Dziękuję wszystkim za komentarze :) Muszę przyznać, że rozdział pojawiłby się dużo później, gdyby nie moja niezawodna beta która niezwykle szybko sprawdziła tekst.

***oznaczyłam początek i koniec wzajemnego patrzenia sobie w oczy i nie tylko. Miłego czytania! :)

Rozdział 6

Harry z osłupieniem wpatrywał się w Toma.

- Wiesz… eee… wiesz, kim jestem? Co masz na myśli?

Nie może wiedzieć. Nawet Voldemort nie może aż tak dobrze przewidzieć przyszłości. I nawet on nie może odgadnąć naszego przeznaczenia. Nie wie, że będziemy musieli zabić siebie nawzajem w przyszłości. Prawda?

Zahipnotyzowany patrzył na szesnastolatka, który pewnego dnia stanie się Czarnym Panem. Słabe światło księżyca padało na jego ciemne loki, a jego blada skóra, w srebrnym świetle odbijającym się w wodzie, wyglądała, jakby błyszczała własnym światłem. Voldemort?

Tom odsunął mokre włosy Harry'ego z czoła i delikatnie dotknął jego blizny.

- Jesteś podróżnikiem w czasie, prawda, Harry Blacku? – powiedział miękko. – Przybyłeś tutaj z przyszłości… Och, nie zaprzeczaj, zauważyłem twój zmieniacz czasu! Do tej pory tylko czytałem o nich w książkach, ale wiem, jak wyglądają. Być może to dlatego od pierwszej chwili, w której cię zobaczyłem, czułem, że przyciągasz mnie do siebie jak magnes. Było w tobie coś niemożliwie znajomego. Wydawało mi się, że już cię znam, nawet jeśli poza moimi snami nigdy wcześniej cię nie wiedziałem. My się znamy, prawda, Harry? W przyszłości? W naszej przyszłości?

Harry desperacko starał się wymyślić jakąś odpowiedź, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Powoli zrobił kilka kroków w tył, starając się uciec od rozpraszającego dotyku Toma. Obłoczek piany przylgnął do jego skóry i Tom wyciągnął rękę, żeby oczyścić ramię Harry'ego z pienistego mydła. W słabym świetle oczy Toma miały kolor stopionego srebra.

- Przyszedłeś tutaj po mnie, prawda, Harry?

- Po ciebie…? – udało się wyszeptać Harry'emu ochrypłym głosem. Och, Merlinie! Wie, że przyszedłem tutaj, żeby go zabić…? Ale jeśli to wie, czemu nie zrobił tego pierwszy? Dlaczego uratował mnie przed bazyliszkiem? To nie ma sensu… I dlaczego tak na mnie patrzy?

Tom przysunął się do niego. Harry spuścił wzrok. Nie ośmielił się spojrzeć w oczy Toma. Zamiast tego wpatrywał się w błyszczące krople wody, spływające po jasnej skórze Toma i mydlane bańki, które delikatnie omywały jego klatkę piersiową. Harry czuł się, jakby ktoś rzucił na niego urok.

- Dla mnie odważyłeś się na podróż w czasie. Czy wiedziałeś, że jestem samotny? Jesteś moim przyjacielem, mam rację, Harry? W przyszłości? – głos Toma był cichszy od szeptu. – Tak, czuję to. Jesteś moim współtowarzyszem. Moją drugą połówką, moim kochankiem… - Ostatnie słowo zdawało się zwlekać, drżąc pomiędzy nimi jak nuta zatrzymywana przez muzyka, zanim przebrzmiało. *** Coś musnęło wargi Harry'ego. Coś ciepłego i miękkiego. Tom pochylił się i gwałtownie wycisnął drążący pocałunek na ustach Harry'ego.

On uważa, że jestem… kim? Jego kochankiem…? Ale dlaczego tak sądzi…? Umysł Harry'ego miotał się rozpaczliwie, starając się pojąć ideę tego niedorzecznego, spaczonego powiązania z przyszłym Voldemortem. Ale ciało Harry'ego zdawało się jakoś zadziwiająco łatwo pojmować sugestię Toma, nawet jeśli jego rozum rozpaczliwie z nią walczył. Wargi Harry'ego przyjęły ten niemożliwy pocałunek całkiem ochoczo i odpowiedziały na niego, jakby był najnormalniejszą rzeczą na świecie. Umysł Harry'ego zaprotestował ze złością: Nie jest moim kochankiem. Nie może nim być! Jest przecież moim śmiertelnym wrogiem, zabójcą moich rodziców, mrocznym czarnoksiężnikiem z mojej przyszłości… Łączy nas nienawiść, nie miłość… Ale z jakiegoś trudnego do zrozumienia powodu ramiona Harry'ego zachowywały się tak, jakby całkowicie zgadzały się z tym błędnym wyobrażeniem ich więzi, owijając się dookoła szyi Toma. Palce Harry'ego niecierpliwie musnęły cudownie wilgotną skórę na plecach Toma.

Nie, nie wolno mi go dotykać… To nie tak wszystko powinno się potoczyć… Ramiona Harry'ego rozdzieliły się, kiedy poczuł, jak język Toma dotyka jego własnego. Ten pocałunek był przerażający, niczym Avada, Imperius i Crucitus połączone w jedno. A jednocześnie był najlepszą rzeczą, jakiej Harry kiedykolwiek doświadczył. Harry jęknął bezradnie w usta Toma, którego ręce błądziły po skórze Harry'ego, a jego dotyk był jednocześnie palący i kojący.

- Wreszcie – westchnął Tom, nie przerywając pocałunku. – Nigdy nie wiedziałem, czego tak desperacko pragnę, czego pragnąłem przez cały ten czas, ale to zawsze byłeś ty… - dodał, zostawiając na szyi Harry'ego ślady szaleńczych pocałunków.

- Tom? – Harry z trudem łapał powietrze. – Ty… Ty i ja… To nie… - jego mózg rozpaczliwie chciał mu coś mu przekazać. Szeptał jakieś kiepskie i pozbawione znaczenia wymówki o mordercy, mroku i śmierci, ale nie miało to za wiele sensu. Dotyk Toma rozpalał i sprawiał, że w żyłach Harry'ego zamiast krwi pulsował płynny ogień. Harry czuł, że ostatnie fragmenty racjonalnego myślenia rozpuszczają się pod wpływem muskających jego skórę rąk. Ma rację. Oczywiście, że ma rację. To zawsze byliśmy ja i ty, Tom… Czemu wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy?

Tom sięgnął w dół odbijającej księżycowy blask wody, dotykając go… Och. Harry jęknął i bezradnie przycisnął się do Toma. Mocno. Działa na mnie tak mocno… Tak jak ja na niego.

Tom, którego głos słyszał w swoim uchu, z trudem łapał oddech:

- Musisz mi powiedzieć, kochanie… Nie pamiętam naszej przyszłości, ale ty z pewnością nie zapomniałeś niczego. Jak się kochamy? Czy ty wchodzisz we mnie czy ja w ciebie?

- Ja… Tom, to nie… - dotyk Toma sprawił, że kolejna fala ognia przeszła przez ciało Harry'ego. Zamknął oczy i jeszcze mocniej zacisnął swoje ręce wokół Toma. – Ty. Wewnątrz. We mnie. Już, Tom…

Tom popchnął go w kąt marmurowego basenu, wydobywając z gardła Harry'ego kilka jęków zadowolenia.

- Moja różdżka… Powinienem wypowiedzieć zaklęcie, żeby cię przygotować… - jego ręka musnęła sondująco wejście Harry'ego.

- To nie jest konieczne, Tom. Te pachnące olejki i cała ta piana w wodzie są wystarczająco śliskie… Aaach.

- Harry? Skrzywdziłem cię? – srebrzystoszare oczy Toma wpatrywały się w twarz Harry'ego z zaniepokojeniem. – Pozwól mi znaleźć różdżkę…

- Ani mi się waż – wyszeptał Harry. Musnął twarz Toma opuszkami palców. – Nie waż się nawet stąd ruszyć. Różdżki są zdecydowanie za daleko. Potrzebuję cię teraz… Jestem gotowy, Tom.

Uśmiech pojawił się powoli na twarzy Toma.

- W takim razie… - wyszeptał. Przycisnął ręce do bioder Harry'ego i powoli pchnął do przodu, zagłębiając się całkowicie we wnętrzu Harry'ego. Tom westchnął, a całe jego ciało drżało. – Och, Merlinie… To jest… To jest… - Zamiast skończyć, wycisnął gwałtowny pocałunek na ustach Harry'ego.

Harry patrzył prosto w srebrne oczy.

- Jakie, Tom? – jego słowa zabrzmiały jak jęk.

- Zadziwiające. Cudowne. Bliskie… Och, Merlinie, taki ciasny… - Tom oddychał z trudem. – Nie wytrzymam długo, Harry. Jesteś tak obłąkańczo piękny…

Harry przełknął ślinę.

- Ty też, Tom. – Owinął swoje ramiona dookoła szyi Toma i pocałował jego usta. Nie przerwał pocałunku, nawet kiedy Tom zaczął się w nim poruszać, początkowo powoli, a później coraz bardziej i bardziej gwałtownie. Ocierał się wargami o jego miękkie usta, kiedy woda wirowała miękko dookoła nich, a Tom wykrzyczał jego imię. Ciepła, srebrna woda wymieszała się z białym nasieniem ich obu.

Tom opadł bez tchu na Harry'ego. Czułe i pozbawione sensu pieszczotliwe słowa wydobywające się z jego ust, mieszały się z westchnieniami. Jego oczy, które pociemniały w świetle księżyca, szukały twarzy Harry'ego.

- Czy to… Czy było tak dobrze, jak to pamiętasz, kochanie? Jak w naszej przyszłości?

Harry oparł swój policzek o błyszczącą od wody klatkę piersiową Toma.

- To było… cudowne, Tom.

Tom delikatnie ujął twarz Harry'ego w dłonie i nakrył jego wargi swoimi. Jego ręce bez pośpiechu błądziły po ciepłej skórze Harry'ego.

- Dobrze – wyszeptał. – Jeszcze raz?

Harry roześmiał się, jednocześnie starając się złapać oddech.

- Tak, Tom. Jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze… Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek mógł mieć ciebie dosyć… ***

Później, o wiele później, odpoczywali w rogu basenu wśród stosów puchatych ręczników. Kiedy wycierali ze swojej skóry wszystkie zbłąkane krople i resztki pachnącej omdlewająco piany, Tom wyszeptał:

- Ile lat by minęło, Harry, zanim spotkalibyśmy się w przyszłości, gdybyś nie wrócił i mnie nie znalazł?

Harry opatulił ciemne loki Toma grubym ręcznikiem.

- Wiele, wiele lat. Spotkamy się po raz pierwszy za czterdzieści lat od dzisiaj. – Z trudem przełknął ślinę. Za czterdzieści lat, kiedy zabijesz moich rodziców i zostawisz mi tę bliznę… Nagle wyobrażenie Toma jako Czarnego Pana, atakującego małe dziecko, wydawało się kompletnie niedorzeczne. On nie jest Voldemortem. Nigdy nim nie będzie. To jest Tom. Po prostu Tom.

- Czterdzieści lat? Byłbym samotny przez czterdzieści lat, zanim bym cię spotkał? – Tom pocałował miękko jego wargi. – To okropnie dużo czasu, Harry. Zastanawiam się, co się ze mną działo przez wszystkie te lata, kiedy nie było cię przy mnie?

Harry odwrócił wzrok.

- Stałeś się potężnym czarnoksiężnikiem, Tom. Niektórzy mówią, że największym czarodziejem, który kiedykolwiek żył.

- Naprawdę? – Tom uśmiechnął się lekko. – To nie brzmi aż tak źle. – Po jego twarzy przemknął cień. – Ale nie byłbym zbyt szczęśliwy, prawda? Nie, póki cię nie spotkałem…

Harry przesunął powoli palce po ślicznej, jasnej twarzy Toma.

- Teraz wszystko się zmieni, Tom. Przyszłość będzie całkowicie odmienna, skoro spotkaliśmy się w tym czasie. Tak musi być. Przeszłość już się zmieniła. Bazyliszek jest martwy, a ty… Co to było? – Harry szybko rozejrzał się wkoło.

Czy ktoś właśnie zapukał do drzwi? Tak, pukanie rozległo się po raz kolejny, tym razem głośniejsze niż przed chwilą. Harry zaklął i wymamrotał cicho:

- A nie mógłbyś może użyć jakiejś innej łazienki? Kto, na Merlina, musi użyć łazienki prefektów, która znajduje się w tak oddalonej części zamku, o tej godzinie?

Odruchowo wyciągnął rękę w kierunku swoich szat, ale od razu przypomniało mu się, że zostawił Mapę Huncwotów u siebie w domu, w swoim czasie.

Tom zaśmiał się cicho.

- Być może ktoś poza nami potrzebuje kilku godzin prywatności? – sięgnął po swoją różdżkę i rzucił zaklęcie czyszczące na ich szaty.

Z zewnątrz dobiegło kolejne pukanie. Brzmiało dość nalegająco. Harry wślizgnął się w swoje ubrania z westchnieniem i krzyknął:

- Przepraszam, zajęte! Skorzystaj innej łazienki!

- Harry Black? To ty?

Harry jęknął, kiedy rozpoznał ten głos. Arktur. Oczywiście. To musiał być Arktur, prawda?

- Tak, jestem tutaj. W łazience. Idź stąd, proszę, Arkturze.

- Szukam Toma Riddle'a. Widziałeś go może?

- Szukasz mnie? O tej porze? – Tom uniósł brew i rzucił Finite Incantatem na drzwi. – Możesz wejść, Arkturze, już otwarte.

- Tom? Ty też tu jesteś? – Arktur wszedł do środka i rozejrzał się wkoło z bezradnością wypisaną na twarzy. Jego spojrzenie spoczęło na marmurowym basenie, w którym wciąż znajdowała się pachnąca woda, błyszcząca w świetle księżyca. – Braliście kąpiel? W środku nocy? Że co?

Odwrócił się w stronę Toma i Harry'ego, marszcząc brwi.

- Och… - zamarł, kiedy dostrzegł srebrny miecz Gryffindora, który Harry podniósł z posadzki. – Na Merlina, co to jest, Harry? Czemu przyniosłeś to tutaj? I czemu jesteś w łazience razem z Riddlem? – Arktur wpatrywał się w Harry'ego przez chwilę bez wyrazu. Wtedy jego twarz przybrała dziwny wyraz. – Och. Chciałeś użyć miecza, żeby… eee… - przez ułamek sekundy spoglądał w kierunku Toma, a jego głos obniżył się do szeptu. – Och, na Merlina, Harry Blacku! Czy jesteś tutaj z jakiegoś powodu?

- Arkturze…? – głos Toma nie mógł być spokojniejszy. – To, co mówisz, jest raczej pozbawione sensu. Chodziłeś we śnie albo coś w tym stylu? Wyglądasz na raczej nieprzytomnego.

- Ja… eeee… - Arktur taksował wzrokiem twarz Harry'ego. – Kim ty do cholery jesteś? Kurna, wiedziałem, że powinienem tutaj zabrać mapę…

- Mapę? – Harry wpatrywał się w Arktura szeroko otwartymi oczami. On nie może mówić o Mapie Huncwotów, prawda? Syriusz? Nie, to nie może być Syriusz…

- Nie pamiętasz, kto to jest? To Harry Black. Nowy uczeń ze Slythierinu, przypominasz sobie? – Tom poprowadził delikatnie Arktura w stronę drzwi. – A mówiąc o Slytherinie, Harry i ja właśnie wracaliśmy do dormitorium, żeby trochę się przespać. Czemu nie wrócisz do swojego? Wyglądasz na zmęczonego.

- Slytherin. Racja, jesteś w Slytherinie, prawda, Harry? – wymamrotał Arktur. – Co znaczy, że nie możesz być… Zaczekaj, czy na tym mieczu jest krew?

Harry zerknął w dół, na miecz Gryffindora, na którego ostrzu ciągle lśniły resztki ciemnej krwi bazyliszka.

- Och, tak, prawdopodobnie powinienem go z niej wyczyścić, zanim oddam go Tiarze.

- Tiarze? – głos Arktura był słaby. – Chcesz dać miecz… eee… kapeluszowi? Być może naprawdę lunatykuję.

Harry zamoczył miecz w srebrzystym basenie i poruszył nim kilkukrotnie.

- I już. Wygląda jak nowy! – pospiesznie otarł ostrze o szaty.

- To tylko krew bazyliszka, Arkturze – powiedział lekko Tom. – Harry nie wałęsał się po nocy, mordując napotkanych uczniów, jeśli to cię martwi.

- Bazy… cooo? – Arktur wpatrywał się w Harry'ego. – Zabiłeś bazyliszka, Harry Blacku? Tutaj, w szkole?

- Nie, Tom to zrobił. Kilka godzin temu w Komnacie Tajemnic.

Arktur wyraźnie zbladł.

- Potwór z Komnaty był bazyliszkiem?

- Hm – Tom przypatrywał się mu z namysłem. – A więc też wiesz o potworze Salazara, prawda?

Arktur opierał się o ścianę, z trudem łapiąc oddech.

- Czekaj chwilę, więc znalazłeś Komnatę i otworzyłeś ją? A w środku był bazyliszek? Czy on… eeee… zabił kogoś? Marta, czy ona…?

- Marta? – Tom spojrzał na niego ze zdziwieniem – Kim jest Marta? Twoją dziewczyną?

- Moją dziewczyną? – Arktur wybuchnął śmiechem, w którym pobrzmiewały histeryczne tony. – Niezupełnie, nie. – Wziął kolejny głęboki oddech. – Więc bazyliszek jest martwy? I… i to Tom Riddle go zabił?

- Dokładnie – odparł Harry cicho.

Arktur powoli pokręcił głową.

- Ale to… to nie tak miało się wydarzyć…

- Co? – Tom zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem. – To śmieszne, Arkturze, ale Harry powiedział dokładnie to samo.

- Naprawdę? – Harry i Arktur przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Po chwili Arktur znowu zamknął oczy. – O, cholera. Być może powinienem był uważniej jej słuchać. Mówiła, że dziwne rzeczy przytrafiają się czarodziejom, którzy mieszają w… - westchnął głośno. – To prawda. Wszystko mi się pomieszało, prawda?

- Daj spokój, Arkturze – Tom delikatnie odprowadził go w stronę korytarza. – Wracaj do łóżka i wyśpij się. Rano możesz pójść do pani Derwent i poprosić ją o jakiś eliksir uspokajający.

- Racja – Arktur westchnął lekko. – Poprosić ją o coś. Tak. To dobry pomysł – jego spojrzenie zatrzymało się na chwilę na Harrym, po czym kolejny raz delikatnie pokręcił głową.

- Co? – spytał Harry.

- Twoje włosy – wymamrotał Arktur. – Odstają z tyłu.

- Wiem, Arkturze – Harry starał się przyklepać włosy do szyi, ale te jak zawsze wróciły do swojego dawnego ułożenia. – Ciągle to robią, niezależnie od moich wysiłków.

Arktur spojrzał na niego dużymi, szarymi oczami.

- Tak, wiem. Nie ma sposobu, żeby je wyprostować, prawda? – mruknął, mierzwiąc dłonią swoje czarne włosy, którym brakowało buntowniczego nastawienia do świata, a w szczególności do grzebieni oraz szczotek, i westchnął głęboko.