Oj, długo, długo nic nie publikowałam. Muszę przyznać, że tłumaczenie ani pisanie pamiętników z punktu widzenia nastoletniego bohatera, który w dodatku jest zakochany, nie należy do moich ulubionych zajęć. Krótkie ostrzeżenie: wielbicielom slashu, fluffu i fanfickowego pamiętnikarstwa będzie się podobać tekst kursywą. Reszcie najprawdopodobniej nie.

Dziękuję za wszystkie komentarze, obiecuję nadrobić zaległości w komentarzach (... kiedyś). Przy okazji, wybiera się ktoś na warszawskie Mokon? Będę tam prowadzić panel o fanfiction.

Miłego czytania :)

Rozdział 8

Z pamiętnika Toma Riddle'a, 24 maja 1942 roku.

Jest noc, ale nie mogę spać. Nie mam żadnych wątpliwości; to wiosenne powietrze nie pozwala mi zasnąć. Chociaż tutaj, w ciemnym dormitorium Slytherinu, nie ma okien, czuję je tak czy inaczej. I nawet tutaj, w lochach, powietrze jest ciężkie od zapachu róż.

W moim życiu nieoczekiwanie pojawił się ktoś, kto zmienił je na lepsze i nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Wyciągam rękę i przesuwam palcami po jego miękkich czarnych włosach, a Harry uśmiecha się we śnie. Harry… Harry Black. Mój przyjaciel. Mój towarzysz. Mój kochanek. Wydaje mi się, że to na niego czekałem przez całe życie. Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy pojawił się w jednym z moich snów, ale wydarzyło się to z pewnością jeszcze w mugolskim sierocińcu. A teraz jest tuż obok i nie mam pojęcia, jak powinienem się zachowywać.

Jest obcy w moim czasie, urodził się w odległej przyszłości. Nie mogę przestać patrzeć na łańcuszek, który nosi na szyi. Złoto migocze w słabym świetle świec, lśni na jego opalonej skórze. Harry jest częścią mnie samego i wydaje mi się, że wiedziałem to już w chwili, w której pierwszy raz go zobaczyłem. Widziałem już gdzieś te zmierzwione włosy, zielone oczy i tajemniczą bliznę. Znałem go wtedy, nawet jeśli nigdy wcześniej go nie widziałem.

Zazwyczaj byłem dość samotny, trzymałem się na uboczu. Ale już nigdy więcej nie będę sam, bo Harry przybył z przyszłości, żeby być tutaj ze mną. Nachylam się nad nim i muskam ustami jego skórę. Całuję jego bliznę i uczę się na pamięć jej nieregularnego kształtu. Harry pachnie jak wiosna i bliskość, a moje serce bije radośnie.

Ale coś wciąż mnie niepokoi. Jestem szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej, bo obecność Harry'ego sprawia, że jestem wręcz pijany ze szczęścia, a mimo to nie mogę się pozbyć tego dziwnego przeczucia, że coś jeszcze się wydarzy. Czemu Harry nie chce mi opowiedzieć niczego o przyszłości? Czemu nie opowie mi, jak wyglądało nasze pierwsze spotkanie, jak zakochaliśmy się w sobie? Ukrywa coś, jakiś mroczny sekret, którego nie zamierza zdradzić.

- Opowiedz mi o nas, Harry – błagałem go, wciąż i wciąż. Za każdym razem tylko się uśmiechał i całował mnie, dopóki nie zapomniałem, o co chciałem go zapytać.

- Być może później – szeptał.

Przyglądam się rysom jego twarzy, kiedy śpi i śledzę je swoimi palcami. Jego skóra zawsze jest ciepła w dotyku, nawet w wilgotnym i chłodnym lochu. Och, tak, znam go! Zawsze go znałem… Ale mam tyle pytań. Dlaczego wygląda na tak młodego, zupełnie jakby był w moim wieku? Jeśli zna mnie w przyszłości, czy nie powinien być starszy? Przez jakiś czas zastanawiałem się, czy nie przyjmuje wyglądu do szesnastolatka, żeby zmylić pozostałych uczniów i nauczycieli. Ale nie robi tego. Ma szesnaście lat. Jak to możliwe?

Całuję go, a on wyciąga rękę w moim kierunku i uśmiecha się przez sen. Zdarza mu się szeptać moje imię, nawet nie otwierając oczu. Ale nie odpowiada na moje pytania. Dlaczego postanowiłeś znaleźć mnie w tym czasie, Harry?

Jednak cudowna obecność Harry'ego nie jest jedyną tajemnicą, która nie pozwala mi zasnąć. Nie może być jedynym podróżnikiem w czasie, który przybył do Hogwartu tej nietypowej wiosny. Arktur, ten dziwny Black, który został przydzielony do Gryffindoru – nie pasuje do tego czasu nawet bardziej niż Harry, nieprawdaż? Nie wiem, co robić, jak się zachować, bo Arktur być może wie o przyszłości tyle, co Harry.

- To nie tak miało się wydarzyć – powiedział, kiedy dowiedział się, że bazyliszek został zabity. A więc jak w takim razie miało się to potoczyć? Co wiesz, Arkturze? Czego nie chcesz mi powiedzieć?

Moje serce mówi mi, że Harry pojawił się tutaj, żeby być ze mną, ale w takim razie po co przybył Arktur? Jego oczy zawsze mnie śledzą, ale jest w nich coś, czego nie rozumiem. Kiedy zauważyłem rzucane przez niego ukradkowe spojrzenia, początkowo pomyślałem, kierowany pychą, że być może mu się podobam. Na Merlina, przecież nie pierwszy raz ktoś tak na mnie patrzył. Zdarzało mi się przyłapywać Abraxasa Malfoya na wpatrywaniu się we mnie, Walburgę Black, a nawet Avery'ego. Ale wtedy zauważyłem coś jeszcze we wzroku Arktura i przestraszyło mnie to. Nie mam wątpliwości, że pociągam go, ale w jego oczach jest coś jeszcze. Chyba odraza. Nienawiść. Przerażenie. Skąd pochodzą te uczucia i co zrobiłem, żeby na nie zasłużyć? Czy skrzywdzę go w jakiś sposób w przyszłości, na tyle mocno, że chce się teraz na mnie zemścić?

Kiedy czytam napisane przed chwilą słowa, zaczynam się zastanawiać, czy przesadzam. Najprawdopodobniej odurzające wiosenne powietrze uderzyło mi do głowy. Czy naprawdę w Hogwarcie może znajdować się jednocześnie dwóch podróżników w czasie, z których jeden który mnie kocha, a jeden nienawidzi? Co ciekawe, Harry i Arktur chyba się nie znają, są raczej zdezorientowani, kiedy ze sobą rozmawiają. Czy ich obecność jest czystym zbiegiem okoliczności? Nie, nie mogę w to uwierzyć. Nawet tej bezsennej wiosennej nocy, kiedy nagle wszystko zdaje się być możliwe.

Harry i Arktur… Gdy myślę o tym teraz, nachodzi mnie okropnie dziwna myśl: być może wcale nie różnią się tak bardzo. Obaj przyjęli nazwisko „Black", ale żaden z nich nie pochodzi z tej starożytnej rodziny czarodziei. Latają na miotłach z podobną gracją. I obaj zdają się mieć w sobie mnóstwo cech Gryfonów… Arktur jest pierwszym Blackiem w historii, który został przydzielony do Gryffindoru. I chociaż Tiara Przydziału umieściła Harry'ego w Slytherinie, chociaż jest wężousty, ta sama Tiara dała mu też miecz Gryffindora…

Starałem się przez cały dzień pozbyć tej dziwnej myśli. Ale teraz, kiedy siedzę otoczony ciemnością i cichymi oddechami pozostałych Ślizgonów, zaczynam się zastanawiać: czy ci dwaj są połączeni ze sobą bliżej, niż by się zdawało? Wplatam palce w nieporządne włosy Harry'ego i od razu przypomina mi się, jak Arktur przeczesał dłonią swoje jedwabiste loki, idealnie proste. Jest coś w jego gestykulacji, co niezwykle przypomina mi Harry'ego. Dlaczego Arktur tak bardzo mi go przypomina?

Harry i Arktur oczywiście nie są do siebie podobni z wyglądu. Jednak jest coś w tym, jak się poruszają, jak marszczą lekko nos, kiedy starają się skupić na zajęciach (co nie dzieje się zbyt często), coś tak podobnego… Nie mam pojęcia, jak ująć to w słowa. Czasami wręcz wydaje mi się, że oni obaj, kochający mnie i nienawidzący, Gryfon i Ślizgon, są jednym i tym samym…

Ale czy to znaczy, że pewna część Harry'ego, a nie tylko Arktura, nienawidzi mnie, a nawet się mnie boi? Nie, to niemożliwe… Czemu miałby się mnie obawiać?

Słyszę, jak Harry po raz kolejny szepcze moje imię, wyciąga rękę i szuka mnie we śnie. Pragnie mnie… Ta myśl powoduje, że pragnę zanurzyć się w nim, stać się z nim jednym. Jak na razie wystarczy tych ciekawskich, ciemnych przemyśleń. Harry na mnie czeka.

- Czy mogę panu zająć chwilkę, panie profesorze?

Dumbledore z roztargnieniem zerknął na Harry'ego, jednocześnie trzymając pióro nad pustym zwojem pergaminu. Na pergaminie pojawił się sporych rozmiarów kleks.

- Oczywiście, mój drogi. Zawsze! Co mogę dla pana zrobić, panie Black?

Wskazał mu krzesło naprzeciwko biurka i Harry osunął się na nie miękko.

- Eee… Mam kilka pytań, proszę pana, i zastanawiałem się, czy mógłby mi pan pomóc. Widzi pan, wydaje mi się, że strasznie się w tym wszystkim pogubiłem.

Dumbledore spojrzał na niego z uśmiechem znad swoich okularów.

- Ach, tak. Podróże w czasie mogą przyczyniać się do odczuwania takiego niepokoju, prawda, panie Black?

W rogu gabinetu Dumbledore'a – o wiele mniejszego niż jego przyszły dyrektorski – Fawkes zaśpiewał cicho. Harry uśmiechnął się do szkarłatnego ptaka, myśląc jednocześnie, że kiedyś będzie miał wiele okazji do odwiedzenia go.

- Witaj, Fawkes. Zastanawiam się, jak tysię czujesz, kiedy twój świat eksploduje w płomieniach. Albo kiedy budzisz się, jednocześnie rodząc się na nowo. Czy to nie jest strasznie dziwne? Pamiętasz, kim byłeś wcześniej?

- Hm – Dumbledore zmierzył feniksa spojrzeniem pełnym namysłu. – Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli się tego kiedykolwiek dowiedzieć, Harry. Fawkes nie lubi się dzielić swoimi myślami. Niemniej zauważyłem, że umieranie i odradzanie się powoduje u niego niemalże wilkołaczy apetyt.

Rzucił feniksowi kawałek na wpół zjedzonego tostu z talerza na biurku, a ten złapał jedzenie jeszcze w locie.

- Wydaje mi się, że wszystko zepsułem – Harry potargał swoje włosy, które już wcześniej były co najmniej zmierzwione, i westchnął głęboko. – Widzi pan, przybyłem tu, żeby… eee… żeby wypełnić pewną misję i… raczej nie będę w stanie tego zrobić. Wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. To… to nie tak miało być.

Mały uśmieszek pojawił się nad długą brodą Dumbledore'a.

- A czy to musi oznaczać porażkę, Harry? Byłeś tutaj jak na razie zaledwie przez kilka dni, a mimo to udało ci się pokonać bazyliszka, wygrać mecz quidditcha i znaleźć przyjaciela. Powiedziałbym wręcz, że dobrze sobie radzisz.

Harry powoli pokręcił głową.

- Ale miałem zrobić coś innego, panie profesorze. I wyszło mi zupełnie na odwrót. Miałem… eee… zabić Toma Riddle'a…

- Rozumiem. – Dumbledore spokojnie poprawił swoje okulary. Nawet jeśli wyznanie Harry'ego zdziwiło go lub zaszokowało, nie dał tego po sobie poznać. – A teraz to zadanie wydaje się raczej niemożliwe do wypełnienia, prawda?

Harry oparł brodę na ręce i westchnął ciężko.

- Nie mogę tego zrobić, profesorze. Po prostu nie mogę. Tom stanie się w przyszłości złym czarnoksiężnikiem, nie ma innej możliwości. Zabije moich rodziców i wielu innych niewinnych ludzi. Jeden z jego popleczników zamorduje nawet panaWiem, że muszę go powstrzymać, póki jest to możliwe, ale nie mogę tego zrobić. Po prostu niemogę.Ja go ocaliłem przed bazyliszkiem, czy może pan w to uwierzyć?

Dumbledore patrzył na niego, wyraźnie się nad czymś zastanawiając.

- Naprawdę? I dlaczego to zrobiłeś, Harry?

- Bo jestem tchórzem – wymamrotał Harry, nie potrafiąc znaleźć innej odpowiedzi na to pytanie. – Bo nie potrafię nikogo zabić, nawet gdybym w ten sposób ocalił życie ludzi, na których mi zależy.

- Nie sądzę, żebym mógł nazwać cię tchórzem, Harry… – odparł Dumbledore z sympatycznym uśmiechem. – Ratowanie swojego największego wroga przed bazyliszkiem jest czynem podyktowanym raczej odwagą, nie jej brakiem.

Harry westchnął.

- Wcale nie. Ratowałem go tylko dlatego, że… - przełknął ślinę.

- Dlaczego? – zapytał Dumbledore z całkowitym spokojem, jakby znał już odpowiedź na to pytanie.

- Ponieważ się w nim zakochałem – wyszeptał Harry. – Jestem beznadziejnie zakochany w mordercy moich rodziców. W kimś, kto stanie się w przyszłości Czarnym Panem.

- Rozumiem – powiedział delikatnie Dumbledore. Przez chwilę milczał, najwyraźniej się nad czymś zastanawiając. Później stwierdził: - Być może wyniknie z tego więcej dobrego niż złego, Harry.

Harry zaśmiał się nieco histerycznie.

- Więcej dobrego? Jak może pan tak mówić? Na Merlina, miałem szansę, żeby prawidłowo pokierować przyszłością i jej nie wykorzystałem! Zaprzepaściłem wszystko!

- Lub, być może – powiedział cicho Dumbledore – wszystko naprawiłeś.Nie próbowałeś spojrzeć na to z tego punktu widzenia, Harry? – Wyciągnął rękę i pogładził szkarłatne pióra Fawkesa długim, smukłym palcem. Feniks zaćwierkał radośnie. – Mówiłem ci już, że Fawkes jest prezentem, prawda, Harry? Czy wiesz, kto mi go podarował? - Harry pokręcił. Nigdy się nad tym nie zastanawiał. – To wspaniałe stworzenie – kontynuował Dumbledore cicho – jest prezentem od jednego z moich najstarszych i najbliższych przyjaciół. Feniksy są niesamowicie rzadkie i, jak zapewne wiesz, niemalże niemożliwe do oswojenia. Ale z jakiegoś powodu Fawkes polubił swojego poprzedniego właściciela na tyle, że żył z nim jak zwykłe zwierzątko domowe. Później niespodziewanie dostałem go w prezencie, żeby zawsze przypominał mi o przyjaźni. Widzisz, dawno temu ja i mój przyjaciel mieliśmy kłótnię. Wydawało mi się, że przekreśliła wszystko, co kiedyś nas łączyło, ale niedawno okazało się, że wcale tak nie jest. Uczucia zawsze powstają z popiołów, zupełnie jak feniks…

- Jak się nazywa pana przyjaciel? – Harry wyciągnął rękę poprzez pręty złotej klatki i Fawkes potarł czule swój dziób o jego palec.

- Ach – Dumbledore uśmiechnął się lekko. – Założę się, że jego imię jest ci znane, Harry. Znaczył dla mnie kiedyś więcej niż ktokolwiek inny na świecie. Być może wciąż znaczy. Nazywa się Gellert Grindelwald.

- Grindelwald?– Harry wpatrywał się przez chwilę w Dumbledore'a, nie potrafiąc wydobyć z siebie żadnych słów. Może się przesłyszał? – Ale… eee… Grindelwald jest czarnoksiężnikiem…

- Tak, zdecydowanie jest – powiedział spokojnie Dumbledore. – Ale nie zawsze taki był, Harry. Kiedyś był tylko chłopcem o złotych włosach i śmiejących się oczach. Inteligentnym i dowcipnym, który znał się na magii lepiej niż wszyscy, których kiedykolwiek poznałem. Był kiedyś moim przyjacielem. Więcejniż tylko przyjacielem. Schwytał moje serce, jak nikt inny nie potrafił. Ale pociągała go czarna magia, niebezpieczne moce, siła oraz potęga i dlatego zaczął się zmieniać, początkowo powoli… Czytam o nim dość często w gazetach, Harry. Grindelwald stał się okrutnym człowiekiem, który zrobi wszystko, żeby osiągnąć swój cel. On i jego naśladowcy sprawują rządy w Europie, terroryzując i zabijając tysiące ludzi. Niewinnych ludzi, którzy ośmielili się mu sprzeciwiać, tak mugoli, jak i czarodziei. Czytam kolejne doniesienia z kontynentu i żałuję jego ofiar. Ale widzisz, część mnie żałuje też jegosamego.Tego, kim się stał. Nie rozmawialiśmy przez całe lata, nie wymienialiśmy sów. Możesz sobie wyobrazić moje zdumienie, kiedy przysłał mi ten niesamowity prezent. Być może jest w nim jeszcze jakaś część, która wciąż pamięta nas, naszą przyjaźń i to, kim byliśmy kiedyś dla siebie nawzajem. Czasami zastanawiam się, co wydarzy się z nim w przyszłości…

- Pokona go pan w pojedynku czarodziei – wyszeptał Harry. – W 1945 roku.

- Naprawdę? – Dumbledore zdecydowanie nie ucieszył się z powodu tej wiadomości. – Czy wiesz… czy wiesz może, czy ja… go zabiję? – zapytał, a jego głos drżał, jakby nie chciał się go słuchać.

Harry pokręcił głową.

- Nie, proszę pana. Wydaje mi się, że nie.

- To dobrze – Dumbledore przymknął na chwilę oczy. – Chyba nie mógłbym tego przeżyć, nawet po tym wszystkim, co zrobił… To dziwne, jak irracjonalnie działa czasami serce człowieka, prawda, Harry?

- Tak – wymamrotał Harry. – Bardzo dziwne…