Dziękuję ponownie za komentarze, aż przyjemnie wstawiać nowy rozdział :) Moja beta jest naprawdę wspaniała :)
ewa, w tym rozdziale okaże się, że nie tylko Harry nie może zapić Toma... miłego czytania! :)
italiana, tak jakoś wyszło :"DD Także ze względu na pairing, muszę przyznać. Czapka z głowy dla bety, zdecydowanie tak. Dla mnie... no dobra, dla mnie też ;) Bardzo chętnie wezmę się za tłumaczenie czegoś, co mi polecisz. Obecnie nie mam żadnego tekstu na oku, niestety. A zabawa w tłumacza bardzo mi się spodobała.
Rozdział 3
Harry nie mógł zasnąć. Zbyt wiele myśli kłębiło się w jego głowie. Arktur Black, który wyglądał prawie tak samo jak Syriusz. Arktur Black, który został przydzielony do Gryffindoru. Arktur Black, który zdawał się być, dokładnie tak samo jak Harry, podróżnikiem w czasie. Kim on właściwie był i co tutaj robił? Czy on także przybył tutaj z zamiarem zabicia Toma Riddle'a?
Harry westchnął i schował głowę w chłodnej, gładkiej satynie poduszki. Nie pomogło mu to w odnalezieniu odpowiedzi na żadne z pytań. Myśli ciągle wirowały w jego głowie. Tom Riddle. Tom Riddle, który śnił o chłopcu z blizną. Tom Riddle, który wciąż szukał Komnaty Tajemnic. Tom Riddle, który miał stać się Voldemortem. Chociaż nim nie był. Jeszcze nie. Tom Riddle, którego oddech wydawał się taki ciepły, kiedy dotykał twarzy Harry'ego.
Co to za hałas? Ten cichy szmer otwieranych drzwi? Czyżby ktoś wymykał się z dormitorium nocą? Harry leżał spokojnie, nasłuchując. Miękkie kroki zbliżały się do jego łóżka poprzez marmurową posadzkę… Nie, nikt nie wyślizgiwał się z dormitorium. Ktoś się do niego wślizgiwał. Jakie to dziwne…
Harry leżał bez ruchu, udając, że śpi. Włosy, znajdujące się w wiecznym nieporządku, częściowo zasłaniały jego twarz. Nie sądził, żeby ktokolwiek mógł zauważyć jego otwarte oczy. Chyba że patrzyłby naprawdę z małej odległości… Ciemna sylwetka szła slalomem przez pokój, po kolei pochylając się nad śpiącymi chłopcami i spoglądając na każdą z mijanych twarzy.
Cień zatrzymał się przy łóżku Riddle'a.
- Tutaj jesteś – wyszeptał cicho głos.
Harry wytężył wzrok, starając się dostrzec cokolwiek poprzez kosmyki czarnych włosów. Szaty Gryffindoru? Jakim cudem Gryfon byłby w stanie wejść do dormitorium Slytherinu w środku nocy? Długie, ciemne włosy zalśniły w świetle świec. Arktur Black? Co on tutaj robi? I to w dodatku w środku nocy? W następnej chwili Harry zrozumiał z całkowitą jasnością, co Arktur ma zamiar zrobić. Gryfon wyciągnął różdżkę ze swoich szat i wycelował ją w Riddle'a.
- Najwyraźniej Sybilla przynajmniej raz przepowiedziała przyszłość poprawnie, Tom – powiedział półgłosem. – Umrzesz, Lordzie Voldemorcie. Nie zdążysz zaszkodzić nikomu więcej.
Harry, wstrzymując oddech, czekał na klątwę uśmiercającą, ale Arktur najwyraźniej zaczął się wahać. Przeczesał palcami swoje ciemne włosy i spoglądał z niepewnością na śpiącego przed nim chłopaka.
- Cholera. To byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby chociaż wyglądał bardziej jak on – wymamrotał młodociany morderca. – Dlaczego musi mieć twarz jak jakiś cholerny anioł?
Aż za dobrze wiem, jak się czujesz, Arkturze! Harry czuł, że serce dziko wali mu w piersiach. Miał przedziwną chęć wyskoczyć z łóżka i wytrącić różdżkę z chwiejącej się ręki Arktura. Jęknął w duchu. Merlinie! Hermiona miała rację. Naprawdę mam coś w rodzaju kompleksu bohatera, prawda?Nie chcę pozwolić na śmierć kogokolwiek, nawet Toma Riddle'a. Cóż, jeśli naprawdę pragnę uratować ludzkie istnienia, wiele ludzkich istnień, powinienem pozwolić Arkturowi zrobić to, co zamierza. Muszę mu pozwolić zabić Voldemorta. Sam już zdążyłem niechlubnie zawalić swoje zadanie. Teraz nie muszę robić wiele, tylko pozostać cicho i pozwolić tajemniczemu Arkturowi uratować życie wszystkich przyszłych ofiar Voldemorta za pomocą jednej, szybkiej zabijającej klątwy.Czemu zajmowało mu to tak tyle czasu? Arktur najwyraźniej był czymś rozproszony.
- Cholera. On jest… piękny. Czemu, do cholery, on musi być taki piękny? – Różdżka Arktura zadrżała w trzymającej ją dłoni. Stał tam przez kilka chwil w oczywistej rozterce, wpatrując się w Toma. – Nie jestem gejem, niezależnie od tego, co myślą moi głupi przyjaciele – wymamrotał do samego siebie. – Nic o mnie nie wiedzą. Podobają mi się dziewczyny, na litość boską! Nie faceci. A już w szczególności nie on… – Z jego ust wydobyło się lekkie westchnienie. W następnej chwili nachylał się nad łóżkiem i przyciskał usta do bladego czoła Toma, a później do jego warg. Tom westchnął miękko, a przerażony Arktur natychmiast od niego odskoczył. – Och, Merlinie! – spojrzał na Toma, wytrzeszczając oczy w kiepskim świetle. – Co ja właśnie zrobiłem, do cholery? Powinienem go zabić, na litość Merlina! Jestem taki żałosny! To będzie trudniejsze, niż podejrzewałem… – Powoli pokręcił głową.
Harry zamknął oczy. Słyszał kroki Arktura, wycofujące się w kierunku drzwi, a następnie ciche skrzypienie ciężkich dębowych drzwi, które otworzyły się i zamknęły.
Arktur Black też nie mógł zabić Toma Riddle'a. Harry czuł dziwną ulgę na myśl o tym.
Tom znów przewrócił się we śnie.
- Wróć tutaj… – Kiedy wyszeptał te słowa w wężomowie, jego wargi wygięły się w delikatnym uśmiechu. Ciemne, pełne wargi, nad którymi Arktur pochylał się jeszcze chwilę temu…
Harry nagle poczuł, że zdecydowanie mógłby rzucić klątwę uśmiercającą. Wiedział, po prostu wiedział,że gdyby wypowiedział słowa Avada Kedavra, zielone iskry wyleciałyby z jego różdżki i dosięgłyby ofiary, od razu ją zabijając.
Jedyny problem stanowił fakt, że to nie Toma chciał zabić, ale tego przeklętego Arktura, który nieproszony krążył po nocy i całował ludzi.
Harry ponownie ukrył twarz w poduszce i jęknął.
…
- Co, na Merlina, stało się Arkturowi? – John Lupin brzmiał na wyraźnie zirytowanego. – Mecz może się zacząć w każdej chwili, a on wciążsiedzi na trybunach, szczerząc się do tych Krukonek. ARKTUR, MASZ SIĘ NATYCHMIAST STAMTĄD WYNOSIĆ!
- Ktoś rzucił na niego urok. Jestem o tym przekonany – Alastor Moody wyglądał ponuro. – Cały dzień dziwnie się zachowywał. Flirtował z każdą dziewczyną w zasięgu wzroku.
- No właśnie - Algie Longbottom, o twarzy okrągłej jak księżyc, zmarszczył brwi. – Moja dziewczyna, Enid, widziała, jak Arktur puszcza jej całusa przez korytarz. Komplementował też jej… eeee… biust. Była bardzo zła. Rzecz jasna, mało brakowało, a przeklęłaby go na całe życie.
- Być może Arktur chce coś udowodnić – głos ścigającej Gryfonów, Minerwy McGonagall, brzmiał dobitnie oschle.
Moody uparcie potrząsnął głową.
- Przeklęty – powtórzył mrocznie. – Jest tylko jedno wyjaśnienie. Podwalanie się do Enid to jedno – wybacz, Longbottom, ale naprawdę niezła z niej laska – niemniej zauważyłem, że Arktur flirtował z Jane Sewlyn w czasie numerologii. Na to niema żadnego normalnego wyjaśnienia. Ta dziewczyna wygląda jak ropucha.
- Wcale nie! – stwierdził Algie Longbottom ze wzburzeniem. – Jest idealnie obrzydliwa!
Moody lekko zmarszczył brwi.
- Tak, dokładnie o to mi chodziło, Longbottom.
John Lupin wyglądał na zmartwionego.
- Być może Arktur wypił jakiś rodzaj eliksiru miłosnego? Nie, to niemożliwe. Po wypiciu Amortencji zakochałby się w jednej dziewczynie, nie we wszystkich.
- Eliksir? – Moody powoli pokiwał głową. – Możesz być na dobrym tropie, Lupin. Zauważyłem, że Arktur, kiedy myśli, że nikt nie patrzy, łyka coś ze swojej tajemniczej butelki. Chowa ją w szatach. To prawdopodobnie coś o wielebardziej złowieszczego niż eliksir miłosny.
- Jakieś problemy z szukającym, Lupin? – Tom rzucił kapitanowi Gryfonów spojrzenie pełne udawanego współczucia. – Wcale nie musimy grać, gdybyście, na przykład, chcieli poddać się bez walki.
- Nasz szukający będzie tutaj w ciągu trzydziestu sekund, Riddle – odparła Minerwa McGonagall podniesionym głosem. Odeszła, stąpając ciężko, żeby odciągnąć Arktura od trybun. Jej włosy, splecione w długie warkocze, powiewały za nią. Harry nie zdołał usłyszeć, co mówiła do chłopaka, ale jej słowa musiały odnieść skutek, bo Arktur już kilka chwil później podążał za nią na boisko. Wyglądał na raczej zażenowanego.
- Ledwie pan zdążył, panie Black – nauczyciel latania spoglądał surowo na Arktura. Był małym i żylastym obcokrajowcem, którego imienia Harry nie dosłyszał. – Drużyny, proszę zająć miejsca.
Dwa zespoły zajęły pozycje. Z jednej strony Arktur Black, John Lupin, Algie Longbottom, Alastor Moody, Minerva McGonagall i dwóch chłopaków, Frobisher i Sloper, razem tworzący zespół Gryfonów. Z drugiej strony gracze Slytherinu: Harry, Tom, Abraxas Malfoy, Cepheus Lestrange, Alphard Black, Orion Black, który był na trzecim roku i wyglądał jak radosna miniaturka Syriusza, oraz chłopak o imieniu Crockett. Trochę dziwnie było grać w quidditcha, mając na sobie srebrno-zielone szaty. W spojrzeniu Harry'ego pojawił się zazdrosny błysk, kiedy patrzył na Arktura, wyglądającego bardzo przystojnie w czerwono-złotych kolorach Gryffindoru.
Tom położył mu rękę na ramieniu.
- Powodzenia, Harry. Pokaż im, co potrafisz.
- Jasne, w porządku, pokażę im. – Harry nie spuszczał wzroku z Arktura.
Tom zaśmiał się.
- Masz w sobie odpowiedniego ducha! – delikatnie rozczochrał włosy Harry'ego. Przez twarz Arktura przemknął wyraz głębokiej irytacji.
Złoty znicz został wypuszczony w jasne wiosenne powietrze, od razu znikając w podmuchu ruchu i światła, a pozostałe piłki podążyły za nim. Harry pochylił się nad trzonkiem miotły, szukając jakiegokolwiek znaku obecności złotej piłeczki. Tam! Kątem oka wychwycił nieznaczny ruch… Harry wystrzelił przed siebie i usłyszał pomruk wydany przez tłum poniżej. Srebrna Strzała, którą dostał dzięki dobremu sercu Dumbledore'a, okazała się o wiele wolniejsza od mioteł, do których przyzwyczaił się w przyszłości. W zamian za to była niesamowicie wyczulona na ruchy gracza i jeśli tylko ustawiło się pod tym kątem, wydobycie z niej odrobiny przyzwoitej prędkości było całkowicie możliwe.
Niestety, Arktur Black zdawał się być w każdym calu tak szybki na swojej Srebrnej Strzale jak Harry. Gryfon w czerwonych szatach ścigał Harry'ego poprzez pachnące wiosną powietrze. Niebezpieczny błysk w jego szarych oczach sugerował, że nie da dotknąć Harry'emu znicza, jeśli tylko on miał coś do powiedzenia w tej kwestii.
Harry zmienił kierunek lotu i Arktur postąpił tak samo. Harry jęknął. Czemu Arktur latał za nim w kółko? Odfruń i sam zacznij szukać tego cholernego znicza, Arkturze! I przestań mnie śledzić, gdziekolwiek bym nie poleciał! Na Merlina, jaki on jest wnerwiający! Przestań za mną latać albo pokażę ci kilka sztuczek z mojej przyszłości, które z pewnością ci się nie spodobają!
Chwileczkę… Harry nagle się uśmiechnął. Nie, wszystko w porządku, Arkturze. Po prostu śledź mnie dalej. Harry gwałtownie skręcił w lewo i Arktur oczywiście zrobił to samo.
Słyszał, jak wiele metrów niżej nauczyciel latania zasypywał zebranych swoimi podekscytowanymi komentarzami:
- A Orion Black zbliża się do obręczy! O, dobry strzał! Ale obrońca Gryfonów, Minerwa McGonagall, znowu spektakularnie broni… Gdzie się podział znicz? Obaj szukający zdają się lecieć w tym samym kierunku. Zaraz, chwileczkę, najwidoczniej coś zaczęło się wreszcie dziać. Najprawdopodobniej szukający Ślizgonów dostrzegł znicza! Leci w kierunku… Na brodę Merlina!
Harry usłyszał pomruk wielu głosów wydany przez tłum, kiedy nagle zanurkował w kierunku ziemi znajdującej się wiele mil pod nim, rozpościerając dłoń, jakby miał właśnie złapać znicza. Zerknął szybko nad swoim ramieniem. Tak, Arktur ciągle znajdował się tuż za nim. Harry uśmiechnął się do siebie i zmierzał prosto w kierunku powierzchni boiska, a otaczające go kształty były rozmazane przez prędkość, z jaką się poruszał. Mógł poczuć podmuch miotły Arktura, który znajdował się na wyciągnięcie ręki i wciąż się zbliżał…
W ostatniej możliwej chwili, cale od ziemi, Harry wyprostował swoją miotłę i wzbił się z powrotem w powietrze.
- Uch! – Arktur uderzył w grunt z głuchym łupnięciem. Harry rzucił mu szybkie spojrzenie, a później poszybował w górę i złapał znicza, który bezszelestnie unosił się w powietrzu nad obręczami Gryfonów. Tłum siedział w pełnej zdumienia ciszy przez kilka chwil, a później wybuchł gorączkowym aplauzem i wiwatami.
John Lupin wytrzeszczał oczy na Harry'ego.
- Czekaj, co się właściwie stało? Czy ty po prostu udawałeś, że widzisz znicz na dole, żeby Arktur podążył za tobą?
- To było genialne, do cholery! – oczy Abraxasa Malfoya błyszczały.
- Fantastycznie, Harry! – Tom Riddle wybuchnął śmiechem. – Jakim cudem to wymyśliłeś? Nigdy nie słyszałem o czymś podobnym!
- Ani ja – na twarzy nauczyciela latania widniał wyraźny zachwyt, kiedy patrzył na Harry'ego. – Co za genialny z punktu widzenia taktyki ruch! Muszę sam tego spróbować, kiedy wrócę do Polski tego lata, żeby grać dla Goblinów z Grodziska*! – zachichotał. – Moi przeciwnicy nie będą nawet wiedzieli, co ich uderzyło!
Harry wpatrywał się w niego.
- Gra pan dla Goblinów z Grodziska, sir?
Mały czarodziej wyszczerzył się.
- Dokładnie, panie Black. Jestem ich szukającym.
- Ale… Ale w takim razie musi być pan… eee… Józefem Wrońskim? – Harry zamrugał w zdumieniu. Czy właśnie nauczyłem Wrońskiego Zwodu Wrońskiego?O, nie, głowa boli mnie od samego myślenia o tym…
Arktur wstał i zbliżał się właśnie do Harry'ego z dość dziwnym wyrazem twarzy.
- Czy… Czy jesteś ranny? – Harry nie mógł nie czuć się winnym upadku Arktura.
Ten potrząsnął ręką z rezygnacją.
- Tylko moja duma. Nic więcej. Ale chciałbym wiedzieć, gdzie nauczyłeś się tego ruchu. To raczej nietypowa sztuczka. – Przyglądał się Harry'emu swoimi jasnymi, szarymi oczami. – Nie wydaje mi się, żebym widział ten zwód wcześniej.
Coś w tonie jego głosu sugerowało, że, być może, widział go później. W przyszłości.
- To… To po prostu wydało mi się dobrym pomysłem – zawahał się Harry. Ku jego ogromnemu zdumieniu, leniwy uśmiech pojawił się na twarzy Arktura. Szybko rozejrzał się, żeby sprawdzić, czy nikt inny ich nie słucha. Kiedy upewnił się, że tak jest, nachylił się do Harry'ego i wyszeptał:
- Lepiej żebyś nie był tym, kim myślę, że jesteś, Black. Czy przybyłeś tu za mną? Mówiłem już, że zrobię to sam, głupku. To moja misja.
- Co? – Harry wpatrywał się w Arktura, nic nie rozumiejąc.
Arktur zmieszał się.
- A jednak nim nie jesteś. Mój błąd. Po prostu przypominasz mi w tej chwili… mojego przyjaciela. Nie, oczywiście, że nie możesz nim być. Mówiłeś w wężomowie już wcześniej, prawda?
- To był najlepszy mecz quidditcha, jaki kiedykolwiek widziałem! – wielki chłopak z szopą czarnych włosów podszedł do nich i zaczął gwałtownie potrząsać ręką Harry'ego. – Słyszałem, żeś dobry w quidditcha, Black, ale to było niesamowite, serio!
Hagrid? Harry uśmiechnął się, widząc znajomą twarz.
- Dziękuję ci… masz na imię Rubeus, prawda? – Hagrid wyglądał niemalże tak samo, nawet bez swojej bujnej brody.
- Masz rację! – Hagrid wpatrywał się w niego z uśmiechem. – Sam nie gram w quidditcha – trochem za ciężki dla zwykłej miotły – ale uwielbiam oglądać mecze. – Jego czarne oczy świeciły się. – Śmieszne, cholibka, że wasza dwójka pojawiła się tutaj kilka tygodni temu i nagle rozgrywki stały się o wiele ciekawsze! – spojrzał z namysłem na Harry'ego i Arktura. – W sumie coś w was jest dla mnie łamigłówką. Nie umiem tego dokładnie wyjaśnić, ale… czy wasza dwójka nie jest przypadkiem braćmi?
- Braćmi? – Harry uśmiechnął się do swojego przyjaciela z przyszłości. – Nie, oczywiście, że nie. Właściwie to wcześniej się nawet nie znaliśmy. Ale nosimy to samo nazwisko, więc zakładam, że jesteśmy dalekimi krewnymi.
- Och, ja żem nie mówił o nazwisku– Hagrid przekręcił swoją dużą głowę w jedną stronę. – Nie, chodziło mi o cosik innego… To jest… To jest…
- Co to takiego, Hagridzie? – Arktur spoglądał na niego z zainteresowaniem.
Hagrid wzruszył ramionami.
- Ja nie wiem, jak to poprawnie powiedzieć, Black. Wy dwaj nie wyglądacie może tak samo, ale w podobny sposób was czuć. Jak jedna z tych dżdżownic, która rozdziela się na dwie i staje się dwiema dżdżownicami. Jak… Jak byście byli tą samą osobą, wiecie, co mam na myśli…
Harry i Arktur przez chwilę przyglądali się sobie w pełnej zdumienia ciszy. Później Arktur wyszeptał:
- Ale to… to kompletny nonsens, Hagridzie…
Hagrid z namysłem potarł swój nos.
- Tak. Tak mi się wydaje, Black. – Rozjaśnił się nagle w szerokim uśmiechu. – Zastanawiam się, czy któryś z was interesuje się rzadkimi bestiami? Obaj wyglądacie jak ludzie lubiący zwierzątka. Mam kilka ciekawych okazów, gdybyście czasami chcieli na nie rzucić okiem.
Spojrzenia Harry'ego i Arktura spotkały się.
- Jaki to rodzaj zwierząt, Hagridzie? – zapytał Arktur dość zrezygnowanym głosem.
- Och, nie mogę ci teraz powiedzieć, Black – Hagrid uśmiechnął się do siebie radośnie. – To by zepsuło niespodziankę, no nie?
KONIEC ROZDZIAŁU TRZECIEGO
* Autorka nie uściśliła, o który Grodzisk chodzi, a Wikipedia podaje, że w naszym wspaniałym kraju mamy 13 miejscowości o tej nazwie. Tak, wspomnienie o tej drużynie w jakiejś mierze skłoniło mnie do przetłumaczenia opowiadania ;)
