WIRUS
AWARIA. Mózg przeszył ból przypominający ukłucie. Odleciałam.
***
Omer był jedynym Zbieraczem, którego znałam. To jego zwykle wzywałam.
- Erica, co mogę dla ciebie zrobić? – zapytał, kiedy zjawiłam się w jego magazynie.
- Przyszłam tylko w odwiedziny.
- Nie powinnaś była. Ludzie zaczną mówić.
- Już i tak mówią.
- Racja, „stalowa dziewico". – Uśmiechnął się złośliwie. Zignorowałam to.
- Dlaczego zostałeś Zbieraczem?
Usiadł na nadpalonym fotelu. Za jego plecami półka uginała się pod różnymi przedmiotami.
- Każdy musi mieć jakąś rolę do odegrania. Jak w teatrze. Ty jesteś snajperem.
- Rose sanitariuszką...
- A ja Zbieraczem. Takie jest życie.
- Okradasz trupy.
- Niezupełnie. Zabieram to, co im już się nie przyda i daję tym, którzy to coś potrzebują. Na przykład twój karabin. – Wyciągnął po niego rękę; podałam mu moją broń. – Pamiętam jak dziś...
Chciałam mu przerwać, ale moja ciekawość zwyciężyła.
- Seerano Point. Krótko po zdobyciu elektrowni. Budowano umocnienia i zjawiły się maszyny. Podobno ze dwadzieścia. Pułkownik Steve Black dowodził obroną.
Umilkł, przyglądając się mojej broni.
- To jego karabin? – zapytałam zniecierpliwiona.
- Nie, należał do jego narzeczonej. – Przez chwilę zdrapywał coś z lufy. – A.L. Amy Lucian. Śliczna dziewczyna. Była jego aniołem, bardzo go kochała, a on kochał ją. Do szaleństwa.
- Zginęła tamtego dnia?
- Nie. – Oddał mi karabin i zapalił papierosa. – On zginął.
- Więc skąd masz jej broń?
- Amy była lekarzem jeszcze przed Dniem Sądu. Tamtego dnia ona i jej ludzie jako pierwsi dotarli do Seerano. Green umarł w jej ramionach. Powiedział jej: „Nie będę już cię chronić, ale sama też świetnie sobie poradzisz." Była w ciąży. Urodziła syna. Oddając broń, powiedziała mi, że to on będzie ją teraz bronić. Nie wróciła na front aż do pewnego dnia. Caleb, jej syn, i oddział, w którym służył, wpadł w zasadzkę przy wybrzeżu. Zjawiła się po swój karabin. Pomogła odbić żołnierzy, ale sama została śmiertelnie ranna. „Zawsze walczyłam w obronie moich marzeń", miała wtedy powiedzieć do syna, „teraz ty walcz o swoje". Karabin wrócił do mnie.
Przerzuciłam go w rękach, patrząc na wyryte inicjały. Zdrapałam brud. Obok liter było wyryte serce, a dalej litery S.B.
- Ludzie robią szalone rzeczy z miłości – powiedziałam.
Omer tylko pokiwał głową, w zamyśleniu wypuszczając dym z ust.
- To dobra spluwa. Pomoże ci walczyć o twoje marzenia.
- Nie mam marzeń – szepnęłam słabo.
***
- Erica!
Otworzyłam oczy. SKANOWANIE SYSTEMU W TOKU. 15%...
- Erica! – Poznałam ten głos. Należał do Sary.
57%. Podniosłam się do pozycji siedzącej.
- W porządku – powiedziałam, rozcierając skroń. – Satelity rządowe mają potężne firewalle.
- Gdzie jest moja żona?!
Spojrzałam na Charliego. Siedział obok Dereka na siedzeniu pasażera. Podałam mu namiary. Ruszył.
89%. Sara dotknęła mojego ramienia.
- Nie martw się, wszystko okej – rzuciłam; czułam się dziwnie słabo.
89%. 89%. Coś nie było w porządku.
Dojechanie na miejsce nie zajęło nam wiele czasu.
- Zostaniesz tutaj. – W głosie Sary pobrzmiał rozkaz. Nie protestowałam. Mózg nie działał sprawnie. Byłabym tylko problemem.
89%. RESTART. Zagryzłam wargi, kiedy impuls elektryczny przeszył mój mózg.
INICJACJA SKANOWANIA.
Położyłam się na plecach. Niebo było delikatnie błękitne, słońce grzało mocno. Minuty ciągnęły się niemiłosiernie. Czułam wilgoć pod pachami. Co się działo w tym budynku? Dlaczego było tak cicho?
12%. Szybciej, błagam! Poruszyłam nogami. Były ciężkie jak z ołowiu. Nagle usłyszałam kroki. Nie od strony budynku. Nie mogłam skorzystać z Oka. Podniosłam się z trudem i znalazłam się twarzą w twarz z Cromartiem. Mierzyliśmy się wzrokiem przez dłuższą chwilę.
24%. Wymacałam broń i zacisnęłam na niej lewą dłoń.
- Nie radziłbym – powiedział. – To nie najlepszy pomysł, Erico Williams.
Cofnęłam rękę. 43%. Nie miałam z nim szans. Nie w tym stanie.
- Teraz zepsuję silnik, a ty nic nie zrobisz. Jeśli kogoś zawołasz, zabiję ich wszystkich, rozumiesz?
Przełknęłam ślinę.
- Dorwę cię – syknęłam.
57%. Patrzyłam, jak idzie w stronę maski. Szybko wrócił.
- Mam nadzieję, że niedługo się spotkamy – powiedział. – Będziesz wtedy w pełni sił. To nie był zbyt silny wirus. Pozbierasz się.
Przeklęłam. Odszedł. Usłyszałam, jak odpalił silnik. Poczekałam, aż odjedzie i zaczęłam krzyczeć.
- Erica! – Sarah dopadła mnie jako pierwsza; za nią nadbiegł Charlie i jego żona.
- Był tutaj! Cromartie! Był tutaj!
Nagle usłyszeliśmy eksplozję i słup wysokiego napięcia zwalił się z głośnym zgrzytem na dom.
- Derek! – wrzasnęła Sarah.
86%. UWAGA! WYKRYTO WIRUSA! Puściła mnie i pobiegła w stronę budynku.
92%. Wyskoczyłam z auta, ale osunęłam się od razu na kolana. Żebra bolały mnie niemiłosiernie. Nie mogłam wstać.
Kobieta wbiegła do środka. Łzy stanęły mi w oczach. To znaczy, w oku. Jednym.
100%. SYSTEMY W NORMIE. WIRUS USUNIĘTY.
Podniosłam się i pobiegłam w stronę budynku. Nagle w drzwiach pojawił się Derek, a zaraz za nim Sarah. Zatrzymałam się w połowie drogi.
- Jedzie do Johna! – krzyknęła.
- Jeep jest zepsuty – powiedziałam szybko. – Musimy znaleźć jakiś inny środek transportu.
O nic nie pytała, chwyciła tylko broń. Po chwili biegliśmy wzdłuż pustynnej drogi.
- Z tobą w porządku? – zapytał Derek.
- Miałam wirusa w Mózgu – rzuciłam. – Ale już się go pozbyłam.
Zerknęłam na Charliego i jego żonę. Trzymali się za ręce.
Udało nam się zatrzymać furgonetkę. Po chwili siedziałam z tyłu.
- Jesteś pewna, że już tam nic nie masz? – zapytał Derek.
- Jestem - warknęłam
Znaleźliśmy się w mieście. Sarah od razu skontaktowała się z synem. Był bezpieczny i pewnie miał co opowiadać. Widziałam, jak trzęsą się jej ręce.
- Zostaw nas tutaj – powiedziałam. – A wy jedźcie po Johna.
Sarah nawet nie spojrzała na Charliego. Wysiedliśmy na parkingu obok stacji benzynowej. Van odjechał. Zostałam sam na sam z parą obcych, przez których dziś o mało nie zginęła dwójka ważnych dla mnie ludzi.
- Chodźcie za mną – rzuciłam.
Po chwili doszliśmy na dworzec autobusowy. Kupiłam dwa bilety do Waszyngtonu.
- Nie będę powtarzała – powiedziałam twardym głosem, wciskając Charliemu kartę kredytową. – Teraz odjedziecie jak stoicie i nigdy więcej nie skontaktujecie się z Connorami. To moja karta. Pin to 3488. Możecie z niej korzystać. Przyda wam się, żeby zacząć nowe życie. – Spojrzałam na przerażoną twarz kobiety. – Jeśli jeszcze raz znajdziecie się w pobliżu Sary i Johna, zabiję was. Rozumiecie?
- Tak. – Charlie objął mocniej kobietę. – Dziękuję. Uratowałaś moją żonę.
- Nie dziękuj.
- Jesteś z przyszłości, prawda?
- Z przyszłości, w której was nie ma i niech tak zostanie. Daj mi komórkę.
Podał mi ją bez słowa. Od razu zgniotłam ją w dłoni. Kawałki plastyku posypały się spomiędzy moich mechanicznych palców.
- Wasz autobus – rzuciłam. Mężczyzna pociągnął żonę w stronę pojazdu, posyłając mi długie spojrzenie. Zmarszczyłam brwi.
W życiu Sary jest miejsce tylko dla dwóch mężczyzn.
Mój Mózg poprawił mnie, że czterech, ale ja wiedziałam lepiej. Kiedy autobus wyjechał na ulicę, osunęłam się na ławkę niedaleko. Moje mechaniczne kolana trzęsły się pode mną. Czułam niepokój.
- Jesteś czysta. – Alex pogłaskała mnie po plecach. Odłączyłam kabel.
- Nie jestem taka pewna – szepnęłam. – Twój komp jest za słaby na mój chip.
- Co zamierzasz?
Roztarłam kark i objęłam się w pasie.
- Pojadę do Keiry.
Alex zmarszczyła brwi, zamykając swój laptop.
- Ostatnio jak tam byłaś, o mało nie wróciłaś w stanie śmierci klinicznej.
Pokiwałam w zamyśleniu głową.
- Będę uważała. Podrzucisz mnie do Connorów? Zostawiłam tam auto.
- Jasne, to po drodze.
- O której masz egzamin? – Zerknęłam na zegarek.
- Zdążę – rzuciła krótko, uśmiechając się delikatnie.
Mini Morris Alex był wściekle różowy. Upierała się, że mieli tylko taki kolor, ale nie do końca jej wierzyłam. Kiedy jechaliśmy do domu Sary, nuciła pod nosem. Była bardzo podekscytowana.
Wspięłyśmy się na schody i Alex zadzwoniła do drzwi. Stanęłam nieco z boku. Otworzył nam Derek.
- Derek Reese. – Moja przyjaciółka wzięła się pod boki. – Baczność, żołnierzu.
Mężczyzna wpatrywał się w nią zdumiony.
- Alex Lightwood – powiedział w końcu. – Więc jednak byłaś młoda.
- I całkiem ładna – dodała, wchodząc do środka. Roześmiałam się.
- Nie da się ukryć – przyznał, zamykając za nami drzwi. Poszłyśmy do kuchni.
Po chwili na dole zjawił się John. Przedstawiłam mu Alex. Moja przyjaciółka pocałowała go w oba policzki i długo się w niego wpatrywała.
- Nie są podobni – powiedziała, siadając przy stole. – Ani trochę.
- Serio? Skąd ta pewność? – John uniósł brwi.
- Widziałam tamtego Connora. – Alex zaczęła bawić się swoim kolczykiem.
- Jak? Kiedy?
- W głowie Erici. Na filmie. – Przechyliła się nad stołem i chwyciła Johna za rękę. – Zaraz, ona ci nic nie pokazała?
- Co miała mi pokazać? – Chłopak spojrzał w moją stronę.
- Jest jeszcze za wcześnie – powiedziałam z naciskiem. – Wszystko w swoim czasie.
Alex puściła Johna i podeszła do stojącego w drzwiach Dereka.
- Ale on jest taki sam – powiedziała z uśmiechem. – Tak samo przystojny.
- Ty za to wyglądasz na normalną. – Także się uśmiechnął.
- To tylko pozory, skarbie! – Dotknęła jego piersi.
- Alex – rzuciłam; moja przyjaciółka wróciła do stołu.
- Mogę wpadać tutaj częściej? – zapytała niewinnie.
- Jak Sarah się zgodzi – mruknęłam; Derek nie mógł oderwać od Alex wzroku.
- Oby – powiedziała w zamyśleniu, wzdychając. – Cholerna sesja.
Roześmiałam się. Tymczasem w kuchni zjawiła się Sarah. To na nią czekałam. Przedstawiłam ją Alex. Moja przyjaciółka objęła mocno kobietę i długo patrzyła w jej twarz.
- Ranyści – szepnęła – takie same oczy. Identyczne!
- Alex! – Miałam nadzieję, że nie powie za dużo. Sarah spojrzała na mnie rozgniewana.
- Nie powinnaś tu nikogo przyprowadzać.
Nie odpowiedziałam.
- Muszę wyjechać z miasta – powiedziałam dopiero po chwili.
- Nie zatrzymuję cię. – Sarah spojrzała na mnie przelotnie.
- Cromartie zastawił pułapkę nie tylko na was i Johna, ale i na mnie – kontynuowałam. – Zainfekował mój chip. Nie jestem pewna, czy usunęłam wirusa do końca, a nie mogę ryzykować. Gdyby wszystko z Cameron było w porządku, dałabym się sprawdzić, ale... – Spojrzałam na terminatorkę. – Nie mogę ryzykować. Jadę do San Diego. Współczesne komputery są za słabe na mój Mózg.
- Co zamierzasz? – zapytał John. – Dlaczego do San Diego?
- Są dwa terminatory, które stoją po naszej stronie. Jeden jest obok ciebie, drugi jest właśnie tam.
Sarah spojrzała na mnie uważnie.
- Co jeszcze masz nam do powiedzenia?
- Dużo, ale wszystko w swoim czasie.
- Nie znoszę, jak tak mówi – wtrąciła Alex.
- Jedź – rzucił Derek. – Będzie trochę spokoju.
- Mam zamiar zostawić z wami Alex – mruknęłam, szczerząc zęby w złośliwym uśmiechu.
- Poradzimy sobie. – Sarah zmarszczyła brwi. – Jedź, jak musisz.
Kiwnęłam głową, wstając. Miałam złe przeczucia.
- Chodź, Alex. Piszesz dziś egzamin, prawda?
Wstała niechętnie i wyszła za mną z kuchni, posyłając jeszcze długie spojrzenie Derekowi. Po chwili szłyśmy po podjeździe. Ona do swojego Morrisa, ja do Land Rovera.
- Wpadniesz tutaj wieczorem? – zapytałam, wsiadając do swojego auta.
- Jasne. – Otworzyła różowe drzwiczki.
- Ale na noc wrócisz do siebie.
W odpowiedzi tylko machnęła mi ręką. Odpaliłam silnik.
***
Szybko ściągnęłam z siebie ubrania i weszłam do wody. Przepłynęłam do końca basenu, po czym usiadłam na brzegu. Gdyby nie gorące źródła, można by zwariować. Po chwili dołączyła do mnie Rose.
- Słyszałaś, że Chris Land zaginął w akcji? – zapytała, masując sobie stopę.
- Serio? Mój kolczyk nie przyniósł mu więc szczęścia – mruknęłam.
- Był dupkiem, ale źle mu nie życzyłam. A poza tym, był taki przystojny...
Przytaknęłam. Spojrzałam na swoją nogę. Długie rozcięcie goiło się bardzo wolno.
- Ostatnio kręci się tutaj taki bardzo wysoki facet – rzuciła Rose. – Pytał o ciebie.
- Ma na imię Theo.
- Znasz go?
- Niezupełnie. Spotkałam go raptem dwa razy. Dziwny jest.
- No to pasujecie do siebie.
- Kiedy wpadłam na niego po raz pierwszy, był z nim taki chłopak, chyba Spawacz.
- Słyszałam, że są strasznie brzydcy. No wiesz, mają popalone twarze, dlatego się ukrywają.
Wsunęłam się do wody, mocząc porządnie włosy.
- Chyba je obetnę – rzuciłam. – Ostatnio wplątały się w karabin.
- Nawet nie żartuj! Są piękne! Masz je zostawić w spokoju! Wiąż je po prostu, jasne?
- Aha. Niech ci będzie.
Kiedy szłyśmy już ubrane i wysuszone do głównego bunkra, Rose nagle pociągnęła mnie w boczny korytarz.
- Idzie za nami! – szepnęła.
- Kto?
- Ten cały Theo!
Wychyliłam się, ale korytarz był pusty.
- Przewidziało ci się – rzuciłam, kiedy ruszyłyśmy dalej. Co chwila obracała się podejrzliwie.
Wreszcie doszłyśmy na miejsce.
- Ej, Rose, Erica! – Usłyszałyśmy; podbiegł do nas Joe Rice. – Zbieramy oddział poszukiwawczy!
- Chcesz szukać Chrisa? – zapytała moja przyjaciółka. – Po ośmiu dniach?
- Tak, dołączacie?
- Ja tak – zgodziłam się. – Muszę rozprostować kości.
- Musimy zapytać Alex! – zganiła mnie Rose.
- Leć, zapytaj ją – powiedziałam szybko. – Ja idę z chłopakami.
- Dobra, strzelec się wszędzie przyda. – Joe uśmiechnął się szeroko.
- Erica, zwariowałaś? – zapytała Rose, ale po chwili wywróciła oczami: - Tak, wiem, że zwariowałaś już dawno. Ale przecież nigdy nie lubiłaś Chrisa!
- Tu nie chodzi o niego. – Dotknęłam ucha. – Chcę odzyskać mój kolczyk.
Rose zmarszczyła brwi.
- Na pewno nie będę w oddziale sanitariuszy, który po was wyślą – powiedziała twardo.
- Nie będę ci miała tego za złe – odparłam spokojnie.
- Naprawdę myślisz, że nic nie ryzykujesz? Ryzykujesz nas wszystkich, twoich przyjaciół! Alex serce pęknie, a Mucha zapłacze się na śmierć, jak zginiesz, idiotko!
- Nie zginie. – Usłyszałyśmy nagle; odwróciłyśmy się równocześnie i zobaczyłyśmy Theo.
Rose o mało nie krzyknęła. Zmierzyłam mężczyznę wzrokiem.
- Słyszałaś, Rose? – Położyłam rękę na jej ramieniu. – Pozwól żołnierzowi walczyć. Idź do Alex. Niedługo wrócimy. Z Chrisem albo bez niego.
Bała się potężnego Theo i pewnie gdyby nie on, poszłaby ze mną. Mogłam ryzykować siebie zawsze i wszędzie, ale nie lubiłam mieć którejś z dziewczyn na głowie. Patrzyłam, jak odchodzi.
- Alex przetrzepie ci za to dupę! Więc lepiej wróć! – krzyknęła jeszcze i pobiegła korytarzem.
Spojrzałam na Theo.
- Śledzisz mnie? – Nie odpowiedział, więc uznałam, że trafiłam w sedno. – Dlaczego?
- Wymarsz! – zagrzmiał Kellerman.
Wstałam i ruszyłam za jego oddziałem. Theo poszedł za mną i nie odstępował na krok.
- Co to za facet? – zapytał mnie szeptem Mike.
- Nie mam pojęcia. – Wzruszyłam ramionami.
- Nie widziałem go wcześniej...
- Dobrze, że Rose została. – Joe zrównał ze mną krok. – Dziewczyny nie powinny walczyć.
Pokiwałam w zamyśleniu głową. Szliśmy między gruzami w stronę północnej części miasta. Czułam karabin na plecach. A.L. Serce. S.G. Nagle Theo chwycił mnie za ramię.
- Transporter – powiedział. Nadstawiłam ucha, ale dopiero po kilkunastu sekundach usłyszałam szum śmigieł.
- Leci szerszeń! – krzyknęłam.
W mgnieniu oka ukryliśmy się pod gruzami. Leżałam na brzuchu obok Joe i Theo. Twarz chłopaka pokryły kropelki potu, ale mężczyzna pozostał niewzruszony. Słyszałam bicie własnego serca.
- Czysto. Idziemy. – Padł rozkaz. Wyczołgałam się; Theo od razu dźwignął mnie z ziemi.
- Wszystko okej – powiedziałam, kiedy zaczął mnie oglądać.
- Okej – powtórzył głucho.
Maszerowaliśmy dosyć długo.
- Cmentarzysko. – Usłyszałam przejęty głos Joe'go.
- To śmietnik – mruknął Mike. – Zwykłe złomowisko.
Jak okiem sięgnąć, rozciągało się pod nami wysypisko śmieci. Widziałam wraki helikopterów. Zaczęliśmy zsuwać się po zboczu. Nagle straciłam równowagę, Theo błyskawicznie chwycił mnie za ramię.
- Dzięki – mruknęłam.
Nie puścił mnie, aż zeszliśmy na prosty grunt. Jego ręka była zimna i bardzo silna.
