Kiedy Loki był w więzieniu nie wierzył, że wyrok może być pozytywny. Myślał tak samo kiedy szedł do sądu, który miał wykonać Odyn. Jednak kiedy stanął już przed swoim przybranym ojcem ten miał w oczach troskę.

-Loki Laufeysonie jesteś tutaj z konkretnego powodu. Zdradziłeś mnie i moich poddanych. Chciałeś przejąć władzę nad światem i strącić mnie z tronu. Do tego jesteś winien morderstw wielu ludzi. Czy się przyznajesz?

Loki długo myślał nad swoją przemową na ten dzień. W końcu miał dużo czasu. Ale teraz po prostu czuł się tak jakby tego nie było. Tak jakby wszystko zapomniał.

-Czy się przyznajesz?-zapytał ponownie Odyn.

Magowi dopiero przed chwilą zdjęli knebel. Poruszył ustami.

-Tak-odpowiedział w końcu.

-Wyrok podejmę jeszcze dzisiaj. Ale na razie zarządzam przerwę. Muszę się zastanowić.

Loki rozejrzał się po sali. Wszyscy z wyjątkiem Thora patrzyli na niego z nienawiścią i odrazą. Strażnicy znowu założyli mu knebel na usta. Wszyscy wyszli na korytarz. Kiedy ponownie weszli do sali Odyn miał zbolałą minę. Frigga która siedziała koło niego pfrzed chwilą płakała. Był to po niej widać.

-Loki mówię to ze smutkiem ale wyrok nie jest dla ciebie niczym dobrym. Zostałeś skazany na śmierć.

Thor wstał gwałtownie. A więc to już końec-pomyślał mag.

-Nie!-krzyknął.-Przecież mnie zesłaliście na ziemię! Zróbcie z nim to samo! Odbierzecie mu moce i ześlijcie na ziemię!

Odyn zamyślił się na chwilę. Potem spojrzał na Lokiego. Westchnął.

-Dobrze-powiedział.-Loki zostanie karnie zesłany na ziemię. Zostaną mu odebrane moce. Jeżeli jednak-zwrócił się do maga-dowiedziesz tego, że jesteś wart swego życia pozwolę ci tu wrócić-zastanowił się chwilę.-I twoje moce zostaną ci zwrócone. Jednak przejdziesz do tego czasu kilka prób.

Kiedy skończył mówić po sali przeszedł szmer niezadowolenia. No jasne każdy chciał żeby Loki Laufeyson został skazany na śierć. No ale nikt nie odważył się zaprotestować. W końcu wyrok wydał sam Odyn.

Jeszcze tego samego dnia maga zesłano na ziemię.

-Do zobaczenia bracie-powiedział Thor.

Tylko on przyszedł żeby go pożegnać. Lokiemu zdjęto knebel a potem założono bransolety blokujące magię. Po czym wprost wepchnięto go w portal między światami. Teleport wyrzucił go gdzieś na pustyni.

-No to spróbujemy przetrwać-mruknął sam do siebie po czym ruszył przed siebie.

Szedł długo. W oddali zobaczył mały dom. Zastanawiał się czy to nie są halucynację. Po już kilka razy miał. Widział na przykład jezioro albo rzekę ale tak naprawdę nic tam nie było. Wydawało mu się jeszcze, że odzyskał magię ale na jego nieszczęście to też się nie stało. Ale ten dom był prawdziwy. Wiedział bo już do niego doszedł i pukał w jego drzwi. Otworzył mu starszy pan. Miał minę jakby zobaczył ducha. No ale rzeczywiście Loki nie wyglądał najlepiej. W końcu nie pił i nie jadł od kilku dobrych godzin. Do tego jeszcze błąkał się po pustyni. A to ciało zwykłego śmiertelnika było strasznie słabe. Człowiek który mu otworzył pomógł mu wejść do środka i od razu dał wody. Loki pomyślał, że może nie wszyscy ludzie są takimi egoistami.

Anthony Stark pracował właśnie w swoim warsztacie. Ulepszał swoją zbroję. Jak zawsze. Z głośników leciała głośna muzyka. Steve jej nie lubił więc Tony puszczał ją z jeszcze większą przyjemnością. Nagle wszystko ucichło.

-Jarvis dlaczego wyłączyłeś?

-Ma pan gościa panie Stark.

-Kto to?

-Panna Pots.

Tony wiedział, że ten dzień w końcu nadejdzie ale... Cóż chyba jeszcze nie był na to gotowy.

-Powiedz jej, że jestem w warsztacie.

-Tak jest-odpowiedziała krótko sztuczna inteligencja.

Po chwili w pomieszczeniu była już Pep.

-Witaj Tony.

-Hej Pep. Co tam u ciebie?-spróbował to powiedzieć beztroskim tonem ale jakoś nie wyszło.

-Musimy porozmawiać. Ale tak na poważnie.

-Jasne!-krzyknął.

-Wiesz chyba lepiej na wychodzi przyjaźń niż związek. Nie bierz tego do siebie ale już od dłuższego czasu nam nie wychodzi. Wiesz o tym Tony.

-Tak ale...-próbował coś zrobić.

-Nie Tony. Już za dużo słyszałam tych ,,ale". Potem i tak robisz to samo. Kiedy obiecujesz, że przestaniesz pić i mnie zdradzać to na drugi dzień i tak robisz to samo. Już ci nie wierzę. Przyjechałam tylko po swoje rzeczy. Proszę nie utrudniaj mi tego. Zostańmy przyjaciółmi. Dobrze?

-Dobrze-odpowiedział cicho miliarder. Wiedział, że tej nocy nie wróci do domu.

Pep spakowała się i odjechała. Na pożegnanie powiedziała tylko ,,pa" i już jej nie było. Za to Tony wsiadł do auta i pojechał do pierwszego z kolei lokalu. Wysiadł na rogu ulicy piątej i szóstej. Bar do którego wszedł nazywał się ,,Słoneczko". Starkowi kojarzyło się to z małymi dziećmi no ale trudno. Wszedł i od razu zamówił najmocniejszego z alkoholi.

Pił już czwartego. Nagle przysiadła się do niego jakaś młoda kobieta. Była wysoka. Miała na ogniście rude włosy i trochę piegów. Oczy miała koloru niebieskiego a cerę ciemniejszego odcieniu. Była ubrana w krótką czarną spódniczkę i czerwoną bluzkę na krótki rękaw. Do tego miała czerwone szpilki.

-Hej przystojniaku. Jak masz na imię?-zapytała.

Po tonie jej głosu od razu można było wywnioskować czego chcę tek naprawdę.

-Tony, a ty ślicznotko?

-Alice. Może się przejedziemy?

-Jasne. Chodź-mruknął.

Wsiedli do auta. Jeździli po mieście może z pół godziny kiedy Alice zaproponowała Tonemu żeby pokazał jej swój dom. Oczywiście Stark nie mógł sobie odmówić. Zawiózł ją tam. Najpierw oprowadził ją ale tylko trochę. Ponieważ potem przeszli do rzeczy. Wylądowali razem w łóżku. Kiedy Tony leżał nagi na łóżku razem z Alice pomyślał, że Pep wydała na niego sprawiedliwy wyrok.