[Kise.]

Gdzie ja jestem? Wszędzie widzę to samo – pełno sklepów odzieżowych przeplatanych z cukierniami i kawiarenkami. Co to ma być? Raj dla bab, ale nie dla kogoś takiego jak ja. I jak się okazało, nie byliśmy jeszcze w hotelu. Ja chcę do domu! Albo chociaż do pokoju hotelowego. Do wanny! Ale pierw zajdę do jednej z drogerii i kupię najdroższą sól fizjologiczną i to na koszt mojego managera. Taka tam zemsta. Hy. Hyhy. Hyhyhy. Jestem wredny. Geniusz zła. Jak znajdę chwilę wolnego, to będę musiał się pochwalić Aominecchiemu, jaki to ja genialny i zarazem okrutny plan wymyśliłem. Spojrzałem na tą panią przede mną, która w najlepsze gadała i za cholerę nie wiem na jaki temat. Zginę marnie, przecież miałem słuchać, bo będzie pytać. Nawet na wakacjach mi szkołę urządzają.
- No. A więc co zapamiętałeś z tego wywodu? – no pięknie. Wywołałem wilka z lasu. Zacząłem się rozglądać po ulicy, szukając jakiegoś koła ratunkowego. Nie mam tu publiczności, pół na pół się nie da… Telefon do przyjaciela? Uwaga, bo Aominecchi mi pomoże. A pff. Sam sobie poradzę.
- Yyy… - zacząłem niezbyt inteligentnie, wlepiając w to wredne babsko nieprzytomne spojrzenie. – Ciastka! – zakrzyknąłem podnosząc palec do góry. W odpowiedzi uzyskałem tylko ciche prychnięcie. Mam przerąbane… ja wam mówię – mam po prostu przerąbane. Ciekawe jak się miewa Aominecchi? Co robi? Na pewno nie włóczy się bezcelowo po jakimś wielkim mieście, którego kompletnie nie zna…

*.*.*.*

[Aomine.]

Słońce, plaża, morze, gorące laseczki pluskające się w wodzie… żyć, nie umierać. A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że nie trzeba polować, bo ofiary same do ciebie podchodzą i świecą ci cyckami przed oczami. Istny raj! Bez szkoły, czepialskich nauczycieli, morderczych treningów i ciotowatego Kise. Albo przez przypadek umarłem i trafiłem do nieba, albo po prostu Bóg raczył się nade mną zlitować i zesłał mi tu, na ziemię te cycaste anielice w skąpych strojach kąpielowych. Odetchnąłem z ulgą i przeciągnąłem się leniwie. Wypadałoby się trochę poruszać, a nie się wiecznie wylegiwać. I tak się nie opalę. A więc czas podnieść to sexy dupsko i gdzieś się przejść. Najlepiej do wody i z powrotem. Dobra. Na trzy…
- I raz… i dwa… i… trzy! – szybko podniosłem dupsko, zginając się wpół i przechylając gwałtownie do przodu. Nie wiem, jak ja to zrobiłem, ale przez to zaryłem moją przystojną twarzą w piasek. Poleżałem sobie w takiej pozycji, dopóty mi tlenu nie zabrakło. Gdy zacząłem czuć w płucach nieprzyjemne kłucie i chęć zaczerpnięcia powietrza, zdałem sobie sprawę, że za Chiny Ludowe i Carską Rosję nie wiem jak powrócić do pozycji pionowej, albo poziomej… Zajebiście. Jak rozłożyć się z tego trójkąta? Kuźwa. Głowa w piachu – jeden wierzchołek, dupa wypięta ku słońcu – drugi, a nogi, które (nie wiem jakim pieprzonym cudem) nawet się nie wyprostowały, tylko wciąż były ze sobą splecione robiły za trzeci wierzchołek. PKP. Pięknie, kurwa, pięknie. Daiki, ty idioto… Nie dość, że się ośmieszyłeś przed panienkami, nie możesz oddychać, to jeszcze w tej pozycji jakiś gej cię od tyłu weźmie… Czekać, analiza danych. O nie! Ewakuacja! Ja się pedałom nie dam wydymać! I hej hop! Po tej jakże efektownej glebie, wykonałeś epickiego fikołajka, a tym samym znalazłeś się idealnie tuż przy brzegu. He. Hehe. Hehehe. Warto było legnąć na ręczniczku tak blisko morza. A teraz, Daiki, by jakoś zrekompensować sobie ten żałosny popis, zdejmij koszulę i idź popływać. I to w trybie natychmiastowym. Jak moje zajebiste ja stwierdziło, tak też zrobiłem. Już zanurzałem swoją śliczną stópkę w wodzie, wtem po całej plaży rozbrzmiała najgłupsza piosenka wszechczasów.
Teraz będzie numer jeden.
I tu się zaczyna Eden!
Przeleć mnie w tej koniczynie.
Przeleć mnie w tej koniczynie.
Przeleć mnie w tej koniczyniejeszcze raz!"

Ludzie, kto może mieć tak zdrowo porypany dzwonek, ja się pytam? Zarechotałem jak głupi i zanurzyłem się po pas w wodzie. Piosenka nadal nie milkła, a odliczanie w niej doszło już do pięciu. Jeszcze trochę i rozwalę komuś ten telefon… Gdy z bijącą ode mnie aurą zajebistości zanurkowałem, jakby nagle oprzytomniał…Wyrwałem jak głupi z wody i potykając się o własne nogi dopadłem do ręcznika i leżącej na nim torbie, z której to właśnie dobiegała melodia. O kuźwa. Kogo niesie o tej porze? Wyjąłem telefon, nawet nie racząc osuszyć rąk i spojrzałem na wyświetlacz.
„Tleniona blondynka dzwoni." Kurwa. A ten tu czego? Czy on zawsze musi mi rujnować najpiękniejsze chwile życia? Jak nie przerwie maratonu pornosów, to zakłóci spokój na plaży. Niech go diabli wezmą i nie oddadzą.
- Kurwa, Kise. Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego przerywasz najpiękniejsze chwile mojego życia?! – warknąłem do słuchawki, pieprząc jakiekolwiek powitanie. Zazwyczaj starałem się być miły dla tego pieprzonego modela, jednak teraz nie dało się. Po prostu się nie dało. Przelała się czara i moje wkurwienie osiągnęło apogeum. W ciągu tych trzech pierniczonych dni dzwonił do mnie siedem razy! Z każdym pierdem! Bo to go Tetsu olał, bo to pani była dla niego niemiła, bo to podróż męcząca, bo to, bo tamto… Ludzie, ile można?! Jak tylko wróci z tego Paryża, zaciągnę go do siebie, zwiążę i puszczę mu serię najostrzejszych pornoli! Tak, to będzie okrutne. Zarechotałem w myślach.
- Aominecchi , grzeczniej! Ja tu konam, a na dodatek ty mnie odrzucasz! – zajęczał mi do ucha, a mnie aż ciarki przeszły. Zaraz zgniotę ten telefon. Większość naszych rozmów zaczyna się od jego jęku, stęknięcia, zaskomlenia… Istny pies.
- A ja przez twoje ciągłe telefony wychodzę na idiotę przed zajebiście gorącymi laseczkami. – odgryzłem się mu. – Mój problem jest chyba poważniejszy. Nie sądzisz, Kise? – spytałem nieco łagodniej. W odpowiedzi usłyszałem zrezygnowane westchnięcie. Chyba zrozumiał, że nie mam ochoty wysłuchać tego, jaki to Paryż jest okrutny, a ta baba straszna. Tak, tak. Już zdążył mi się poskarżyć, że dostał opiekunkę. Żenada. Totalna żenada. Tego dziecka nawet na wakacje samego nie puszczą, musi być pod stałą kontrolą. – No właśnie. Cieszę się, że się rozumiemy. A teraz odpowiedz mi na takie jedno pytanko. Nie szkoda ci pieniędzy na te wszystkie telefony do mnie? – wyszczerzyłem się triumfalnie, gdy po drugiej stronie panowała głucha cisza. Chyba zrozumiał, jakim jest idiotą.
- No… tak niezbyt. – że co proszę? Rozumiem, że ma sporą sumkę pieniędzy z tego modelowania, ale żeby je ot tak sobie wydawać? I to na telefony? Nie rozumiem logiki blondynek. - Bo… Aominecchi… - zaczął niepewnie, a mnie znów pojawiła się żyłka na skroni. Zawarczałem, że zaraz się rozłączę. Podziałało to na niego, jak kubeł zimnej wody. Od razu się zmobilizował i wykrzyczał na jednym tchu to, co miał mi do przekazania. – Bo tak naprawdę to Aominecchi płaci za mój rachunek! Nie, inaczej. Gdy ja dzwonię do Aominecchiego zza granicy, to włącza się takie coś, że to tobie z konta są zabierane pieniądze, a nie mnie. To nie mój pomysł, tylko mojego managera! A że jest to przydatne, to wydzwaniam do ciebie, bo potrzebuję wsparcia, ssu!
Co proszę? Bo totalnie nie zrozumiałem. Albo się jąka i nie umie poprawnie wypowiedzieć nawet zdania, albo mówi, jakby go banda ruskich goniła.
- Powtórz. Na spokojnie. I w wielkim skrócie. – odpowiedziałem, cedząc pomału każde słowo. Nie. Każdą sylabę. Pomału zaczynało do mnie docierać, co ten blondyn powiedział, przez co krew w moim organizmie zaczęła wrzeć.
- Ty płacisz za moje połączenia. Ale tylko te do ciebie. – pisnął. Już sobie wyobrażam, jak kuli się i zagryza wargę w oczekiwaniu na moją furię. Hehe. Dobrze sobie żem pieska wytresował.
- Kise… Giniesz. – tylko tyle byłem w stanie powiedzieć. Gdybym zmusił się na kilka dodatkowych słów, wybuchnąłbym i zaczął się drzeć do słuchawki jak opętany. Nie czekając na jego odpowiedź, rozłączyłem się i wypuściłem z siebie całe powietrze. Zabiję gnoja, zabiję. Już nie odbiorę ani jednego telefonu od niego. Co za… Na wszystkie świętości, niech zgnije w tej Francji, niech go żabojady zjedzą, czy coś… A nie. Tak to bym Midorimie życzył. Niech więc go żabojadki na śmierć zacałują, albo ta kobieta bez imienia zamęczy. Niech ogółem przepadnie! A jeśli uda mu się wrócić, niech zmienia szkołę. Co za… ugh! Podniosłem dupsko z ręcznika, uprzednio wyłączając telefon i chowając go do torby. Skierowałem się do wody. Idę się utopić… Niech mnie potem jakieś cycki uratują i zrobią sztuczne oddychanie. Wtedy dopiero poprawi mi się humor…

*.*.*.*

[Kise.]

Stwierdzam, iż mój pobyt w Paryżu przedłuży się do…tak mniej więcej końca mojego życia. Totalnie… Jeśli jednak będę zmuszony powrócić do Tokio – zmieniam nazwisko, farbuję włosy i kończę z pracą modela. Szkoły nie zmienię, bo po co? Po pierwsze – dużo do końca nie zostało, a po drugie – Aominecchi nie jest tak spostrzegawczy, by ogarnąć, że nowy ja to ten stary ja, którego poprzysiągł zabić… A może mu do tego czasu przejdzie i nie będę zmuszony żegnać się z moim dotychczasowym trybem życia? Pożyjemy, zobaczymy… Gorzej, gdy to będzie ostatnia rzecz, jaką w życiu zobaczę. Aominecchi jest strasznie skomplikowany! Nigdy nie wiesz, czy się z tobą droczy, czy jest poważny. Go ciężej zrozumieć, niż kobietę w ciąży, albo z PSM! Z Kurokocchim jest to samo. Pierw zachowuje się, jakby coś ćpał i ignoruje mnie, a potem wraca do normalnego siebie oraz rozmawia, jakby nigdy nic! Czemu ludzie mnie tak traktują? Tak… okrutnie? Smutam. I stwierdzam, że bycie mną jest naprawdę ciężkie…
- Te, Blondi. Ogarnij się, ja cię proszę… Bo cię gdzieś zgubię i będzie problem. Dla ciebie oczywiście. – z moich rozmyślań wyrwał mnie czyjś naszpikowany chłodem głos, którego przez te kilka godzin zdążyłem znienawidzić bardziej, niż dżdżownic przez całe moje dzieciństwo. Eh… A więc jednak kupiła te wszystkie bluzeczki, co one tak „miło się uśmiechały" ze sklepowych wystaw? Spojrzałem na tę przerażającą kobietę (która jeszcze nie raczyła mi się przedstawić) i westchnąłem cierpiętniczo. Po chwili niechętnie zwlokłem dupsko z okupowanej przeze mnie i moje walizy ławeczki. – Jak się zgubisz, nie będę cię szukać. Powiem, że cię porwali i przerobili na szynkę. – ostrzegła mnie, wzruszając przy tym ramionami i ruszyła przodem… A ja, jak wierny piesek, podążyłem za nią.
Kami-sama, za jakie grzechy ja muszę tak cierpieć? Pierw grożą, że zamordują… Teraz, że na szynkę przerobią!
Kurokocchi, mam nadzieję, że chociaż ty w miarę dobrze się bawisz… Albo odpoczywasz… Niezależnie co robisz, wszystko jest lepsze od tego, co ja tutaj przechodzę! Toż to istna katorga! Ja chcę do domu!

*.*.*.*

[3. osoba.]

Kiedy Kise złorzeczył na swoją opiekunkę –w tym samym czasie Kuroko wysłuchiwał kilkunastominutowego wykładu rodziców pod tytułem „Jak ma się zachowywać, gdy sam będzie zwiedzał Paryż?". Zaczęło się niewinnie, od cichego monologu matki, że oni przyjechali tu w sprawach służbowych, że nie mają czasu pilnować własnego syna, a samego go w Japonii nie zostawią. Potem do akcji wkroczył ojciec, któremu pomysły na coraz to nowsze zakazy i nakazy chyba nie miały zamiaru się skończyć. Chłopak cichutko westchnął i zaczął się zastanawiać gdzie się udać. Choć najpierw wypadałoby coś zjeść. Ale nie będzie chodził w tych wygniecionych ubraniach, w których wysiedział kilkanaście godzin w samolocie. A więc plan wygląda mniej więcej tak: gdy tylko ten nużący wykład się skończy (podczas którego Tetsuya czuł się, jakby był na studiach), pójdzie się przebrać. Następnie znajdzie jakiś bar szybkiej obsługi, gdzie się posili i napije szake'a waniliowego. Po posiłku pójdzie zwiedzać miasto, a gdy się zmęczy – najzwyczajniej w świecie wróci do holetu i pójdzie spać.
- I na koniec… Zawsze masz być w hotelu przed godziną dwudziestą drugą. Zrozumiano? – nastolatek wzdrygnął się, gdy do jego podświadomości nieoczekiwanie dotarły te upragnione słowa. Skinął delikatnie głową i mruknął coś, co brzmiało jak potwierdzenie. Potem cofnął się do tyłu i tyle go rodzice widzieli. Usłyszeli jeszcze ciche stuknięcie zamykanych drzwi. Kuroko odetchnął z ulgą, gdy znalazł się w swojej sypialni. Ten apartament ma swoje plusy. Jest podobny do jego mieszkania i rozmiarem i poziomem luksusu. I Tetsuya ma swój własny pokój.
Chłopak podszedł do zostawionych przez boya hotelowego bagaży. Chwycił pierwszą lepszą walizę i rzucił na łóżko. Nawet nie racząc się rozpakować, chwycił biały T-shirt w błękitne paski i jasne dżinsy. Szybko się przebrał i uprzednio zabierając swoją torbę – opuścił apartament, a potem hotel. Uśmiechnął się delikatnie, gdy ciepłe promyki słońca musnęły go po twarzy. Rozejrzał się uważnie, szukając jakiejś kawiarenki z koktajlami. Kiedy takowej nie znalazł, westchnął cichutko, a jego twarz powróciła do zwyczajowego obojętnego wyrazu. Ponownie omiótł ulicę wzrokiem i bez słowa ruszył przed siebie. Chyba jednak nie dane mu było zrealizować swój plan w takiej kolejności, w jakiej go ułożył. Pierw będzie musiał pozwiedzać i ogarnąć, co gdzie leży w promieniu stu metrów od hotelu, a dopiero wtedy coś przekąsić.
- Łatwiej było coś zjeść w restauracji hotelowej. – mruknął do siebie, mijając kolejny butik. W myślach stwierdził, że to co mówią o tym mieście jest prawdą. Paryż – stolica mody i zakochanych. Tona sklepów i rzekomych kawiarenek. Tylko gdzie się podziały te wszystkie kawiarenki? Wzruszył ramionami i kontynuował swoją wędrówkę. A może by się kogoś spytać? Albo zawrócić i zjeść w hotelu? Kuroko rozważał wszystkie za i przeciw cofnięcia się do miejsca swojego tymczasowego pobytu. A więc tak… Są dwa plusy i jeden minus. Pierwszą zaletą jest to, że się naje. Drugą zaś fakt, że się dowie, czy smacznie tam gotują. Wadą zaś było to, że zamówiony przez niego posiłek będzie niesłychanie drogi… i trzeba go będzie dołączyć do tak, czy siak wysokiego rachunku. Niby korzyści zjedzenia czegoś w tej restauracji przeważały nad minusami dwa do jednego, ale to właśnie ta jedna wada miała większą moc, bo… no cóż. Kuroko po prostu szkoda było pieniędzy. Dobra. Czyli jednak trzeba znaleźć jakąś kafejkę, bądź chociaż budkę z croissantami. Albo dojść do centrum, gdzie jest sławetna wieża Eiffla. Tam na pewno znajdzie coś do jedzenia. Ale… ma iść na pieszo przez pół miasta? No chyba nie. To nie jest na miarę Kurokowych sił. A więc taksówka. Dość niedawno mijał taką. Ciekawe, czy jeszcze stoi? Błękitnowłosy odwrócił się i cofnął do miejsca, gdzie widział samochód. Co za ulga! Jeszcze jest! Bez pytania o zgodę, czy jakiegokolwiek zwrócenia na siebie uwagi – wsiadł do środka i spojrzał na kierowcę. Cisza… Gruby mężczyzna nadal siedział i mruczał lecącą w radiu piosenkę. Kuroko wciągnął ze świstem powietrze…
- Umm… Przepraszam pana. – odezwał się po francusku. Siedzący przed nim facet podskoczył z zaskoczenia, a z jego ust wydobył się cichy krzyk. Gwałtownie odwrócił się i wlepił w nastolatka przerażone spojrzenie. Ten nawet nie zamrugał, po prostu wpatrywał się beznamiętnie w taksówkarza czekając, czy ten coś powie… Jednak gdy nie było żadnej reakcji, od razu przeszedł do konkretów. – Do centrum miasta poproszę. – mruknął, przy okazji krzywiąc się w myślach, gdy do jego uszu dotarła ta pokraczna francuszczyzna, którą się posługiwał. Mężczyzna pokiwał głową, dając znak, że przyjął do wiadomości polecenie chłopaka i odpalił samochód. Gdy ruszyli z miejsca, błękitnowłosy spojrzał na widok za szybą. Śliczne miasta, kompletnie różni się od Tokio. Można tu zobaczyć sporo staroświeckich budowli. A tam? Wieżowiec przy wieżowcu, wszędzie światła, neony, nowoczesne budynki… Można nawet rzec, że Francja i Japonia to dwa inne światy. Jednak gdyby miał wybierać pomiędzy nimi, wybrałby ten, w którym się urodził. To tam miał wszystko. Dom, swoje ulubione miejsca, w które zawsze chadzał, gdy miał zły humor… Czy po prostu przyjaciół, z którymi spędzał większość czasu. Nawet taki Kise się do nich zaliczał. Tylko po jaką cholerę jechał on za Tetsuyą aż do Paryża? Kuroko pokiwał głową, za Chiny nie mogąc zrozumieć blondyna.
Z rozmyślań wyrwał go dźwięk wiadomości. Wyciągnął telefon i odtworzył maila. To od Ryouty? Dziwne… Ciekawe, co on może chcieć?
[Od: Kise-kun.
Temat: Help me now!
Kurokocchi! Ratunku! Jakaś baba ciąga mnie za sobą po Paryżu i grozi przerobieniem na szynkę, jeśli nie będę jej posłuszny! Co ja mam robić? Bo naprawdę nie wiem. Ucieczka nie wchodzi w grę, bo i tak jakimś cudem mnie wyśledzi… Liczę na ciebie! Ratuj]
Nastolatek zmrużył oczy i po raz drugi zagłębił się w treść wiadomości. Już chciał się odezwać, by kierowca jak najszybciej zawracał, jednak po dłuższej analizie zrezygnował z tego faktu. A kto powiedział, że Kise musi wiedzieć, że nie uzyskał pomocy, pomimo tego, iż była ona wręcz na wyciągnięcie ręki?
- Czas użyć missdirection… - mruknął do siebie, tym razem w ojczystym języku. Jeszcze zdążył uchwycić lekko zdezorientowane spojrzenie taksówkarza, zanim znów zagłębił się w podziwianie uroczych kamieniczek. I nagle nawet kawiarenki się znalazły…