Część 3
Pazury kruka
Niech to będzie pożegnanie - krzyknę - ptaku czy szatanie!
Precz na burzę, na plutońskie brzegi czarnych nocy mórz!
Niech mi żadne czarne pióro nie przypomni, jak ponuro
Mroczysz wszystko kłamstwa chmurą! Ruszże się z popiersia, rusz!
Wyjmij dziób z mojego serca - i rusz się z nade drzwi, rusz!
Kruk mi odrzekł: "Nigdy już!"
Edgar Allan Poe „Kruk" (tłumaczenie: Zenon Przesmycki)
Musiał się ogolić i zalepić nieładne, bolesne skaleczenie plastrem.
- Och, John, może powinieneś wymienić maszynkę do golenia? – zauważyła pani Hudson.
- Już to zrobiłem. – John uśmiechnął się nieszczerze. – O której dziś przyjdzie Ellis? Sherlocka trzeba wykąpać.
- Niedługo powinna być. – Pani Hudson spojrzała na zegar, a potem na znieruchomiałego w fotelu Sherlocka. – Dziś jest taki cichy...
- Tak... Trochę.
Sherlock siedział, podciągnąwszy kolana do piersi i obejmując rękami chude kostki. Lekko zaczął kołysać się w przód i w tył. John spodziewał się, że nie pozwoli sobie zrobić zastrzyków ani zaprowadzić do łazienki, ale Sherlock zachowywał się zdumiewająco spokojnie.
Piana lekko pachniała jakimiś kwiatami. John praktycznie nie patrzył, co łapie ze sklepowych półek. Woda zmywała odór potu, moczu i ten nieznośny zapach słodkawego mleka. John łagodnie wodził myjką po kościstych plecach Sherlocka. Zadzwoniła komórka Ellis i pielęgniarka wyszła z łazienki. Ręka Johna pogrążyła się w mydlanej pianie po łokieć. Tyle razy mył Sherlocka, że mógłby wymienić z pamięci wszystkie drobne pieprzyki, zaczynając od ramion i wystających obojczyków, w dół po jasnej skórze, cienkiej, nieustannie łuszczącej się na łokciach i opuszkach palców. Kiedy trzeba było spłukiwać szampon z włosów, John kładł dłoń na czole Sherlocka i lekko naciskał, by ten odchylił głowę. W takim momencie Sherlock odruchowo zamykał oczy i głośno oddychał przez usta, do których ściekały przypadkowe strużki wody. Zachłystywał się, kaszlał i prychał, a John tylko się temu przyglądał i nie myślał o niczym. Wyjmując Sherlocka z wanny, trzeba było objąć go w talii, wyczuwając rozpostartymi dłońmi wystające żebra na bokach. W takich chwilach John też o niczym nie myślał, ale zapach czystego ludzkiego ciała, wody i mydła sprawiał, że oddychał swobodniej - działał lepiej, niż środki uspokajające.
John narzucił szlafrok na ramiona Sherlocka i popchnął go w stronę drzwi.
Sherlock pozwolił się ogolić bez muzyki. Johnowi ziębły końce palców i czuł oznaki nadchodzącej migreny.
Sherlock siedział na kanapie w czystym szlafroku i przypominał cienką wylinkę, opróżnioną skorupę. John usiadł obok, próbując go zająć opowiadaniem, potem zaczął liczyć, zaczynając od przypadkowych liczb i przechodząc do wyższych wartości dziesiętnych, potem wymieniał wszystkie kolory tęczy i nawet powiedział nerwowo:
- Sherlock, kruki, duże czarne kruki. Są bardzo blisko.
Oddech Sherlocka pozostał tak samo sennie równomierny. John pomyślał, że jeszcze chwila, a sam wybuchnie, zapełniając tę kompletną pustkę, produkując hurtem wszystkie te ruchy i dźwięki, jakich brakowało siedzącemu obok człowiekowi.
- Proszę... – Głos mu się załamał. – Tylko nie znowu. Nie powinienem na ciebie krzyczeć. Nie rób mi tego, Sherlock. Proszę.
Gwałtownie opuścił głowę, próbując złapać głębszy oddech, zagryzł wargę i zacisnął pięści. Po kilku sekundach potarł kącik oka, zmieszany, a potem ostrożnie położył dłoń na ciepłym policzku i brodzie Sherlocka, odwracając jego twarz ku sobie. Sherlock wbijał wzrok w nicość. Jego oczy patrzyły, bo taka była ich funkcja, lecz informacja nie przechodziła dalej po włóknach nerwowych – dwie przejrzyste szklane kulki bez wyrazu. Jakie tu potrzebne są bodźce, jakie słowa? John nie wiedział. Usta Sherlocka były jak zwykle lekko uchylone, wargi suche i bardzo blade. John zaklął cicho i rozpaczliwie nachylił się do Sherlocka, nakrywając jego wargi swoimi. Nigdy nie całował plastikowej lalki, ale wrażenie pewnie byłoby podobne. Odsunął się powoli, krzywiąc boleśnie i z żalem. Jego dłoń swobodnie i naturalnie leżała na szyi Sherlocka, końce palców dotykały szczęki w okolicy ucha. John z trudem przełknął ślinę i przylgnął czołem do czoła przyjaciela, nie odzywając się ani słowem.
Kiedy do salonu weszła pani Hudson, John już zwyczajnie siedział obok Sherlocka.
- Joooohn... - Kobieta westchnęła żałośnie. – Mógłbyś chociaż iść na spacer. Ileż można, popatrz na siebie w lustrze. Zabijasz się na raty, a Sherlocka to i tak nam nie zwróci.
- Iść na spacer? - John jak gdyby wynurzał się z uśpienia. - Dlaczego by nie, w samej rzeczy. Tego wariantu jeszcze nie próbowaliśmy.
- Wariantu?
John zerwał się, wyjmując z kieszeni spodni telefon komórkowy. Numer Mycrofta miał na szybkim wybieraniu.
- Dzień dobry. Tak, to pilne. Nie, na razie nic... Nie... Mycroft, trzeba wyprowadzić Sherlocka na spacer. Nie, to nie moja zachcianka. Pomyśl, ile czasu on już siedzi w czterech ścianach! Możliwe, że świeże powietrze... Rozumiem, ale wysłuchaj mnie, mówię jako lekarz. Tak, bardzo śmieszne... Trzeba go wyprowadzić dokądś, gdzie jest pusto. Nie podpowiesz czegoś? Tak, będę bardzo wdzięczny. Aż tak? Dobrze, czekamy.
- Sherlock. - John spojrzał na niego tak, jakby nic takiego się nie wydarzyło. - Trzeba będzie cię cieplej ubrać, na ulicy hula wiatr. Pani Hudson, proszę zawołać Ellis, gdzie ona przepadła? Trzeba tutaj pomóc z ubraniem. Zaraz pojedziemy na spacer!
Na zewnątrz było mokro i wietrznie. Samochód czekał pod domem około dziesięciu minut, nim Ellis i John naciągnęli ciepłą odzież na obojętne i oporne ciało.
- Powinnam jechać z wami – upierała się Ellis.
- Nie ma takiej potrzeby. Dam sobie radę! – John uśmiechnął się przesadnie wesoło i nawet ucałował panią Hudson w policzek. – No już, Sherlock, nie będę cię niósł. Królewna z drewna... Otwórzcie drzwi. O, właśnie...
Milkliwy szofer był świadom specyfiki swoich pasażerów i dostał już wytyczne co do trasy. John nie wiedział, gdzie jadą, ale o nic nie pytał. Jaka to w sumie różnica? Siedział, wspierając ramieniem Sherlocka, i patrzył jak za oknem w mętnej szarej mgle rozpływają się kontury szarych budynków, a wiatr goni po mokrym asfalcie samotne żółte liście. Niebo było zasnute szarymi, depresyjnymi chmurami.
- Niech pan weźmie parasol – zaproponował kierowca, pomagając Johnowi wyciągnąć Sherlocka z auta. – Chyba będzie padać. Zdaje się, że już kropi.
- Mżawka, głupstwo – mruknął John. – Gdzie jesteśmy? Jakiś porzucony placyk zabaw?
- Tak. O, tam są ławki. Sam go pan zaprowadzi?
- Tak, wszystko w porządku. Jak na razie idzie, jeśli go prowadzić.
- Położę tam jakąś matę, żeby można było usiąść. Ławki są mokre.
- Dobrze.
Ławka stała naprzeciwko starej dziecięcej huśtawki. Tej okolicy na peryferiach Londynu John nie znał. Zmarszczył się i otarł rękawiczką wilgoć z twarzy. Sherlock siedział przygarbiony. Wiatr przeganiał u ich stóp liście, wył gdzieś tam w szarych niebiosach. Nie najlepsze miejsce i czas na spacery. Ale, tak jak obiecał Mycroft, nikogo nie było w pobliżu. Tylko w oddali czekał szofer, rozłożywszy swój parasol. Drugi parasol – ten, który dał Johnowi - leżał na ławce.
- No proszę. – John mocniej przycisnął się bokiem do Sherlocka, patrząc na kropelki deszczu w jego rozwichrzonych lokach. – Dawno nie byłeś na dworze, prawda? Popatrz, już jesień. Obrzydliwa pogoda... – John siąknął nosem i spojrzał przed siebie. – Popatrz, huśtawka. Huśtałeś się na takiej w dzieciństwie? Pewnie tak. Wszyscy się na takich bawiliśmy. Dlaczego wcześniej myślałem, że twoje dzieciństwo powinno być jakieś ekscentryczne? Zresztą, ono u każdego jest takie. Mycroft mówił, że nie bardzo lubiłeś się uczyć. Ja też. Wolałem biegać za piłką i podrywać dziewczyny.
John w końcu popatrzył na Sherlocka, który siedział z uniesioną głową i wpatrywał się w niebo, leciutko mrużąc oczy, kiedy wpadały do nich kropelki drobnego deszczu. Na szarym niebie krążyło kilka dużych czarnych ptaków. John nie miał pojęcia, co to za ptaki, lecz zamilkł w napięciu. Sherlock nie poruszał się, nie histeryzował, po prostu siedział i patrzył, jak skamieniały. Słychać było tylko wiatr i odgłosy ruchu ulicznego gdzieś z oddali.
- Sherlock... Myślisz, że to są twoje kruki? – odezwał się John ostrożnie, powoli obejmując Sherlocka za ramiona. – Odpowiesz?
Odpowiedzią było długie, drżące westchnienie. Sherlock opuścił głowę, na koniuszku jego nosa lśniła kropla wody.
- Zimno – wyszeptał. – Bardzo zimno. I nie rozumiem, czemu ty mnie obejmujesz?
- Co?! – John wzdrygnął się, spoglądając na Sherlocka z niedowierzaniem, a potem gwałtownie się odsunął.
Kierowca pospiesznie skierował się w stronę „spacerowiczów". Dwaj zwariowani pasażerowie to już trochę za wiele.
- Panie Watson, co się stało?! – zawołał, próbując zwrócić uwagę podskakującego koło ławki i śmiejącego się człowieka.
- Tak! Tak, niech to diabli! Sherlock, co ja robię? Spytałeś, co ja robię? Sherlock, dość tych wygłupów, słyszałem cię! Za późno. Nie udawaj, bo znów cię uściskam, zobaczysz! O Matko Boża! O, do diabła! Do domu, natychmiast jedziemy do domu. Muszę zadzwonić do Mycrofta! Natychmiast!
Jednak nawet z numerem Holmesa na szybkim wybieraniu Johnowi nie udało się zadzwonić od razu – trzęsące się palce nie trafiały w odpowiednie klawisze komórki.
Kiedy samochód włączył się w potok innych aut na ulicach Londynu, John w milczeniu wbijał wzrok w oparcie fotela przed sobą. Zdjął rękawiczkę i przygryzł kostkę palca. Sherlock siedział obok, milczący i nieruchomy, jak poprzednio.
- Jak to możliwe? – wyszeptał John, marszcząc czoło z niedowierzaniem i smutkiem. – Jak to, przecież przed chwilą mówiłeś normalnie i do rzeczy. Nie żądam, żebyś zaraz zrobił mi wykład wedle wszelkich swoich detektywistycznych prawideł. Wystarczy mi jedno rozumne zdanie. Sherlock, ty się specjalnie nade mną znęcasz, tak? To po prostu nie może być. To niemożliwe...
Kierowca pomógł wprowadzić Sherlocka na piętro i posadzić go na kanapie. John nie miał siły mówić, więc tylko uśmiechnął się smętnie w podziękowaniu i machnął ręką.
- Co się stało, John?
- Wszystko w porządku, pani Hudson. Idźcie z Ellis na dół, do siebie. Ja sam go rozbiorę.
- John...
- Proszę, idźcie na dół! O, jest Mycroft. Ellis, niech mu pani otworzy... Jest pani wolna. Muszę porozmawiać z panem Holmesem sam na sam.
Płaszcz pozostał na kanapie, niedbale rzucony. Sherlock wstał i chwiejnie poszedł do swojego ulubionego kąta obok drzwi do kuchni, usiadł na podłodze, opierając się plecami o ścianę i znieruchomiał.
- Dlaczego mnie wezwałeś?
- On... mówił.
- Teraz nie jest zbyt rozmowny.
- Nie wiem, może potrzeba chwilę... Zmarzł, zaraz się rozgrzeje...
- Co tam mruczysz, John? Ty sam nie wyglądasz zbyt zdrowo. – Mycroft z troską pokiwał głową, wyjmując telefon. – To nie może dłużej trwać, wzywam ambulans. Sherlocka trzeba stąd zabrać. Dlaczego on siedzi na podłodze? Tam jest zimno!
- Mycroft, proszę. – John stanął między Mycroftem, a Sherlockiem. – Jeszcze tydzień.
- John, to nie ma sensu.
- Sześć dni. Pięć. Cztery... Trzy!
- John, nie musisz się aż tak denerwować – powiedział Mycroft uspokajającym tonem. – Mogę wykupić to mieszkanie i zapewnić dobry dojazd do kliniki...
Trzeba zwyczajnie podejść do stołu, tak spokojnie, jakby się chciało zwyczajnie wziąć lekarstwo dla Sherlocka. W tym meblu jest jedna, jedyna w całym mieszkaniu szuflada zamykana na klucz, gdyż John kiedyś stwierdził, że tak będzie bezpieczniej. Klucz zawsze nosi w kieszeni. Teraz po prostu trzeba wyjąć ten cholerny klucz, przekręcić w zamku, wysunąć szufladę i dotknąć palcami zimnej rękojeści broni, a potem gwałtownie ją porwać i wycelować w zastygłego z zaskoczenia Mycrofta.
- Wynoś się!
- Świetnie. – Mycroft nerwowo wzruszył ramionami. – Dwie sąsiednie sale to też jakieś wyjście. – Nieładny twardy uśmiech rozciągnął jego wargi.
- Wynoś się stąd natychmiast!
- John, co ty robisz?! – Pani Hudson, która zajrzała do salonu, cofnęła się, przerażona.
Kula uderzyła w ścianę kilka centymetrów od ramienia pobladłego Mycrofta. Sherlock, który do tej pory milcząco obserwował całą scenę z podłogi, teraz skierował wzrok prosto w miejsce, gdzie trafił pocisk i ledwo słyszalnie wymruczał:
- Nuda.
- Słyszałeś?! Słyszałeś?! – John machnął ręką z pistoletem. – On mówi, a ty mi nie wierzysz!
Mycroft cofnął się, podnosząc rękę w uspokajająco-obronnym geście.
- John, ostrożnie z bronią. Ja już wychodzę.
Trzasnęły drzwi wejściowe.
Przyspieszony puls, wilgotne dłonie, gardło jak zaciśnięte garotą.
Sherlock siedzi na podłodze i gapi się gdzieś w przestrzeń. Ma półotwarte usta.
John miota się obok, wymachując bronią i drugą ręką trzymając się za głowę.
- Znowu! On myśli, że ja zwariowałem! Że mi się to przyśniło! Wyślą cię do... Sherlock, ty tam przestaniesz nawet próbować, prawda?! Ja wiem, wiem, że przestaniesz. Z zasady! On zaraz wez... – John zaszlochał, powoli klękając przed Sherlockiem. – Wezwie policję, służby medyczne... Trzeba się stąd zabierać. Tak, spływamy stąd!
John ponownie zerwał się na równe nogi, wybiegł na korytarz. W uszach już dźwięczały mu policyjne syreny. Z wysiłkiem przesunął szafę z kąta do drzwi, żeby je zabarykadować. To da im nieco czasu. Wrócił do salonu, uderzając ramieniem w futrynę.
- Tak nie jest nudno, prawda? Teraz ci nie jest nie nudno?! Wstawaj! Trzeba otworzyć okno, przez okno! Teraz... już... okno w salonie... Wpuścimy wszystkie kruki na tym świecie...!
Palce Johna konwulsyjnie wczepiły się w ramiona Sherlocka.
- Kruki... – jęknął Sherlock i przymknął oczy.
- Oj... Sherlock, nie łam się. No już, wstawaj. Szybko... Ja teraz według nich też jestem świrem. Tak jak ty. Teraz dokładnie powinienem zrozumieć, co mi próbujesz powiedzieć. I nas już nie będzie męczyć nuda!
- Nuda...
- Ja... Ja jestem taki zmęczony... – John oparł gorące, wilgotne od potu czoło o ramię Sherlocka, wdychając znajomy, uspokajający zapach. – Już nic nie rozumiem. Może naprawdę zwariowałem? Nie oddam im ciebie. Jesteś mi potrzebny. Bez ciebie krew przestanie mi płynąć w żyłach, po prostu zastygnie z nudów. Wstawaj, podnieś się, zaraz otworzę okno i...
- Lepiej w sypialni – wymamrotał Sherlock.
- Co?
- W sypialni. Tam można wykraść się niezauważalnie, bo tamci już wyłamują drzwi.
- Zdaje się... Rozumiem. A jednak też zwariowałem. – John zajęczał, odsuwając się od Sherlocka i przyciskając się plecami do ściany obok niego. Okazało się, że dudnienie pulsu w skroniach to w rzeczywistości miarowe łomotanie do drzwi.
- Jeszcze jest czas – wyszeptał John, unosząc pistolet.
- Żeby dorwać Mycrofta? – spytał Sherlock ochryple, niezdarnie próbując oblizać suche usta. – Z przyjemnością ci pomogę. Tylko myśli mi się plączą. Jakieś takie... nieprawidłowe i dziwne, w pięćdziesięciu procentach. Jak u świra.
John zaczął chichotać.
- No, ja się nie dziwię.
- Co się stało? Którego dziś mamy?
John powiedział.
- Koszmar. - Sherlock rzucił okiem na przyjaciela i zauważył, że ten machinalnie drapie się lufą pistoletu po udzie, trzymając palec na spuście. Łagodnie wyjął pistolet z chłodnej, wilgotnej dłoni i odrzucił go na bok, uspokajająco ściskając nogę Johna. – To znaczy, że ja naprawdę oszalałem? Mam cudaczne wspomnienia. A może to były sny...?
- Jakie? - John liczył uderzenia do drzwi. Ciekawe kiedy tamtym przyjdzie do głowy, żeby spróbować wleźć przez okno?
- Na przykład... Uprawialiśmy seks, kiedy byłem nie do końca przytomny, czy to mi się przyśniło?
John spojrzał na Sherlocka w oszołomieniu.
- N-nie.
- Okropnie wyglądasz. Powinieneś się ostrzyc.
- I kto to mówi?
- Tu cuchnie moczem.
- Pocałowałem cię.
- Co?
- W celach terapeutycznych. Myślałem, że może...
Sherlock zaśmiał się, unosząc wzrok ku sufitowi.
- Że może ocknę się pod wpływem szoku?
- I jeszcze śpimy w jednym łóżku.
- Co?
- Bałeś się spać beze mnie.
- Czyli rzeczywiście kompletnie zwariowałem. O, włamali się.
Rozległ się głośny trzask, ostre głosy. W poszerzającej się szczelinie pojawiły się lufy pistoletów.
- Rzuć broń!
- Tak jakby już rzuciłem. – John patrzył na policjantów, szczerząc zęby w dzikim uśmiechu.
- John, przykro mi, ale jestem zmuszony... – Do salonu szybkim krokiem wmaszerował posępny Holmes starszy.
- Mycroft, zmień dietę. Ta wyraźnie nie działa – oświadczył Sherlock. – I nie zapomnijcie naprawić drzwi i przesunąć szafę na stare miejsce, kiedy będziecie wychodzić.
Wstrząśnięty Mycroft wpatrywał się w brata.
- Ty... mówisz?
- Nie, to ty masz halucynacje. W ambulansie znajdzie się miejsce dla nas wszystkich.
Wzrok Mycrofta zatrzymał się na dłoni Sherlocka, wciąż jeszcze spoczywającej na udzie Johna.
- No cóż, John, nie wiem jakim sposobem... - i chyba nie chcę wiedzieć - ale ci się udało. Gratuluję.
- Zaciąłeś się przy goleniu? – Sherlock niezgrabnie dotyka palcem plastra, a John się krzywi.
- Z dedukcją u ciebie jeszcze na razie dość marnie.
- Ręce też mam jakby nie swoje. – Sherlock ponownie kładzie się na plecach, podkłada ręce pod kark, łokciem dotykając przy tym ramienia Johna. – Całe ciało jest jakby obce. Jak można było pozwolić choremu tyle siedzieć w jednym miejscu?
- Zamknij się.
- Co?
- Nie! Nie zamykaj się, proszę. – John się śmieje. – Musimy się zbierać na badanie. Mycroft powiedział, że za pół godziny...
- Mycroft zaczeka.
John milczy przez chwilę, a potem pyta cicho:
- Nie przeszkadza ci, że rozłożyłem się na twoim łóżku? – Spogląda w sufit. – To z przyzwyczajenia.
- A co z twoim policzkiem?
- Głupstwo. – John kuli się niespokojnie i nagle mówi: - Wiesz, kruk ma bardzo ostre pazury.
- Skręcę mu kark
- Już skręciłeś.
koniec
