- Tetsuya, tylko proszę cię, nie oddalaj się zbyt daleko. Najlepiej to stój tu, gdzie stoisz. Przecież wiesz, jak łatwo stracić cię z oczu w tłumie. – niska, jasnowłosa kobieta tłumaczyła stojącemu naprzeciw niej nastoletniemu chłopakowi co ma robić. Ten tylko kiwał głową na znak, że wszystko przyjął i zrozumiał. – Choć ciebie to nawet w szczerym polu łatwo zgubić… - dodała nieco ciszej i skierowała się do kasy biletowej. Błękitnowłosy chłopak wzruszył ramionami i oparł się o jeden z marmurowych filarów. Uważnie przyglądał się ludziom. Niektórzy się żegnali bądź witali z rodzinami, inni bez słowa (lub też złorzecząc na wszystkich i wszystko) ciągnęli za sobą walizki w znanym tylko im kierunku. A on nie ruszał się ze swojego miejsca. I nie miał najmniejszego zamiaru się z niego ruszyć. Choć znając życie i jego rodziców – i tak będą go szukać i nawoływać po całym lotnisku. Ojciec ostrzegł go, że „jeszcze jeden taki wybryk i kupi mu czapkę ze strzałką tu jestem „. Kuroko aż wzdrygnął się na tą myśl i przywarł mocniej do słupa. Kontynuował przyglądanie się tłumom ludzi. A gdy wśród nich mignęła mu czupryna pewnego blondyna – zaprzestał obserwacji i postanowił się jak najszybciej stąd ulotnić...
*.*.*.*
Szybka analiza sytuacji. Znajduję się naprzeciwko kas, gdzie można zakupić bilety. Niech będzie to punkt X. Kise-kun zaś porusza się ruchem jednostajnym krzywoliniowym, wyraźnie czegoś szukając. Przemieszcza się z punktu A do B, z B do C, próbując odnaleźć w tłumie punkt mojego położenia. Więc chyba nadszedł czas, by przenieść się do punktu Y.
Przylgnąłem do ściany i uważnie śledząc każdy ruch modela wycofałem się w kierunku toalet. Gdy tam dotrę - skręcę w lewo i znajdę się przy miejscu odpraw. Jeśli uda mi się przemknąć niezauważony przez natrętnego blondyna - wyślę rodzicom wiadomość, że czekam na nich przy bramkach. Nie będą musieli mnie szukać, a ja poczuję się bezpieczniejszy. A więc dobra, czas wcielić ten plan w życie. Wciągnąłem ze świstem powietrze i zniknąłem w tłumie…
*.*.*.*
Gdy Kuroko obmyślał idealny plan ucieczki przed „natrętnym blondynem", w tym samym czasie właśnie ten blondyn próbował się odpędzić od swoich fanek i wypatrzeć wśród ludzi błękitną czuprynę Widmowego Gracza Teikou. Po dłuższej chwili wyciągania szyi i stawania na palcach – zdał sobie sprawę, że znalezienie „niewidzialnego" przyjaciela w tym tłumie jest po prostu nie możliwe. Grzecznie przeprosił oblegające go dziewczyny i udał się do toalety. Posiedzi tam chwilę, a dopiero dwadzieścia minut przed odlotem jego samolotu skieruje się do odprawy. Jego walizki już dawno zostały zabrane i poddane kontroli, więc Kise miał sporo wolnego czasu. Będąc tuż pod toaletami wyciągnął z kieszeni telefon i wystukał czyjś numer. Na początku w słuchawce panowała głucha cisza, jednak po chwili rozległ się pierwszy sygnał… A tuż za plecami Kise zabrzmiał czyjś dzwonek. Model zatrzymał się, odsuwając słuchawkę od ucha i ostrożnie odwrócił się, nie chcąc spłoszyć swojej „zwierzyny". Jednakże z tyłu zastał tylko drzwi od toalety, nic więcej. A dźwięk przeniósł się na jego lewą stronę. Szybko odwrócił głowę licząc, że teraz przyłapie swojego przyjaciela. Znowu pudło. Dźwięk ucichł, a tuż przed Ryoutą wyrósł błękitnowłosy chłopak.
- Kurokocchi! – krzyknął zdezorientowany Kise, cofając się o krok do tyłu. Stojąca przed nim osoba nawet nie zareagowała. Wpatrywała się w wyświetlacz swojego telefonu otwarcie ignorując fakt, że przestraszył blondyna. – Kurokocchi! – kolejny krzyk, tym razem tuż przy uchu esemesującego nastolatka. Ten wreszcie raczył zareagować. Podniósł głowę i zamrugał oczyma.
- Qué? – odpowiedział krótko. Kise znów poczuł się dziwnie. Takie odpowiedzi nie były w stylu Kuroko. Zazwyczaj odzywał się kulturalnie, a w jego wypowiedziach nigdy nie zabrakło zwrotów grzecznościowych. Wciągnął powietrze do płuc, a gdy je wypuścił – w jego głowie już miał ułożone piękne wytłumaczenie.
- No bo ja, Kurokocchi… eto… chciałem się z tobą zobaczyć i pożegnać. Ano.. I życzyć miłej podróży i wakacji. Chyba… – wyjąkał. A miało zabrzmieć to inaczej! Chwila ciszy zapadła między tą dwójką. Niższy z nich przechylił głowę w bok i zamrugał kilka razy.
- Ja nie rozumieć. Ja być z Hiszpanii. Lo siento. Adios. – odpowiedział i pomału się wycofał, machając Kise na pożegnanie. Twarz modela wyrażała totalne zdezorientowanie, a oczy śledziły Tetsuyę, aż ten znów gdzieś nie zniknął. Po paru minutach ocknął się z ciężkiego szoku i wszedł do łazienki… A Kuroko wyrzucając sobie niepowodzenie misji dotarł do ostatecznego celu.
*.*.*.*
Co to było? Czy ja przed chwilą spotkałem udającego cudzoziemca Kurokocchiego? I czy on przed chwilą mnie totalnie zignorował? Co on brał? Tak jakby to tego nie ogarniam. Nie. Ja kompletnie tego nie ogarniam! No normalnie… Idę sobie pilnując, by mnie żadne rozwrzeszczane dziewczę nie dopadło, próbuję dodzwonić się do tej gnidy, a on sobie stoi tuż za mną. A gdy go zagaduję, pierw totalnie mnie zlewa, a potem pierniczy coś łamaną hiszpańszczyzną i znika wśród tłumu. Jeszcze raz się pytam. Co. On. Brał?! Aaargh!
Chlapnąłem sobie wodą w twarz z zamiarem powrócenia do rzeczywistości. Może mi się to przywidziało? Oby. Bo jeśli to działo się naprawdę, to kompletnie nie wiem co o tym myśleć. Może zadzwonię do Aominecchiego i zapytam się, czy nie pożyczył Tetsuyacchiemu tych swoich tabletek, co je wziął w dniu zakończenia semestru. Tak, to dobry pomysł.
Piiip… Piiip… Piiip…
- Halo? – w słuchawce rozbrzmiał czyjś zaspany głos, poprzedzony długim ziewnięciem.
- Aominecchi! - nie mogłem się powstrzymać od rozradowanego krzyku. Ten murzyn jeden wredny rzadko kiedy raczy odebrać moje telefony.
- Oi, Kise. Nie krzycz tak, bo zaraz się rozłączę. – no tak, standardowa śpiewka. Ile to on razy tak mi groził? … A ile razy to on się po tym rozłączał? … No nie ważne. Trzeba się upewnić, czy Kurokocchi coś bierze, a potem mykać na samolot.
- Aominecchi, nie ma czasu na takie groźby. Pilna sprawa. Bardzo pilna. – powiedziałem szybko do telefonu.
- A więc jednak potrzebujesz instrukcji, jak przelecieć jakąś laskę? Hyhyhy. Dorastasz, Kise. – zaśmiał mi się do telefonu. Jak on śmiał ze mnie szydzić?! Bo on ze mnie szydził, nie? Nadąłem policzki i głośno zaczerpnąłem powietrza.
- Aominecchi! – wydarłem się z udawaną obrazą. – Później sobie pożartujesz. Ty mi mów, czy ty przypadkiem nie pożyczyłeś jakiś leków Kurokocchiemu? – zapytałem, nerwowo patrząc na zegarek. A w słuchawce zapadła cisza. Już chciałem ponownie krzyknąć, gdy usłyszałem ciche westchnięcie.
- Nie. A co? – krótka odpowiedź poważnym tonem…? Kłamie.
- Bo spotkałem go, nie? No. I pierw mnie zignorował, nie? No. Jakby w ogóle nie kontaktował, nie? No. A potem, a potem… Udawał cudzoziemca i mi uciekł, nie?! Noo! – opowiedziałem mu wszystko w wielkim skrócie.
- Te nie i nony nie były potrzebne, ale chyba zrozumiałem twoją jakże fascynującą opowieść. – zaśmiał się. – Nic nie dawałem Tetsu. Sam coś pewnie łyknął. A teraz trzymaj się, Kise. Idę spać. – powiedział i rozłączył się, nawet nie czekając na moją odpowiedź.
- Pa, Aominecchi… - mruknąłem cicho i schowałem telefon. No cóż, trzeba iść na samolot.
*.*.*.*
Gdy Kise opuszczał łazienkę, pewien błękitnowłosy chłopak próbował się wytłumaczyć rodzicom, dlaczego tak nagle i bez ostrzeżenia zniknął. Stał ze spuszczoną głową i słuchał wykładu ojca, a gdy dano mu wreszcie dojść do głosu – stwierdził, że musiał iść do toalety. Poniekąd było to zgodne z prawdą. Tak naprawdę chciał tylko przejść obok toalety, by potem dostać się do bramek, przy których krzątali się rozgorączkowani rodzice, poszukujący swojego syna. Ale zadzwonić to już nie było łaska? Łatwiej robić aferę? Tetsuya westchnął i kiwnął głową ze zrezygnowaniem. Kątem oka przyuważył, jak przez bramki przechodzi pewien uśmiechnięty od ucha do ucha blondyn. Zdążył on pogawędzić z ochroniarzami i podpisać się na magazynie jakiejś dziewczynie, dla której autograf modela jest ważniejszy, niż odlatujący samolotu. Po złożeniu podpisu, skierował się do miejsca, skąd wchodzi się na pokład samolotu lecącego do Francji. Tego samego, do którego zmierzali państwo Kuroko wraz z synem. W tym samym czasie błękitnowłosy nastolatek zdążył przekonać rodziców, by jak najszybciej wsiedli do samolotu i zajęli swoje miejsca. Postanowił usiąść koło jakiejś staruszki próbującej go zanudzić swoim życiorysem. Jest to dość dobre rozwiązanie problemu zwanego „Kise Ryouta". Są także spore szanse, że żółtowłosy nawet go nie zauważy i usiądzie gdzieś z przodu. Tylko… Co po jaką cholerę on także leci do Francji?
Jednak nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem i Tetsuya dobrze o tym wiedział. W pierwszej klasie nie było ani jednej starszej osoby, zresztą większość miejsc była pusta. Jasnowłosy zajął miejsce tuż za rodzicami i od razu przystąpił do przeglądu swojego podręcznego bagażu. Kanapka, baton, butelka wody i Pocari, czarna bluza, odtwarzacz MP3 i jeszcze kilka rzeczy. Jednak uwaga chłopaka skupiła się na ciemnym materiale złożonym w idealną kostkę. Wyjął go i strzepnął. Tak, to jest to! Pospiesznie zdjął luźną granatową koszulę zarzuconą na biały T-shirt, na który założył czarną bluzę. Kaptur zarzucił na głowę, zasłaniając przy tym włosy. Z plecaka wyjął jeszcze odtwarzacz. Gdy pierwsze takty piosenki rozległy się w słuchawkach – Kuroko zdał sobie sprawę z czyjejś obecności obok.
- Kurokocchi! Wiem, że mnie słyszysz!
*.*.*.*
He. Hehe. Hehehe. Myśli, że nie widzę, jak się szybko przebiera? Jeśli tak, to mnie nie docenia. Jestem Kise Ryouta! Poradzę sobie z każdym problemem! Nawet takim, jak naćpany Kurokocchi. To, to nawet problem nie jest. Wystarczy przymrużyć oko na jego wygłupy i zachowywać się, jakby nic się nie stało. Dobra. Podejście numer jeden zawiodło, dałem się nabrać na numer z Hiszpanem… ale teraz nie zawiodę i nie dam się zwodzić za nos jakimiś sztuczkami! Czas na podejście numer dwa…
Usiadłem koło niego i z uśmiechem na ustach zagadałem.
- Kurokocchi! Wiem, że mnie słyszysz! – zauważyłem, jak jego mięśnie nagle się spinają. Chłopak wciągnął głośno powietrze i siedział nieruchomo z zamkniętymi oczami, znów mnie ignorując. O nie, to drugi raz nie zadziała. Mam plan, który na pewno nie zawiedzie. Dlaczego? Bo to ja – Ryouta. Kise Ryouta!
*.*.*.*
Na dźwięk tego roześmianego głosu, błękitnowłosy automatycznie spiął się. Skąd, do cholery, Ryouta wiedział, gdzie ten siedzi? Przyczepił mu jakąś kamerkę, pluskwę, czy coś? Oby nie, bo mogłoby stać się to naprawdę uciążliwe. Kuroko westchnął cicho i postanowił zignorować modela. Zachowywał się tak jak zawsze – cichy, spokojny Tetsuya, który w każdej chwili może zniknąć. Tylko tu pojawia się pewno utrudnienie… W samolocie nie da się ot tak zniknąć. Można utopić się w toaletce, albo schować się wśród bagaży. Wyskoczyć też można… Opcji jest wiele, ale żadna nie na tyle dobra, by wcielić ją w życie. Dlatego pozostaje nie zwracanie uwagi na blondyna. Albo można odstawić podobną szopkę do tej na lotnisku. Chłopak aż skrzywił się na tą myśl. O nie. Drugi raz nie będzie się tak wygłupiał. Wtedy musiał jakoś oszołomić Kise. Potrzebował dłuższej chwili, by zniknąć w tłumie. Choć tu też da się pozbyć Ryouty tą samą bronią. A delikatnie szturchnięcia i kuksańce upewniły nastolatka w swoim przekonaniu. Model musi po prostu zniknąć z tego miejsca. Jedna sójka w bok – zero reakcji. Kolejna – nic. Dopiero przy trzeciej próbie młody Japończyk obrócił się do swojego przyjaciela i warknął:
- Was?!
Blondyna aż wmurowało. Wpatrywał się w Kuroko z rozdziawionymi ustami, od czasu do czasu mrugając oczami. Kąciki ust drobniejszego chłopaka mimowolnie uniosły się w delikatnym uśmieszku. A jednak da się go wkręcić dwa razy na tą samą rzecz. Ciekawe czy za trzecim razem też by się udało? Pewnie reakcja byłaby ta sama. Rozszerzone w szoku oczy i szczęka na podłodze. „Bo to takie niepodobne do Kurokocchiego!" Są wakacje, trzeba raz na jakiś czas zaszaleć. Wie to nawet tak porządnie ułożona osoba, jak Tetsuya.
- Oi, Kurokocchi! Wiem, że to ty, więc mi tu nie kituj. Nawet nie wiem co to za język. – nadął policzki. Tego było za wiele. Czy niebieskowłosy sobie z niego otwarcie kpi?
- Was? – spytał nieco łagodniej, jednak nadal z tym samym twardym akcentem. Będzie musiał to powtarzać tak długo, aż blondyn nie zrobi jakiegoś zamieszania, które powinno ściągnąć stewardessy. Tak jak Kuroko przewidział – Kise nie wytrzymał po piątym „was" i zwyczajnie wybuchnął. Furia jego była straszna, jednakże na siedzącym koło niego pseudo Niemcu nie zrobiła jakiegoś większego wrażenia. Gorzej, gdyby to był Akashi… Wtedy może by się zląkł… Ale tak troszeczkę. No ale wracając do zaistniałej sytuacji. Przyszły stewardessy domagające się podania przyczyny sporu. Widmowy członek Pokolenia grzecznie wytłumaczył łamaną japońszczyzną z twardym niemieckim akcentem, że znajdujący się obok niego pasażer jest bardzo upierdliwy. Poprosił także o zmianę miejsca właśnie tego pasażera. Kise więc zmuszony był usiąść daleko od swojego przyjaciela. Gdy zamieszanie ucichło, Kuroko westchnął z ulgą, a zapytany przez rodziców, po co to zrobił – odparł, że po prostu chciał mieć święty spokój, a Kise zwyczajnie go irytuje. Oczywiście dotarło to do uszu zdołowanego blondyna.
*.*.*.*
I co ja biedny mam teraz począć? Kurokocchi znów się na mnie wypiął, nawet grzecznie się nie przywitał, jak to miał w zwyczaju. Pierw ta szopka z Hiszpanem, teraz wyjechał mi z Niemcem… Co jeszcze? Rumun? Rusek? A może Arab? Wyskoczy pewnie z fotela i wydrze się „Allah Akbar" na cały samolot, by tylko rozwiać moje podejrzenia, że to Kurokocchi. Ale ja dobrze wiem, że to on. I słyszałem jego słowa. Słyszałem, że go irytuję. To było bardzo niemiłe! Muszę się komuś wyżalić! Może Aominecchi? Nie. Pewnie znów mi pogrozi rozłączeniem się, a potem zrealizuje owe pogróżki. Midorimacchi nawet nie odbierze, Murasakicchi będzie wciąż chrupał do słuchawki… A więc pozostał mi Akashicchi. Na pewno mnie wysłucha, a potem zaprosi na partię shogi, gdy tylko wrócę z Paryża. I dopiero wtedy mi coś doradzi. Nie. To bez sensu… Ale… Ja chcę się tylko wyżalić, nie potrzebuję porady. A więc dobra, postanowione. Raz modelowi śmierć. Dzwonimy do kapitana~cchiego. Wyjąłem telefon z kieszeni i już miałem wybierać numer, gdy przede mną pojawiła się stewardessa.
- Proszę pana, nie można tutaj korzystać z telefonów. Jeszcze raz i będę zmuszona pana wyprosić z samolotu.
Nie wierzę, kompletnie nie wierzę… Czy to zapowiedź tego, co będzie działo się w Paryżu?
*.*.*.*
Yo, ludziska. Z tej strony Sheta-chan, która musi wam wytłumaczyć kilka rzeczy, by potem nie było niedomówień.
Po jeden – w opowiadaniu tym narracja jest mieszana. Przeważa trzecioosobówka, jednakże Kise-osobówka jest się będzie pojawiać. O wiele rzadziej zaś będą fragmenty pisane z punktu widzenia Kurokocchiego.
Po dwa – jak zauważyliście, Kuroko to kompletny OOC. Może i milczy, ma wiecznego poker face'a, a gdy zdarzy mu się uśmiechnąć to i tak nikt tego nie widzi… A te jego odpały z Hiszpanem i Niemcem są właśnie tym dowodem na OOC Kurokosia. Może i w ficku wepchnęłam wytłumaczenie, że są wakacje, trzeba się wyszaleć i takie tam… ale i tak dałam dupy przedstawiając tu Kuroko.
Choć jakby patrząc z innego punktu, temu opowiadaniu przyda się taka groteska. Już nawet zaplanowałam inne wątki z Kuroko w wersji „Jestę Obcokrajowcę". Takie tam… Prosiłabym o przymrużenie na to ślepia. ^^
Po kolejne – tylko na szybkiego wytłumaczę kilka zwrotów, by osoby nie znające nawet podstaw hiszpańskiego nie latały po translatorach. A więc: Qué? /ke/ - Co? ; Lo siento. – Przepraszam. ; Adios. – Do widzenia. (Pewnie każdy wie, ale dodam tak dla pewności). I dojczowskie (że tak sobie powiem) „was" każdy rozumie, prawda? :3 No. A więc to by było na tyle. *3* A mrrr.
