Dziękuję za wszystkie komentarze i alerty :)

angelika, Paimont jest też autorką To kill i Surrender, jeśli to coś wyjaśnia. Poza tym, jak inaczej napisać ficka o dwóch osobach, które nie mogą się spotkać w tym samym czasie, jeśli nie cofając jedną do przeszłości/wysyłając drugą w przyszłość? Niemniej, rozumiem i nawet podzielam zdanie :)

Aka, ten fick ma co prawda kilka miejsc, które nie do końca mi się podobają, ale zapewniam, że zakończenie do nich nie należy. Ostatni rozdział, moim zdaniem, ładnie wpisuje się w całość i nawet niesie pewne przesłanie. Choć niektórzy pewnie mogą uznać, że nadinterpretuję. Sama będziesz miała okazję przekonać się o tym już za kilka rozdziałów, bo całość ma ich tylko dziesięć. Nie będzie żadnych nie-wiem-jak-wspaniałych-i-nie-książkowych mocy, wampirów ani wydumanych konfliktów tragicznych. Bohaterów nie-książkowych też właściwie nie ma, więc mam nadzieję, że będzie się dobrze czytało.

Wszystkim życzę miłego czytania. No i pamiętajcie, że komentarze karmią wena :)

Rozdział 2

Płomienie wyblakłych woskowych świec, trzepoczące w srebrnych ściennych lichtarzach, rzucały słaby blask nad łóżkami w dormitorium Slytherinu. Srebrne satynowe prześcieradła migotały w ich świetle, a twarze chłopców, białe owale, odcinały się na tle poduszek, zupełnie jakby w pokoju nie było żadnego światła.

Harry siedział na łóżku, słuchając cichych, regularnych oddechów swoich współlokatorów. Było już dobrze po północy.

Wszyscy śpią. Już czas.

Harry sięgnął pod satynową poduszkę i wyciągnął swoją różdżkę, rozpaczliwie starając się powstrzymać drżenie ręki. Cicho wyślizgnął się z łóżka. Czarna marmurowa posadzka była lodowata, kiedy dotknął jej gołymi stopami. Nagle, z niedorzeczną nostalgią, przypomniał sobie szkarłatno-złote dywany w dormitorium Gryffindoru z niedorzeczną nostalgią. Po chwili zaklął bezgłośnie. Miał właśnie popełnić morderstwo, a przejmował się zimną podłogą?

Łóżko Toma Riddle'a znajdowało się tylko o kilka kroków od jego własnego. Harry silniej chwycił różdżkę i skierował ją w stronę śpiącego chłopca, a jego serce zaczęło bić gwałtowniej. Jeden musi zginąć z ręki drugiego. Tak właśnie musi być, Tom. Muszę zabić Voldemorta.

Tom poruszył się lekko we śnie. Jego ciemne rzęsy uniosły się i opadły miękko na blade policzki, ale nie otworzył oczu.

Voldemort? Harry stał przez chwilę, wpatrując się w twarz, która powinna być znajoma. Czy ta uderzająco urocza twarz śpiącego chłopca była zupełnie pozbawiona szalonych rysów Voldemorta? A może w konturach twarzy Toma istniało drobne podobieństwo do przyszłego Czarnego Pana? Jednak twarz Voldemorta miała nienaturalny, pozbawiony kolorytu odcień, podczas gdy kremowa skóra Toma była lekko zarumieniona wzdłuż kości policzkowych. Harry spróbował wyobrazić sobie szkarłatne oczy patrzące na niego z anielskiej twarzy Toma. Oczy Voldemorta. Jednak w następnej chwili wspomnienie oczu Toma, które widział zaledwie kilka godzin temu, o barwie płynnego srebra, wkradło się nieproszone do umysłu Harry'ego. Nie, nie wyglądał jak Voldemort… Wargi Voldemorta były cienkie i zupełnie pozbawione krwi, a usta Toma, ciemnoróżowe w bladym świetle, z delikatnie wygiętą dolną wargą… Ciemne loki Toma znajdowały się w nieładzie, ponieważ poruszał głową w trakcie snu. Najprawdopodobniej sterczałyby rano bardziej niż włosy Harry'ego. Harry wziął głęboki oddech.

Zamknął na chwilę oczy, starając sobie przypomnieć twarz matki, którą widział na zdjęciach i ojca… Próbował przypomnieć sobie Cedrica i uczucie mrożącego krew w żyłach przerażenia, nawiedzające go w snach przez cały zeszły rok. Voldemort. Voldemort zrobi te wszystkie straszne rzeczy, ale ja mogę zmienić bieg czasu w tej właśnie chwili.

Harry powoli otworzył oczy. Podniósł swoją różdżkę i wycelował nią w śpiącego chłopca.

- AvaAvada Kedavra! – Jego szept zabrzmiał nienaturalnie głośno w cichym pokoju. Ale z różdżki drżącej w ręce Harry'ego nawet nie posypały się zielone iskry. Zamiast tego uparcie udawała martwą. Harry zamarł na chwilę w bezruchu. Różdżka wyślizgnęła się z jego ręki i upadła na marmurową podłogę z głuchym odgłosem.

Tom musiał to usłyszeć, bo poruszył się pod satynowym prześcieradłem, a jego wargi się rozchyliły. Uleciał z nich cichy szept:

- Harry…

Harry z powrotem opadł na swoje łóżko. Westchnął ciężko i schował głowę w dłoniach. Zabicie Czarnego Pana najwyraźniej nie było tak proste, jak to sobie wyobrażał.

- Kolejny Black? – Slughorn wpatrywał się w Harry'ego z wyrazem czystego zachwytu.

- Jeden z najmniej znanych, sir – wymamrotał Harry, przeglądając swój podręcznik eliksirów.

Slughorn zachichotał.

- Naprawdę? To śmieszne, ale Arktur powiedział dokładnie to samo… Czy zdążyliście się już poznać?

Harry rozejrzał się po klasie, szukając tajemniczego Arktura. Tam! To musiał być ten chłopak w rogu klasy, który śmiał się razem z Johnem Lupinem i całkowicie ignorował Slughorna. Ale… Ale czy to nie był… Syriusz? Harry z ciekawością wpatrywał się w chłopaka z długimi ciemnymi włosami i szarymi oczami. Jego serce zaczęło gwałtownie bić. Syriusz? Czy to mógłbyś być ty, jakimś cudem, tutaj i w tym czasie? Śmiejący się podczas eliksirów razem z ojcem Remusa? Arktur Black odwrócił się, ciągle wyszczerzony, w stronę Harry'ego. Jego oczy były szare i błyszczące, niesamowicie podobne do tych Syriusza. Ale jego twarz… Serce Harry'ego zwolniło. Nie. To nie mógł być Syriusz. Arktur nie miał tych ostrych dołeczków w policzkach, a rysy jego twarzy były bardziej miękkie. Nie Syriusz. Inny Black.

Podręcznik eliksirów Arktura upadł na podłogę z głuchym łoskotem. Chłopak wpatrywał się w Harry'ego z wytrzeszczonymi oczami. Zaskoczony szept wydostał się z jego ust:

- Ale… Ale ty… Nie. Nie możesz być…

- Ach, więc jednak się znacie? – Slughorn spoglądał na nich z lekkim uśmiechem.

- Nie wydaje mi się – głos Arktura był ochrypły. – On… On tylko przypomina mi kogoś, to wszystko. Zadziwiający zbieg okoliczności, nic więcej. Jak… Jak masz na imię, powtórz jeszcze raz?

Slughorn westchnął.

- W ogóle nie słuchałeś, kiedy go przedstawiałem, prawda, Arkturze? Naprawdę powinieneś zwracać więcej uwagi na to, co mówię na zajęciach. To Harry Black, nowy uczeń Slytherinu.

- Och.

Jeśli imię „Harry" było znajome Arkturowi, zdecydowanie nie dał tego po sobie poznać. Jedynie zerknął na Harry'ego z ciekawością, po czym powoli pokręcił głową.

- Harry jest nowym szukającym Slytherinu – Alphard aż promieniał.

- Ty też grasz w quidditcha? – oczy Arktura zwęziły się, kiedy przyglądał się dokładnie Harry'emu.

- Dokładnie tak – odparł spokojnie Tom Riddle. – Wczoraj w nocy obserwowałem go, kiedy grał. Muszę przyznać, że jest najlepszym graczem quidditcha, jakiego kiedykolwiek widziałem.

- Lepszy niż Arktur? – krępy uczeń z czupryną jasnych włosów spojrzał na niego. – W żadnym przeklętym wypadku!

Szalonooki Moody?

Tom spojrzał na niego chłodno.

- Arktur może być dobry, Moody, ale nasz nowy szukający jest znacznie szybszy. Zobaczysz.

- No proszę! Cóż, w takim razie będziemy mieli ciekawe zakończenie sezonu quidditcha! – Slughorn zatarł ręce. – Może wśród nas znajdują się dwie przyszłe gwiazdy! – Przyszłe? Cóż, Slughorn miał rację przynajmniej w tym przypadku. Harry nie mógł powstrzymać ironicznego uśmiechu. Z jakiegoś powodu Arktur nagle uśmiechnął się szeroko do swojej książki. – W takim razie sprawdźmy, czy są wśród nas także utalentowani twórcy eliksirów, dobrze?

Harry jęknął, kiedy przeczytał szczegółową instrukcję na tablicy. Czyjaś ręka nieśmiało pociągnęła za jego rękaw. Harry uniósł wzrok i napotkał spojrzenie Eileen Prince.

- Nie martw się, Harry – szepnęła. – Jestem dobra w eliksirach, pomogę ci. – Jej ciemne oczy zamigotały. – Właściwie eksperymentowałam już z ulepszeniami części przepisów. O, spójrz, pokażę ci…

- Arktur! – Harry dogonił Gryfona w sieni. Arktur, który rozmawiał właśnie z Lupinem, odwrócił się w jego kierunku.

- Witaj, Harry Blacku. – Głos Arktura nie był szczególnie przyjazny. Być może nie lubił Ślizgonów. – Jesteś całkiem niezły w eliksirach, no nie? Stary Slughorn będzie chciał uczynić cię częścią swojej stałej kolekcji po dzisiejszych zajęciach, jestem o tym przekonany.

Harry skrzywił się.

- O, Boże, tylko nie to.

Lupin wyszczerzył się.

- Widzisz? Mówiłem, że jest w porządku, Arkturze. Nawet jeśli jest w Slytherinie. Alphard powiedział, że różni się od pozostałych.

- A więc jesteś przyjacielem Alpharda? – Arktur uważnie przypatrywał się Harry'emu. Ten przytaknął. Czemu tak dziwnie na niego patrzył? – Chciałbym być dobry z eliksirów – wymamrotał Arktur. – Ale po prostu ich nie znoszę. Dziwne składniki i paskudne zapachy… - zmarszczył nos.

- Och, też nie jestem w nich szczególnie dobry – zapewnił pospiesznie Harry. – Slughorn po prostu tak pomyślał, bo Eileen Prince mi pomagała.

- Eileen Prince ci pomogła? – Lupin wpatrywał się w niego ze zdumieniem. – Proszę, proszę, musisz sobie dobrze radzić z dziewczynami, Harry! Eileen zazwyczaj nawet się nie odzywa, tylko siedzi i rozmyśla we własnym towarzystwie. Zawsze trzyma się na uboczu.

- To musi być rodzinne – mruknął Arktur, biorąc wdech.

- Co? – Harry spojrzał na niego ze zdumieniem.

- Nic takiego – Arktur zmieszał się. – Musimy iść, jesteśmy już spóźnieni na wróżbiarstwo! – Przebiegł przez korytarz, a ciemne włosy opadały mu na ramiona.

- Przepowiadanie przyszłości – powiedziała cicho profesor Inigo Imago* – jest najtrudniejszym z magicznych przedmiotów. Jako że możemy ujrzeć tylko zamazany obraz tego, co ma się wydarzyć, przyszłość zawsze spowija całun tajemnicy i niepewności. Ludzkie serce jest pełne kaprysów. Przyszłość, która ma się wydarzyć, może paść ofiarą naszego pośpiechu lub impulsywnego postępowania. Przeznaczeniem mężczyzny przechadzającego się ulicą może być odnalezienie swojej pokrewnej duszy po skręceniu w róg. Jednak on zdecyduje, bez żadnego ważnego powodu, zatrzymać się i zamiast tego kupić gazetę. Zaabsorbowany kilkoma zupełnie nieważnymi informacjami, przejdzie obojętnie obok tego, co Pani Los mu przeznaczyła. Nie rzuci jej nawet drugiego spojrzenia.

Tom podniósł wzrok.

- Ale czy ten mężczyzna nie poczułby, że coś jest nie tak, pani profesor? Czy nie miałby, na przykład, tajemniczych snów o kimś, kogo nigdy nie widział? – Wyglądał na zaniepokojonego.

- Być może tak właśnie by się stało – siwa nauczycielka uśmiechnęła się. – I właśnie dlatego musimy się nauczyć, jak interpretować nasze sny. Mogą być one zapowiedzią tego, co jest dla nas widoczne jedynie przelotnie… A teraz spójrzcie, proszę, na stronę 42, gdzie znajdziecie listę często pojawiających się symboli sennych. Pracując w parach, zacznijcie zapisywać swoje ostatnie sny, zwracając szczególną uwagę na wszelkiego rodzaju nietypowe lub zdumiewające obrazy.

- Tutaj, Harry! Szybko! – Aphard pomachał do niego gorączkowo. – Próbuję unikać Sybilli – dodał szeptem, kiedy Harry opadł na krzesło obok niego. – To ta dziwna dziewczyna w okularach. Zawsze przewiduje moją śmierć. To okropnie przygnębiające. Och, spójrz, Tom nie miał dzisiaj szczęścia, musi z nią pracować. Nasłucha się o swoich tragicznych zgonach. Cóż, lepiej żeby to był on niż ja.

Harry obrócił się i zobaczył Sybillę Trelawney, która wpatrywała się w Toma z wielkim współczuciem.

- Och, biedny, biedny chłopcze! – wyszeptała. – Widzę zamgloną postać, która zbliża się w twoim kierunku, kiedy spokojnie śpisz. Jej różdżka jest uniesiona. Wypowiada słowa klątwy uśmiercającej…

- Wszystko w porządku, Arkturze? – Harry usłyszał głos Johna Lupina, dobiegający z bliska. – Drżysz.

- Wszystko… Wszystko w porządku – wyszeptał Arktur. – Po prostu od słów Sybilli przechodzą mnie ciarki. Dobra, gdzie byliśmy? Śniłeś o dziecku z turkusowymi włosami? Jestem pewien, że to symbol… To może oznaczać… Wydaje mi się, że powinieneś być ostrożny, bardzo ostrożny. Nigdy nie obrażaj wilkołaka albo zemści się on na twoim pierwszym dziecku… Po prostu o tym pamiętaj, John.

John Lupin kartkował gorączkowo swój podręcznik wróżbiarstwa.

- Gdzie żeś to znalazł? Nie widzę tutaj nic takiego…

Harry przyjrzał się z namysłem Arkturowi. A więc znasz Remusa? I Snape'a? Kim ty na Merlina jesteś, Arkturze Blacku? Syriuszem, mimo wszystko?

- A więc mogę w każdej chwili umrzeć, jak słyszę – Tom Riddle opadł na trawę przy jeziorze, tuż obok Harry'ego.

Harry wziął głęboki oddech, zanim odważył się spojrzeć w górę.

- Praca z Sybillą w parze podczas wróżbiarstwa potrafi wytrącić z równowagi, no nie?

- Do pewnego stopnia – Tom uśmiechnął się i wyciągnął na trawie. – Następnym razem to ty będziesz przewidywał moją przyszłość, a nie ona. – Zamknął oczy i ziewnął.

- Jaką chciałbyś mieć w takim razie przyszłość, Tom? – Harry starał się mówić normalnie, ale jego głos drżał.

Tom zaśmiał się cicho.

- Och, chciałbym być niewiarygodnie bogaty i niesamowicie potężny.

- Niesamowicie potężny? – Harry zerknął na Toma. – Tak, potrafię sobie wyobrazić, że taki będziesz…

- Naprawdę tak myślisz? – Tom otworzył oczy. – Dobrze. W takim razie twoje przepowiadanie przyszłości podoba mi się o wiele bardziej niż w wykonaniu Sybilli. – Jego srebrzystoszare oczy błyszczały. – Powiedz mi w takim razie, Harry, co jeszcze widzisz w mojej przyszłości.

Harry przełknął ślinę.

- Ja…

- Och, nie patrz na mnie w ten sposób, Harry! Jesteś gorszy niż ona. Chcę, żebyś przepowiedział mi wspaniałą przyszłość.

Harry starał się uśmiechnąć.

- Co w takim razie jeszcze powinno wydarzyć się w przyszłości, Tom? Wyobraź sobie, że jesteś już bogaty i potężny. Czego jeszcze byś chciał?

Tom zastanawiał się przez chwilę. Później westchnął.

- Chciałbym iść ulicą i skręcić w róg w odpowiedniej chwili, żeby zobaczyć tego, kogo powinienem. Jak myślisz, Harry, czy to się wydarzy?

Harry spuścił wzrok.

- Nie wiem. Być może tak, Tom. Nie mam pojęcia…

- Cóż, to było zachęcające! – Tom usiadł pośród trawy. – Wystarczy tych przepowiedni. Znajdźmy coś lepszego do roboty.

- Na przykład co?

Tom wyciągnął z kieszeni szat zniszczoną książkę.

- Znalazłem to w bibliotece któregoś dnia, w Dziale Ksiąg Zakazanych. Możesz iść tam, kiedykolwiek zechcesz. Slughorn zawsze podpisze ci pozwolenie, jeśli powiesz mu, że potrzebujesz dodatkowych wiadomości do wypracowania. Spójrz, ta książka nazywa się "Sekretna historia Hogwartu" i zawiera w sobie bardzo ciekawe informacje.

- Na jaki temat?

Tom uśmiechnął się.

- Na temat tego wszystkiego, czego nauczyciele nie chcą, żebyśmy się dowiedzieli. Jak na przykład Komnata Tajemnic. Została wybudowana przez samego Salazara Slytherina i nikt jeszcze nie był w stanie jej odnaleźć. Ale tutaj jest kilka intrygujących wskazówek. Chodź, Harry, zobaczmy, czy uda nam się znaleźć ją we dwójkę!

- Nie! – Harry wpatrywał się w Toma z przerażeniem. – Potwór… Nie możesz…

- Och, więc słyszałeś o potworze? Ostatnio natknąłem się na wzmianki o nim w legendzie. A gdzie ty słyszałeś o potworze Salazara?

- Biblioteka… rodzinna… - głos Harry'ego się załamał.

- Naprawdę? – Tom uniósł brew. – Chciałbym w takim razie kiedyś ją zobaczyć! I nie powinieneś martwić się o tego mitycznego potwora. Nawet jeśli wciąż istnieje, jestem pewien, że potrafię go kontrolować. Rzuć na to okiem. – Wyciągnął swoją cisową różdżkę z szat. – Serpensortia! – Na trawie pojawił się mały szary wąż o ciemnych, błyszczących jak diamenty plamkach. Tom spojrzał na niego z lekkim uśmiechem. – Mam umiejętność, którą posiada bardzo niewielu czarodziei, Harry. Zatańcz dla mnie, wężu! – Wąż zaczął się poruszać w dziwnych, hipnotyzujących spiralach, kiedy tylko usłyszał komendę wydaną w wężomowie. – Jest mi posłuszny – wyszeptał Tom. – I mam powód, by sądzić, że potwór Slytherina także jest jakimś rodzajem węża. Czy wiesz, że Salazar Slytherin był wężousty, tak jak ja? Chodźmy znaleźć tę komnatę, co?

- Przestań tańczyć – Harry wysyczał gwałtownie do węża. Ten natychmiast przestał, zastygając w połowie ruchu i pozostał w tej pozie w trawie. – Nie, Tom! Nie będziesz szukać tej komnaty. Nie pozwolę ci! – gwałtownie rzucił się w kierunku Toma i popchnął go mocno na ziemię. Przewrócili się obaj, lądując na miękkiej trawie, zaplątani, Harry na górze. Spoglądał w błyszczące oczy przyszłego Czarnego Pana. Twarz Toma znajdowała się tak blisko jego własnej, że mógł poczuć jego szeleszczący ciepły oddech na swojej własnej twarzy. Twarz Toma przybrała dziwny wyraz.

- Też jesteś wężousty, Harry? Tak jak ja?

- Załóżmy się o to, Riddle – wysyczał Harry. – Zapanuję nad bazyliszkiem w Komnacie, żeby uśmiercić go mieczem, zanim pozwolę ci nasłać go na niewinnych ludzi i zgubić szkołę.

- Proszę, proszę, proszę! – zimny głos Arktura Blacka zabrzmiał tuż za nimi. – Dwóch ślizgońskich wężoustych! Ćwiczycie Czarną Magię, no nie? I patrząc na rozwój wypadków zaraz pewnie się pocałujecie. Mówiłem ci, John, że nie można ufać Ślizgonom, prawda? Okazuje się, że mimo wszystko miałem rację w stosunku do Harry'ego.

KONIEC ROZDZIAŁU DRUGIEGO

* „Inigo" to angielska wersja hiszpańskiego męskiego (!) imienia „Íñigo", pochodzącego od łacińskiego „ignotus" (nieświadomy); „imago" z kolei to owad dorosły