Zbetowała: AlicjaFromWonderland
ROZDZIAŁ 3
ZŁA WIADOMOŚĆ
Wieczór trzydziestego pierwszego lipca był niezwykle pochmurny. Będzie padać, pomyślał James Potter, stojąc w oknie swojego salonu. Jego myśli błądziły wokół ostatnich wydarzeń. Czuł się naprawdę zaniepokojony. Jako auror wiedział doskonale, co się dzieje. Prorok nie mydlił mu oczu tak, jak wszystkim pozostałym czarodziejom. Zniknięcia i tajemnicze morderstwo starego Prince'a, swego czasu dość popularnego autora artykułów o mugolach, nie wydawały się mu przypadkowe, chociaż Knot próbował wmówić wszystkim, że tak właśnie było. Według ministra, Albert Prince w wyniku starczej demencji po prostu pomylił eliksir nasenny z pospolitą trucizną stosowaną przez czarodziejów w celu pozbycia się gnomów z ogrodu. Co za brednie, parsknął w duchu Potter. Wiedział jednak, że wypowiadanie na głos prywatnych opinii nie było w tej chwili dobrym pomysłem.
- James? – słysząc swoje imię, odwrócił się.
- Nie usłyszałem, kiedy wszedłeś do pokoju, tato.
- Nic dziwnego. Wydawałeś się być strasznie zamyślony.
- Ta…
- Coś cię martwi.
Mężczyzna spojrzał na ojca i skinął potakująco głową. Chwilę później obaj zajęli miejsca na kanapie, przygotowując się do dłuższej rozmowy.
- Myślałem właśnie o starym Prince'u .
- Znałem go – powiedział niespodziewanie Charlus.
- Naprawdę? Nie wiedziałem. Byliście blisko?
- Wątpię, by można to tak nazwać. Widzieliśmy się zaledwie kilka razy. – Potter Senior spojrzał w oczy swego syna i zmarszczywszy brwi, dodał z pewnym wahaniem, jakby niepewny swej decyzji: – Nasze ostatnie spotkanie odbyło się na trzy dni przed jego śmiercią.
James poruszył się niespokojnie.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- To, że gdy widziałem Alberta Prince'a dwudziestego lipca, absolutnie nie zauważyłem u niego żadnych objawów starczej demencji.
- Podejrzewasz coś?
- To co i ty, James. To nie pomyłka. On został zamordowany.
Na chwilę zapadła cisza, podczas której obaj Potterowie przyglądali się sobie uważnie. W oczach Charlusa widoczny był lęk.
- Po co się z nim spotkałeś?
- Poprosił mnie o to.
- Dlaczego?
- Miał mi do przekazania ważną informację.
- Jaką?
Potter Senior zawahał się, rozważając, co powinien w tej sytuacji powiedzieć. Zmarszczył brwi i z zaciętym wyrazem twarzy odparł gniewnie:
- Czyżbyśmy cię z matką tak źle wychowali? Gdzie twój szacunek dla starszych?
James stropił się i wbił wzrok w dywan, stwierdzając, że zachował się jak podczas prowadzenia przesłuchania. Czuł jednak, że tym zarzutem ojciec próbuje odwrócić jego uwagę od sedna sprawy.
- Przepraszam, tato. Po prostu próbuje się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.
- Prawda może być czasem niebezpieczna.
- Nie rozumiem.
Starszy mężczyzna przyjrzał się synowi z ogromnym smutkiem. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, lecz zaraz je zamknął. Uśmiechnął się przy tym ponuro, a potem szybko zmieniając temat, zapytał:
- Knot chce ukryć przed opinią publiczną sprawę zniknięć czarodziejów, prawda?
- Co… - zdezorientowany James poderwał gwałtownie głowę. - Skąd o nich wiesz?
- Od dawna już nie pracuje, ale chyba zapominasz o tym, że wciąż mam różnych znajomych.
- No, tak…
Mężczyźni ponownie zamilkli, pogrążając się w swoich rozmyślaniach. Tę chwilę przerwał jednak dość niespodziewanie Syriusz, którego głowa wyłoniła się ze szmaragdowych płomieni salonowego kominka.
- Rogacz! – okrzyk przyjaciela zapowiadał kłopoty. James czuł to przez skórę. – Scrimgeour nakazał natychmiastową mobilizację. Mamy zjawić się w Kwaterze Głównej tak szybko, jak to tylko możliwe.
- Wiesz, co się stało?
- Nie mam pojęcia, ale to musi być coś poważnego. Postawiono na nogi całe Ministerstwo.
Potter nie zadawał więcej pytań. Chwycił swoją różdżkę i machnąwszy nią, zmienił swoje domowe ubranie na aurorskie szaty. Następnie wkroczył do kominka, w którym jeszcze przed momentem znajdowała się głowa jego przyjaciela.
- Ministerstwo Magii! – zawołał i zniknął. Jakby z oddali usłyszał jeszcze proszący głos swego ojca: - Musimy porozmawiać, kiedy wrócisz.
Po zaledwie kilku sekundach James pojawił się w ogromnym holu, w którym znajdowało się mnóstwo ludzi. Panował tam niesamowity gwar, z którego próbował wywnioskować, co takiego mogło się stać, że wszystkie departamenty zostały zmuszone do pracy w sobotni wieczór. Okazało się to jednak zadaniem niemożliwym, dlatego pospiesznie ruszył w stronę Kwatery Głównej Aurorów. Sprawa musiała być naprawdę poważna, gdyż wszyscy strażnicy widząc jego szaty, ustępowali mu miejsca. Po drodze do biura spotkał kilku swoich kolegów. Nikt nie wiedział, dlaczego zarządzono tak nagłą mobilizację.
Potter wpadł do kwatery aurorskiej z rosnącym niepokojem. Na miejsce przybyli już wszyscy młodsi rangą pogromcy czarnoksiężników. Brakowało tylko kilku wyżej postawionych, w tym samego szefa. Jakby na zawołanie, kiedy tylko James o nim pomyślał, Scrimgeour ukazał się w drzwiach biura z niezadowoloną miną. W ciszy, która nagle zapadła, podszedł do biurka i spojrzał na swoich podwładnych. Jego mina potwierdzała straszne przypuszczenia pracowników Ministerstwa.
- Niezidentyfikowana grupa zamaskowanych czarodziejów zaatakowała Pokątną - rozpoczął i powiódł wzrokiem po zgromadzonych, jakby spodziewając się jakiś komentarzy. One jednak nie nastąpiły. Każdy zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. – Ze wstępnych ustaleń wiadomo, że liczebność agresorów jest względnie niewielka. Na ulicy pojawiło się około trzydziestki czarodziejów. Dlatego działania podejmują jednostki pod przewodnictwem gestora: Moody'ego, Robardsa i Schacklebolta. Potter i Black pozostają z oddziałami w pogotowiu przy Dziurawym Kotle. Reszta oczekuje w biurze, na wypadek nagłego wezwania. Zamaskowanych należy aresztować i odstawić do sal przesłuchań. A teraz pospieszcie się, nie ma czasu do stracenia.
Kiedy Scrimgeour wydał ostatnie rozkazy, w kwaterze zapanował chaos, który został szybko i profesjonalnie opanowany przez gestorów. Zgromadzili oni swoje oddziały i razem z nimi udali się do stref aportacyjnych, by po chwili znaleźć się w magicznej części Londynu.
Pojawiając się na podwórku za barem, wyznaczona grupa ruszyła w stronę Pokątnej. Pozostali zaś w milczeniu oczekiwali momentu, gdy okażą się potrzebni. Dobiegające ich krzyki budziły niepokój, a widok uciekających ludzi, całych we krwi i kurzu, był przyczyną ponurych myśli.
James i Syriusz wiedzieli, że zawsze ktoś musi asekurować walczących. Niemniej jednak świadomość własnej bezużyteczności w chwili, gdy inni potrzebowali pomocy, była straszną torturą. Gorszą nawet niż ból spowodowany zaklęciem Cruciatus.
Kiedy stali tak ramię w ramię, próbując dojrzeć coś przez kurtynę nieustającego deszczu, nagle w umyśle Blacka pojawiła się budząca obawę myśl.
- Harry miał się spotkać z kumplami w Hogsmeade, prawda?
Potter zesztywniał.
- Nie – wyszeptał. – W Dziurawym Kotle. Tak mówiła Lily. - Mężczyźni spojrzeli na siebie, a potem równocześnie odwrócili głowy w stronę zdewastowanego wejścia na Pokątną.
Odtąd krzyki, które słyszeli, wydawały się im jeszcze bardziej przerażające. James, spoglądając na wciąż wybiegających czarodziejów, szukał wśród nich postaci swojego syna. Niepokój ściskał mu gardło, a w głowie tłukła się myśl, że znowu się pokłócili i wciąż nie pogodzili. Ostatnie lata nie należały do najłatwiejszych. Ich relacje miały swoje wzloty i upadki. Chociaż więcej, niestety, było tych drugich. James zdawał sobie sprawę, że nie potrafi rozmawiać z Harry'm. Jednak wiedział również, że potrzebna jest im rozmowa, w której wszystko sobie wyjaśnią. Nie zmieniało to jednak faktu, że strasznie się jej bał. Nie chciał bowiem doszczętnie zniszczyć już i tak niezwykle cienkiej linii porozumienia. Jego strach wynikał głównie z tego, że każda jego konfrontacja z synem przeradzała się niemal od razu w straszliwą kłótnię. Dodatkowo sprawy nie ułatwiało bojownicze nastawienie Harry'ego. James miał wrażenie, iż nastolatek, rozmawiając z nim, prowadzi wojnę, w której najlepszą taktyką obronną jest po prostu atak, a on sam odgrywa rolę wroga próbującego podstępem wkraść się w szeregi przeciwnika. Od kiedy tak było? Potter nie był do końca pewien, ale wydawało mu się, że ten postępujący stopniowo proces rozpoczął się, gdy Harry poszedł do Hogwartu. I wtedy właśnie trafił do Slytherinu. Gdyby tak głębiej się nad tym zastanowić, to wszystkie ich nieporozumienia rozbijały się właśnie o przynależność Harry'ego do Domu Węża. James na początku był faktycznie bardzo zaskoczony przydziałem i trochę nim rozczarowany, chociaż nie lubił się do tego przyznawać. Aczkolwiek, szybko się z tym faktem pogodził. Wydawało się jednak, że jego syn nie zdawał sobie z tego sprawy.
Syriusz, stojąc obok swojego przyjaciela, widział napięcie malujące się na jego twarzy. Sam doskonale rozumiał powód tego stanu. On sam bowiem spoglądał z równą niecierpliwością w stronę wejścia na Pokątną. Jego chrześniak znajdował się tam, w ogniu walk, a on czekał na nie wiadomo co. Brak możliwości działania dodatkowo go niecierpliwił. Black wiedział, że Harry, będąc praktycznie dorosłym, potrafi o siebie zadbać, lecz mimo to… Zbyt wiele razy sam znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, by teraz spokojnie oczekiwać końca wydarzeń, z których mimowolnie został wykluczony.
W tym samym czasie, kiedy obaj mężczyźni snuli swe własne niezbyt wesołe rozważania, sytuacja na Pokątnej ulegała stabilizacji. Czarodzieje, którzy nie odnieśli zbyt ciężkich ran, opuszczali w pośpiechu ulicę, szukając jednocześnie swoich bliskich. Stało się to możliwe, dlatego że chwilę wcześniej większość zamaskowanych postaci zniknęła/aportowała się, co było niewątpliwą zasługą pojawienia się oddziału aurorów. W związku z tym wysłannikom Ministerstwa udało się schwytać zaledwie kilku agresorów, których bez zbędnych ceregieli zabierano od razu na przesłuchania.
Na ulicy pojawili się także magomedycy. Jeden z nich, nazwiskiem Davidson, ze zdziwieniem ujrzał w tłumie ludzi dość dziwnie prezentującą się grupkę – trzech młodzieńców i kobietę na noszach. Każda z tych postaci miała na sobie ślady walki. Ubrudzeni, zakrwawieni i w podartych ubraniach wyglądali tragicznie. Niemniej jednak magomedyk zdumiał się przede wszystkim dlatego, iż w ich gronie dojrzał znajomą postać.
- Mary! – wykrzyknął przerażony, kiedy tylko zorientował się, w jakim stanie jest jego żona.
Dzielącą ich odległość pokonał w kilku susach. Przypadając do leżących na ziemi noszy, od razu zabrał się do oceny obrażeń odniesionych przez kobietę. Nie zwracał przy tym uwagi na żadnego ze znajdujących się tam nastolatków. Przypomniał sobie o nich dopiero, kiedy usłyszał znaczące chrząknięcie. Spojrzał w górę i jego wzrok natrafił na parę zielonych oczu.
- Rozumiem, że pan ją zna.
- Oczywiście. To moja żona.
- Świetnie. W takim razie chłopiec, który był z nią… - Potter nie dokończył, gdyż przerwał mu cichy, lecz pełen trwogi okrzyk rannej:
- Mark! – kobieta poderwała się przy tym gwałtownie. Zaniepokojony mąż nakazał jej jednak leżeć spokojnie i się nie ruszać. Nie sprzeciwiła się, gdyż nagły zryw znacznie ją osłabił. Wtedy odezwał się mężczyzna:
- Gdzie jest mój syn?
- Teraz pewnie w Dziurawym Kotle, razem z naszym przyjacielem – odpowiedział spokojnie Chris. – Pójdę po nich. - I zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, chłopak ruszył we wspomnianym przez siebie kierunku, szybko znikając pośród tłumu.
Podczas gdy Davidson powrócił do opatrywania zranionej nogi żony, Harry zaczął rozglądać się z niepokojem wokół siebie. Jego wzrok mimowolnie szukał postaci ojca. Był pewien, że jako auror został on tu wysłany, aby rozprawić się z atakującymi. Potter liczył, że dzięki rozmowie z nim dowie się czegoś więcej na temat sytuacji, która miała miejsce jeszcze kilka chwil temu. Z rozmyślań wyrwał go jednak cichy głos magomedyka:
- Dam wam świstoklik i razem z Mary przeniesiecie się do Munga. Zostaniecie tam opatrzeni.
- Mnie nic nie jest – zaprotestował Harry.
- Patrząc na ciebie, odnoszę inne wrażenie.
Mężczyzna wyjął z kieszeni notatnik. Za pomocą różdżki zapisał coś szybko na jednej z jego kartek i podał ją Potterowi.
- Macie dziesięć sekund.
Po ustalonym czasie przedmiot rozbłysnął, co oznaczało, że został aktywowany. Cała trójka poczuła wówczas nieprzyjemne szarpnięcie w okolicach pępka. Chwilę później znaleźli się w Mungu na izbie przyjęć, gdzie od razu zajęła się nimi jakaś kobieta w białym uniformie. Odczytała informacje ze zdezaktywowanego już świstoklika i mrucząc pod nosem, przywołała do siebie trzech stażystów.
- Kobietę musi obejrzeć doktor Murray. Chłopców wystarczy opatrzyć – zadecydowała i odeszła, by pomóc kolejnym przybyłym.
Harry i Sean spojrzeli na siebie, nie wiedząc co zrobić. Sprawę rozwiązał jednak stażysta, który podszedł do Pottera i poprowadził w stronę jednego z poustawianych obok siebie punktów medycznych. Tymczasem Moore został odprowadzony do przeciwległego kąta pomieszczenia.
- Na Pokątnej musiała być niezła zadyma – mruknął stażysta, zakładając rękawiczki.
- Ta… Można tak to określić.
Harry przyjrzał się niewiele starszemu od siebie chłopakowi. Widział jego opanowanie i pewność siebie, gdy ten zabierał się do opatrywania powierzchownych ran powstałych w wyniku niedawnych zdarzeń. Jasne było, że Justin, tak bowiem, wierząc plakietce, miał na imię stażysta, wybrał zawód magomedyka, gdyż czuł autentyczne powołanie. Potter ze zdziwieniem zauważył, iż mu tego zazdrości. Sam chciałby wiedzieć, czym powinien się zająć, jaką drogę obrać. Zamiast tego czuł tylko zagubienie i paraliżującą niepewność.
Rozmyślając, nie usłyszał pytania zadanego przez stażystę. Zwrócił na nie uwagę dopiero wtedy, gdy Justin potrząsnął jego ramieniem.
- Oberwałeś jakimś zaklęciem?
- Cruciatusem.
- To wiem – mruknął. - Musiałeś załapać się na niego kilka razy, co?
- Nie, tylko raz. – Justin uniósł brwi, słysząc te słowa, ale nie skomentował ich. Wręczył za to Potterowi mały flakonik do połowy wypełniony eliksirem. – Wypij to. Przez chwilę możesz odczuwać pewien dyskomfort, paraliż czy też niedowład kończyn, ale to szybko minie. Potem jesteś wolny. Pamiętaj tylko, żeby się zbytnio nie przemęczać przez następne dwa, trzy dni.
- Dzięki.
Harry zeskoczył szybko z kozetki. Ten gwałtowny ruch został okupiony ostrym bólem mięśni w całym ciele. Chłopak z trudem powstrzymał cisnący się na usta jęk. Podszedł jednak do znajdujących się pod ścianą krzeseł i opadł na nie niesamowicie zmęczony, przytłoczony ostatnimi wydarzeniami. Rozejrzał się wokoło. W Sali znajdowało się wiele osób z przeróżnymi obrażeniami. Na szczęście żadne z nich nie zagrażały życiu poszkodowanych. Przy jednym z punktów magomedycznych znajdował się wciąż Sean. Harry skinął głową, aby przekazać mu, że będzie czekał. Kiedy to zrobił, odkorkował flakonik i jednym haustem wypił przeznaczony dla niego eliksir. Zaraz też skrzywił się z niesmakiem.
- Takie niedobre, że na pewno pomoże – burknął z ironią, czując, jak ostrzeżenia Justina stają się rzeczywistością. Przez dobrych kilka minut miał wrażenie, że ktoś pozbawił go nóg i rąk. Kiedy jednak eliksir przestał działać, stwierdził, że czuje się znacznie lepiej.
- I jak tam? – głos Seana przypomniał mu, gdzie się znajduje.
- Bywało lepiej – westchnął. – A u ciebie?
- Połatali, dali eliksir i kazali odpoczywać. Mam się nie przemęczać – Moore skrzywił się. – A ramię i tak mnie rwie.
- Przeżyjesz. – Odpowiedziało mu urażone prychnięcie.
Nastolatkowie zamilkli. Siedząc obok siebie, przyglądali się napływającym na izbę przyjęć czarodziejom.
- Czas na nas – powiedział nagle Potter i poderwał się z krzesła. – Wracajmy już lepiej do domu.
Kiedy jednak wypowiedział te słowa, otworzyły się drzwi sali i do środka weszły trzy osoby: James Potter, Max Brown i Chris Baxter. Pomimo tłoku zauważyli ich praktycznie od razu.
- Harry! – cichy okrzyk ojca przepełniony był niewysłowioną ulgą. – Wszystko w porządku?
- Tak, już mnie naprawili – mówiąc to, czuł ciepło w sercu. Bez wątpienia sprawiła to troska Jamesa.
- Nieźle nas wystraszyłeś.
- Ja? – niewinna minka Harry'ego przyczyniła się do wesołego parsknięcia czarnowłosego mężczyzny.
- Ty, ty… Szlajasz się nie wiadomo gdzie, a potem twój biedny ojciec musi odbierać cię z Munga. – Potter podszedł do syna i poczochrał mu włosy. Pomyślał przy tym, że dawno nie rozmawiali ze sobą z taką łatwością. Chyba właśnie po to są złe chwile.
- No, wie pan, panie Potter. Skończył siedemnaście, to myśli, że świeci – wtrącił rozbawiony Chris.
- Młody tylko zazdrości – Sean wyszczerzył się w złośliwym uśmiechu. – Jemu pozostał jeszcze rok młodocianego życia.
Wszyscy parsknęli śmiechem. Nawet Ślizgon, chociaż to przecież z niego sobie żartowano. Wesoła atmosfera sprawiła, że nikt nie chciał jakoś wspominać o tym, co wydarzyło się na Pokątnej. Każdy z nich czuł jednak, że ten temat niedługo wypłynie. Zmowę milczenia odważył się w końcu przerwać Harry. Spoglądając na ojca, zapytał:
- Kim byli ci zamaskowani czarodzieje?
- Nie wiem. Tak właściwie to nikt nie wie. Przesłuchania mają wyjaśnić sprawę.
- Złapano ich? – zdziwienie Chrisa było ogromne.
- Niewielu, ale to zawsze coś. Mogą doprowadzić nas do reszty.
- Czy to może mieć jakiś związek z tym, o czym rozmawialiśmy niedawno?
Starszy z Potterów zamyślił się przez chwilę, a potem z głośnym westchnieniem skinął głową, potwierdzając wysnute przez Harry'ego przypuszczenia. Najbliższe miesiące nie zapowiadały się kolorowo. Sprawę z tego zdawał sobie nie tylko sam auror, ale i również towarzyszący mu uczniowie Hogwartu. Ich zamyślenie zostało jednak nagle przerwane przez głos dobiegający z kieszeni Jamesa. Przyjaciele Harry'ego przypatrywali się zdumieni, jak mężczyzna wyjmuje stamtąd lusterko, w dodatku gadające.
- Rogacz? – Syriusz wydawał się być naprawdę zaniepokojony.
- W porządku, Łapo – Potter uśmiechnął się do przyjaciela. – Z Harry'm wszystko dobrze. Nic mu nie jest.
- To świetnie. Tylko, że ja… Chodzi o coś innego. Widzisz… – Black był bardzo spięty, a jego twarz przypominała wyglądem białe prześcieradło. Przyjaciel wiedział już, że stało się coś złego.
- No, wyduś to z siebie!
- Jestem w Dolinie Godryka. – Te słowa sprawiły, że także Harry zaczął odczuwać wewnętrzny niepokój.
- James – Łapa odetchnął głęboko. - Twój ojciec nie żyje. On… został zamordowany.
W tym momencie lusterko dwukierunkowe upadło z trzaskiem na ziemię i rozbiło się na milion kawałeczków. Podobnie stało się też z sercem Jamesa Pottera.
