Nowy rozdział, jak widać, wreszcie się pojawił. Przepraszam, ale od czwartku aż do dzisiejszego popołudnia byłam odcięta od sieci. Tak więc wszystko jest moją, absolutnie moją winą, choć nie przewiduję podobnych sytuacji w przyszłości. (a becie jak zwykle gorąco dziękuję, skoro już się przyznała, że tu zagląda!)

ewa, dziękuję za pozdrowienia, moja beta najpewniej też się z nich cieszy ;) na nowy rozdział trzeba było trochę poczekać, bo uruchomienie internetu u dziadków trwa (wyjechałam na ten dłuższy odrobinę weekend).

Akame Sora, no cóż, surrealizmu naprawdę nie ma za wiele w tym ficku, poza samym faktem cofnięcia się w czasie... Ja, czytając, rozważałam kilka wersji, ale naprawdę, nie byłam pewna niczego aż do samego końca. Może uda mi się poprowadzić tłumaczenie tak, że zakończenie także dla was będzie jakimś zakończeniem ;) Niestety, monolog musiał być, bo głupio się pisze przemyślenia osoby, której imienia czytelnicy nie znają. A jeśli chodzi o imię, cóż, gdy pojawi się więcej głosów krytyki, przerobię na angielskie, bo w sumie nie jest to szczególnie znana gwiazda.

italiana, rzeczywiście, reakcja Arktura jest jednym ze śmieszniejszych fragmentów i fajnie przeczytać to później jeszcze raz, wiedząc, kim jest. Tom, cóż, w tym opowiadaniu jest bardziej przygnębiony i zagubiony niż zły i paskudny, ale tak też bywa. Slashowe akcenty (mocniejsze) pojawiają się pod koniec przyszłego rozdziału, a taki prawdziwy, prawdziwy w rozdziale szóstym. Ale oczywiście przypomnę jeszcze. I czekam na znalezienie czegoś milusiego :)

A teraz miłego czytania wszystkim. I oczywiście dziękuję za wszystkie komentarze!

Rozdział 4

- Czy on nie jest przesłodki? – Hagrid wpatrywał się z zachwytem w czarnego jak noc potwora, którego trzymał w ramionach. Niemowlę akromantuli w zamyśleniu potarło jedną ze swoich futerkowych nóg o policzek Hagrida. Było wielkości dobrze wyrośniętego pierwszoroczniaka. Hagrid zachichotał. – O, popatrzcie, poznaje swoją mamusię! – spojrzał na Harry'ego i Arktura z zachwytem. – Czyż nie jest najpiękniejszym stworzeniem, jakie żeście kiedykolwiek widzieli?

Arktur zaczął przeczesywać włosy palcami.

- Eee. Jest cudowny… Tyle, że nie wydaje mi się, żebyś mógł trzymać go w szkole, Hagridzie.

- On ma rację, Hagridzie – przytaknął Harry szybko. – Z pewnością, eee… nie może być tutaj szczęśliwy. W ciasnej szafce w podziemiach musi czuć się jak w klatce. Powinien być na zewnątrz, w lesie. Tam może biegać wolny, gdzie tylko będzie chciał i cieszyć się świeżym powietrzem…

- Racja – wtrącił Arktur natychmiast. – W Zakazanym Lesie będzie mu o wiele lepiej, Hagridzie. Jest zdecydowanie zbyt niebezpieczny, żeby trzymać go w szkole.

- Niebezpieczny? – Hagrid był oburzony. – Co masz na myśli? Cholibka, mój mały Aragog nie skrzywdziłby nawet muchy, ja to wiem!

- Nie celowo, oczywiście – Arktur wpatrywał się w akromantulę ostrożnie. – Ale gdyby… yyy… na przykład gdyby ktoś go przestraszył, a on zaatakował w… eee… częściowo w samoobronie? Wtedy to ciebie będą obwiniać. Możesz nawet zostać wyrzucony. Nie chcemy, żeby to się stało, prawda? Hagridzie?

- Wyrzucony? – Hagrid wybuchnął śmiechem. – Za trzymanie zwierzaka? To głupie. Nie możesz mówić serio, Black!

- Nie mogę być SyrCo?* – odparł nerwowo Arktur, z jakiegoś powodu niesamowicie zdenerwowany.

- Nie wydaje mi się, że to głupie – odparł Harry spokojnie. – Hodowanie akromantul jest nielegalne, prawda? I gdyby w szkole się coś wydarzyło, ty mógłbyś zostać tylko wyrzucony, ale pomyśl, co mogą zrobić Aragogowi.

- Aragogowi? – wyszeptał Hagrid. Uścisk jego ramion dookoła włochatego potwora zacieśnił się, zupełnie jakby chciał go bronić.

- Dokładnie – Arkturus potaknął ochoczo. – Harry ma rację, Hagridzie. Mogą go nawet… - ściszył swój głos do szeptu – zabić. – Nie chcesz, żeby to się stało, prawda?

Hagrid zbladł.

- Zabić? Małego Aragoga? Cholibka, naprawdę sądzicie, że będzie bezpieczniejszy w lesie, co?

- Dokładnie – przytaknął Harry entuzjastycznie. – To dla niego najlepsze miejsce. Całe to świeże powietrze… I zawsze będziesz mógł go tam odwiedzić, Hagridzie. Tak często, jak tylko będziesz chciał.

Hagrid westchnął głęboko.

- Tak. Podejrzewam, że macie rację. Chodź tu w takim razie, mój mały kumplu. Chodź do mamy. Znajdziemy ci jakieś milusie małe gniazdko. – Poszedł dalej korytarzem w świetle pochodni, trzymając swoje cenne zwierzątko. Czarne szczypce klekotały groźnie w stronę dwóch chłopców ponad jego ramieniem.

- Cóż, w takim razie jeden problem rozwiązany – mruknął Arktur. Spojrzał na Harry'ego z namysłem. – Dzięki za pomoc. Być może nie zostałeś źle przydzielony. To znaczy, do Slytherinu.

- Dzięki – wymamrotał Harry, niepewny, czy powinien wziąć te słowa za komplement czy jednak nie.

Coś perłowo białego i niematerialnego podpłynęło w ich kierunku.

- Dobry wieczór, chłopcy… Chwileczkę, co? – półprzezroczysty kształt Prawie Bezgłowego Nicka obrócił się w miejscu i zatrzymał blisko Harry'ego i Arktura. Wyraz zadziwienia pojawił się na jego widmowej twarzy. – Ale… Ale to jest niemożliwe!

- Witaj, Sir Nicholasie – Arktur wyszczerzył się do ducha Gryffindoru. – Eee… Co jest niemożliwe?

Prawie Bezgłowy Nick spojrzał na Arktura, następnie na Harry'ego, a potem znowu na Arktura.

- To – wyszeptał. – Wy dwaj, tutaj, w Hogwarcie, razem. To nie powinno się wydarzyć.

- Naprawdę? – Arktur spojrzał z zaciekawieniem na upiornego arystokratę. – Dlaczego nie, Sir Nicholasie?

Ale Prawie Bezgłowy Nick tylko pokręcił głową.

- Obawiam się, że nie mogę wam powiedzieć. Z powodu Kodeksu Duchów.

- Kodeksu Duchów? Duchy mają kodeks?

Sir Nicholas spojrzał surowo na Arktura.

- Oczywiście że tak. Czy wyobrażałeś sobie nasze istnienie jako stan kompletnego bezprawia? My, zmarli, posiadamy raczej surowy kodeks, określający nasze zachowania, który w szczególny sposób uwzględnia dzielenie się z żyjącymi jakimikolwiek informacjami o przyszłości. Kiedy ktoś zostaje… ach… uwolniony od ograniczeń czasu, zyskuje całkowicie nowy punkt widzenia. Dokładniej rzecz biorąc, osoba, która przechodzi ze świata żywych do świata zmarłych i staje się duchem, potrafi zobaczyć przeszłość i przyszłość tak samo jasno jak teraźniejszość.

- Możesz zobaczyć przyszłość? – Harry wpatrywał się w niego.

Prawie Bezgłowy Nick z powagą skinął głową.

- Tak, oczywiście. Wszystkie duchy to potrafią. Ale nie możemy o niej mówić zwykłym śmiertelnikom, oczywiście. To byłoby wbrew starożytnemu kodeksowi, który konstytuuje naszą obecność w świecie materialnym. Każdy z nas po chwili, dłuższej lub krótszej, przyzwyczaja się do wiedzy o przyszłości i uczy się za wiele o niej nie myśleć. Jednak kiedy powstają pewne paradoksy… - spojrzał powątpiewająco na dwóch chłopców, po czym powoli pokręcił chyboczącą się głową. – O, moi drodzy… Nie miałem migreny od przeszło pięciu setek lat, ale zdecydowanie przeczuwam, że zaraz jej dostanę. – Westchnął i zniknął w korytarzu.

Harry i Arktur wpatrywali się w jego ślad.

- O czym… o czym on właściwie chciał nam powiedzieć? – wyszeptał Arktur.

Harry wzruszył ramionami.

- Nie mam pojęcia. – Spojrzał na grupę małych dziewczynek, opuszczających korytarz. – Czy widziałeś może uczennicę w okularach, jedną z tych młodszych? Nie mam pewności, na którym jest roku. Nazywa się Marta. Muszę… eee… przedyskutować z nią pewną sprawę, ale nie mam pojęcia, gdzie mogę ją znaleźć.

- Marta? – Arktur spojrzał na niego w ewidentnie dziwny sposób. – Cóż, to całkiem zabawne, Harry. Rozmawiałem z pewną Martą dzisiaj rano.

- Ty rozmawiałeś? Ale… - Harry potarł czoło. Wydawało mu się, że jego też rozboli dzisiaj głowa. – Dlaczego w takim razie z nią rozmawiałeś?

Arktur bardzo uważnie wpatrywał się swoimi błyszczącymi szarymi oczami w twarz Harry'ego.

- Tak po prawdzie, to pochwaliłem jej okulary. Powiedziałem, że bardzo ładnie w nich wygląda. I dodałem, że gdyby ktokolwiek się z nich naśmiewał, powinna przyjść z tym prosto do mnie, zamiast włóczyć się po szkole na własną rękę i płakać.

- Naprawdę? – Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu. – To rzeczywiście zabawne, bo ja eee… Myślałem o powiedzeniu jej czegoś całkiem podobnego.

Przez chwilę patrzyli się na siebie w ciszy. Nagle Arktur westchnął.

- To jest zbyt dziwne, Black. Posłuchaj, wiem, że to niemożliwe, ale i tak muszę cię o to zapytać. Czy jesteś…?

- Arktur! Tutaj jesteś! – obaj obrócili się na dźwięk nienaturalnie słodkiego i radosnego głosu Jane Selwyn. Arktur jęknął.

- Obiecałam ci pomóc z pracą domową z numerologii, pamiętasz? – Jane posłała Arkturowi olśniewający uśmiech i poprawiła swoją różową kokardkę we włosach. Arktur zbladł.

- Racja, zapomniałem… Słuchaj, Jane, naprawdę cieszę się, że chcesz mi pomóc, ale to nie jest już potrzebne. Sam ją odrobiłem.

- Naprawdę? I zrobiłeś ją całkiem sam? Włączając w to ten przykład, w którym musiałeś skorzystać z tabel Mispara Godola**? – Jane spojrzała na niego powątpiewająco. – Jakoś nie wydaje mi się, Arkturze Blacku. Chodź ze mną, mój drogi.

- Wszystko w porządku – powiedział szybko Harry. – Eee… Pomogłem mu z jego pracą domową, Jane. Naprawdę ją zrobił.

Arktur posłał Harry'emu spojrzenie pełne głębokiej wdzięczności, ale Jane zachichotała tylko.

- Och, nie bądź głupi, Harry. Ty nawet nie uczysz się numerologii. Czy w ogóle wiesz, czym jest Mispar Godol?

- Tak, oczywiście. To… To jest…

- Tak też myślałam. – Jane posłała Harry'emu słodkie spojrzenie, które zmroziło go aż do kości. – Chłopcy, nie wolno opowiadać kłamstw. Chodź, Arkturze. Wiesz, że zgodziliśmy się zrobić to razem.

Arktur westchnął głośno i powlekł się bezradnie za Jane.

- Po prostu… Upewnij się, że będziesz używał swojego pióra, dobra, Arkturze? – zawołał za nim Harry. – Nie bierz żadnego, które ona by ci dała.

- Harry? Gdzie idziesz? – Na wpół śpiący Tom Riddle otworzył oczy.

Harry zmieszał się i przeklął za bycie tak nieostrożnym. Był całkowicie przekonany, że wszyscy śpią.

- Po prostu idę na spacer. Za chwilę wrócę. Idź spać, Tom.

- Spacer? W środku nocy? – Tom usiadł na łóżku, rozbudzony, a jego srebrzystoszare oczy błysnęły. – Zaczekaj, pójdę z tobą. A gdzie tak właściwie się wybierasz?

Harry starał się, żeby jego głos nie zadrżał.

- Tak właściwie to do Komnaty Tajemnic. I tak, wydaje mi się, że możesz pójść ze mną, Tom. Zamierzałem zrobić to na własną rękę, ale być może to będzie miało więcej sensu, jeśli wezmę cię ze sobą.

- Do Komnaty Tajemnic? – Tom otworzył szeroko oczy koloru rtęci. – A więc w takim razie wiesz, gdzie ona jest? – Harry przytaknął w milczeniu. – Gdzie? Ograniczyłem zasięg możliwych lokalizacji do pierwszego albo drugiego piętra, ale wciąż nie jestem całkowicie pewien…

- Zobaczysz, Tom.

Tom przytaknął i po cichu wyśliznął się z łóżka.

- Dobrze. Ale tamtego dnia, kiedy rozmawialiśmy w wężomowie, powiedziałeś, że nie chcesz, żebym ją znalazł.

Harry przełknął ślinę.

- Wiem. Ja… Po prostu zmieniłem zdanie, Tom. Być może mimo wszystko będzie lepiej, jeśli pójdziesz tam ze mną. – To miejsce, w którym pierwszy raz się spotkaliśmy, Tom, gdzie pierwszy raz zobaczyłem twoją twarz. Twoją, nie Voldemorta. Ale tym razem to ja jestem przygotowany na to, co tam znajdziemy, a ty nie. Tym razem to ja wszystkim pokieruję.

Po cichu wymknęli się z dormitorium. Harry wyciągnął pelerynę-niewidkę ze swojej kieszeni i rozpostarł ją nad nimi.

- Peleryna-niewidka? – szepnął Tom. – A skąd ty wziąłeś?

- Rodzinna pamiątka rodowa – odparł Harry krótko. – Na wypadek, gdybyśmy kogoś spotkali.

Przez krótki, niedorzeczny moment zastanawiał się, czy Arktur też nosił pelerynę, kiedy to on wymykał się na szkolne korytarze w nocy. Nie, to właściwie niemożliwe. Peleryny-niewidki były bardzo rzadkie, prawda?

- Gdzie idziemy? – zapytał szeptem Tom, kiedy wdrapali się na kolejny rząd schodów. – Wejście do Komnaty nie może być tak wysoko.

- Musimy wstąpić jeszcze gdzieś, zanim tam pójdziemy – wyszeptał Harry do ucha Toma. Czuł ciepło jego ciała, kiedy wspinali się razem po schodach pod peleryną. Wystarczająco często chodził wcześniej pod nią z Ronem i Hermioną, żeby wiedzieć, że to normalne, ale do nich zdążył się już przyzwyczaić. Obecność Toma była o wiele bardziej rozpraszająca. Chłopiec Który Przeżył i Czarny Pan, idący razem przez Hogwart, niewidzialni, zadumał się, zerkając ukradkiem pod peleryną na anielską twarz Toma. To kompletny absurd. Zastanawiam się, czemu w takim razie czuję się z tym tak dobrze.

Zatrzymali się przed ciężkimi dębowymi drzwiami.

- Gabinet dyrektora? – Tom brzmiał na zaintrygowanego.

- Po prostu potrzebuję coś stąd wziąć, Tom – Harry zerknął na paskudnego gargulca, który strzegł wejścia. Ten odpowiedział mu kamiennym spojrzeniem. Najwidoczniej peleryna nie oszukała go ani na chwilę. – Czy zdarzyło ci się kiedyś usłyszeć, jakie… eee… słodycze lubi profesor Dippet?

- Słodycze? Nie mam pojęcia – Tom uśmiechnął się. – Ale jeśli potrzebujesz hasła, brzmi ono "Fifi LaFolle". Wyśliznęło się Wrońskiemu. Uważał je za okropnie śmieszne.

- Fifi LaFolle? – powtórzył Harry, a gargulec odsunął się z głębokim westchnięciem, które wskazywało na to, że też niezbyt dba o hasła. – Czy to nie jest nazwisko jakiejś autorki? Wydaje mi się, że widziałem jej książki u pani Fi… eee… w domu przyjaciela.

- Wydaje mi się, że można ją nazwać autorką – Tom popchnął drzwi, otwierając je. – Pisze czarodziejskie romanse. Same bzdury o połówkach tej samej duszy, prawdziwej miłości, magii i podróżach w czasie. Najwidoczniej staremu Dippetowi podobają się jej książki. A więc, Harry, co tutaj robimy?

- Szukamy Tiary Przydziału. Lumos – Harry zrzucił pelerynę-niewidkę i przebiegł wzrokiem po półkach po swojej lewej. – Jest! – zdjął tiarę z jednej z nich i kichnął, kiedy chmura pyłu opadła z połatanego materiału.

- Proszę, proszę, proszę – głos Tiary Przydziału był rozbawiony. – Widziałam, że wrócisz! Masz już dość Slytherinu, chłopcze? Gotowy do przejścia ponownie przez ceremonię przydziału?

- Przejścia ponownie przez ceremonię przydziału? – Tom wpatrywał się w kapelusz. Tiara znieruchomiała na dźwięk jego głosu.

- On? – Tiara zdawała się być zaskoczona. – Dlaczego, na Merlina, przyprowadziłeś tutaj jego? Ciebie z przyjemnością przydzielę ponownie, mój mały gryfoński buntowniku, ale z całą pewnością nie tego tutaj. Jest prawdziwym Ślizgonem, nigdy nie widziałam kogoś, kto bardziej pasowałby do tego domu.

Harry westchnął.

- Nie przyszedłem tutaj, żebyś mnie ponownie przydzieliła. Tym razem mam inną prośbę.

- Czekaj, nie rozumiem, Harry. Czemu ten kapelusz myśli, że jesteś Gryfonem? – Tom rzucił Harry'emu spojrzenie pełne zdumienia. – Jesteś przecież Ślizgonem, tak jak ja, prawda? Jak by nie było, jesteś, na Merlina, wężousty!

Harry zignorował go i zwrócił się do tiary.

- Idę do Komnaty Tajemnic i potrzebuję broni.

- Broni…? – Tiara przez chwilę nie poruszała się. Później miękko odetchnęła. – Ach… Więc jesteś prawdziwym Gryfonem, czyż nie?

Coś srebrnego błysnęło i Harry wyciągnął rękę w kierunku postrzępionego materiału. Natrafiła ona na ciężki, twardy metal. Z szerokim uśmiechem wyciągnął z tiary starożytny miecz, na którego rękojeści błyszczały rubiny.

- Na Merlina, co to jest? – Tom wziął głęboki oddech.

Tiara Przydziału zachichotała chrapliwie.

- To, młody Ślizgonie, jest miecz Gryffindora. Tego nie przewidziałeś, prawda?

- Jest… Piękny… - wyszeptał Tom ochryple, a jego srebrne oczy wodziły po mieczu.

- Lubisz starożytne magiczne artefakty, prawda? – głos Tiary przybrał teraz groźny ton. – Wiem o tobie, Tomie Riddle. Cóż, ten nigdy nie będzie twój. Tylko prawdziwy Gryfon może go dotknąć.

- Prawdziwy Gryfon…? – Tom wpatrywał się w Harry'ego. – Ale… Ale on nie jest…

- Chodźmy, Tom – Harry wziął go za rękę i delikatnie wypchnął z gabinetu dyrektora. – Musimy z powrotem założyć pelerynę.

W ciężkiej ciszy zeszli po schodach. Harry czuł, że Tom próbuje wywiercić mu dziurę w czaszce swoim srebrnymi oczami. Wreszcie Tom szepnął:

- Harry? Czy ty przed chwilą rzuciłeś urok na Tiarę Przydziału? Zachowywała się strasznie dziwnie. Na początku przydzieliła cię do Slytherinu, a teraz dała ci miecz Gryffindora, chociaż wcale nie jesteś Gryfonem. Musiałeś użyć magii, żeby ją zmylić…

- To długa historia – Harry zatrzymał się i popchnął drzwi, które się otworzyły. – Chodź, Tom. To tutaj znajduje się wejście do Komnaty Tajemnic.

- W dziewczęcej łazience? – Tom początkowo uśmiechnął się, ale chwilę później gwałtownie zaczerpnął tchu. – Oczywiście! Dlaczego o tym nie pomyślałem? Część wskazówek w starożytnych tekstach z Działu Ksiąg Zakazanych sugerowała, że jej położenie jest jakoś związane z wodą… - Harry zdjął z nich obu pelerynę i rozejrzeli się po cienistej łazience. Snop księżycowego światła wpadał przez wysokie stożkowate okna i sprawiał, że w pokoju panował miękki półmrok. Białe marmurowe zlewy lśniły w ciemnościach, a ich stare, ciężkie kurki błyszczały się na srebrno w świetle księżyca. – Gdzieś tutaj… - szepnął Tom, wodząc dłońmi po białym marmurze. – Ale gdzie, Harry?

Nie odpowiadając mu, Harry obrócił się do srebrnego kurka w kształcie ozdobnego węża i wyszeptał w wężomowie:

- Otwórz się.

Ciężki marmurowy zlew przesunął się z głuchym jękiem, a przed nimi pojawił się czarny otwór.

- Merlinie! Jakim ty czarodziejem jesteś, Harry? – W oczach Toma błysnęło coś nowego, wyglądającego jak… podziw? – Skąd wiedziałeś, co robić? Nie jesteś zwyczajnym uczniem, prawda, Harry Blacku? Cała reszta to naiwni głupcy, bawiący się w czarnoksięskie sztuczki, nauczyciele w równym stopniu co uczniowie. Ale ty jesteś inny. Ty jesteś prawdziwym magiem, tak jak sam Slytherin… Wydaje mi się, że możemy zostać przyjaciółmi, Harry… - dodał niemalże nieśmiało.

Harry przełknął ślinę. Schował różdżkę do kieszeni szaty i pewniej chwycił miecz Gryffindora swoją prawą dłonią.

- Przyjaciółmi? To nie jest chyba najlepszy moment… Chodź ze mną, Tom. Czas spotkać się z potworem Slytherina. Tym razem zobaczysz się z nim twarzą w twarz.

- Tym razem? O czym ty mówisz? – Tom mocno chwycił swoją różdżkę i podążył za Harrym do ciemnej komnaty.

KONIEC ROZDZIAŁU CZWARTEGO

* po angielsku "serious" i "Sirius" brzmi tak samo, stąd pomyłka naszego Arktura ;) jeśli ktoś ma pomysł jak lepiej to przetłumaczyć, proszę pisać!

** Mispar Godol est powiązany z gematrią, czyli systemem numerologii, opierającym się na języku i alfabecie hebrajskim. Jego tablice i więcej informacji można znaleźć na angielskiej wiki: http:/en. wikipedia. org/wiki/Gematria, mniej o gematrii, ale po polsku, pod tym samym hasłem: http:/pl. wikipedia. org/wiki/Gematria