Dziękuję za komentarz i za wszystkie alerty :) Pod koniec tego rozdziału mamy trochę dwuznacznych gestów, ale w sumie nic więcej. A następny postaram się tak ładnie przetłumaczyć, jak jeszcze żaden poprzedni. Co, ostrzegam, może trochę potrwać.
Miłego czytania!
Rozdział 5
Na początku otaczała ich nieprzenikniona ciemność i martwa cisza. Harry czuł tuż obok siebie obecność Toma, z którego ciała promieniowało przyjemne ciepło w tym zimnym i wilgotnym powietrzu komnaty. Jeśli się skoncentrował, mógł nawet usłyszeć ciche bicie jego serca.
Witaj w Komnacie Tajemnic, Tom! To przecież miejsce, w którym ty i ja spotkaliśmy się po raz pierwszy. Być może nie pamiętasz, ale to właśnie tutaj powinniśmy się pierwszy raz zobaczyć. Ja o tym nie zapomniałem. Będziesz oglądał, jak zabijam bazyliszka i będziesz dokładnie tak samo bezradny jak cień twojego wspomnienia w przyszłości. Zastanawiam się, czy napiszesz o tym dzisiaj w swoim dzienniku, Tomie Riddle! Ocalę tej nocy życie młodej dziewczyny, tak jak zrobiłem to w przyszłości. Ale tym razem to Marta zostanie uratowana, a nie Ginny… Choć może Arktur już ją ocalił, po prostu z nią rozmawiając?
- Lumos! – światło z różdżki Toma migotało słabo w ciemnej komnacie. Harry dostrzegł dzięki niemu zarys kształtów starożytnych kamieni, które kruszyły się ze starości i wilgoci. Powietrze było ciężkie i zatęchłe. Ledwo mógł dostrzec twarz Toma w słabym świetle, ale jego oczy świeciły jasno.
- Nareszcie! Komnata Tajemnic stworzona przez Salazara Slytherina! – wyszeptał. – Wyobraź sobie, Harry, że jesteśmy pierwszymi czarodziejami, którzy postawili tutaj stopę, od czasów samego Salazara! Niemalże czuję tutaj jego obecność. Potwór, którego zostawił, wciąż tutaj jest i pilnuje Komnaty. Czuję to w kościach. Ty też, prawda, Harry? Słyszę, że coś się porusza. Coś wciąż żyje w tej komnacie!
Harry skinął głową i pewniej chwycił miecz. Wreszcie przypomniał sobie, skąd znał ten cichy, odległy odgłos. Coś ogromnie ciężkiego poruszało się powoli po wilgotnej posadzce z kamienia, zbliżając się w ich kierunku…
Coś przemknęło obok nich. Jakiś monstrualny kształt, ciemniejszy nawet od skrywającego go cienia, sunął w ich kierunku. Kątem oka Harry dostrzegł coś jasnego i żółtego, co szybko zniknęło z jego pola widzenia. Zabójcze oczy bazyliszka. Natychmiast popatrzył w innym kierunku.
- Spuść wzrok, Tom! – Harry starał się, żeby w jego głosie nie było słychać zdenerwowania. – Nie patrz na jego ślepia. Potwór Salazara to bazyliszek. Jego spojrzenie zabije cię, jeśli popatrzysz mu prosto w oczy.
- Bazyliszek? – Tom stał bez chwilę bez ruchu. Później wysyczał w wężomowie: - Słuchaj mnie, starożytny obrońco sekretów Slytherina! Jako jego ostatni żyjący potomek i dziedzic Salazara rozkazuję ci słuchać wszystkich moich rozkazów.
Bazyliszek poruszył się, a wszechobecny syk odbił się echem od ścian komnaty:
- Dziedzic Salazara? I twierdzi, że jest także moim mistrzem?
Kiedy potwór podpełzał do nich, Harry ponownie wbił wzrok w podłogę. Pokrywała ją woda, zbierająca się niedaleko ich stóp w ciemnych, płytkich wgłębieniach kamiennej posadzki. W powietrzu czuć było okropny smród stęchłej wody i odór śmierci, przez co Harry'emu zakręciło mu w nosie, a jego żołądek skręcił się w supeł.
- A co to jest? – bazyliszek zatrzymał się tak blisko Harry'ego, że jego paskudny oddech mierzwił mu włosy. – Przyniosłeś mi ofiarę, potomku Slytherina? A więc dobrze się spisałeś, dziedzicu Salazara. Będę posłuszny tylko i wyłącznie temu, kto pragnie poświęcić kogoś ze swojego własnego gatunku, tak jak zrobił to mój poprzedni mistrz.
- Ofiarę…? Nie! – wykrzyknął Tom i w ostatniej chwili odepchnął Harry'ego od rozwartych szczęk potwora. – Nie jego. Nigdy nie śmiej go tknąć. Jest moim przyjacielem. Wężoustym, tak jak ja. Ja… Przyniosę ci kogoś innego…
- Przyniesiesz mu kogoś innego? Do cholery, to dokładnie w twoim stylu, Tom! Tym razem nie będzie żadnych ofiar! – Harry złapał miecz Gryffindora obiema rękami, głęboko odetchnął i zamachnął się nim z całą siłą w stronę bazyliszka. Czuł, jak miecz ociera się o pokrytą łuskami skórę potwora, a coś zimnego i lepkiego kapie na jego bark, ale bazyliszek z łatwością go odepchnął, uderzając w niego swoją wielką głową. Po komnacie rozeszło się dzikie warknięcie.
- Harry! Zabieraj się stąd! Już! – Tom uniósł swoją różdżkę. – Słuchaj się mnie, bazyliszku! Nie dostaniesz go! Podążaj za mną tym korytarzem, a ja znajdę ci inną, lepszą ofiarę…
Potwór wydał z siebie mrożący krew w żyłach syk.
- Możesz być dziedzicem Salazara, ale nie nazwę cię moim mistrzem, jeśli odmawiasz mi ofiary, której pragnę! Jestem bardzo wygłodzony. Nie jadłem niczego, kiedy spałem. Odsuń się od mojej ofiary, dziedzicu Salazara, albo pożrę was obu!
- Nie! – Tom zrobił krok do przodu, zasłaniając sobą Harry'ego i mierząc różdżką w bazyliszka. Ręka, w której ją trzymał, drżała. – Prędzej cię zabiję, niż pozwolę go skrzywdzić! Avada kedavra!
Z różdżki Toma wystrzeliły zielone iskry i uderzyły w ciemną, błyszczącą łuskę bazyliszka, nie przebijając się przez nią w ani jednym miejscu.
- Chcesz mnie zabić ludzką klątwą, głupcze? – potwór ruszył w kierunku Toma, ale Harry odepchnął go w ostatniej chwili. Miecz wypadł mu z ręki i uderzył w posadzkę z cichym brzękiem.
- Klątwa zabijająca nie zadziała na bazyliszka, Tom. Muszę go zabić mieczem Gryffindora, to jedyne wyjście! Uważaj!
Bazyliszek uderzył w posadzkę swoim ogromnym tułowiem. Harry miał zamiar uskoczyć w bok i odbiec jak najdalej, ale ku swojemu przerażeniu zobaczył, że bestia zwraca się w kierunku Toma. Miecz! Musiał mieć miecz! Ale miecz znajdował się teraz pod ciężkim cielskiem bazyliszka, poza zasięgiem Harry'ego. Ogromne szczęki rozwarły się, a Harry spojrzał na bladą, przerażoną twarz chłopca, który jeszcze nie był Czarnym Panem… Tom! Na Merlina! On zabije Toma!
- Hej! Ty tam! To ja jestem ofiarą, której pragniesz, nie on! - wysyczał Harry w wężomowie. Te słowa wydobyły się z jego ust, zanim zdążył pomyśleć. Bazyliszek zamarł, jakby zmieszany i powoli odwrócił swój łeb w jego kierunku. Harry zamknął oczy i bezgłośnie przeklął swoją głupotę. Bazyliszek miał właśnie zabić Voldemorta zamiast mnie, a ja po prostu nie mogłem mu na to pozwolić, prawda? A dlaczego? Bo Czarny Pan wygląda teraz jak niewinny uczeń, a jego włosy opadają miękko na hipnotyzujące srebrne oczy i… Harry Potter, Chłopiec Który Przeżył, za chwilę umrze, poświęcając swoje własne życie, żeby ochronić cholernego Voldemorta, mordercę swoich rodziców. Głupia, głupia, głupia tendencja do ratowania ludzi…
Harry odskoczył do tyłu, ale olbrzymie szczęki potwora kłapały coraz bliżej i bliżej… Harry przywarł plecami do ściany, a miecz był kompletnie poza jego zasięgiem, pod ogromnym, pokrytym łuską ciałem bazyliszka. Umrę. Tylko dlatego, że mam głupi kompleks bohatera i dlatego, że oczy Toma mają taką niesamowicie srebrzystoszarą barwę i dlatego, że nie mogę znieść myśli o czymkolwiek złym, co mogłoby mu się stać… Umrę.
- Nie! Zamknij oczy, Harry! – Tom wycelował swoją różdżkę w kałużę ciemnej wody i wypowiedział zaklęcie w dziwnym języku, którego Harry nie rozpoznał: - Melna clth thii! – Kiedy skończył, woda zaczęła świecić niezwykłym blaskiem. Jej powierzchnia stała się jasna, a następnie srebrna…
- Lustro… - powiedział cicho Harry. – Tom, co ty…?
Bazyliszek, oślepiony nagłym rozbłyskiem jaskrawego światła, pochylił głowę i spojrzał ciekawsko swoimi ogromnymi ślepiami na srebrną powierzchnię kałuży. Zobaczył własne odbicie w wodzie i zamarł bez ruchu, kiedy jego wzrok napotkał swoje własne śmiercionośne spojrzenie.
W następnej chwili ostry, przenikliwy krzyk odbił się echem od ścian komnaty, a bazyliszek upadł na posadzkę, zamykając powoli swoje oczy. Jego ciało skręcało się i prostowało w gwałtownych spazmach, a później nagle zamarło.
- Harry – Tom powoli wyszeptał jego imię, jakby było inkantacją, jakimś magicznym zaklęciem. – Harry… Wszystko w porządku?
- Ja… - Harry zerknął w dół, na krew bazyliszka. – Zabiłeś go, Tom?
- Jeszcze nie – odparł miękko Tom. – Na razie jest tylko spetryfikowany, obrócony w kamień swoim własnym spojrzeniem. Ale skoro o tym wspomniałeś…
Wysadzana rubinami głowica srebrnego miecza była teraz dobrze widoczna pod nieruchomym cielskiem potwora. Tom chwycił ją obiema rękami i wyciągnął spod niego. Nie wahając się nawet przez chwilę, zamachną się w stronę wielkiego węża i uderzył srebrnym mieczem tuż za czaszką, odcinając jego głowę. Krew i jad wypłynęły z jego odrąbanej szyi, ale potwór nawet się nie poruszył.
– No proszę! – Tom cofnął się o krok, oddychając z trudem i uśmiechnął się słabo do Harry'ego. – Teraz zabiłem bazyliszka. Już jesteś bezpieczny.
Harry czuł, jak jego umysł stara złapać się czegoś, czegokolwiek, co pozwoliłoby mu nadal funkcjonować. Był bliski pogubienia się w tym wszystkim.
- Ty zabiłeś bazyliszka mieczem Gryffindora? Ty? Ale… Ale to ja miałem to zrobić! To nie tak miało się potoczyć! – podniósł wzrok i napotkał błyszczące srebrno oczy Toma. Jego serce nagle podskoczyło.
Tom tylko się zaśmiał.
- To nie tak miało się potoczyć? Kto ci tak powiedział? Sybilla? Gdybym był tobą, nie zwracałbym na nią za wiele uwagi. Harry, wyglądałeś, jakbyś potrzebował pomocy. To coś by cię zabiło. - Tom zerknął na martwego bazyliszka i przeszedł go dreszcz, a później wycelował w niego różdżkę.– Confringo! – Ciało gada eksplodowało w chmurze ognia, pyłu i jadu, a połamane ciemnozielone łuski posypały się w powietrze. – I już. To powinno załatwić tę sprawę, raz na zawsze! – Tom mówił delikatnie, ale Harry słyszał, że jego głos drży lekko. – Zasłużył na to tym, jak cię potraktował. Chciałbym mieć bazyliszka Salazara pod swoją kontrolą, ale żądania tego stworzenia były raczej nierozsądne.
Harry wpatrywał się w uśmiechniętego chłopaka znajdującego się przed nim.
- Ale… Ale poświęciłbyś kogoś innego, żeby zyskać panowanie nad nim, prawda, Tom? Nawet innego ucznia. Po prostu nie… mnie…
- Oczywiście, że nie poświęciłbym ciebie. Jesteśmy przyjaciółmi, prawda? – Tom pochylił się i wytrzepał trochę pyłu z włosów Harry'ego. – Powinieneś mnie rozumieć, Harry. W końcu naraziłeś własne życie, żeby odciągnąć tego potwora ode mnie.
Harry westchnął.
- Tak, podejrzewam, że tak właśnie zrobiłem.
- Na Merlina, wyglądasz okropnie! – Tom spojrzał na niego krytycznie. – Masz na sobie krew bazyliszka i pył, jesteś spocony i z trudem łapiesz oddech. Sam właściwie też się nieźle ubrudziłem. Nie możemy tak wrócić do dormitorium. Jad bazyliszka jest koszmarnie trujący i lepiej, żebyśmy jak najszybciej pozbyli się go z naszych ubrań. Harry, weź ten wspaniały miecz Gryffindora ze sobą i chodźmy się umyć.
- Umyć się? Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli taką możliwość, Tom. Drzwi do pryszniców są już zamknięte, no nie? Wydaje mi się, że będziemy musieli użyć zlewów w łazience, w której wciąż tak naprawdę się znajdujemy.
- Zlewów? – w srebrnych oczach Toma pojawił się figlarny błysk. – O, na pewno możemy zrobić coś lepszego. Mam dostęp do łazienki prefektów na piątym piętrze. Moglibyśmy wziąć długą, gorącą kąpiel i pozbyć się tego wszystkiego.
- Kąpiel…? – wymamrotał Harry. – Z tobą…? Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł… - Wyobrażenie jasnego ciała Toma, pozbawionego ubrań i błyszczącego od wody, wkradło się nieproszone do jego umysłu. Harry wziął głęboki oddech, starając się je stamtąd wyrzucić.
Tom roześmiał się.
- Tak, kąpiel. Jeden Merlin wie, że po tym wszystkim obaj jej potrzebujemy. Nie możesz iść spać ubrudzony od stóp do głów krwią bazyliszka. Co się dzieje, Harry? Właśnie stawiłeś czoła zabójczemu monstrum bez cienia wahania czy najmniejszego śladu tchórzostwa, ale jesteś przerażony, kiedy wspominam o kąpieli. Boisz się wody albo coś w tym stylu?
Harry przełknął ślinę.
- Nie. Nie. Wszystko w porządku, Tom.
To nie wody się tak boję, Tom…
…
- Biały jaśmin! – szepnął Tom, a drzwi łazienki prefektów otworzyły się przed nimi na oścież.
Harry gwałtownie złapał oddech. Przez wysokie, zakończone łukami okna widać było aksamitne i pełne gwiazd nocne niebo. Marmur głębokich basenów błyszczał od srebrnego światła księżyca, które odbijało się od jego powierzchni. Na ścianach migotały setki świec, a ich słodki zapach wypełniał całe pomieszczenie. Sterty puszystych białych ręczników i stosy gąbek czekały na każdego wielbiciela nocnych kąpieli przy krawędzi basenu. Tom machnął ręką w stronę srebrnych kranów i kaskada pachnącej, pełnej bąbelków wody zaczęła napełniać basen, oświetlony księżycowym światłem. Tom wymamrotał zaklęcie zamykające w kierunku drzwi, a później beztrosko odrzucił różdżkę na skraj basenu i zaczął zdejmować ubrania.
– Zawsze możemy później rzucić na nasze szaty zaklęcia czyszczące – mruknął niewyraźnie, jednocześnie zdejmując przez głowę szary sweter – ale nie możemy pozwolić, żeby śluz bazyliszka przeniknął przez naszą skórę. Pomogę ci go z siebie zmyć… - rzucił sweter i pelerynę na podłogę i zaczął rozpinać koszulę.
Harry ociągał się, patrząc bezradnie na skórę Toma, która w świetle księżyca wyglądała na kremową. To nie powinno się wydarzyć. Nie powinno mnie tutaj być razem z nim. A on nie powinien być tak irytująco piękny. Harry poczuł, jak palą go policzki i szybko się obrócił. Ostrożnie położył miecz Gryffindora na marmurowej posadzce i zaczął niezdarnie grzebać w swoich pokrytych jadem szatach, stojąc tyłem do Toma.
– Co to takiego? Ten złoty łańcuszek na twojej szyi, Harry? – cicho zapytał Tom.
Cholera. Zmieniacz czasu. Harry pospiesznie zdjął go z szyi i schował do kieszeni szat.
- Nic takiego. Po prostu… eee… pamiątka rodzinna Blacków, która… yyy… jest dość… cenna… - Niezgrabnie rozebrał się i wśliznął się go ciepłej wody pełnej bąbelków, nie patrząc na Toma.
- Masz jad we włosach. Chodź tu, daj mi… - Tom, który jakimś cudem znajdował się tuż obok niego, sięgnął po gąbkę.
- Mogę to sam zrobić – Harry szybko odpłynął i wsadził głowę w pianę. Wyciągnął na ślepo rękę po gąbkę i zaczął gorączkowo szorować nią włosy.
Tom roześmiał się.
- Nie, nie możesz. Wciąż tam jest. Przedostanie się do skóry głowy, jeśli się go nie pozbędziesz. Po prostu nie ruszaj się przez chwilę… - Silne ramię objęło go mocno, a Tom zaczął delikatnie rozplątywać włosy Harry'ego. – Twoje włosy to jeden wielki chaos, Harry.
- W porządku… Nie musisz przecież… Zawsze takie są.
Tom wplątał swoje palce w jego włosy.
- Nie, wcale nie. Sterczą w śmiesznych kierunkach, to prawda, ale nie zawsze są pokryte krwią olbrzymiego bazyliszka ani jego łuskami. Nie ruszaj się, Harry! – Harry westchnął i starał się zastosować do jego rady. Tom był tak okropnie, okropnie blisko. Voldemort. Muszę pamiętać, że on jest Voldemortem. Zabije moich rodziców. Zabije Cedrica Diggory'ego. Spowoduje nieskończone cierpienie wielu ludzi. Moim przeznaczeniem jest go zabić. Żaden nie może żyć, kiedy… O nie, zdecydowanie za dobrze się czuję, kiedy jego palce dotykają moich włosów. U licha ciężkiego, czemu takie rzeczy przytrafiają się zawsze właśnie mnie?
- Harry? – Toma zdawał się mówić wprost do jego ucha.
- C… Co? – głos Harry'ego najwyraźniej wybrał tę chwilę, żeby odmówić współpracy.
- Miałem o tobie strasznie dziwny sen tej nocy.
- Naprawdę? – Harry nie potrafił wydać z siebie dźwięku głośniejszego od szeptu. – O… O czym w takim razie śniłeś?
Wargi Toma znajdowały się niesamowicie blisko jego ucha.
- Śniło mi się, że całujesz mnie we śnie.
- Śnił… Och. – Arktur. Cholerny Arktur. – Nie zrobiłem tego, Tom… To… to nie byłem ja…
Tom nadal nie zamierzał odsunąć swoich ust od jego twarzy.
- Nie przejmuj się, Harry. To był tylko dziwny sen – jego palce wciąż lekko rozczesywały włosy Harry'ego. Nagle szepnął: - Harry? Wiesz, odkryłem już, kim jesteś.
- Odkryłeś… co? – Harry obrócił się w wodzie, prawie kopiąc przy tym Toma. – O czym ty mówisz?
Niepokojące srebrne spojrzenie napotkało wzrok Harry'ego.
- Trochę zajęło mi poskładanie tego do kupy, Harry, ale kiedy zobaczyłem twój zmieniacz czasu, wszystko wreszcie nabrało sensu. Jesteś podróżnikiem w czasie, prawda? – Jego ręka prześlizgnęła się powoli po twarzy Harry'ego. – I wydaje mi się, że wiem, dlaczego tu jesteś…
KONIEC ROZDZIAŁU PIĄTEGO
