Zbetowała: AlicjaFromWonderland


ROZDZIAŁ 2

ULICA POKĄTNA

W Dziurawym Kotle panował niesamowity gwar i tłok. Harry z trudem przeciskał się pomiędzy ludźmi, torując sobie drogę do baru. Nie było to wcale takie proste, gdyż jak zauważył, chyba połowa magicznej Anglii postanowiła spędzić ten sobotni wieczór w barze przy ulicy Pokątnej.

- No, nareszcie, Potter! – usłyszał zniecierpliwiony okrzyk, kiedy tylko dotarł na miejsce. – Już myśleliśmy, że wystawiłeś nas do wiatru.

- Jakże bym mógł – odparł z szerokim uśmiechem na ustach i spojrzał na swoich najlepszych kumpli.

Sean Moore, Krukon z siódmego roku, oparty o krzesło, z błyskiem w oku przyglądał się ślicznej blondynce, właśnie wchodzącej do Dziurawego Kotła. Już samo to mówiło o nim wiele, lecz dla wyjaśnienia należałoby dodać, że słowem, które najlepiej odzwierciedlało jego charakter, było po prostu Casanova. Chłopak wcale nie był zniewalająco przystojny, lecz posiadał „to coś", co, według niego, nazywało się urokiem osobistym. I cóż, nie można było temu w żaden sposób zaprzeczyć, bo dzięki niemu nieraz udało mu się uniknąć przykrych sytuacji, zwłaszcza w szkole. Do dziś jednak dla wielu było zagadką, dlaczego trafił do Ravenclaw, skoro tak bardzo nie lubił się uczyć. Harry miał na ten temat swoją teorię, lecz nigdy nie wypowiedział jej głośno.

Do grona najbliższych znajomych młodego Pottera zaliczał się także jego rówieśnik Max Brown z Hufflepuff. Był to wysoki blondyn o trudnym do zidentyfikowania kolorze oczu, który oscylował pomiędzy zielenią a szarością. Chłopak pochodził z rodziny czystej krwi czarodziejów, dlatego jego przydział był raczej przykrą niespodzianką dla krewnych. Starszy brat Maxa, Philip, nie omieszkał mu o tym przypominać. Z tej też przyczyny Harry czuł się w pewien sposób związany z Brownem – obaj nie spełnili oczekiwań ojca.

Najmłodszym spośród ich czwórki był Christopher Baxter - Ślizgon, który z racji pochodzenia z rodziny mugoli miał raczej dość ciężkie życie w Domu Węża. Pomijając jednak ten fakt, stanowił doskonały przykład mieszkańca Slytherinu: sprytny, przebiegły, zaradny, z nieco ironicznym poczuciem humoru. Harry zastanawiał się, czy Chris żałuje czasem, że trafił do takiego a nie innego domu. Z jednej strony widać było, że odpowiada mu wieczna konkurencja oraz wykorzystywanie swojego sprytu w praktyce, lecz z drugiej Baxter absolutnie nie zgadzał się z poglądami swych czystokrwistych braci. Dlatego też często stawał się obiektem drwin.

Pomimo że nastolatkowie tak bardzo się różnili, stanowili raczej zgrany zespół. Nie afiszowali się ze swoją przyjaźnią, stąd też niewiele osób wiedziało, że w ogóle się znają. Niemniej jednak takie okazje jak ta, czyli urodziny jednego z nich, stanowiły dobry powód, aby spotkać się w komplecie.

- No, to co… - zaczął Sean, porzucając obserwację blondynki, która, jak się okazało, miała chłopaka. – Solenizant stawia kolejkę?

Potter parsknął krótkim śmiechem i odwrócił się w stronę starego barmana.

- Cztery kieliszki Ognistej Whisky Ogdena – zamówił.

- Pełnoletni?

- Od dzisiaj tak, Tom.

- Proszę, proszę… Młody Potter już dorosły. Kto by pomyślał. A wydaje się, że to było dopiero wczoraj, kiedy próbowałeś wmówić mi, że masz siedemnaście lat, podczas gdy wyglądałeś na góra piętnaście – zakpił mężczyzna, czym wywołał śmiech pozostałych.

- Założyłem się.

- Ze mną – dodał solidarnie Max.

Tom pokręcił głową i postawił na blacie cztery kryształowe szklanki, do których nalał bursztynowego płynu.

- Miłej zabawy, chłopcy, i wszystkiego najlepszego, Potter.

- Dzięki, Tom! – zawołali chórem do odwracającego się już barmana.

Nastolatkowie spojrzeli na siebie ponownie i unieśli w górę kieliszki.

- Za Harry'ego Pottera – powiedział Sean. – Od dziś pełnoletniego czarodzieja – stuknęli się Ognistą i wypili wszystko jednym haustem.

- Pali – mruknął Chris, nieco się przy tym krzywiąc.

- Za młody jesteś i dlatego – odparował szybko Max, za co w odpowiedzi usłyszał pełne urazy prychnięcie.

- Uważaj, Brown, bo uwierzę, że ty pierwszy raz napiłeś się, gdy skończyłeś siedemnaście lat.

- Ej, dzieciaki! Spokojnie! – wtrącił Harry. – Może usiądziemy?

- A widzisz gdzieś wolny stolik? – Sean uniósł brwi.

Potter rozejrzał się i z pewnym skonsternowaniem stwierdził, że Dziurawy Kocioł pękał w szwach. Nie było miejsca nawet dla szpilki. Ludzie pozajmowali wszystkie stoliki, a dla niektórych nie wystarczyło nawet krzeseł. Kiedy tak przyglądał się zgromadzonym, jego wzrok padł na młodą dziewczynę o gęstych, czarnych włosach sięgających pasa. Była wysoka i szczupła, a głowę trzymała wysoko, dumnie uniesioną, przez co wydawała się być pełna niewymuszonej gracji. Siedziała na krześle wyprostowana jak struna i z obojętnym wyrazem twarzy przysłuchiwała się słowom wypowiadanym przez blondyna, który siedział obok niej.

- A co oni tu robią? – zdziwił się Harry.

- Prawdopodobnie siedzą – mruknął Chris, wciąż jeszcze trochę urażony.

- Ewentualnie jest jeszcze taka opcja, że sobie stoją – dodał, podchwyciwszy ironiczny ton, Sean.

- Bardzo śmieszne. A widziałeś tutaj kiedyś Malfoya i Lestrange razem?

Jak na komendę cała trójka spojrzała w stronę, w którą już od jakiegoś czasu spoglądał Harry. Dziewczyna jakby wyczuwając przez skórę, że jest obserwowana, podniosła głowę. Otworzyła szerzej oczy, w których widoczne było pytanie: „Czego chcecie?". Chwilę później twarzą do nich odwrócił się również Malfoy i skrzywił demonstracyjnie. Harry w odpowiedzi delikatnie skłonił głowę i przesłał młodej Lestrange maleńki uśmieszek. Widzący to Chris jęknął:

- Tylko mi nie mów, że podrywasz pannę Wiem-Wszystko-Lepiej-Od-Ciebie, bo za chwilę padnę tu trupem.

- Nie przesadzaj. Po prostu… - Harry urwał.

Do baru wszedł właśnie Rudolf Lestrange – ojciec dziewczyny. Podszedł do siedzącej z brzegu pary i coś do niej wyszeptał. Sądząc po jego minie, nie było to nic miłego. Wyglądał raczej na wściekłego. Malfoy i jego towarzyszka wstali, udając się razem z nowoprzybyłym do wyjścia. Harry zauważył, że Lestrange, mijając drzwi, zacisnął mocno dłoń na ramieniu córki. Jakby bał się, że ona ucieknie.

Młodzi czarodzieje spojrzeli na siebie ze zdziwieniem.

- Czyżby nieudane sam na sam przerwane przez nadopiekuńczego tatusia? – zakpił Sean.

- Daj spokój. To przecież kuzyni! – zdegustowany okrzyk Chrisa został nagrodzony uśmieszkami podszytymi drwiną. – No, nie… Tylko mi nie mów, że u was tak się robi!

- Nie wiem, co masz na myśli, mówiąc „u was", ale w rodzinach czystej krwi czarodziejów jest to dość powszechne zjawisko – zauważył Krukon. – Zazwyczaj aranżuje się małżeństwa o dalszym pokrewieństwie, ale w końcu tych rodów istnieje coraz mniej. Co nie, Potter?

- Jak dla mnie ta cała gadka o czystości krwi to tylko bajki. W tym nie ma żadnej logiki. A co to za różnica czy twoi rodzice są mugolami, czy nie? Wszyscy jesteśmy czarodziejami, a to czyni nas równymi sobie.

- Niezłe przemówienie – Max zmarszczył brwi – ale tutaj chodzi jeszcze o tradycję. Wiesz, coś jak mugolska rodzina królewska. Elżbieta II, książę Karol i tak dalej.

- Tylko mi nie mów, że trzymasz z tymi czubkami – przeraził się Sean.

- Po prostu uważam, że każdy ma prawo postrzegać tę kwestię w inny sposób.

- Dajcie już spokój, chłopaki – wtrącił się Chris. – Teraz i tak nie o to chodzi.

- Młody ma rację. Jak myślicie… - po raz kolejny Potterowi nie było dane dokończyć zdania.

Jednak tym razem stało się coś o wiele bardziej nieoczekiwanego. Ziemia zadrżała, sprawiając, że wiele osób straciło równowagę. Wszystkie okna, szklanki, lustra i inne kruche przedmioty roztrzaskały się w drobny mak, raniąc przy tym znajdujących się najbliżej czarodziejów. Przez chwilę w Dziurawym Kotle panowała niesamowita cisza i to właśnie wtedy wszyscy zgromadzeni usłyszeli krzyki dobiegające z ulicy. Było to możliwe, ponieważ mur oddzielający podwórko za barem od Pokątnej został, najprościej mówiąc, zdetonowany. Cegły leżały wszędzie. Paraliż, który ogarnął klientów Dziurawego Kotła, zniknął w momencie, gdy ktoś spanikowany krzyknął co sił w płucach:

- Wezwać aurorów!

Wówczas rozpętało się prawdziwe pandemonium. Ludzie lamentowali, popychali się i przewracali jeden o drugiego. Większość z nich ruszyła w stronę wyjścia na mugolską stronę miasta. Część próbowała ratować się ucieczką przez kominek, lecz, jak się szybko okazało, sieć Fiuu została zablokowana. Tylko nieliczni czarodzieje postanowili zobaczyć, co tak właściwie wydarzyło się na ulicy Pokątnej. Do ich grona należał również Harry. Z baru wybiegł jako jeden z pierwszych, instynktownie wyczuwając za sobą obecność swoich kumpli. Kiedy tylko znalazł się w magicznej dzielnicy Londynu, ujrzał przed sobą mrożący krew w żyłach widok. Przez środek wybrukowanej drogi defilowała grupa trzydziestu zamaskowanych postaci, odzianych w długie, luźne czarne szaty oraz osłaniające ich twarze białe maski, których wyraz ust został uformowany w diaboliczny uśmiech. Dodatkowo, ich głowy okrywały równie ciemne tiary, przez które rozpoznanie płci kroczących było zupełnie niemożliwe.

Nawet bardziej niż wygląd zamaskowanych przerażało dokonane przez nich dzieło zniszczenia. Szyby wystawowe zostały stłuczone, a mnóstwo budynków, stojących wzdłuż ulicy, płonęło. Wybiegający stamtąd ludzie trafiali wprost w ręce kroczącej dostojnie grupy. Czarnomagiczne zaklęcia fruwały na prawo i lewo. Wielu czarodziejów nie zdążyło wyjąć nawet różdżki, a już padali zniewoleni przez zaklęcie Cruciatus czy też inne, powodujące bardziej lub mniej poważne uszkodzenia ciała.

Harry z wciąż rosnącym przerażeniem spoglądał na uciekających ludzi. Nikt nawet nie próbował walczyć. Kilku śmiałków, których się na to wcześniej odważyło, leżało teraz martwych na zimnym bruku ulicy z rozłożonymi bezwładnie ramionami. W takiej scenerii zamaskowani wydawali się być niepokonani, a ich siła niemożliwa do zmierzenia jakąkolwiek miarą. Szukając w twarzach przyjaciół potwierdzenia, że te wydarzenia to tylko jeden z nocnych koszmarów, Potter dostrzegł tam tylko strach równie wielki jak jego. Nie było mowy o pomyłce. Prawda przytłoczyła nastolatków, przez chwilę paraliżując zdolność logicznego myślenia.

Stojąc tak naprzeciwko śmiercionośnego marszu, Harry dostrzegł w pewnym momencie małego chłopca zanoszącego się głośnym płaczem. Zamaskowani byli coraz bliżej niego, a jeden z nich unosił już ku górze różdżkę. Młody czarodziej, nie zastanawiając się nad tym, co robi, rzucił się w kierunku szkraba i w ostatniej chwili zdążył osłonić go wyczarowaną przez siebie tarczą.

- Uciekaj, mały! – zawołał, popychając go w stronę wyjścia z ulicy Pokątnej.

Chłopiec jednak rozszlochał się jeszcze bardziej i wyszeptał, cały przy tym drżąc:

- Mama – wskazał ręką miejsce, gdzie leżała młoda ciemnowłosa kobieta.

- Idź – ponaglił Potter. – Obiecuję, że jej pomogę.

Kiedy dziecko wreszcie zrobiło, co mu kazano, Harry dostrzegł, jak bardzo zamaskowani zbliżyli się do miejsca, gdzie się znajdował. Chyba jedynie cud sprawił, że nie oberwał dotąd żadnym zaklęciem. Chcąc naprawić swój błąd spowodowany nieuwagą, rzucił się w stronę leżącej bez ruchu matki chłopca. Wtedy też poczuł w całym ciele obezwładniający ból, nieporównywalny do żadnego innego. Miał wrażenie, że ktoś rozrywa go na strzępy, a potem pali w ogniu. Z jego ust wydobył się donośny okrzyk pełen cierpienia, ale też zdumienia. Padł na ziemię, wijąc się pod Cruciatusem. Kątem załzawionego oka dostrzegł, że jeden człowiek z pochodu stanął nad nim. Usłyszał również śmiech i poprzez otumanione bólem zmysły zrozumiał, że należy on do kobiety. Czuł, że dłużej tego nie wytrzyma, a wypływająca z nosa i ust krew jakby o tym poświadczała. Minęło zaledwie kilkadziesiąt sekund, lecz dla niego stanowiły one wieczność. W chwili, gdy o tym myślał, ból niespodziewanie ustąpił. Ktoś upadł obok niego na kolana i delikatnie nim potrząsnął.

- Harry – głos Chrisa przedarł się do jego świadomości. – Możesz wstać?

- Tak – wyszeptał, wspierając się na ramieniu przyjaciela.

Stojąc na chwiejnych nogach, dostrzegł zamaskowaną kobietę, która go zaatakowała, próbującą się wygrzebać z opasających ją lin. Jej różdżka leżała na ziemi, więc nie mogła wspomóc się magią.

- Przestańcie się gapić! – zawołał zniecierpliwiony Sean, uskakując przed nadlatującą w jego stronę klątwą. – Wiejemy!

- Nie – zaprotestował Harry, ruszając ponownie w stronę matki chłopca, którego uratował.

Kobieta zdążyła już odzyskać przytomność i właśnie próbowała się podnieść. Nie było to wcale takie łatwe, gdyż jej noga, cała we krwi, stanowiła jedną wielką ranę.

- Potter, do diabła! Nie wiedziałem, że taka z ciebie siostra miłosierdzia! Rusz się, bo za chwilę będzie po nas! – wrzasnął wściekły Moore, osłaniając przyjaciół.

Chwila nieuwagi sprawiła jednak, że nie zauważył nadlatującej z prawej strony klątwy. Trafiła go w ramię, łamiąc przy tym kilka ważnych kości. Chłopak z jękiem upadł na kolana. Chris od razu znalazł się przy nim, ciągnąc go ku górze.

- Idziemy – zarządził stanowczo.

Harry skinął głową, transmutując leżący nieopodal kamień w nosze.

- Locomotor – mruknął, a uniosły się one wraz z leżącą na nich czarnowłosą, która zapytała:

- Gdzie mój syn?

- Z naszym przyjacielem – wyjaśnił młodszy ze Ślizgonów. – Max – dodał jednak po chwili, patrząc na Pottera.

Czarodzieje ruszyli w stronę wyjścia z ulicy Pokątnej. Harry z niepokojem rozglądał się na boki. Wciąż jeszcze wszystko go bolało, a jakby tego było mało, czuł, że stanowi dość łatwy cel. Zwłaszcza teraz, gdy zamaskowani zrezygnowali z uporządkowanego marszu i zaczęli atakować pojedynczych przechodniów. Liczył jednak na to, że w tym rozgardiaszu odnajdą swoją szansę na ucieczkę.

Zaklęcia przelatywały obok nich niczym strzały wystrzeliwane z łuków. Każda zbliżająca się postać w czarnej szacie budziła lęk. Jednak jak dotąd podążali do celu niezatrzymywani przez nikogo. Sami jedynie zdecydowali, aby przystanąć na chwilę i ukryć się w cieniu bądź za rogiem jakiegoś budynku.

- Gdzie są aurorzy? – warknął Sean, walcząc z bólem ramienia. – Mogliby się już zjawić.

Harry też tak uważał, lecz jednocześnie zdawał sobie sprawę, że od momentu, gdy wybiegli z Dziurawego Kotła mogło minąć dopiero jakieś dwadzieścia minut. Ktoś musiał już zawiadomić o całym zajściu Ministerstwo Magii, lecz zanim ono poinformuje odpowiednich ludzi i zgromadzi aurorów, w większości pewnie przebywających w domach, minie trochę czasu. Poza tym Scrimgeour, szef Biura Aurorów, musi wydać odpowiednie instrukcje. Zatem zamaskowani jeszcze przez kilka minut mogą mieć wolną rękę. Nie była to zbyt optymistyczna wizja.

Ulica Pokątna pogrążyła się w chaosie. Zewsząd dobiegały krzyki torturowanych i zranionych czarodziejów. Strach ściskał gardło młodego Pottera coraz mocniej. Kiedy myślał o tym, że nie czas, aby panikować, jego wzrok padł na jedną z postaci w czarnej szacie. Ustawiła się ona na środku drogi i wzniosła różdżkę ku niebu, z której wystrzelił snop zielonych iskier. Te z kolei uformowały się na ciemnym firmamencie w znak, mający już na zawsze budzić prawdziwe przerażenie. Harry z niepokojem przyglądał się, jak z ust szmaragdowej czaszki wysuwa się obślizgły wąż i otacza ją władczym gestem.

- Co to jest? – szepnął i podskoczył, ujrzawszy w tle błyskawicę rozcinającą niebo.

Kilka sekund później dobiegł go dźwięk grzmotu, a wraz z nim lunął deszcz. Wtedy też pojawili się aurorzy.

Nareszcie.