Dziękuję za komentarze :) W tłumaczeniu, ubieraniu myśli w słowa oraz zachowaniu odpowiedniego szyku w zdaniach pomaga mi moja nieoceniona beta, bez której bym się dość szybko poddała :)
Miłego czytania!
Rozdział 7
- A więc, okazuje się… - profesor Dippet powoli podniósł się ze swojego miejsca, a na jego twarzy, rumianej jak jabłko, malowało się zdumienie – …że tej nocy, kiedy większość z nas spała spokojnie, w szkole miało miejsce kilka dość nietypowych wydarzeń. Otrzymałem właśnie niezwykle dziwny raport od naszego woźnego, pana Prignle'a, dotyczący otwartego przejścia w łazience dziewczyn na drugim piętrze. Zostało ono odkryte dzisiaj rano. – Uczniowie popatrzyli na niego bez szczególnego zainteresowania ponad stołami zastawionymi jedzeniem. Profesor Dippet starał się przygładzić nieco swoją dziką czuprynę siwych włosów. – Okazuje się… Okazuje się, że przejście prowadzi do podziemnej komnaty. Pan Pringle podejrzewa, że jest to sławna Komnata Tajemnic, zbudowana przez samego Salazara Slythierina… Czy to może być prawda, panie Pringle? Zawsze wydawało mi się, że Komnata Tajemnic jest tylko starą legendą?
Profesor Merrythought także powstała. Była niską, pulchną nauczycielką obrony przed czarną magią.
- Tak sądzi większość ludzi, panie dyrektorze. Dziś rano zeszłam na sam dół razem z panem Pringlem, żeby przeprowadzić dochodzenie i nie mam wątpliwości, że podziemna sala to komnata Slytherina. Jest definitywnie tak stara jak sama szkoła, a wyryte na posadzce węże we wszelkich rozmiarach i przeróżnych pozach sugerują powiązanie z samym Slytherinem. Znalazłam tam szczątki wielkiego, potwornego stworzenia, a także olbrzymie połamane łuski i kilka ciemnych kałuż czegoś, co z pewnością było krwią bazyliszka, wymieszaną z jego jadem… - zadrżała. – Zapieczętowałam ponownie Komnatę i wydaje mi się, że teraz nikt już jej nie otworzy. Sama nie potrafiłam tego zrobić, kiedy próbowałam.
Profesor Dippet spojrzał na nią, a jego oczy były niemalże okrągłe ze zdziwienia.
- Potwór Slythierina? Jest prawdziwy?
- W zupełności – profesor Merrythought pokiwała energicznie głową. – Ale najwyraźniej został zabity zeszłej nocy. I bardzo dobrze. Nie potrafię sobie wyobrazić nawet połowy tragicznych konsekwencji wydostania się bazyliszka z Komnaty. Przecież mógłby przedostać się do szkoły, a wtedy nasi uczniowie znaleźliby się w śmiertelnym niebezpieczeństwie! Zeszłej nocy ktoś musiał znaleźć wejście do Komnaty, otworzyć ją i zabić jednego z najbardziej niebezpiecznych stworów znanych światu czarodziei.
- Ktoś go zabił? – Hagrid z przerażeniem podniósł wzrok znad stołu Gryffindoru. – Biedne stworzonko! Kto mógłby zrobić coś takiego?
- Nad tym… nad tym właśnie się zastanawiam – wymamrotał Dippet. – Oczywiście, musiało to być raczej trudne i potwornie niebezpieczne zadanie, prawda, profesor Merrythought? Czy któryś z nauczycieli…? Tak, Horacy? – nachylił się w kierunku profesora Slughorna, który gwałtownie gestykulował i próbował powiedzieć coś dyrektorowi na ucho. – Jeden z twoich najlepszych uczniów pytał cię ostatnio o Komnatę? Ale przecież uczeń nie mógłby zabić bazyliszka? Nie uczymy ich tego typu rzeczy, prawda?
Slughorn spojrzał na stół Slytherinu z uśmiechem.
- Cóż, część moich uczniów jest niemożliwie wręcz uzdolniona, dyrektorze! Naprawdę, nie ma pan pojęcia! Tom, muszę cię zapytać: czy to twoja sprawka, mój drogi? Czy to ty otworzyłeś Komnatę i zabiłeś potwora?
Szmer rozległ się w Wielkiej Sali, a wszyscy uczniowie obrócili się w kierunku Toma i zaczęli się w niego wpatrywać. Chłopak stropił się i spuścił wzrok.
- Tak, wydaje mi się, że zabiłem bazyliszka, tak… Ale nie byłem sam. To Harry znalazł Komnatę i otworzył ją, a potem narażał swoje życie, żeby mnie uratować…
Slughorn promieniał.
- Aha! Moi dwaj wspaniali Ślizgoni!
Pozostali nauczyciele wpatrywali się w Toma i Harry'ego z zaciekawieniem. Oczy Dumbledore'a, skrywane przez okulary-połówki, niezaprzeczalnie migotały. Harry nie mógł przestać się zastanawiać, jak wiele Dumbledore poskładał z informacji, które dostał od dwóch podróżników w czasie.
Profesor Dippet gwałtownie zamrugał.
- Dwaj uczniowie tego dokonali? Ale czy nie powinni byli być wtedy w łóżkach? Co na to powiesz, Horacy? Nie, nie wydaje mi się, żeby małe złamanie reguł było w tym przypadku rzeczą tak istotną, w końcu wasze działania uratowały nieskończoną ilość istnień ludzkich… To prawda… Pokonanie tak niebezpiecznej bestii… to dość fenomenalna rzecz, chłopcy. Wydaje mi się… tak, jestem przekonany, że wasza dwójka zasługuje na nagrodę za specjalne zasługi dla szkoły. I być może ładny złoty medal? Moglibyśmy trzymać go w sali z odznaczeniami. I oczywiście, Slytherin zostanie nagrodzony dodatkowymi punktami. Dwieście dla każdego z nich będzie odpowiednie, nie sądzisz, Horacy?
Na sali wybuchł gwałtowny aplauz, a chwilę później ktoś zagwizdał z uznaniem, dając początek fali aprobujących okrzyków i gwizdów. Harry uśmiechnął się do Toma, który wyszczerzył się w odpowiedzi. Na drugim końcu stołu inni Ślizgoni oklaskiwali ich i aż jaśnieli. Nawet posępna zazwyczaj Eileen Prince zdobyła się na nieśmiały półuśmiech.
- Dobra robota, Harry! I ty też, Tom. To była okropnie odważna rzecz!
Siedzący przy stole Gryfonów Arktur uderzył głową w stół i jęknął.
…
- Black! Harry Black! Muszę z tobą porozmawiać. Koniecznie. Masz kilka minut?
Alastor Moody czekał na Harry'ego na zewnątrz Wielkiej Sali po śniadaniu, a jego jasne włosy znajdowały się w nieładzie. Harry uśmiechnął się na widok znajomej osoby. Nastoletni Alastor nie różnił się za bardzo od Szalonookiego, którego znał. Miał teraz dwoje własnych oczu, ale czasami pojawiał się w nich przeszywający błysk, który niesamowicie przypominał Harry'emu migotanie magicznego oka. Gdyby nagle okazało się, że młody Alastor Moody widzi wszystko, co dzieje się za jego plecami, wcale nie byłby tym zaskoczony.
- Ta, wciąż mam kilka minut do następnej lekcji. – Harry stłumił ziewnięcie. Nie spał za wiele tej nocy. Nawet kiedy wraz z Tomem wrócili już do dormitorium, nie położyli się za szybko do łóżek. Byli zbyt upojeni swoją obecnością, żeby chociaż pomyśleć o śnie… Harry uśmiechnął się, kiedy wspomnienia zeszłej nocy przewinęły się przez jego umysł.
Moody zaprowadził Harry'ego do opustoszałej klasy i zatrzasnął drzwi. Wyciągnął swoją różdżkę i rzucił kilkanaście skomplikowanych zaklęć wyciszających i czarów ochronnych. Być może paranoja Moody'ego mimo wszystko była cechą wrodzoną, a nie jak Harry zawsze sobie wyobrażał, skutkiem spotkania przez niego zbyt wielu śmierciożerców na swojej drodze w późniejszym życiu.
- Już. Powinno wystarczyć – Moody przypatrywał się drzwiom z wyrazem ponurej satysfakcji. – Teraz nikt już nie podsłucha naszej rozmowy, Black.
- Eee… Też tak sądzę – Harry był raczej pod wrażeniem wykonanej przez Moody'ego pracy. Wydawało mu się, że nawet Hermiona nie poradziłaby sobie lepiej z tworzeniem miejsca do poufnej rozmowy. – W takim razie, o czym chciałeś ze mną rozmawiać?
Małe ciemne oczka Moody'ego zaświeciły się.
- W Hogwarcie dzieje się coś bardzo podejrzanego, Black, i mam zamiar dowiedzieć się na ten temat wszystkiego co możliwe.
- Podejrzanego? – Harry dyskretnie poprawił swoje szaty, żeby upewnić się, że złoty wisiorek na jego szyi wciąż nie jest widoczny.
Moody lakonicznie skinął głową.
- Dokładnie. Co wiesz o Arkturze Blacku, Harry?
- Arkturze? – Serce Harry'ego zabiło szybciej. Ile dokładnie odkrył Moody? Może udało mu się rozwikłać sekret Arktura? – Eee… Niezbyt wiele, serio. Dopiero co go poznałem.
- Dokładnie – Moody pochylił się do przodu z zawziętością wypisaną na twarzy. – Nigdy wcześniej o nim nie słyszałeś, prawda? Tak samo jak wszyscy pozostali Blackowie. To bardzo dziwne, gdybyś zapytał mnie o opinię. Mam wrażenie, że dzieci arystokratycznego-i-najbardziej-starożytnego-ze-wszystkich rodu Blacków uczą się swojego drzewa genealogicznego na pamięć na długo przed dostaniem od rodziców pierwszej zabawkowej miotły. Recytują je przed snem, tak jak inne dzieci paciorki. A mimo to żaden z Blacków, których pytałem, nie słyszał o Arkturze Blacku. Jak to możliwe, Harry?
Harry zmieszał się.
- Eee… Nie wiem… - Nie słyszeli też o mnie. Jeśli Moody wie już tyle, musi wiedzieć też o tym.
- Dokładnie – przytaknął Moody. – Nie da się tego wytłumaczyć, prawda? Poza tym, Alphard wspomniał, że ty także nie pojawiasz się w oficjalnym drzewie rodowym, ale razem z Orionem kojarzą skądś twoją twarz.
- Kojarzą… eeee… moją twarz? – Harry czuł, że myśli kotłują się w jego głowie. Jakim cudem, na Merlina, Alphard i Orion mogą znać moją twarz?
- Tak, obaj wspomnieli o twoim uderzającym podobieństwie do czyjegoś portretu, który widzieli na weselu, w domu ich kuzynki Kasjopei. Najwyraźniej jesteś kropka w kropkę podobny do obrazu czarodzieja, którego siostra Kasjopei, Dorea, poślubiła lata temu, zanim straciła kontakt z rodziną. Podejrzewam, że ten czarodziej to twój ojciec, prawda?
- Eeee… - Harry desperacko starał się przypomnieć sobie gobelin z drzewem rodziny Blacków, który widział przy numerze dwunastym na Grimmaud Place. Czy Dorea Black nie poślubiła przypadkiem Charlusa Pottera? – Tak, to mój ojciec… - A może dziadek? Dziadek wujeczny?
- Tak też sądziłem – przytaknął Moody. – Blackowie nie chcieli włączyć do swojej szlacheckiej rodziny kogoś ze zwykłym, rozsądnym imieniem „Harry", nawet jeśli twoja matka dała ci swoje nazwisko, no nie?
- Tak mi się wydaje…
- Cóż, to ma sens. Ale chciałbym wiedzieć, dlaczego wykluczyli z niej kogoś z tak typowym dla Blacków imieniem jak „Arktur"– Moody ściszył głos. – Wiesz, nie wydaje mi się, że Arktur w ogóle jest Blackiem.
Harry zamrugał.
- Serio?
- Jestem tego pewien, Harry. Czy ktoś w ogóle kiedyś słyszał o Blacku przydzielonym do Gryffindoru? To absurdalne. Blackowie powinni być w Slytherinie, tak jak ty.
Ale Syriusz nie był… On był w Gryffindorze, prawda? Harry rozsądnie zatrzymał te przemyślenia dla siebie.
- Ale to nie wszystko, Harry. Arktur ma jeszcze kilka bardzo dziwnych cech. A przynajmniej nie do końca normalnych.
- Eee… jak na przykład co?
Moody spojrzał na niego ponuro.
- W zeszły weekend grupa Gryfonów była w Hogsmeade. Kupowaliśmy zwykłe słodycze, takie jak pieguskowe kociołki czy cukrowe różdżki. Kiedy przyszła kolej na Arktura, a sprzedawca spytał go, czego chce, on poprosił o Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta!
- Naprawdę?
- Naprawdę, Harry. – Oczy Moody'ego błyszczały groźnie. – Czy kiedykolwiek słyszałeś o Fasolkach Wszystkich Smaków Bertiego Botta? Oczywiście, że nie, Harry. Ja także. Nic takiego nie istnieje. Być może Arktur się pomylił. Ale wydaje mi się, że jest w tym coś więcej. To śmieszne, ale dziewczyna, którą znam, Belinda Botts, jest na czwartym roku i ma młodszego brata o imieniu Bertie. Tak, Bertie Botts. On nawet nie rozpoczął jeszcze nauki w Hogwarcie, ale spotkałem go, kiedy byłem w odwiedzinach u Belindy w zeszłym roku. Ma zawsze lepkie palce i pochłania wszelkie możliwe słodycze. I wiesz, co ten Bertie mi powiedział, Harry?
- Nie – szepnął Harry.
- Powiedział mi, że kiedy dorośnie, chce wymyślić swoje własne słodycze. Słodkie smakowe fasolki, dokładniej mówiąc. I powiedział jeszcze, że jest tak znudzony tymi wszystkimi zwykłymi smakami. Kiedy on dorośnie, jego fasolki będą w każdym smaku.
- Och… - Harry przełknął ślinę. – To jest… eee… bardzo dziwne, Moody. Bardzo dziwny zbieg okoliczności.
- No nie? – oczy Moody'ego błyszczały. – Tak dziwne, że aż zacząłem się zastanawiać: czy to możliwe, że nikt nie słyszał o Arkturze Blacku, bo jeszcze się nie urodził? Czy to możliwe, że jest jakimś podróżnikiem w czasie, odwiedzającym nas z odległej przyszłości, w której mały Bertie stał się już sławnym twórcą słodyczy?
- Z przyszłości? – Harry'emu z trudem przychodziło mówienie. – Eee… jakim cudem to możliwe, Moody?
- Tego właśnie nie wiem – mruknął Moody. – Być może jest jakiś sposób, by podróżować w czasie. Nie wiem. Słyszałem o tym plotki, ale zawsze wydawało mi się, że to tylko wymysły. A jeśli nie? Co jeśli Arktur Black naprawdę jest podróżnikiem w czasie z odległej przyszłości?
- Ale czemu podróżnik w czasie miałby tutaj przybyć? – Harry starał się, jak mógł, żeby głos mu nie zadrżał.
- To doskonałe pytanie, Harry. Czy przybył, żeby odrobinę pozwiedzać przeszłość? Z pewnością nie! Pilnowałem chłopaka, który udaje, że jest Arkturem Blackiem i wydaje mi się, że dokładnie zrozumiałem, dlaczego przybył: żeby popełnić morderstwo!
- C… Cooo?
- Ach, tak – Moody przytaknął ponuro. – Widzę, że bledniesz na samą myśl o tym, Harry. Nie mogę cię o to obwiniać. Dlaczego bezlitosny zabójca z przyszłości miałby przybyć tutaj, do naszych czasów, udając, że jest uczniem? Kto jest jego przyszłą ofiarą? Nie sądzę, żebyś miał jakieś wątpliwości, Harry. On zamierza zabić Toma Riddle'a.
Harry z trudem oparł się o ścianę.
- Toma Riddle'a? Ale dlaczego…? – jego głos nie chciał działać poprawnie, ale Moody najwidoczniej zdawał się to brać za skutek przerażenia.
- Dlaczego? Nie mam pojęcia, Harry. Być może żeby powstrzymać go przed zabiciem bazyliszka w Komnacie Tajemnic? Jeśli tak, nawalił. To mrożąca krew w żyłach myśl, że ten zimny drań przybył tu, żeby zabić ucznia czyż nie? Ale widziałem, w jaki sposób Arktur wodzi za Riddlem swoimi oczami, nawet kiedy udaje, że flirtuje z wszystkimi dziewczynami dookoła. Początkowo sądziłem, że on może być… cóż, zainteresowany Riddlem. Tom Riddle to w końcu cholerny przystojniak. Ale później dodałem dwa do dwóch. Widzisz, zobaczyłem, że Arktur robi coś bardzo dziwnego pewnego dnia. Schowałem się w krzakach, więc nie miał pojęcia, że tam jestem. Ułożył w rządku na trawniku różne rodzaje insektów i ślimaków, a potem wycelował różdżkę w każdego po kolei i rzucił klątwę uśmiercającą.
- To raczej… eee… niezwykły sposób zabijania owadów…
- Oczywiście, Harry. Oczywiście. Ale nie rozumiesz, co on robił? Widzisz, przygotowywał się. Przygotowywał się do rzucenia zabijającej klątwy. Słyszałem nawet, jak mamrocze sam do siebie, kiedy ostatni ślimak upadł martwy na trawę. Mówił jakoś tak: „Już. Po prostu zaczekaj i popatrz, mogę to zrobić, Tom".
- O… - Harry nie miał pojęcia, co powiedzieć.
- I dlatego chciałem porozmawiać o tym z tobą, Harry. Nie mam jeszcze wystarczająco dużo dowodów, żeby powiadomić o tym nauczycieli. A szczerze mówiąc, większość z nich jest na tyle łatwowierna, że wydaje mi się, iż w to nie uwierzą. Pilnuję Arktura, oczywiście… - Harry nie mógł nie wyobrazić sobie dorosłego Szalonookiego, wbijającego magiczne oko w ponurą twarz nastolatka - … ale bardzo by mi to pomogło, gdyby ktoś nie spuszczał oka także z Riddle'a. Jest raczej samotnikiem, ten Tom Riddle, ale zdaje się cię lubić. Widywałem was razem dość często. Poza tym widujesz Riddle'a w pokoju wspólnym Slytherinu w nocy, śpicie w tym samym dormitorium… - i nawet w tym samym łóżku, a przynajmniej ostatniej nocy… uzupełnił życzliwie umysł Harry'ego - … więc będziesz mógł obserwować go w właściwie bez przerwy.
- Jasne – szepnął Harry. – Eee… Zrobię to, Moody. Będę pilnował Toma… Eee… nie chcę, żeby ktoś go skrzywdził. – Z cichym westchnieniem Harry zorientował się, że to prawda.
- Dobrze – skinął głową Moody. – Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć, Harry. Wydajesz się być rozsądnym człowiekiem. A po tym, co razem z Tomem zrobiliście na dole, w Komnacie, nie wątpię, że zrobisz wszystko, co będzie konieczne, żeby go chronić. Obaj wykazaliście się prawdziwą odwagą. Możesz nawet dać znać Tomowi, co podejrzewam, ale tylko jeśli sądzisz, że mi uwierzy. Jeśli uważasz, że po prostu to wyśmieje, lepiej nic nie mów. Nie daj mu zejść ci z pola widzenia. Stała czujność! A teraz lepiej już zmykaj. Prawdopodobny przyszły morderca Toma wyjdzie z numerologii za chwilę… Arktur Black, na moją nogę! Idę o zakład, że nie jest nawet Blackiem. Wygląda trochę jak Orion, to prawda, ale wygląd może być mylący. Nie zdziwiłbym się, gdyby jakoś go zmienił.
- Zmienił swój wygląd?
Moody zachichotał.
- Och, Harry, są na to sposoby. Słyszałeś kiedyś o czymś takim jak Eliksir Wielosokowy?
- Eee… tak, jasne, słyszałem o tym.
- Wcale bym się nie zdziwił, gdyby to pił, żeby wyglądać bardziej jak Black. Kto wie, jak wygląda prawdziwa twarz mordercy? Cóż, nieważne kim jest, nie pozwolę mu, do cholery, zbliżyć się do Toma Riddle'a na więcej niż sto stóp.
