Ostatni raz dziękuję za wszystkie komentarze i biję pokłony becie. Tak, przed wami zakończenie ficka. Życzę miłego czytania!

Sienne, niestety, nie zgadłaś. Niemniej, ciekawo było poznać twoje typy. A oto rozwiązanie zagadki :)

Rozdział 10

- Czarnego Pana? Nie mam pojęcia, o czym mówisz – wymamrotał Tom. – Kim jest ten Czarny Pan? – Wpatrywał się w różdżkę, którą wycelował w niego Arktur, a jego srebrzystoszare oczy błyszczały nienaturalnie w świetle świec.

- Odłóż różdżkę, Arkturze – Harry gwałtownie wysunął się przed Toma, ochraniając go swoim własnym ciałem przed ewentualnym atakiem.

- Harry? Co ty robisz? – jęknął Tom. – Arktur zachowuje się dziwnie, bo najprawdopodobniej ciągle jest pijany. Uciekaj stąd, kochanie, żeby cię nie zranił.

- Odsuń się, Harry Blacku – odparł Arktur ochrypłym głosem. – Nie umiem zabijać z zimną krwią. Nie chcę skrzywdzić ciebie, tylko jego. Przecież on musi umrzeć.

- Wydaje mi się, że on mówi poważnie – wyszeptał Tom do ucha Harry'ego. – Znikaj stąd, kochanie. Zobaczę, czy uda mi się przemówić mu do rozsądku.

Harry nawet się nie poruszył.

- Nie pozwolę ci go skrzywdzić, Arkturze. – Wpatrywał się w jego szare oczy, póki ten nie odwrócił wzroku.

- Muszę, Harry – w głosie Arktura pojawiły się proszące tony. – To jedyny sposób. On jest… On jest Voldemortem. Jest Czarnym Panem.

- Jeszcze nie – odparł Harry spokojnie. – Jeszcze nie stał się Voldemortem. Teraz jest tylko Tomem Riddlem, szesnastolatkiem, uczniem Hogwartu i jeszcze nigdy nikogo nie zabił. Czy chcesz go skazać na śmierć za morderstwa, których jeszcze nie popełnił?

- Co…? – Arktur wpatrywał się w Harry'ego szeroko otwartymi oczami. – Nie… Nie próbuj mnie teraz zagadać, Harry. Wiem, kim on jest. I wydaje mi się, że ty też, kimkolwiek byś nie był. Znasz to imię, prawda? A jeśli je znasz, musisz też wiedzieć o zbrodniach, które popełni. Teraz, kiedy jeszcze nie miały miejsca, możemy temu zapobiec. On musiał umrzeć, to nasza jedyna szansa.

- Harry? – głos Toma był cichszy od szeptu. – Co tu się dzieje? O czym on mówi? Kim jest Czarny Pan? Skąd on wie o Voldemorcie? I co to za morderstwa, o których obaj najwyraźniej coś wiecie?

- Arktur mówi o przyszłości, która jeszcze się nie wydarzyła – powiedział szybko Harry. – I która się nie wydarzy.

- O przyszłości, w której stanę się mordercą? – w głosie Toma można było usłyszeć niepewność. – Przyszłości, w której będę nazywał samego siebie Czarnym Panem? Czy to prawda? Czemu mi o tym nie powiedziałeś, Harry? Wiesz, o czym on mówi, nieprawdaż? Czuję to…

- I w głębi serca wiesz, że mówię prawdę, co nie, Tom? – powiedział cicho Aktur. Zacisnął dłoń na różdżce. Z czego została ona wykonana? Harry przyjrzał się jej ciekawsko. Z jakiegoś ciemnego drewna. Nie, jak jego własna, z ostrokrzewu. – I wiesz, że byłbyś zdolny do popełnienia morderstwa.

- Ale jeszcze żadnego nie popełnił! – Harry stał przed Tomem i nie zamierzał się stamtąd ruszać. – Nie wypuścił bazyliszka, Marta nie umarła, a Tom nie zabił swojego ojca.

- Ojca? – wyszeptał Tom. – Zabiję swojego ojca?

- Nie, nie zrobisz tego – odparł natychmiast Harry. – Nie pozwolę ci na to. Sam się nim zajmę. Będę miotał na niego klątwy, póki ten drań nie upadnie na kolana i nie zacznie błagać cię o wybaczenie za opuszczenie twojej matki i zostawienie cię w sierocińcu, ale nie pozwolę ci go zabić, Tom. Nie widzisz tego, Arkturze? Wszystko się zmieniło. Przyszłość nie jest już tym, za co obaj ją uważamy.

- Zabiłem własnego ojca? – Harry poczuł, jak ręka Toma łapie go za bark i zakleszcza się na nim. – Co się dzieje? Czy dlatego nie chciałeś mi opowiadać o przyszłości? Bo wiesz, że stanę się w niej mordercą?

Arktur odgarnął ciemne kosmyki włosów ze swojej twarzy. Jego oczy wciąż błyszczały dziko.

- Kilka rzeczy mogło się zmienić, to prawda, ale on się nie zmienił. Wciąż jest chłopcem, który stanie się Voldemortem. Marty nie zabił bazyliszek, ale Tom popełni inne morderstwa. Jak może tego nie zrobić, będąc samym sobą? Zacznie skupiać wkoło siebie swoich sługusów, śmierciożerców, zobaczysz. Przekona podatnych na gładkie słówka młodych czarodziejów z czystokrwistych rodzin, którzy przystąpią do niego w tym szalonym marszu po moc i władzę. To mogło się jeszcze nie wydarzyć, ale tak właśnie będzie.

- To się nie wydarzy, Arkturze, ja na to nie pozwolę! – Harry zerknął na Gryfona. – Zostanę tutaj, w tym czasie, razem z Tomem i będę go pilnował. On się zmienia, nie widzisz tego? To on zabił bazyliszka, pamiętasz? Nie ja. On. Mieczem Gryffindora.

- Ty zostaniesz tutaj z Tomem? – Arktur nieco opuścił swoją różdżkę. – Wydaje ci się, że to zadziała? Tak po prostu będziesz go pilnował? A właściwie czemu miałbyś to zrobić?

- Ponieważ go kocham, Arkturze… eee… czy jak tam właściwie się nazywasz. Och, na Merlina, po prostu dłużej tego nie zniosę. Muszę cię zapytać: czy jesteś Syriuszem Blackiem?

Arktur wpatrywał się w Harry'ego ze zdumieniem.

- Czy ja jestem Syriuszem? Co u licha? Wydawało mi się, że to ty jesteś Syriuszem! Cóż, przynajmniej zanim zacząłem zastanawiać się, czy nie jesteś przypadkiem mną… Ale to nie byłoby możliwe, prawda? Nawet podczas podróży w czasie? Gdybyśmy byli tą samą osobą z różnych okresów w czasie, wtedy jeden z nas pamiętałby o drugim, prawda? Chyba że ktoś zmodyfikował nam obu pamięć… Och, mam dość tych łamigłówek. Czekaj, czy ty nie powiedziałeś przed chwilą, że kochasz Toma Riddle'a? Ale to jest… śmieszne! Wiem, że jest przystojny jak diabli, ale nie możesz się na serio zastanawiać nad poświęceniem swojego własnego życia, żeby tu z nim zostać. Z Czarnym Panem!Pomyśl o tym, Harry! Nigdy nie zobaczysz już swojej rodziny! Cóż, gdybyś był Syriuszem, nie byłaby to prawdopodobnie aż tak tragiczna strata, ale skoro nim nie jesteś…

- Nie mam rodziny – odparł Harry krótko. – Moi rodzice zostali zamordowani, kiedy byłem dzieckiem.

- Zamordowani? – w oczach Arktura błysnęło współczucie. – Och. Ja… eeee… Przykro mi to słyszeć, Harry. Naprawdę. Dorastanie bez rodziców musiało być dla ciebie trudne. Straciłeś ich oboje… Chwileczkę, a jak zginęli? – jego oczy zwęziły się podejrzliwie.

Harry z trudem przełknął ślinę.

- Oni… eee… tak właściwie… zostali zabici przez Voldemorta…

- Ale to… to przecież ja… To tajemne imię, które sam sobie nadałem. – Tom obrócił Harry'ego przodem do siebie. W jego oczach widoczne było przerażenie. – Ja zabiłem twoich rodziców, Harry? Nie, to niemożliwe! Gdybym był mordercą twoich rodziców, nigdy byś się we mnie nie zakochał! To nie ma sensu.

- Oczywiście, że to nie ma sensu – wymamrotał Arktur. Westchnął głęboko. – Posłuchaj, Harry, staram się podejść do tego rozsądnie. Nie lubię zabijać ludzi, ale w tym przypadku to absolutnie koniecznie. Czy nie widzisz, że on musi umrzeć? Jeśli zrobię to teraz, możesz wrócić do swoich czasów i znaleźć swoich rodziców żywych.

Harry owinął swoje ramię dookoła szyi Toma.

- Ale ja nie chcę wracać do moich czasów, Arkturze. Nie rozumiesz, że tak właśnie miało być? Wszystko, co wydarzyło się wcześniej, cała przyszłość, którą obaj pamiętamy, to wszystko jest błędem. To miało się potoczyć właśnie tak. Tom i ja zostaniemy tutaj razem. Nie będzie żadnych morderstw. Śmierciożercy nigdy nie powstaną. Moi rodzice będą żyli w przyszłości, tak jak wszystkie niedoszłe ofiary Voldemorta, ale ja zostanę tutaj z Tomem. Przykro mi, że nigdy nie poznam moich rodziców, ale najwidoczniej tak właśnie miało być. Być może będą mieli innego syna i nazwą go „Harry"… Wracaj do domu, Arkturze! Nie musisz nikogo zabijać. Wracaj do siebie, do swojego czasu, i zobacz, że świat jest kompletnie inny.

- Wrócić do domu? – Arktur opadł na jedno z łóżek w dormitorium z westchnieniem. – Tak po prostu? – spojrzał na Harry'ego z powątpiewaniem. – Czy naprawdę wierzysz w to, że przyszłość będzie inna, jeśli teraz wrócę do domu?

- Oczywiście że tak, Arkturze. Będą czekali na ciebie przyjaciele i rodzina, prawda? Być może będziesz mógł nawet użyć później zmieniacza czasu, żeby odwiedzić nas i opowiedzieć, co się zmieniło. Daj mi znać, czy Hagrid kiedykolwiek zdał SUMy, dobrze?

- Ale miałem powstrzymać Voldemorta… - Arktur z nieobecnym wyrazem twarzy wycelował swoją różdżkę w srebrną kołdrę, na której siedział. Posypały się na nią iskry.

Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu.

- Nie ma już Voldemorta. Nigdy go nie będzie. Jest tylko mój ukochany, Tom.

- Twój ukochany…? Mówicie to na serio, prawda? – Arktur wpatrywał się w nich dwóch, wplatając dość niezgrabnie palce w swoje ciemne włosy.

- Bardzo serio… - Tom pocałował Harry'ego miękko w usta. – Ale, na Merlina, Harry, mamy mnóstwo rzeczy do omówienia. Jest tyle rzeczy, których nie rozumiem.

Harry stropił się.

- Wiem. Ale mamy przed sobą wiele, wiele lat na rozmowy.

Słaby uśmiech zatańczył na bladej twarzy Toma.

- Wiele, wiele lat… Podoba mi się brzmienie twoich słów, kochanie – pocałował Harry'ego po raz kolejny i obaj usłyszeli głębokie westchnienie.

- Wystarczy już, naprawdę! Na Merlina, poczekajcie, aż będziecie sami, dobrze?

Harry roześmiał się.

- Posłuchaj, Arkturze – powiedział łagodnie. – Wiem, że to nie jest dla ciebie łatwe. Tom ci się podoba, prawda?

- Mnie? – policzki Arktura poczerwieniały. – Cóż, nie przeczę, Tom jest raczej atrakcyjny, ale… eee… ja tak naprawdę nie jestem gejem, wiesz.

- Nie? – Harry uśmiechnął się.

- Nie – odparł Arktur twardo. – Nie jestem. A przynajmniej nie tak bardzo. Tak właściwie to wolę dziewczyny. Tylko nie spotkałem jeszcze żadnej, która by mi się tak naprawdę spodobała. Cóż, poza jedną, ale dla niej jestem tylko wrzodem na tyłku.

- Być może powinieneś przekonać ją do siebie w jakiś sposób? – zasugerował Harry delikatnie. – Dziewczyny dość często zmieniają zdanie.

Arktur najwidoczniej miał wątpliwości.

- Cóż, teoretycznie to brzmi dobrze, ale nie mam pojęcia, jak do tego doprowadzić. Może powinienem spróbować Amortencji? Nie, lepiej nie. Gdyby tylko się dowiedziała, dopiero by się wkurzyła. Czasami się do mnie uśmiecha, chociaż przez większość czasu uważa mnie za aroganckiego idiotę. Twierdzi w dodatku, że nigdy nie mogę przyznać, że nie mam racji. –Przewrócił oczami. – Wydaje mi się, że jeśli kiedykolwiek nie będę jej miał, to pierwszy się o tym dowiem…

Harry wybuchnął śmiechem.

- Być może powinieneś wrócić do przyszłości i powiedzieć jej, jak nie udało ci się kogoś zabić. Mogłaby się jej spodobać ta historia. Oczywiście pod warunkiem, że opowiesz ją z wyczuciem.

Arktur wpatrywał się w niego.

- Co? Mam powiedzieć jej, że cofnąłem się w czasie i próbowałem ocalić świat, ale skończyło się na tym, że zrobiłem z siebie idiotę? Wydaje ci się, że jej się to spodoba? – Przez chwilę siedział w milczeniu, najwidoczniej się nad czymś zastanawiając. Później wzruszył ramionami. – Cóż, najprawdopodobniej mogę spróbować. Czy jesteś pewien, że dziewczyny lubią, kiedy jest się z nimi tak szczerym? Och, no dobra, spróbuję. Być może powinienem dać jej jakieś kwiaty czy coś takiego, róże z przeszłości. Dziewczyny lubią takie rzeczy, prawda?

- Być może. To dobry pomysł.

Arktur wstał i wsunął swoją różdżkę do kieszeni z westchnieniem.

- Cóż, no dobra, spróbuję. Ale kiedy wrócę do siebie, lepiej żebym zobaczył Regulusa Blacka jako reprezentanta drużyny quidditcha Anglii, a nie poplecznika Voldemorta. I wrócę tutaj, jeśli coś pójdzie nie tak, więc nawet nie myśl o czarnej magii, Tom.

- Nie wydaje mi się, żebym… - Tom otarł swoje wargi o szyję Harry'ego. – Mam mnóstwo innych rzeczy, o których mogę teraz myśleć. Jak Harry.

- Czy jakkolwiek ma na imię – mruknął Arktur. – Chwila, nie jesteś Regulusem, prawda, Harry? To byłoby śmieszne, no nie, bo użyłem jego włosów do Eliksiru Wieloskokowego, a jego drugiego imienia do wymyślenia sobie kryptonimu. Miałem nadzieję, że to wystarczy, żebym tym razem trafił do Slytherinu, ale Tiara mnie wyśmiała, kiedy jej to zasugerowałem. Do cholery, mam Mroczny Znak na ramieniu, a głupi kapelusz odmawia przydzielenia mnie do Slytherinu, możecie w to uwierzyć? Nie? Nie jesteś Regulusem? Remusem też nie, prawda? Masz na imię naprawdę po prostu Harry?

- Tak, Arkturze. Nazywam się Harry, naprawdę.

- Śmieszne. Wydaje mi się, że powinienem cię znać, ale nie przypominam sobie ani jednego Harry'ego. Chociaż podoba mi się to imię. Ma ładne brzmienie.

- Eeee… dzięki.

- Proszę. – Arktur wyciągnął ze swoich szat złoty zmieniacz czasu i zaczął obracać tarczę zegara. – Niech będzie, zabieram się stąd. Och, nie mielibyście nic przeciwko, gdybym wziął z waszego stolika nocnego te białe róże? Dzięki. Będą fajnym prezentem dla Evans. Być może wreszcie się ze mną umówi. Do zobaczenia…

Zmieniacz czasu wyemitował dziwną złotą falę i Arktur Black zniknął w tej samej chwili.

- Moment… Co on powiedział? – Harry wydostał się z objęć Toma i zaczął gorączkowo szukać jakiegokolwiek śladu po podróżniku w czasie.

- Harry? Wszystko w porządku? – Tom pocałował go delikatnie – Na Merlina, jesteś blady jak ściana. Dość ciężko zrozumieć wszystko, co się wydarzyło, prawda? Jakoś sobie z tym poradzimy, kochanie.

Harry stał jak skamieniały i wpatrywał się w miejsce, w którym Arktur znajdował się jeszcze chwilę temu.

- Evans? – wyszeptał. – Chce dać te kwiaty… Evans?

- Tak właśnie powiedział. Dobrze się czujesz, Harry?

Harry opadł na jedno z łóżek, opierając głowę na rękach. Nie wiedział nawet czy płakać, czy się śmiać.

- Ale… Ale w takim razie… Arktur musi być… Och, na Merlina. Na Godryka. Och, na wszystkich założycieli.

- Harry? – Tom lekko zmierzwił jego włosy.

Harry powoli pokręcił głową.

- Och, na Merlina, czemu nie zauważyłem tego wcześniej? Szukający Gryfonów z peleryną-niewidką? Chłopak, który zdaje się wiedzieć wszystko o Voldemorcie, a w dodatku zna Syriusza, Regulusa Blacka i Remusa Lupina? Chłopak, który jest tak dziwnie do mnie podobny, że aż zaczynam się zastanawiać, czy nie jest mną? – Harry wybuchnął śmiechem.

- Harry? Czy Arktur jest kimś, kogo znasz w przyszłości? – Tom był kompletnie zdezorientowany.

Harry, ciągle trzęsąc się ze śmiechu, zdołał wykrztusić:

- Co za niefart! To był mój ojciec! *

KONIEC

* Jest to cytat z powieści "Candy" Terry'ego Southerna and Masona Hoffenberga, w oryginale brzmi "Good grief! It's daddy!". Niestety, nie mogłam znaleźć nigdzie tej książki, więc moje tłumaczenie może odbiegać od książkowego.