Idę umrzeć. Totalnie. Nie mam nawet siły, a tym bardziej motywacji, by chociaż doczołgać się do hotelu. A w tutejszym języku potrafię tylko powiedzieć dwa zdania! Dwa, marne zdania, które zdążyłem sobie wpoić, zanim wysiadłem z samolotu. Mam nadzieję, że się przydadzą, bo jak nie - to przyrzekam na swoją pracę – wracam do Tokio na pieszo. Jestem w Europie, więc szansa na trafienie na kogoś, kto biegle posługuje się japońskim, jest bardzo bliska zeru. A mój łamany angielski plus angielszczyzna z francuskim akcentem równa się nieporozumienie. Jestem tego więcej niż pewien, że z żabojadem po angielsku się nie dogadam. Nawet nie daję rady myśleć optymistycznie. W takiej sytuacji chyba się nie da tak myśleć. Jestem głodny, zmęczony, nie odezwałem się słowem przez kilkanaście godzin, bo nie miałem do kogo. A na dodatek nie przestawiłem zegarka i nie mam bladego pojęcia, która jest godzina. A moja szyja odmawia mi posłuszeństwa i nie chce obrócić głowy w kierunku zegara wiszącego na środku hali. Niech ktoś po mnie tu przyjedzie! Ja chcę do łóżka! Po co tu przyjeżdżałem? Głupi Kurokocchi! Mógł się nie chwalić, że jedzie do Paryża. Bez tej wiadomości bym przeżył. Na pewno bym przeżył. I na pewno nie pakowałbym się na ślepo do samolotu, w którym grożono mi po niemiecku, a potem jeszcze kazano się zamknąć i wyłączyć telefon. Jeździłbym dzień w dzień na jakieś sesje zdjęciowe, a potem siedział w domku, albo grał w kosza na boisku w parku. A przez to, że zachciało mi się wakacji z Kurokocchim – znalazłem się nie wiadomo gdzie, nie wiadomo po co i nie wiadomo dlaczego… Yyy… Nie dość, że nie mam sił myśleć optymistycznie, to jeszcze zabrakło mi ich na ogólne myślenie! Oczywiście, że wiem, gdzie jestem! Wiem po co i dlaczego. Przecież to to samo. No! Wreszcie moje trybiki zaskoczyły! A więc czas ruszać do hotelu! Potem prysznic, jedzonko i zwiedzanie! Łuhuhu! … O nie. Udziela mi się śmiech Aominecchiego. A właśnie. Będąc przy Aominecchim – wypada zadzwonić i się przywitać. Hu. Huhu. Huhuhu. Spojrzałem na swój nieprzestawiony zegarek. Dochodziła siódma. Tylko wieczorem, czy nad ranem? Zadzwonię, to się dowiem, czy go obudziłem, czy przerwałem mu oglądanie pornoli. Pożyjemy, zobaczymy…
- Taak, a ty tu czego znowu? – usłyszałem w słuchawce. Głos Aominecchiego nie był ani trochę zaspany, więc musiał być wieczór. – Przerwałeś mi przedkolacyjny maraton pornoli. – warknął. Znając jego, zmarszczył przy tym brwi i nos. Cały Aominecchi! Zawsze jak jest wściekły, robi minę podobną do rozjuszonego psa.
- Aominecchi! Jak dobrze cię znów usłyszeć! – zapiałem radośnie, mimowolnie się szczerząc. Powinienem gdzieś zapisać, że ten wredny murzyniasty zboczeniec odebrał ode mnie dwa razy pod rząd i nie rozłączył się.
- Tak, ja też się niezmiernie cieszę. – tak, Aominecchi. Dobrze wiem, że wywracasz teraz oczami i zasłaniasz usta, by stłumić ziewnięcie.
- Tak, tak. Pic na wodę. Ale nie ważne. Ważne jest to, gdzie jestem! Po prostu nie uwierzysz! – zacząłem wyrzucać z siebie zdanie za zdaniem, a całe zmęczenie nagle ze mnie wyparowało. Jednak rozmowa z jakimkolwiek przyjacielem jest najlepsza na doła po podróży. – Zgadnij, gdzie jestem! No zgadnij!
- Hm… Niech chwilę pomyślę… - zaczął teatralnym tonem. – Jesteś w Paryżu? – zapytał, jakby nigdy nic. Jeeej! Aominecchi jasnowidz!
- Taak! Ale… skąd wiedziałeś? – zadałem pytanie, które zaczęło mnie nurtować od momentu uzyskania poprawnej odpowiedzi.
- … - zrobiło się troszeczkę cicho. Nawet jego oddech ustał.
- Aominecchi? – spytałem niepewnie, jednak po drugiej stronie wciąż panowała głucha cisza. – Aominecchi, żyjesz? – no bez jaj. Przecież wiem, że nie umarłeś.
- Nie. – krótka, szorstka odpowiedź zbiła mnie z pantałyku. Jeśli umarł, to czemu mówi?- Zabiła mnie twoja głupota, Kise. – dodał po krótkiej chwili. Co?! Czekaj, chwila… Muszę pozbierać szczękę.
- To było okrutne, Aominecchi! – zaskomlałem do słuchawki, gdy wreszcie udało mi się jako tako ogarnąć po jego odpowiedzi. Jak on śmiał tak mnie obrażać? Wredny, zboczony murzyn! Albo na odwrót, murzyniasty zboczeniec… Ah, mniejsza. Na jedno i to samo wychodzi. Nadąłem policzki, gdy śmiech ciemnoskórego chłopaka dotarł do moich uszu. Zawsze musi znaleźć jakiś pretekst do kpienia ze mnie. Warknąłem coś na pożegnanie i rozłączyłem się jako pierwszy. Ha! Chcę zobaczyć teraz twoją minę! Zawsze ty się rozłączałeś, ale teraz nie ma! Bunt! Rebelia, murzynie jeden! A przy następnej naszej rozmowie to ja się z ciebie pośmieję! Zobaczysz, zo – ba – czysz! Zemszczę się za te wszystkie dni. Oj, zemszczę się.
- Przestaję być słodkim Kise, od dziś jestem Kise drapieżca! Ale najpierw muszę znaleźć Kurokocchiego…
*.*.*.*
Kiedy Kise wesoło sobie gawędził z Aomine, państwo Kuroko wraz z synem udali się po swoje bagaże. Oczywiście po drodze Tetsuya oddzielił się od rodziców i został pochłonięty przez panujący na lotnisku wakacyjny gwar. Cóż za ironia losu. A miał się trzymać tuż za swoją rodzicielką. Westchnął, zachowując standardowy dla siebie stoicki spokój i ruszył w kierunku najbliższej ławki. Jednakże co chwila zmieniająca swój kierunek ławica ludzi uniemożliwiła mu to i zepchnęła go pod ścianę.
- … Od dziś jestem Kise drapieżca! Ale najpierw muszę znaleźć Kurokocchiego… - słysząc ten zarówno rozradowany, jak i naszpikowany gniewem głos, błękitnowłosy chłopak wzdrygnął się mimowolnie. Stłumił w sobie cierpiętnicze westchnienie i odwrócił się do modela.
- Jak widać, to ja znalazłem ciebie. Drapieżco Kise-kun. – mruknął beznamiętnie, jako tako akcentując słowo „drapieżca". Skupiony na swoich myślach blondyn aż podskoczył na dźwięk czyjegoś głosu.
- Kurokocchi! – pisnął rozglądając się na wszystkie strony. Gdy wreszcie zauważył kolegę z gimnazjum, uśmiechnął się szeroko. Już miał zamiar rzucić się z uściskiem na niższego nastolatka, gdy coś mu się przypomniało. A co, jeśli Kurokocchi znów będzie udawał obcokrajowca i ucieknie? Ale nic na to nie wskazywało… Sam zaczął rozmowę, mówił tym kulturalnym tonem, a zwrotów grzecznościowych było aż nadto. Nie wspominając o nieodłącznym sarkazmie, którego Kise – rasowa blondynka – jeszcze nie udało się wyczuć. Chwila analizy…
- Kurokocchi! – krzyknął ponownie, tym razem pewniej i z nieukrywaną radością, a nie strachem. I tym razem nie zawahał się, tylko mocno przytulił przyjaciela. Ten tylko stał nieruchomo, nawet nie racząc odwzajemnić uścisku.
- Kise-kun… dusisz… - wystękał po chwili. W odpowiedzi dotarł do niego cichy śmiech i przepraszający uśmiech tuż przed oczami. Oczywiście, uścisk nie zelżał ani odrobinę. Dopiero, gdy model oberwał między żebra, Widmowemu Graczu udało się oswobodzić. Kise wyprostował się i nadal szczerząc się jak głupi do sera wlepił radosne spojrzenie złotych tęczówek w osobę przed nim.
- A więc też spędzasz wakacje w Paryżu? – zapytał jakby od nie chcenia Tetsuya, a Kise niczym wytresowany pies pokiwał w odpowiedzi głową.
- Rozumiem… A o co ci chodziło z tym „drapieżcą"? – kolejne pytanie lekko zdezorientowało Kise. Słyszał? Uśmiech modela zbladł, a na policzkach pojawiły się rumiane wykwity.
- Bo… rozmawiałem z Aominecchim! I on mnie obraził! – Na to wytłumaczenie Kuroko uniósł brew w geście niezrozumienia. – I ja się pierwszy rozłączyłem, nie czekając na jakieś jego zboczone teksty! – dokończył z dumą, starając się rozjaśnić błękitnowłosemu całą sytuację.
- Aha. – mruknął w odpowiedzi niższy chłopak. – A czym cię Aomine-kun obraził?
- Powiedział, że jestem głupi! – jęknął Kise, wyginając usta w podkówkę.
- Z grzeczności nie zaprzeczę… - podsumował Tetsu. Model krzyknął coś zdziwiony, a potem zaczął narzekać, jacy to wszyscy są nieczuli, okrutni i w ogóle jedne wielkie z nich paskudy. By jak najszybciej zakończyć tą szopkę, niebieskooki chłopak zaczął się wycofywać tłumacząc, że musi znaleźć rodziców.
- Pomogę ci, Kurokocchi! – wrzasnął rozentuzjazmowany Ryouta. Jednak było za późno… po jego przyjacielu nawet ślad nie został. Znów został pochłonięty przez zbiorowisko pędzących we wszystkie strony ludzi.
*.*.*.*
Kurokocchi… znowu… zniknął… Ale jest sukces! Pogadałem z nim! Teraz wystarczy iść do hotelu, a potem iść do hotelu Kurokocchiego i tam na niego poczekać! Jestem genialny! Albo i cofam to. Przecież nawet nie wiem, gdzie on i jego rodzice się zatrzymują. Cholera, noo. Kise, rusz ty czasem głową. Tylko głupio pierniczyć potrafisz. … O! I znowu punkt dla mnie. Potrafię się przyznać do własnego błędu. Oh, Kise. Jesteś taki mądry. Ah, przestać Ryouta. Ty też przecież taki jesteś. No brawo, nagroda za spostrzegawczość. Jestem przecież tobą, Kise! Serio, Ryouta? … Nie. Czekaj. Daj mi pomyśleć. Co to było przed chwilą? Mój mózg… on się zaciął, tak? Jakiś cichy głosik w głowie szepnął mi, że to nie możliwe, by się zacięło coś, czego nie ma. Postanowiłem olać owy głosik i poklepałem się kilka razy w czoło z otwartej dłoni. Tuż obok mnie rozbrzmiał dziewczęcy chichot. Odjąłem od twarzy rękę i spojrzałem w kierunku, z którego dobiegał śmiech. Przede mną stała długonoga, szczupła brunetka, o zielonych oczach… i tonie makijażu na twarzy. Uśmiechała się, patrząc na mnie z rozbawieniem, a ja zacząłem sobie zadawać jedno pytanie. Co ja takiego zrobiłem? Nie mogąc znaleźć na nie odpowiedzi, wpadłem na pewien pomysł. Jeśli dało się to nazwać pomysłem… Po prostu stwierdziłem, że wypada zagaić do panienki, która w delikatny sposób zwróciła na siebie moją uwagę. Uśmiechnąłem się tak, jak na modela przystało i cichutko odchrząknąłem.
- Je m'appele Kise Ryouta. Je adore la mode et gâteau.* – wydukałem dwa wyuczone na pamięć zdania, w duszy krzycząc z radości, że jednak się przydały. Tak! Nie będę musiał wracać na pieszo do Tokio! I przy okazji pochwalę się Aominecchiemu, że wyrwałem jakąś laskę już pierwszego dnia pobytu we Francji. Tak, bejbe! Kise rządzi! Kise drapieżca! Mrau!
- Daruj sobie ten łamany francuski. – wywróciła oczami. O co tu chodzi? Czemu ona gada po japońsku? Zamrugałem kilka razy i otworzyłem usta, by upomnieć się o wyjaśnienia. Jednak pani ta skutecznie mi to uniemożliwiła. – Słuchaj, tleniona blondi. Twój Hamamoto-sama mnie tu przysłał, bym pilnowała cię. Dobrze wiemy, że puszczenie cię samopas równałoby się z katastrofą, a może i wręcz końcem świata. – wytłumaczyła. Skrzywiłem się na ostatnie jej zdanie. Mówiła ostrym, nieznoszącym sprzeciwu tonem.
- No ładnie. Jakąś babę z wojska mi tu przysłali… - mruknąłem pod nosem, nadymając policzki.
- Za tą babę powinnam kazać iść ci do hotelu na pieszo. – usłyszałem w odpowiedzi. Westchnąłem cierpiętniczo i zacząłem błagać swój mózg, by zaczął działać. Albo by moje ukryte zdolności się włączyły, a szczególnie te „like a Kurokocchi". Zwiałbym niezauważenie i to szorstkie babiszcze być może dałoby mi spokój. Pochyliłem się do przodu i wyciągnąłem ręce, układając z dłoni jakieś poplątane znaki. Ukradkiem spojrzałem na bezimienną agentkę mojego managera. Stała w tym samym miejscu, co od początku, a ręce podparła na biodrach. Brew jej podjechała do góry, a usta wykrzywiły w kpiącym uśmieszku. Yyy… Co robić, co robić?
- Ninja mode! – krzyknąłem i zamachałem rękoma, jakby mnie prąd poraził… a potem puściłem się pędem w ruchomą ścianę z ludzi, która mnie pochłonęła. Do wyjścia, do wyjścia!
- Wracaj tu, ty tleniona blondynko! – usłyszałem tuż za swoimi plecami. Mimowolnie przyspieszyłem. I nie dziwię się sobie, moje życie było zagrożone. Nie tyle życie, co moja twarz! Szybciej, Kise! Wydobądź z siebie dziką bestię, pędź jak antylopa, jak Aominecchi, przemykaj między ludźmi niczym wiatr! I przestań stąpać jak słoń, przecież nie ważysz osiemdziesięciu kilo! Drzwi, drzwi są tuż przede mną! … Cholera! Zapomniałem odebrać bagaży! Zawracać, odwrót wszystkich sił bojowych! Powtarzam, zawracamy do bazy beta! Baza alfa może poczekać. Ale zrobić mi to dyskretnie! Wróg siedzi na ogonie, nie może zauważyć naszego manewru! Kiedy tylko udało mi się skręcić w przeciwnym do wyjścia kierunku, o mały włos nie wpadłem na tą rozjuszoną agentkę. Odskoczyłem w bok i piszcząc jak dziewczyna ruszyłem przed siebie. Dopadłem do lady, za którą siedziała stara babcia żująca gumę i zniekształconą angielszczyzną poprosiłem o bagaż. Już miałem go w dłoniach, już chciałem kontynuować ucieczkę, wtem poczułem jak czyjeś palce zaciskają się na kołnierzyku mojej koszuli, tipsy wbijają boleśnie w skórę.
- Tu cię mam, sklerotyku. Gdyby nie bagaż, pewnie byś mi spieprzył. Hyhy. Ale nie ma tak dobrze, wywęszę cię wszędzie. I obiecuję ci, że wakacje te możesz od razu zaliczyć do tych najgorszych. – wysyczała mi do ucha, a gdy mnie puściła, ruszyła do wyjścia z lotniska. Gdy znów próbowałem jej zwiać, chwyciła mój nadgarstek i zamknęła w żelaznym uścisku. - Chodźże, blondi. – warknęła, ciągnąc mnie za sobą, jak jakieś nieposłuszne dziecko. - Zawiozę cię do hotelu, a potem grzecznie oprowadzę po Paryżu. Przy okazji opowiem ci o nim co nieco, a potem ładnie z tego odpytam. A spróbuj mi czegoś nie zapamiętać, to przyrzekam, skrócę cię o głowę i uprzykrzę ten wyjazd jeszcze bardziej, niż planowałam. – ludzie, ta z pozoru niewinna dziewczyna to istny diabeł, szatan! Toż to Akashicchi w kobiecej skórze. Ratujcie mnie, błagam was! Przecież ja tu zginę! Ja się jeszcze raz pytam… Co mnie podkusiło, żeby tu przyjeżdżać?!
*.*.*.*
A więc mamy wreszcie drugi chapter. xD To opowiadanko ssie, a ja wciąż mam uczucie, że Kise coś ćpał. Albo to ja ćpałam, a zwalam na naszą tlenioną blondynkę. Hehe. I jak zwykle, narracja mieszana, ale łatwo się domyślić kto kiedy opowiada. xD Wyjątkowo nie mam nic do powiedzenia. Oprócz wesołego jajka! I mokrego dyngusa, żebyście jak największą śnieżką oberwali. A mrrr. x3
* Je m'appele Kise Ryouta. Je adore la mode et gâteau. - Jestem Kise Ryouta. Lubię modę i ciastka.
