bogato ozdobiona nowoczesnymi rzeźbami i obrazami. Stół wykonano z drewna, ale według nowoczesnego wzornictwa, a otaczało go osiem prostych, ale eleganckich krzeseł.

W głównej sypialni stało ogromne łoże, wyposażone w drewniany zagłówek wsparty o ścianę. Pościel i resztę wystroju utrzymano w kolorze ochry i innych barwach ziemi. Przez rozsuwane, szklane drzwi można było wyjść na balkon z niezłym widokiem na miasto. Znajdował się na nim odporny na kaprysy pogody stół i kilka pasujących do niego krzeseł i Harry lubił tam przesiadywać letnimi wieczorami. Potężna garderoba zawierała wysepkę na środku, na którą składało się mnóstwo szafek i szuflad przeznaczonych na buty, bieliznę i dodatki. Armaturę wielkiej łazienki wykończono w złocie. Znajdował się w niej prysznic, otoczony szklanym parawanem i pojemna wanna.

W skrócie mieszkanie Harry'ego zawierało wszystko co niezbędne, by zamożny, ale nie kłujący bogactwem po oczach młodzieniec mógł popisywać sie przed damami. Kilka nawet spędziło tu noc. Kiedy Harry dorastał, Syriusz zawsze prezentował wybitnie kawalerskie nastawienie do kobiet i seksu. Dla niego były one jedyne obiektami do wykorzystania i wyrzucenia. Początkowo przez jego życie przepływał strumień kolejnych kochanek, ale teraz, gdy przekroczył czterdziestkę, ograniczało się to do wąskiej strużki. Jednak Harry widział, że Syriusz jest bezdzietny i samotny. Nie tego dla siebie pragnął.

Oczywiście nie popadajmy w przesadę. Harry lubił seks i uważał, że bzykanie się jest rewelacyjne. Zawsze ekscytujące i przyjemne. To następujący po nim ranek był problemem. Kiedy zniknęła przyjemność i podniecenie, a dziewczyna pożegnała się i wyszła, nachodziło go uczucie pustki, jakiegoś niespełnienia, wrażenie, że w seksie chodzi o coś więcej niż zwykły fizyczny akt. Czuł, że gdzieś tuż poza jego zasięgiem znajduje się magiczna wspólnota dwojga ludzi, którzy przestają się pieprzyć, a zaczynają kochać, gdzie stają się jednym ciałem i jedną duszą i gdzie przyjemność płynąca z aktu staje się czymś więcej niż sumą rozkoszy dwójki osób.

Harry opadł na sofę i poczuł jak upada na duchu. Kula w gardle rosła i stawała się coraz bardziej bolesna. On, pieprzony Harry Potter, zwycięzca Czarnego Pana, zaraz się rozpłacze. Wariactwo. Czuł łzy w oczach, a jedna stoczyła mu się po policzku. Chciał po prostu porozmawiać z Ginny, powiedzieć jej, że wszystko będzie dobrze, przytulić ją. Czy to naprawdę było takie złe? Przez moment zastanowił się, co by się stało, gdyby miał już jej nigdy nie zobaczyć. Smutek i ból, które poczuł na tę myśl, były wszechogarniające. Dwie łzy spłynęły mu po policzkach, mimo jego wysiłków, by je powstrzymać.

Harry czuł wstyd. Nie chciał być tak słabym. Całe jego życie polegało na okazywaniu siły, na zamykaniu w sobie wszystkich uczuć. Kiedy dorastał, w głębi duszy zawsze czuł się jak oszust. Miał osiągnąć coś niemożliwego, zabić Voldemorta i dosłownie uratować świat, a nawet teraz, gdy już tego dokonał, czuł, że miało to więcej wspólnego ze szczęściem niż z jego osobą. Więc siedział i łkał jak oferma, jak oszust, którym zawsze był.


Voldemort wyzwał go na Sąd Merlina* i Harry po prostu nie mógł odrzucić perspektywy ocalenia życia obrońców Hogwartu w zamian za jego. Harry wszedł na polanę pewny siebie. Wiedział, że jest znakomity w pojedynkach i uważał, że ma duże szanse. Poza tym zniszczono już Horkruksy i Voldemort stał się śmiertelny. Choć wódz Śmierciożerców był kłamcą niegodnym zaufania, to jeśli była choć jedna szansa na milion, że mówi prawdę, Harry musiał zaryzykować. Są Merlina był zwyczajem, który w niektórych przypadkach warto było przywołać. Jako sprawa osobista sprawiał, że zamiast pionków, walczyli królowie. Zamiast żołnierzy, generałowie. Zwycięzca bierze wszystko.

- Jestem, Tom. Odwołaj swoje oddziały - rzekł Harry, wychodząc na polanę.

Śmiech Voldemorta rozczarował go, ale niespecjalnie zaskoczył.

- Jesteś głupcem, Potter, wszedłeś prosto w moją pułapkę. Wszyscy sprzeciwiający się Lordowi Voldemortowi umrą. Zrównam Hogwart z ziemią!

Harry nie przyszedł tu na pogawędkę, więc natychmiast zaatakował. Walczyli dwadzieścia minut, ale niemal nic, czego próbował, nie podziałało. Na każde zaklęcie, którego używał, Voldemort znał kontrzaklęcie. Klątwy, które wcześniej przebijały tarcze niezliczonych Śmierciożerców, Czarny Pan odpędzał jak natarczywe muchy. Pierwsza fala zaklęć właściwie nie tknęła Voldemorta, który teraz się z Harrym bawił. Zabawiał się z nim, zanim go zabije. Najlepsza tarcza młodego czarodzieja, "Arx", której nauczył go sam Grindelwald, padła pod nawałą potężnych klątw. Został ciśnięty na drzewo i usłyszał, jak pękają mu żebra. Prawą nogę przeszywał ogromny ból. Krwawił z tylu miejsc, że trudno było powiedzieć gdzie się kończy jeden uraz, a gdzie zaczyna następny.

- Expelliarmus! - zawołał Voldemort.

Harry mógł tylko patrzeć bezsilnie, jak jego różdżka ląduje w dłoni Voldemorta. Już po nim.

Nie czuł strachu. Myślał tylko o rozczarowaniu, jakie poczują Syriusz, Remus i reszta Zakonu Feniksa. Przez tyle lat na niego liczyli, a on nie był w stanie osiągnąć celu. Za jego porażkę zapłacą własnymi życiami.

- Crucio! - zawołał Voldemort i wybuchnął śmiechem.

Ból był okropny, ale nie aż tak jak świadomość, że zawiódł tak wiele osób. Jego matka i ojciec, którzy pozostaną niepomszczeni i tysiące ludzi, którzy zginął w następstwie tej bitwy, wszyscy będą na jego sumieniu. Krew splami jego ręce.

- Naprawdę myślałeś, że zwykły chłopiec zdoła pokonać największego Czarnego Pana wszechczasów? - drwił z niego Voldemort. - Nie masz szans z moją mocą i doświadczeniem. Jestem nieśmiertelny, Potter. Wciąż pozostały mi Horkruksy.

Harry wiedział, że wcześniej tego wieczoru Gwardia Dumbledore'a zniszczyła ostatni Horkruks, diadem Roweny Ravenclaw, ale nie zamierzał się zdradzać z tą wiedzą. Wciąż była szansa, że Voldemort zginie, nim zdoła zrobić następne.

Czarny Pan podszedł do niego i przyklęknął przy jego lewym boku, by przemówić bezpośrednio do niego:

- Chcę widzieć twoje oczy, kiedy będziesz umierał, Potter. Zamierzam cieszyć się tym tak bardzo, jak zabiciem twojej szlamowatej matki - rzekł i uniósł różdżkę.

To prawda co mówią. Tuż zanim umrzesz, całe życie przelatuje ci przed oczami. Nie przypomina historii napisanej przez jakiegoś autora. Obrazy migotały mu przed oczami z zawrotną szybkością. Syriusz, Remus, Tonks. Każda fotografia rodziców, którą w życiu widział. Potem stało się coś dziwnego. Przed oczami widział już tylko jedno. Dziewczynę otoczoną koroną rudych włosów z Komnaty. Najpierw uznał to za absurdalne, ale potem zrozumiał. Wyciągnął prawą rękę i ułożył dłoń, jakby coś w niej trzymał. Gdy tylko poczuł w niej wagę Miecza Gryffindora, uderzył nim szybko i mocno, niepomny eksplodującego bólu w żebrach. Głowa Voldemorta wyleciała w powietrze i upadła na trawę kilka metrów dalej z oczami szeroko otwartymi w zaskoczeniu. Ciało upadło na bok.

Harry odebrał swoją różdżkę i wyleczył swoje obrażenia na ile był w stanie. Wciąż pływał w morzu bólu, ale na razie musiało to wystarczyć. Uniósł głowę Voldemorta i spojrzał mu w oczy.

- Zawsze gadałeś za dużo - powiedział, jakby jego wróg mógł go usłyszeć. Potem ruszył w stronę Hogwartu, by zakończyć to raz na zawsze.


Harry nie dbał już, czy jest słaby, ani o to, co ktoś może sobie pomyśleć, gdy zobaczy go płaczącego. Zależało mu tylko na Ginny. Zakochał się w niej, desperacko. Uznał, że zakochanie poszło błyskawicznie. Zupełnie, jakby zaczęło się dawno temu. Najpierw myślał, że to tylko pożądanie. W końcu Ginny to niezwykła piękność i minęło sporo czasu, odkąd cieszył się kobiecym towarzystwem. Dokładnie odkąd zaczął pracę jako auror. Umawiał się przez dwa tygodnie z całkiem ładną, naturalną mugolską dziewczyną. Pewnego ranka obudził się i zorientował się, że ona patrzy na niego szeroko otwartymi oczami. Powiedziała mu, że go kocha, a on mógł tylko gapić się na nią z twarzą bez wyrazu, niezdolny odpowiedzieć. Ból który zobaczył w jej oczach był okropnym widokiem. Popłakała się, ubierając pospiesznie, a on mógł tylko przepraszać, że nie czuje do niej tego samego. Nie mógł zrobić tego następnej osobie. Nie mógł zranić nikogo tak bardzo tylko po to, by zaspokoić własne ego czy pożądanie. Jeszcze długo po tym poranku miał poczucie winy. Nie żeby nie miał w tym wprawy. Tyle powodów, by czuć winę, tyle śmierci, za które czuł się odpowiedzialny. Dołączenie do Biura Aurorów było sposobem na walczenie z własnymi demonami.

Teraz znalazł się po drugiej stronie. Ginny mogła zniszczyć jego życie jednym słowem, zniszczyć go kompletnie, nawet go nie dotykając. To była moc. Harry spędził większość poprzedniego tygodnia rozmyślając o niej. Najlepszą częścią dnia było witanie się z Ginny, gdy przychodził po nią rano, a najgorszą żegnanie się z nią, gdy odprowadzał ją wieczorem do domu. Oczywiście, pragnął Ginny, ale jego uczucia sięgały znacznie głębiej. To nie może być tylko pożądanie, jeśli fantazjuje się na temat piegów na jej nosie i policzkach, nawet jeśli czasem fantazje zbaczają na inne części ciała, na których może mieć piegi. To nie może być tylko pożądanie, jeśli w snach uśmiechała się do niego w pełni ubrana. I choć spędził wiele godzin, rozważając jak rude są jej włosy łonowe (bardzo, sądząc po kolorze jej brwi), spędził jeszcze więcej czasu zastanawiając się, jakie to uczucie przytulać ją i całować. Tonął w subtelnościach jej urody, dostrzegał rzeczy, których nigdy nie zauważał u żadnej kobiety, jak jej delikatne dłonie, czy szlachetne kształty jej małżowin usznych czy zachwycający dołeczek pomiędzy czubkiem jej nosa i górną wargą... wiecie, takie rzeczy, które zauważa tylko ktoś szaleńczo zakochany.

Teraz, gdy już zaakceptował, że kocha Ginny, musiał coś z tym zrobić. I zrobi. Nie zrezygnuje z niej bez walki. Poddawanie się nie leżało w naturze Harry'ego. Nie obchodziło go, czy straci przez to pracę, ani czy będzie musiał walczyć z jednym jej bratem lub z wszystkimi. Zranił ją, opóźniając wyrażenie swoich uczuć wobec niej i zrobi co w jego mocy, by jej to wynagrodzić.


Hermiona weszła do pokoju Ginny. Zauważyła jej zaczerwienione oczy i nos i poczuła, jak opada jej szczęka. Nigdy, nawet po torturach Umbridge i Carrowów, nie widziała, by Ginny płakała.

- Płakałaś - raczej stwierdziła niż zapytała.

- Nieprawda - odparła odruchowo Ginny. Nawet dla niej samej nie brzmiało to przekonująco.

- Wiesz, to nie prawdziwa miłość, póki sobie trochę nie popłaczesz - powiedziała Hermiona, przechylając ze współczuciem głowę.

Ginny wiedziała, że wpadła, więc przestała udawać i wylała z siebie cały żal i niepokój:

- Zrobiłam z siebie idiotkę, Hermiono. On na pewno pomyślał, że jestem walnięta. Już nigdy nie będę w stanie spojrzeć mu w oczy... a to boli. Tak bardzo boli - zakończyła załamana.

Jej oczy znów wypełniły się łzami i Hermiona przytuliła przyjaciółkę.

- Musi lubić walnięte dziewczyny, bo wydawał się dość zdeterminowany, by za tobą iść.

Ginny wyrwała się z objęć brunetki i spojrzała jej w oczy.

- Naprawdę? - spytała z nadzieją.

- Naprawdę. Przez moment myślałam, że pobije się z Billem.

- Co? Dlaczego?

- Bill spytał co jest między wami... - Hermiona przerwała, a Ginny popatrzyła na nią wyczekująco - a on powiedział jeszcze nic. Uznałam to za całkiem dobrą odpowiedź - skomentowała z dodającym otuchy uśmiechem.

- Co to znaczy? - spytała Ginny. Co prawda wiedziała, co to znaczy, ale musiała to usłyszeć od kogoś niezaangażowanego w sprawę.

- To znaczy, że on chce, żeby coś między wami było i zamierza coś zrobić w tym kierunku, nie sądzisz? - odparła radośnie Hermiona.

Ginny patrzyła na Hermionę nieco pocieszona. Nagle podskoczyła i wydała z siebie lekki okrzyk zaskoczenia.

- To on... na lusterku dwukierunkowym - powiedziała nerwowo, wyciągając urządzenie z kieszeni. - Nie... jeszcze nie mogę z nim rozmawiać - wyznała cicho.

Hermiona oparła się pokusie wybuchnięcia śmiechem. Nigdy nie widziała, by Ginny była tak zmieszana.

- Czemu?

- Muszę wyglądać jak półtora nieszczęścia i... - Ginny znowu podskoczyła, patrząc na wibrujące lusterko, jakby miało ją ugryźć. - Musze o tym pomyśleć. Potrzebuję twojej rady.

- Ginny, chyba nie jestem najlepszą osobą do udzielania ci rady. To ja, pamiętasz? Ta sama dziewczyna, której pięć lat zajęło pocałowanie twojego brata. Chyba nie chcesz iść tą drogą.

- Nie wiem co ze mną nie tak. Kiedy jestem przy Harrym zaczynam kołysać biodrami, rumienię się, potykam, robię zwariowane rzeczy, jak to podawanie mu jedzenia, a potem uciekam jak jedenastolatka.

- Ginny, zakochałaś się. Robienie głupich, niezręcznych rzeczy to nieodłączny element... chociaż muszę przyznać, że to krojenie mu mięsa było nieco ekstremalne - dodała, unosząc brew z uśmiechem.

- I to nie wszystko. Zupełnie jakbym nie miała nad sobą kontroli, gdy przy nim jestem. Walczę ze sobą, by się na niego nie rzucić - wyznała zawstydzona.

- I co z tego? Kochasz go i jesteś na niego napalona. W twoim wieku nie ma w tym nic złego. Kiedy ostatni raz uprawiałaś seks? - Hermiona czekała na odpowiedź, ale nie doczekała się. Ginny zarumieniła się, a Hermiona zrobiła wielkie oczy i zakryła usta dłońmi. - Przepraszam, nie wiedziałam - przeprosiła, kompletnie zażenowana. Po kolejnej niezręcznej chwili ciszy kontynuowała: - Nie ma książki na ten temat, którą mogłabym ci polecić. Uwierz mi, przeczytałam wszystkie. Mogę ci tylko poradzić, że musisz być gotowa na podjęcie ryzyka. Zaryzykować wstyd, ból i odrzucenie. Ja i Ron spędziliśmy pięć długich, żałosnych lat tańcząc wokół siebie, bo oboje byliśmy zbyt tchórzliwi, by zaryzykować miłość.

Tym razem uśmiech Ginny objął jej załzawione oczy.

- Boję się, ale dla Harry'ego zaryzykuję wszystko - postanowiła z determinacją.

- Świetnie. Teraz musisz poczekać na jego ruch.


Słowniczek:

Sąd Merlina - w oryginale "judical combat", czyli "sądna walka". Opiera się na starym jak kultura europejska koncepcie, że kiedy dwie skłócone osoby stają do walki w pewnych warunkach, to Bóg, bogowie czy inna moc nadprzyrodzona przyznają zwycięstwo temu, kto ma rację. W Polsce znano to jako "Sąd Boży" (np. Zbyszko wyzwał na Sąd Boży Rotgiera w "Krzyżakach"), więc zmieniłem to na Sąd Merlina, by bardziej pasowało do czarodziejskiej rzeczywistości.


W następnym rozdziale:

- Ginny i Harry wreszcie się spotykają :)