Część 2
Kruki w domu
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również w nas. (с) F. Nietzsche
John leżał na łóżku Sherlocka, przysłuchując się jego sennemu oddechowi. Wydawało mu się, że wciąż jeszcze słyszy ten straszny krzyk. Gdyby można było ożywić Moriarty'ego i zabić go jeszcze raz, John gotów był zrobić to znacznie wolniej, niż uczynił to strzał w brzuch. Owszem, zdawał sobie sprawę, że istnieje duża różnica między pragnieniem okrutnej zemsty na wrogu a zemstą realną. Zdarzyło mu się kiedyś obserwować brutalne przesłuchanie, kiedy potrzebny był lekarz, aby podtrzymywać życie wziętego do niewoli terrorysty. Był też świadkiem, choć niebezpośrednim, gwałtu. To wywołało w nim podobne uczucie gniewu. Ale teraz był już absolutnie pewien, że potrafiłby się zemścić.
Sherlock pachniał po dziecięcemu słodko i mlecznie. Wzdrygał się we śnie, łaskocząc ciepłym oddechem szyję Johna – drżący wdech i długi wydech.
John pomyślał, że już od bardzo dawna nie leżał tak – w łagodnym półśnie, obejmując się z kobietą. Życie potrafiło sprawiać niespodzianki.
Nie od razu udało mu się zasnąć, a potem widział świat koloru khaki, wylatujące w powietrze opancerzone pojazdy i słyszał krzyk żołnierzy. Zgodny histeryczny ryk: „Kruki, zabij kruki! Kruki za oknem!"
Obudził się, gdyż ktoś skubał jego włosy, ciągnął za kosmyki.
- Co... Sherlock?
- Zielony...
- Co?
- Niebieski...
John gwałtownie usiadł na łóżku i pasemko jego włosów omal nie zostało w zaciśniętych palcach Sherlocka, leżącego obok na brzuchu. Zaklął, łapiąc się odruchowo za głowę.
- Żółty.
- Szlag...
- Żółty.
- Wątpię. Nie, ty zdecydowanie jesteś rozstrojony. Zupełnie. – John przetarł twarz dłońmi. – Jednak jest jakaś zmiana. Pojedziemy dziś na badanie.
- Zielony.
Sherlock przewrócił się na plecy, patrząc w sufit.
- Ile masz teraz lat?
- Żółty.
- Jaki mamy rok?
Sherlock wbił spojrzenie w Johna. Jego przejrzyste oczy – jasne i bezmyślne – lśniły wilgocią.
- Czerwony.
Na pytanie Johna o kruki Mycroft jedynie wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia, co to za bzdury. Nie zwracałem uwagi czy są czy ich nie ma tam, gdzie mieszkaliśmy. W domu nikt nie hodował ptaków. Żadnych dramatycznych momentów związanych z wronami nie pamiętam.
- Krukami – poprawił go John. – To inny gatunek.
- Będziemy teraz dyskutować o ornitologii?
- Powinienem się w tym zorientować.
- To tylko majaczenie chorego psychicznie człowieka, doktorze. Sam wspominałeś o ptakach na piłce. Nawiasem, jak zareagował na nie przy powtórnej demonstracji?
- Chowałem piłkę. Nie pokazywałem jej drugi raz.
- To niedobrze...
- Sądzisz, że powinienem dalej ciągnąć eksperyment?
- To była silna reakcja emocjonalna. Pierwsza i jedyna po tym, jak udało się nam go uwolnić. Całkiem możliwe, że...
- Całkiem możliwe, że to go cofnie do poprzedniego stanu! To go męczy!
- Nie musisz podnosić głosu, John. Na razie wszystko idzie wspaniale. Lekarstwa działają, twoja terapia również – częściowo. Idź dalej tą drogą.
Sherlock lubił siedzieć na podłodze. Przy pierwszej okazji starał się zsunąć z fotela. Siedział, opierając się o coś i unosząc lekko głowę. Czasem z kącika ust ściekała mu ślina. Przypominał w tym stanie ptaka – otępiałego, chudego, czarnopiórego ptaka.
John próbujący z nim rozmawiać, czuł się niezbyt komfortowo, patrząc z góry, tak więc od trzeciego dnia Ellis i pani Hudson zaczęły ich obu zastawać siedzących ramię w ramię pod jakąś ścianą albo przy fotelu. Sherlock czasami jąkał coś bez sensu na powtarzające się opowiastki Johna. A szczególnie okropne było dla obu kobiet słyszeć, jak Watson z nawyku próbuje na ten bełkot odpowiadać.
Sherlock szczególnie lubił wymieniać kolory i liczby – wpierw chaotycznie, a nieco później od czasu do czasu po kolei, zaczynając od dowolnej z pojedynczych, do dziesięciu - piętnastu. John, początkowo z radością obserwujący „polepszenie", stopniowo do niego przywykł i zobojętniał. Dalszej poprawy nie było. Mózg Sherlocka nie był w stanie poradzić sobie nawet z tą informacją. Układał oddzielne, rozsypane kawałki i ponownie je tracił.
Mobilność Sherlocka teraz zaczęła być kłopotliwa. Zwłaszcza kiedy należało go ogolić. O ile wcześniej John bez trudu nauczył się szybko i zgrabnie golić miękką szczecinę, a teraz praktycznie nigdy nie obywało się bez zacięć. Jednak i ten problem udało się rozwiązać – przypadkowo i niecodzienną metodą.
Na początek John postanowił wznowić lekcje muzyki. Z tym samym nauczycielem. Pan Edwards przez jakiś czas niespokojnie popatrywał na Sherlocka, kręcącego się obok fotela, jednak stopniowo się przyzwyczaił i przestał zwracać na niego uwagę. Potem jednak John zaczął piłować struny, próbując nauczyć się przynajmniej prawidłowo trzymać instrument. Pod wpływem zgrzytliwego jęku skrzypiec Sherlock wyprężył się, a potem skulił, podciągając kolana do piersi. John, widząc to, ponowił swoją muzyczną improwizację, i Sherlock zaskomlał, wciskając nos w chude kolana, jakby usiłował się ukryć przed nieznośnym dźwiękiem. John zamarł, a następnie szybko podał instrument nauczycielowi i poprosił:
- Proszę zagrać coś... melodyjnego.
Zabrzmiała cicha, smutna melodia. John był pewien, że już ją słyszał, lecz nie znał się zbyt dobrze na muzyce klasycznej i nie potrafił podać tytułu. Sherlock wyprostował się powoli, przylegając plecami do fotela, zamknął oczy i znieruchomiał w takiej pozycji, od czasu do czasu kołysząc się lekko w takt muzyki.
Tego samego dnia w domu pojawiły się płyty z muzyka klasyczną i małe głośniki, które John podłączył do notebooka.
Przy muzyce Sherlocka można było nawet golić.
W noc po burzy stało się jasne, że John nie będzie już dane spać w swoim pokoju. Próby położenia Sherlocka do łóżka i wyjścia były bezowocne. W końcu John zrobił mu zastrzyk uspokajający, a i tak Sherlock obudził się w środku nocy i urządził w sypialni histeryczny kataklizm, uspokoiwszy się dopiero wtedy, gdy John go objął i jakoś przekonał, że nie dzieje się nic strasznego. Zresztą i tak John musiał położyć się razem z nim. Sherlock wczepił się w niego, obejmując ramionami, zarzucił na jego udo chudą nogę w rozciągniętej błękitnej piżamie. Tę noc John przeleżał na plecach, z otwartymi oczami, licząc oddechy Sherlocka.
Dodatkowy zastrzyk leku sedatywnego musiał zrobić również kolejnej nocy. John szczelnie zasłonił okno i przeniósł do sypialni Sherlocka część swoich rzeczy. Na pytające spojrzenie pani Hudson, rzucił wcześniej przygotowaną odpowiedź:
- To niebezpieczne, pozostawiać go samego w takim stanie.
- Niebezpiecznie jest dla ciebie zostawać z nim, kiedy jest w takim stanie.
- Nic mi nie będzie. Proszę się nie denerwować.
- John!
- Wszystko będzie dobrze.
Kiedy John był obok, Sherlock prędko zasypiał nawet bez zastrzyków. John pewnego razu specjalnie to sprawdził.
Znajomy słodkawo-mleczny zapach, lekko mdlący od domieszki woni lekarstw i męskiego ciała, stał się dla Johna zapachem domu. Nie wyczuwał go już świadomie, ale kiedy opuszczał mieszkanie, natychmiast ogarniał go podskórny niepokój. Kładł to na karb tego, że zostawia chorego pod opieką dwóch kobiet, więc starał się swoje wyprawy do sklepu, do kliniki, apteki czy też spotkania z Mycroftem jak najbardziej skracać. Tak naprawdę ten niepokój mijał jedynie nocami, kiedy Sherlock spał obok na brzuchu albo na boku, przyciskając nos lub rozwichrzoną głowę do ramienia Johna, od czasu do czasu pochrapując lub cicho jęcząc. Czasem kładł wychudzoną rękę w poprzek Johnowej piersi, a ten próbował sobie wyobrazić, że śpiący z nim człowiek jest całkiem zwyczajny, że kiedy się obudzi, będzie z nim można porozmawiać, usłyszeć przytyk wypowiedziany sennym głosem i żądanie, by mu podać komórkę. John nie myślał o tym, co Sherlock powiedziałby, ocknąwszy się teraz i odkrywszy, że leży w jednym łóżku ze swoim współlokatorem, jednak serce mu się ściskało z lęku i zaczynał machinalnie gładzić leżącą na jego piersi rękę – od łokcia do końców palców, patrząc w sufit i wspominając miniony dzień.
- Myślisz, że jesteś bardziej uparty ode mnie? – szeptał John, a oczy bolały go coraz bardziej od długiego czytania. – O, nie. Nie jesteś. W przeciwnym wypadku sam ze sobą byś nie wytrzymał nawet jednego dnia.
- Przydałby ci się spacer. – Pani Hudson stanęła na progu salonu, ze smutkiem patrząc na to, jak Sherlock bezradnie obraca w dłoniach kawałki kolorowej układanki, a John próbuje objaśnić mu, co z nimi robić, jednocześnie pilnując, by nie zostały połknięte.
- Nie potrzeba.
- John...
- Pani Hudson, czy to nie pora pani ulubionego serialu?!
Sherlock mamrotał o kolorach, o krukach, a niedawno jego mózg fafiksował się na głębokich studniach.
Siedzieli ramię przy ramieniu, opierając się plecami o ścianę przy wejściu do kuchni. Podłoga była zimna, ale Sherlock sprzeciwiał się wszelkim podkładkom. John również usiadł bezpośrednio na podłodze, uniósł głowę i patrzył w sufit.
- Mieszkałem na peryferiach Londynu – odezwał się. – Była tam w jednym miejscu wielka jama, bardzo głęboka. Nazywaliśmy ją studnią.
- Studnia.
- Kiedyś wpadł do niej jeden chłopak i złamał sobie kręgosłup. Potem ją zakryli. Jeśli się przyłożyło ucho do pokrywy, słychać było dziwne dźwięki. Myśleliśmy, że w środku coś żyje.
- Studnia
- A może to sama studnia ożywała... Ogromna jama, ciemność... Nic nie widać... Patrzysz tam i wydaje się, że stamtąd ktoś patrzy na ciebie...
- John...
- Tak, Sherlock?
- Czternaście, piętnaście, szesnaście...
- Siedemnaście.
- Siedemnaście.
Kilka razy dzwoniła Sara, pytając zwykle o to samo i otrzymując dokładnie takie same odpowiedzi.
- Jak leci?
- Normalnie.
- Co z nim?
- Zaczął się poruszać. Mówi.
- O!
- Niestety, nic sensownego.
- O... Masz taki głos... – Sara zawahała się i dodała: - John, może zajrzę? Odwiedzę was.
- Jasne.
- Potrzebujecie czegoś?
- Nie, dziękuję.
Siedzieli przy kuchennym stole, a Sara nieustannie rzucała niespokojne spojrzenia na Sherlocka, który opierał się plecami o futrynę i przegradzał wyjście z kuchni swoimi długimi, chudymi nogami.
- Nie denerwuj się, on jest nieszkodliwy.
- Mówisz, jakbyś był tego pewien.
- Spędzam z nim większą część doby.
- John... Postanowiłeś zapuścić brodę?
- Tak jakoś... – John potarł z zakłopotaniem szczeciniasty podbródek. – Jakoś nie mam kiedy się golić.
- Może gdzieś się przejdziemy?
John popatrzył na Sherlocka, który siedział nieruchomo, patrząc w sufit.
- Nie uważam, żeby to był dobry pomysł.
- Czy ty w ogóle wychodzisz z domu? – Sara podparła policzek dłonią, głos jej zadrżał. Przyćmione światło nadawało jej twarzy papierową bladość.
- Naturalnie. – John próbował się wesoło uśmiechnąć. – Wychodzę... po zakupy... w różnych sprawach. Niektórych.
- Sprawach?
- Tak. Niedawno jeździliśmy robić analizy. Uszkodzenia organiczne praktycznie już się cofnęły.
- Rozumiem. – Sara odkaszlnęła, umknęła wzrokiem, a potem spojrzała na Sherlocka.
Ten patrzył w sufit i lekko się kołysał.
- Czasem też spotykam się z jego bratem – ciągnął John.
- Jasne. Jakoś dziwnie się zachowuje.
- Dziwnie? – John zerknął na Sherlocka ze zdumieniem. – Nie, on się po prostu cieszy.
- Cieszy?
- Tak. Niedawno mieliśmy lekcję muzyki. To znaczy ja miałem. I pan Edwards...
- Przecież jego twarz kompletnie niczego nie wyraża, jest jak maska.
- Jaka maska, Sara, popatrz, on przecież...
- John!
- Dobrze, dobrze... Widocznie skoro spędzam z nim tyle czasu, nauczyłem się odróżniać jedną obojętną minę od drugiej.
- Czerwony – burknął Sherlock.
- Ja chyba już pójdę. – Sara pospiesznie wstała od stołu.
- Dobrze. – John również się podniósł. – Po prostu przejdź nad jego nogami. Nie bój się, pani Hudson też czasami...
Sara posłusznie uniosła nogę.
- Czerwony! – Sherlock niemalże krzyknął i wzdrygnął się. Sara pisnęła z zaskoczenia i rzuciła się pędem do drzwi wyjściowych.
Po chwili John powoli osunął się na podłogę obok milczącego już Sherlocka. Trząsł się od bezgłośnego śmiechu.
- Wiesz co? – wymamrotał, pocierając nosem o ciepłe, kościste ramię Sherlocka, okryte spranym T-shirtem. – Wydaje mi się, że ona nas obu wzięła za świrów.
John kilka razy próbował umówić się na spotkanie z Mycroftem, lecz ten, jedynie spłacając kartę kredytową Sherlocka, wymawiał się od osobistych kontaktów, usprawiedliwiając się sprawami wagi państwowej, tak więc John zdumiał się dość mocno, kiedy na jego zwykłe pytanie ze słuchawki telefonu padła odpowiedź:
- Dobrze, ale po dwudziestej trzeciej. Przyślę auto. Może tak być?
- Tak. – John potrząsnął głową, zbierając myśli. – Tak, oczywiście. Będę czekał, tylko zrobię zastrzyki.
Spotkanie odbyło się w tym samym gabinecie, który wydawał się być kolejną warstwą zbroi Mycrofta Holmesa.
- John, dobrze się czujesz?
- Jak najbardziej – odparł John, bez zaproszenia siadając na fotelu naprzeciwko biurka. – Jestem bardzo wdzięczny, że... byłeś łaskaw jednak ponownie ze mną porozmawiać.
- Mam sprawy nie cierpiące zwłoki...
- Rozumiem. – John przełknął ślinę. – Nie będę marnował twojego drogocennego czasu. Chciałbym dowiedzieć się jeszcze czegoś o Sherlocku. Albo dostać adresy krewnych, którzy go znali i mogli ze mną porozmawiać.
- Adresy – to zbędne! – odparł Mycroft gwałtownie ale zaraz się opanował i wyjaśnił: - Mało kto zna go na tyle dobrze, żeby ci pomóc. Poza tym bliższa rodzina nie wie o jego obecnym żałosnym stanie. I nie będą wiedzieć, póki jest choćby mała szansa na jego wyzdrowienie. Martwię się również o ich zdrowie.
- Tak postanowiłeś?
- Owszem, tak postanowiłem.
- Syndrom Wielkiego Brata? Wszystko kontrolować?
- John, zaczynasz przekraczać granice.
- Dobrze. Powiedz mi, co on lubi.
- Lubi? – Mycroft złożył dłonie w tak znajomym geście, że John drgnął i zakazał sobie na nie patrzeć. – Lubi mleko. Nadal?
- Tak, lubi.
- Z kolei nie znosi szparagów, chociaż jada prawie jak wegetarianin.
- Orientuję się, ale niezupełnie o to pytam.
- Nie lubi odbierać telefonu, jeśli w tym momencie akurat rozmyśla.
- Wiem.
- Lubi muzykę klasyczną, chociaż starannie to ukrywa.
- Teraz ceni sobie Bacha.
- Jego ulubiony kolor... – Mycroft zamyślił się na chwilę.
- To chyba też wiem – odezwał się John.
- A ja nie wiem. – Palce Mycrofta, dotąd pukające jeden o drugi, zamarły przy jego podbródku. – Co chciałbyś ode mnie usłyszeć, skoro znasz go lepiej ode mnie?
- Czy on miał kiedykolwiek jakichś przyjaciół? Spotykał się z kobietami? Ostatecznie nie jest chyba prawiczkiem?
- Nie mam pojęcia. – Mycroft odchylił się na oparcie fotela, opuściwszy ręce na podłokietniki. – Kiedy rozpoczynał studia, trochę rozluźniłem kontrolę. Miałem dużo pracy. I straciłem go z oczu. W tamtym okresie Sherlock uwielbiał eksperymentować. Zaczęły się narkotyki. Nie wiem, co próbował udowodnić. Nie mam bladego pojęcia, co chciał zrobić wówczas ze swoim życiem, za to doskonale wiem, że wybuch w pewnym domu... Trzeba było to zatuszować, wymyślać oficjalną wersję wydarzeń, Sherlock leżał kilka tygodni w śpiączce, a nasza matka zupełnie posiwiała.
- Czy ktoś wtedy zginął?
- To nie ma znaczenia.
- Ktoś zginął?!
- Dwie osoby.
- Wybuch był z winy Sherlocka?
- Eksperymenty pod wpływem narkotyków nie przynoszą nic dobrego. Nie zostałem zaznajomiony ze szczegółami tamtego śledztwa.
- Niemożliwe! On by nigdy...
- Teraz – nigdy. Minęło dziesięć lat, John. Zadomowił się w Londynie, po jakimś czasie zapoznał z inspektorem Lestrade'em i skierował swoje zdolności na bardziej pożyteczną drogę.
- I to wszystko?
- Wszystko, co mogę powiedzieć. I... John, cieszę się, że tak się przejmujesz problemami mojego brata, ale wydaje się, że twoje metody terapii zaszły w ślepy zaułek. Uważam, że bezpieczniejszy dla nas wszystkich i efektywniejszy będzie powrót Sherlocka do kliniki, gdzie będzie pod opieką specjalistów. Już i tak bardzo dużo zrobiłeś.
- N-nie. – John próbował uświadomić sobie, co właśnie powiedział Mycroft i nie poddać się irracjonalnej panice. W ustach mu zaschło. – Nie rozumiesz, jeszcze nie jestem w ślepej uliczce. Potrzebuję tylko trochę czasu.
- Trochę?
- Tak. Są przełomy. Nieustannie mówi coś nowego. Przy okazji, z czym mogą być związane studnie?
- Kolejne majaczenie?
- Jasne... Chyba już pójdę.
- Dobrze. John, życzę powodzenia. Jednak pomyśl o mojej propozycji. Obawiam się, że niebawem będę musiał tak postąpić, niezależnie od twoich poglądów na tę sprawę.
Chciałby zasnąć, ale nie może. Połknął dwie tabletki z apteczki Sherlocka. To tylko środki nasenne, nic szczególnego. Jednak zamiast w sen, zapadł w muliste, chimeryczne odmęty – napięcie nerwowe nie odpuszczało i John miał ochotę wyć z rozpaczliwej bezsilności. Próbował przemyśleć sytuację, zrozumieć, skąd się bierze cała ta makabra. Może Sherlockowi naprawdę będzie lepiej w szpitalu? Ale przecież sam Mycroft mówił, że tam on nie wyzdrowieje „dla zasady".
John popatrzył na śpiącego obok przyjaciela.
- Wiem, że to wszystko to twój kolejny durny test. A my wszyscy to tylko pionki, elementy twojego eksperymentu. Ty mnie teraz słyszysz, Sherlock, i rozumiesz. Nie mogę uwierzyć, że taki facet jak ty mógł po prostu zwariować. Ty wszystko rozumiesz, a ja wywalczę, żebyś odpowiedział.
Rano było pochmurno, za oknem wył wiatr, a w sypialni hulał przeciąg. Sherlock, jak to się często zdarzało, obudził się wcześniej od Johna, ale póki ten spał, nie wstawał z łóżka. Leżał i patrzył w sufit, od czasu do czasu coś pomrukując i krzywiąc się lekko, od czego cienkie zmarszczki mimiczne gromadziły się w kącikach jego oczu i koło ust.
Pani Hudson zauważyła, że tego dnia John był bardziej milczący niż zwykle i nie pozwolił Ellis przygotować jedzenia dla Sherlocka. Zajął się tym sam. Nerwowe ruchy, rozlane mleko, ksiązka walająca się na podłodze pośrodku salonu – wszystko to mówiło starszej kobiecie, że w ich małym, zamkniętym światku coś jest nie tak. O nic nie pytała. Westchnęła tylko, kiedy John potknął się o książkę i bez słowa ją podniosła, odłożyła na półkę i poszła siebie, oglądać kolejny popularny talk show, choć nawet nie zwracała uwagi, co właściwie mówią jego uczestnicy.
Palec wskazujący zamarł na znajomym pieprzyku. John siedział na krześle przed fotelem Sherlocka. Z trudem przełknął jajecznicę, którą przeżuwał, jednocześnie karmiąc chorego. Położył widelec na talerzu, który trzymał na kolanach. Sherlock był tego ranka spokojny, jakby zadumany, ale John widział, że ten spokój to próba ponownej ucieczki w głąb siebie, skąd już nikt i nic nie zdoła detektywa wyciągnąć.
- Mycroft powiedział, że czas cię odstawić z powrotem do kliniki. Do psychiatryka, słyszysz mnie, Sherlock? Tak strasznie chcesz się znaleźć w pokoju bez klamek? Przeciez ty tam zwariujesz z nudów... Boże, co ja gadam. Sherlock, popatrz na mnie. Patrz na mnie, do kurwy nędzy!
Talerz spadł z kolan Johna na podłogę, widelec zatrzymał się na podłokietniku fotela. John brutalnie odwrócił głowę Sherlocka, łapiąc go za szczęki tak, by nie mógł się wyrwać – i próbował złapać jego rozbiegane, błędne spojrzenie.
- Czerwony...
- Cholerny sukinsyn! – John już sam nie wiedział, co krzyczy. – Wracaj tu zaraz! Nie waż się uciekać w te swoje pieprzone umysłowe piwnice! Czego ty tam szukasz, co?!
Zerwał się z krzesła, zaczął miotać po pokoju, wysypał książki ze stojącego w rogu kartonu i podniósł schowaną na jego dnie zieloną piłkę.
- Patrz! Twoje kruki! Kruki, Sherlock, już nie za oknem! Są już w domu, w domu, rozumiesz?! Zeżrą ciebie, mnie, nas wszystkich, jeśli nie przestaniesz grać w tę durną grę!
Podsunął piłeczkę pod nos Sherlocka wciśniętego w oparcie fotela. Pochylił się nad nim, Sherlock zajęczał, próbował się odsunąć, jego ręce bezładnie macały po kolanach i bocznych oparciach fotela.
- Czerwony... studnia... czerwony! Kruki! – zaskowytał Sherlock nie swoim głosem, a jego wychudzona dłoń zacisnęła się niezgrabnie na rączce widelca.
- Tu patrz! Twoje kruki! Są tutaj!
Ostry ból przeszył policzek Johna, cofnął się gwałtownie. Sherlock podciągnął kolana do piersi, skulił się i szlochał, chowając twarz w dłoniach. John wyrwał z policzka sterczący widelec, upuścił go na dywan i chwiejnie, niczym pijany, ciężko dysząc poszedł do łazienki. Spomiędzy palców przyciśniętych do twarzy ciekła mu krew.
