Sienne daj znać, jak już ustalisz :) A wywód, cóż, chętnie bym przeczytała, bo znam odpowiedź na to pytanie.
Moi drodzy, zbliżamy się do końca tego opowiadania, został mi do przetłumaczenia tylko jeszcze jeden rozdział. Mam nadzieję, że całość się przyjemnie czytało i liczę na to, że osoby, które mają ficka w alertach, zmobilizują się do naskrobania kilku słów po zakończeniu tłumaczenia.
Przy okazji, gdyby ktoś miał dla mnie jakieś zlecenie translatorskie, proszę pisać pmką. :)
Miłego czytania!
Rozdział 9
- Cóż, Black, cieszę się, że wziąłeś na poważnie moje ostrzeżenie. Od naszej ostatniej rozmowy ciągle miałeś Riddle'a na oku, prawda? Stała czujność, no nie? – spytał szeptem Moody, pochylając się w kierunku Harry'ego, podczas gdy pozostali członkowie drużyn Gryffindoru i Slytherinu przygotowywali się do ostatniego meczu quidditcha w tym sezonie.
Harry zmieszał się.
- Eee… byłem zawsze w jego pobliżu.
- Dobrze – Moody skinął raźno głową. – Sprawiasz wrażenie zmęczonego, Black. W nocy też pilnowałeś Riddle'a, co?
- Eee… Coś w tym stylu. – Nie była to do końca prawda, choć Harry bez wątpienia wpatrywał się w Toma przez większą część nocy. Kiedy robili te wszystkie rzeczy, przez które serce Harry'ego biło szybciej nawet teraz, nie mógł przestać na niego patrzeć. Kto by pomyślał, że wężomowa jest tak niemożliwie podniecająca?
W zasięgu ich wzroku pojawił się mały, żółty motyl. Moody szybko uciszył Harry'ego gestem.
- Przyglądałem się Arkturowi bardzo dokładnie – wymamrotał Moody, kiedy motyl odfrunął już od nich na dobre kilkaset metrów. – Zapewniam cię, że nie miał nawet cienia szansy, żeby zbliżyć się do swojej ofiary. Cholera, nie mógł nawet pójść do kibla bez asysty. Tak właściwie to wydaje mi się, że zaczynam go naprawdę wnerwiać – zachichotał ponuro. – Prawdopodobnie podejrzewa już, że odkryłem w końcu jego mroczny plan, ale nie przeszkadza mi to. Niech dowie się, że jest pod ciągłą obserwacją! Niech zacznie się bać! Założę się, że zaczyna powoli czuć presję. Zachowuje się bardzo nerwowo. Całkiem ciekawy z niego człowiek! Jest pełen sprzeczności. Zamierza zabić Toma Riddle'a, zwykłego ucznia, ale nie przeszkadza mu to w opiekowaniu się pierwszorocznymi. A dzisiaj pokazywał Orionowi Blackowi jakieś nowe sztuczki na boisku do quidditcha. Dlaczego u licha to robił? Są przecież w dwóch różnych drużynach! A kiedy Orion miał kłopoty z powodu zaklęcia, które rzucił na stół Gryffindoru dzisiaj na śniadaniu – bełkoczący bekon i przekleństwa, nie pytaj – Arktur autentycznie go bronił, chociaż później dostał za to szlaban.
- Naprawdę? To raczej miłe z jego strony.
- Miłe? – Moody zmarszczył brwi. – Tak, tak myślę. Ten chłopak składa się chyba z samych przeciwieństw, nie? W dodatku dawał Orionowi rady na temat randkowania. Podsłuchałem ich rozmowę na błoniach. Wyraźnie sugerował, że Orion powinien umawiać się ze starszymi, bardziej doświadczonymi kobietami. Nie mam pojęcia, co o tym myśleć.
Harry uśmiechnął się do swoich myśli. Tak, matka Syriusza, Walburga, była nieco starsza od swojego przyszłego męża, Oriona, prawda? Biedak z niego! Harry przypomniał sobie wrzaski portretu pani Black na Grimmaud Place i przebiegł go dreszcz. Od razu postanowił być zachowywać się przyjaźniej w stosunku do Oriona. Być może Arktur starał się być miły z tego samego powodu.
Moody powoli pokręcił głową, myśląc nad czymś intensywnie.
– Jak już mówiłem, Arktur jest niesłychanie enigmatyczny. Ale odkryłem dwie interesujące rzeczy, dotyczące go bezpośrednio, w ciągu ostatnich dni.
- Naprawdę? Co takiego?
Oczy Moody'ego podążały za Arkturem, który beztrosko chodził w tę i z powrotem po przeciwnej stronie boiska. Najprawdopodobniej wyczuł, że ktoś na niego patrzy, bo rozglądał się wkoło dość nerwowo.
- Cóż, dość regularnie pije z małej butelki, którą zawsze ma w kieszeni. To Eliksir Wielosokowy, nie mam żadnych wątpliwości. Ale nawet w ten sposób nie może ukryć swojej bardzo nietypowej blizny.
Serce Harry'ego podskoczyło.
- Eeee… blizny?
Na Merlina, Moody nie mógł chyba mieć na myśli blizny podobnej do błyskawicy? Harry zerknął szybko na czoło Arktura, które było zupełnie gładkie. Ani śladu blizny. Oczywiście, że nie. Przecież gdyby Arktur też został taką naznaczony, mogłoby to oznaczać tylko… Nie. Umysł Harry'ego natychmiast postanowił przestać o tym myśleć.
– Jakiej blizny? – wymamrotał.
Moody spojrzał na niego ponuro.
- Jednej z najdziwniejszych, jakie kiedykolwiek widziałem. Zauważyłem ją zeszłej nocy, kiedy spał. Podwinął mu się rękaw i dzięki temu mogłem ją zobaczyć całkiem wyraźnie. Początkowo sądziłem, że to tatuaż albo coś w tym rodzaju, ale to coś więcej. Ten znak był ciemny i wyglądał na wypalony w skórze, na jego przedramieniu.
- Znak na przedramieniu? – Harry otworzył szeroko oczy. – Jak… eee… Mroczny Znak?
Moody kiwnął głową.
- Mroczny znak? Całkiem niezła nazwa, Harry. Rzeczywiście, podejrzewam, że to coś powstało przy pomocy naprawdę czarnej magii. Ma kształt czaszki, a z jej ust wypełza wąż.
Umysł Harry'ego pracował na najwyższych obrotach. Arktur Black jest śmierciożercą? Jakim cudem? Śmierciożerca przydzielony do Gryffindoru?
- Drużyny, proszę zająć pozycje! – profesor Wroński zerknął na Harry'ego. – Będę cię obserwował, mój młody przyjacielu. Zastanawiam się, co zaprezentujesz nam dzisiaj.
Harry westchnął i wsiadł na swoją miotłę. Arktur zrobił to chwilę później. Dwóch szukających wpatrywało się w siebie przez chwilę. Arktur nachmurzył się. Zdecydowanie nie miał ochoty oglądać zwycięstwa Ślizgonów po raz kolejny.
Wroński chciał czegoś nowego i zaskakującego, prawda? Harry chwycił trzonek miotły. Może Transylwanka? Nie, nawet dinozaury były młodsze od tego zagrania. Każdy to znał. A może Zygzak Woollongongów*? Czy Arktur już to znał?
Trzech ścigających Gryffindoru ustawiło się w czymś, co podejrzanie przypominało Głowę Jastrzębia. Harry pozwolił sobie na uśmiech. Woollongong Shimmy zdecydowanie mogło się nadać.
…
- Fantastyczna gra, Harry! – Tom roześmiał się i klepnął go w plecy. – Gryfoni nie wiedzieli nawet, co się dzieje, zauważyłeś? A widziałeś, jak Wroński robił sobie notatki w czasie meczu? Sądzę, że jest korespondentem quidditcha w jakiejś międzynarodowej gazecie. Twoje nowe tricki będą pewnie znane w Australii najpóźniej jutro rano!
- Do cholery, to było wspaniałe! – Abraxas Malfoy potrząsnął głową, pełen podziwu. – Ci Gryfoni nie mieli w ogóle szans, mimo że Arktur Black grał całkiem nieźle. Pod koniec meczu wyglądał, jakby zamierzał kogoś zabić, no nie? Jest dobry, ale daleko mu do naszego szukającego. – Wpatrywał się z uwielbieniem w Puchar Quidditcha, który ozdabiał gzyms kominka w pokoju wspólnym Slytherinu.
- Czy tylko ja zauważyłem, że Arktura rozpraszali jego właśni ścigający? - Cepheus Lestrange zachichotał nieprzyjemnie. – Na Merlina, co Moody sobie wyobrażał, latając przez cały czas za Arkturem? Powinien interesować się kaflem, nie swoim szukającym! A wydawało mi się, że zdążył już zrozumieć zasady, w końcu gra w qudditcha od wieków!
- Moody śledzi Arktura od wielu dni – odezwała się niespodziewanie Eileen. – Zachowuje się podobnie także poza boiskiem. Zaczęłam się nawet zastanawiać czy przypadkiem się nie zakochał… - Uradowane wrzaski wydostały się z gardeł pozostałych Ślizgonów razem ze śmiechem.
Tom zamknął na chwilę oczy.
- Eileen, proszę. Alastor Moody i Arktur Black? Są pewne rzeczy, których wolałbym sobie nie wyobrażać, jeśli nie masz nic przeciwko.
Rozległo się ciche pukanie do drzwi, a po chwili do środka zajrzał nerwowy pierwszoroczny.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale mam wiadomość dla pana Blacka i pana Riddle'a. Mają przyjść dzisiaj po południu na małe spotkanie do gabinetu profesora Slughorna. Będzie na nim Minister Magii we własnej osobie, a także pan Wilfried Bagman z Departamentu Czarodziejskich Gier i Sportów.
Tom jęknął.
- Jak widać, Harry, twoja dopiero co zdobyta sława ma swoją cenę. Na pewno jest jakiś sposób, żeby Slughorn zapomniał o tym spotkaniu. Powinienem się tym zająć?
Harry tylko się roześmiał.
- Nie, Tom, wszystko w porządku. Wydaje mi się, że przetrwamy jeden wieczór w Klubie Ślimaka.
- Klub Ślimaka? – Tom uśmiechnął się. – Podoba mi się to określenie, Harry… Całkiem trafne.
…
- Miło mi, że mogłem pana poznać, panie Black – Minister Magii, poważnie wyglądający Eldritch Diggory, potrząsnął dłoń Harry'ego. – Profesor Slughorn powiedział mi, że to pan i pan Riddle byliście tymi dwoma uczniami, którzy pozbyli się bazyliszka z Komnaty Tajemnic.
- Eee… Tak, to prawda. – Harry wziął do ręki czarę wina, którą zaoferował mu przechodzący obok skrzat domowy.
- Zadziwiające! Obaj powinniście rozważyć pracę w ministerstwie. Ostatnio, z powodu bieżących, niezbyt napawających optymizmem wydarzeń w Europie i umacniania się pozycji Grindelwalda, została powzięta decyzja stworzenia elitarnej grupę czarodziei. Zostaną oni nazwani „aurorami" i będą składali się z najlepszych oraz najbystrzejszych czarodziei w waszym wieku. Dzięki temu będziemy mogli lepiej bronić naszego świata przed czarną magią. Zachęcam was, żebyście rozważyli tę ofertę pracy, kiedy tylko ukończycie naukę. Aurorzy Black i Riddle, jak to brzmi w waszych uszach, panowie? Och, czy coś się stało? Ten chłopak się krztusi. – Minister odwrócił się z niepokojem w stronę Arktura Blacka. – Horacy? Wydaje mi się, że ten młody człowiek powinien odwiedzić pielęgniarkę.
- Wszystko w porządku – wydusił z siebie Arktur. – Po prostu zakrztusiłem się piciem.
- Skoro tak mówisz – Minister poklepał go słabo po plecach. – Powiedz mi jeszcze raz, jak się nazywasz, młody człowieku? Black, prawda? Och, więc w takim razie musisz być spokrewniony z Harrym. Wasze pokrewieństwo jest oczywiste, ale nie potrafię go uchwycić. To nie włosy ani oczy, ale… Nie, najprawdopodobniej coś mi się przywidziało.
Slughorn aż pojaśniał z zadowolenia.
- Podobieństwo? Sam nie potrafię go dostrzec, Eldritchu. Ale obaj, Harry i Arktur, są niesamowicie utalentowanymi graczami quidditcha. Być może wszystko zostaje w rodzinie. A teraz, Harry, chciałbym przedstawić cię Wilfriedowi Bagmananowi. Być może dałby radę zaaranżować ci posadę rezerwowego szukającego w Osach z Wimbourne… Alastor Moody? A co ty tu robisz? – Slughorn wpatrywał się w Gryfona, którego twarz prawie całkowicie zasłaniała szopa jasnych włosów. – Nie przypominam sobie, żebym zapraszał ciebie.
Moody zmierzył nauczyciela spokojnym spojrzeniem. Jego dłoń niemalże niezauważalnie poruszyła się w kieszeni, a jego wargi prawie wcale się nie poruszyły.
- Oczywiście, że mnie pan zaprosił, profesorze. Nie pamięta pan?
- Nie, ja… - Przez sekundę oczy Slughorna były zasnute mgłą. – Ach. Ach, tak, teraz pamiętam. Oczywiście, że cię zaprosiłem, Moody. Ponieważ…
- Ponieważ jestem dobrym przyjacielem Arktura – powiedział Moody twardo. – No, Arkturze, chodźmy i poznajmy jakiś nowych ludzi, co nie?
- Poznać ludzi… - Slughorn powoli zamrugał. – Tak. Tak, oczywiście. Musicie koniecznie poznać nowych ludzi. O, tam jest Walburga Black, twoja daleka krewna, Arkturze. Musiałeś ją już kiedyś spotkać. Nie? Cóż, w takim razie z przyjemnością ci ją przedstawię. – Gestem poprosił wysoką, bardzo ładną kobietę o długich, kruczoczarnych włosach, żeby do nich podeszła. – Moja droga Walburgo, to Arktur, jeden z Blacków, o których ci opowiadałem. Och, kochana, wydaje mi się, że zrobiłaś na nim niezłe wrażenie! Przysięgam, że przeszedł go dreszcz!
- Miło mi cię poznać, Arkturze – głos Walburgi był głęboki i miękki, a na jej ustach zatańczył delikatny uśmiech. – Och, widzę, że masz włosy typowe dla Blacków. – Odgarnęła jeden kosmyk z czoła smukłym palcem. Arktur odskoczył od niej, jakby kopnął go prąd. Walburga nachyliła się w jego kierunku. – Arktur… Cóż za wspaniałe imię. Powinniśmy się lepiej poznać, Arkturze Blacku.
- Wspaniały pomysł! – potaknął Moody szybko. – Przyniosę wam obojgu trochę hors d'oeuvres** i więcej wina, kiedy będziecie ze sobą rozmawiać.
- Rozmawiać… Taak… - Arktur słabo się uśmiechnął i sięgnął po czarę, podaną przez Moody'ego. Opróżnił ją jednym łykiem.
…
- Cóż, poszło całkiem dobrze, nie sądzisz? – szepnął Moody Harry'emu kilka godzin później. – Wykonałeś kawał dobrej roboty, pilnując Riddle'a. Założę się, że cały czas miałeś go na oku! Wspaniale! Starałem się oczywiście nie dać Arkturowi do niego podejść, póki było to możliwe. I okazało się to niespodziewanie łatwe, bo Walburga Black nalegała, żeby towarzyszył jej przez cały wieczór. Nie pozwoliła mu odejść, póki nie udał omdlenia. Nie mogę powiedzieć, że winię go za chęć ucieczki. Jest dość przerażającą kobietą.
- Tak, zdecydowanie – odparł Harry z pełnym przekonaniem.
- Lepiej uważaj. Idzie w naszym kierunku – wymamrotał Moody. – Wydaje mi się, że teraz chce rozprawić się z tobą.
- Dzięki za ostrzeżenie – szepnął Harry i skrył się za lodową rzeźbą. Tom, który poszedł po więcej wina dla nich obu, zaczął rozglądać się po pomieszczeniu, zdumiony nagłym zniknięciem Harry'ego.
Harry nałożył pelerynę-niewidkę, podszedł do Toma na palcach i wyszeptał mu do ucha:
- Co ty na to, żebyśmy wzięli to wino ze sobą?
Tom uśmiechnął się lekko.
- Wspaniały pomysł – odparł cicho.
…
Tom nachylił się w stronę Harry'ego, leżącego w łóżku i delikatnie zmierzwił jego włosy.
- Śpiący, kochanie?
Harry uśmiechnął się i objął go ramieniem.
- Dlaczego miałbym być zmęczony? Czyżby dlatego, że ostatnio nie sypiam więcej niż kilka godzin? Twoje zaklęcia orzeźwiające utrzymywały mnie w pionie przez większość zajęć w tym tygodniu, ale obawiam się, że potrzebuję więcej snu.
- Chcesz, żebym wrócił do mojego łóżka? – Tom pocałował Harry'ego w nos.
- Ani mi się waż. Chcę, żebyś spał przy mnie – wymruczał Harry, całując szyję Toma. – Ale nie musimy jeszcze zasypiać. Noc jest w końcu długa.
Tom zaśmiał się i wykręcił z jego objęć.
- Och, nie kuś mnie nawet. Powinieneś się wyspać, Harry. Masz cienie pod oczami.
- W przeciwieństwie do pozostałych Ślizgonów, którzy ostatnimi dniami wyglądają na dobrze wypoczętych – wymamrotał Harry w kierunku szyi Toma. – Co ty robisz, że śpią tak głęboko? Żaden z nich nie odważy się choćby ruszyć palcem przed świtem.
- Jestem raczej dobry w zaklęciach, Harry. Co robisz, kochanie? To zdecydowanie nie sprawia, że czuję się śpiący…
- Co to jest? – Harry usiadł nagle na łóżku. – Słyszę czyjeś kroki, Tom.
- Niemożliwe. Ślizgoni będą spali, póki nie zadecyduję inaczej.
- W takim razie to nie jest Ślizgon – Harry wysunął się z łóżka. – To dobiega od strony drzwi. Ktoś wchodzi. Cholera, gdzie jest moja różdżka? Tom, znajdź swoją. Tylko szybko!
- Nie mogę. Pewnie leży gdzieś, zaplątana w kołdrę. Uspokój się, Harry. Nikogo nie widzę.
- Ja też nie, Tom, ale ktoś tu jest. Czuję to. – Harry rozglądał się po skąpanym w świetle świec dormitorium, a jego serce biło niesamowicie szybko. – Arktur? To ty?
Coś chyba poruszyło się w przed nimi i nagle na miejscu ściany pojawiła się blada twarz, otoczona czarnymi lokami.
- Harry? Jakim cudem udało ci się zgadnąć, że to ja? – Arktur upuścił swoją pelerynę-niewidkę na podłogę i podszedł krok bliżej, trzymając swoją różdżkę.
- Co robisz w naszym dormitorium? – Tom zmarszczył brwi. – I jakim cudem się tu dostałeś? Mamy hasło.
Arktur przewrócił oczami.
- Taa, racja. Hasło. Oczywiście nikt nie byłby w stanie się domyślić, że brzmi ono „czysta krew"… Wy, Ślizgoni, musicie sądzić, że reszta uczniów to idioci. Dostać się do dormitorium było akurat łatwo. Zgubić Moody'ego – o, to dopiero trudna sprawa. Co jest nie tak z tym człowiekiem? Zdaje się zabiegać o moje towarzystwo w każdej pojedynczej minucie każdego cholernego dnia. Merlinie, mam nadzieję, że się we mnie nie zadurzył. To byłoby okropnie żenujące…
- A gdzie się teraz podziewa Moody? – Harry wpatrywał się w Gryfona. – Nie zraniłeś go, prawda?
Arktur westchnął.
- Pytasz, czy coś mu zrobiłem? Oczywiście, że nie. Ale cztery razy rzucałem na niego Perificus Totalus, zanim udało mi się go trafić. Niesamowicie dobrze unika zaklęć.
- Co ty tu robisz, Arkturze? – Tom spojrzał na niego ze znużeniem. – A ty, Harry? Dlaczego rozglądasz się tak gorączkowo? Znajdziemy nasze różdżki rano. Najprawdopodobniej potoczyły się pod łóżko albo coś w tym stylu.
- Co ja tutaj robię? – szare oczy Arktura zalśniły. – Powiem ci, czemu tutaj jestem, Riddle. – Wycelował swoją różdżkę w klatkę piersiową Toma. – Jestem tutaj, żeby zabić Czarnego Pana.
KONIEC ROZDZIAŁU DZIEWIĄTEGO
* oryginale "Woollongong Shimmy", jako jedyny manewr w quidditchu nie doczekał się tłumaczenia, stąd moje własne. Opis tutaj: http:/pl. harrypotter. wikia. com/wiki/Woollongong_Shimmy
** (fr.) przystawki
