Zbetowała: AlicjaFromWonderland
ROZDZIAŁ 4
DONIESIENIA PROROKA
Wskazówki zegara znajdującego się w kuchni Potterów wskazywały, że właśnie wybiła godzina dziesiąta. Pomimo tego, iż wszyscy już wstali, to w całym domu panowała niesamowicie przytłaczająca cisza. Harry, siedząc przy stole z kubkiem kawy w dłoniach, czuł na swoich barkach ciężar ostatnich wydarzeń.
Kiedy wczoraj wraz z ojcem wrócili do Doliny Godryka, od razu skierowali swe kroki w stronę domu dziadków. Tam zaś czekał na nich przerażający w swej prawdzie widok. W salonie, na pięknym puszystym dywanie leżało ciało. Był to Charlus Potter – ubrany w piżamę i z wyrazem niebotycznego zdumienia na twarzy. Brakowało jednak śladów krwi i oznak jakiejkolwiek walki, a także tropu, który doprowadziłby do sprawcy morderstwa. Ofiara nie miała przy sobie nawet różdżki, nie mogła się bronić. Harry doskonale pamiętał wyraz twarzy swego ojca, gdy ten oglądał to zatrważająco znajome miejsce zbrodni. Nigdy nie widział go tak wstrząśniętego i jednocześnie smutnego. Sam czuł się podobnie, lecz intensywność ich uczuć bardzo się od siebie różniła. Dodatkowo słowa Syriusza, które chyba miały nieść pociechę, podziałały na nich paraliżująco:
- Nie cierpiał. Zginął szybko. To była Avada. Przykro mi, Rogaczu.
Ta noc wyczerpała wszystkich. Szczególnie żonę Charlusa – Doreę, która przez cały czas cicho szlochała w ramionach Lily. Na szczęście Łapa zajął się wszystkim za nich. Chyba właśnie w ten sposób chciał odwdzięczyć się starszemu państwu Potter za okazaną wiele lat temu pomoc. W każdym razie to właśnie dzięki niemu tuż po północy załatwiono sprawy formalne i możliwe stało się położenie do łóżka. Sen jednak nie chciał przyjść – tragiczne zdarzenie i groźba niebezpieczeństwa wisząca nad całą rodziną działały pobudzająco. W końcu jednak wszystkim udało się zmrużyć oko.
Sam Harry miał dość niespokojny sen. Pomimo tego, że zasnął najwcześniej ze wszystkich, budził się co chwilę i z niepokojem rozglądał dookoła. Dlatego też, kiedy wstał rano, czuł się naprawdę wyczerpany i nie miał na nic ochoty. Siedział za to samotnie w kuchni, rozmyślając. Wtedy też dobiegł go dźwięk rozmowy prowadzonej przez jego siostrę i matkę.
- Gdzie jest tata? – zapytała znużona Jocelyn.
- W Ministerstwie. Mówił, że musi zająć się sprawą śledztwa.
- Czy już coś wiadomo?
- Nie. I nie wiem czy będzie w najbliższym czasie. – Głębokie westchnienie.
- Niby dlaczego? Tata na pewno postara się przyspieszyć sprawę. Zna mnóstwo ludzi.
- Tak, tylko wszystko komplikuje wczorajszy atak. To jest ważniejsze dla Ministerstwa, bo to z niego będzie się musiało tłumaczyć przed opinią publiczną.
- Nie wygląda to wesoło.
Na chwilę zapadła pełna napięcia cisza. Przerwała ją ponownie Jocelyn:
- Co z babcią?
- Śpi. Wczoraj musiałam podać jej eliksir uspokajający.
- Ciężko to znosi. Zresztą nic dziwnego. Ja też…
Dalsze słowa dziewczyny zostały zagłuszone przez trzask drzwi wejściowych. Po chwili w korytarzu odezwały się czyjejś kroki. Harry ruszył w tamtym kierunku i zobaczył swojego bardzo źle wyglądającego ojca. Miał przekrwione oczy, rzeczy w nieładzie i trochę dziki wzrok. Poza tym wydawał się być naprawdę wściekły.
- Co się stało? – słowa te wypowiedziała zatroskana Lily, która także pojawiła się w przedsionku.
- Chcą uznać sprawę za zamkniętą!
- Co? Niby na jakiej podstawie? – zdumiony Harry aż podniósł głos.
- Nie ma żadnych śladów, tropów, niczego. Według Scrimgeoura, sprawca jest niemożliwy do wykrycia. – James parsknął wściekle. – Co za kłamstwo!
- Kochanie, uspokój się, proszę.
Rudowłosa kobieta podeszła do swojego męża, kładąc mu uspokajająco rękę na ramieniu, a potem przytulając go mocno. Potter przez chwilę oddychał głęboko, próbując powstrzymać emocje. Odezwał się dopiero po chwili, a jego głos przepełniony był smutkiem.
- Muszą zająć się wczorajszym atakiem. Dla Scrimgeoura morderstwo mojego ojca nie ma w ogóle znaczenia. Ważny jest tylko jego wizerunek i opinia społeczeństwa.
- Co teraz? – Harry wypowiedział na głos pytanie, które po wypowiedzi Jamesa zawisło nad głowami domowników.
- Przygotujemy pogrzeb. A potem… Złożyłem wniosek z prośbą o pozwolenie na przeprowadzenie śledztwa na własną rękę. Łapa obiecał pomóc. Ponoć zna kogoś, kto ułatwi nam formalności.
- Ta… Syriusz. Musimy mu podziękować. Obawiam się, że bez niego wszystko trwałoby o wiele dłużej. – Lily westchnęła przeciągle.
- Wpadnie dziś wieczorem na kolację.
To był koniec rozmowy. W domu znowu zapanowała cisza. Każdy wrócił do swoich zajęć, nie odzywając się przy tym ani słowem. Harry usiadł przy kuchennym stole i dopił napoczętą parę chwil wcześniej kawę. Jego samotność została jednak przerwana pojawieniem się Alexa, który z ciężkim westchnieniem opadł na krzesło obok swojego brata.
- Co jest, Młody?
- Nic.
- Właśnie widzę. A więc?
- Nie zaczyna się zdania od…
- Alex! – warknął zdenerwowany Harry, myśląc przy tym, że nie cierpi tych jego cwaniackich odzywek.
- No, dobra… - Smutek w jego głosie poruszył Pottera. Mały był zawsze radosny, nie potrafił się smucić.
- Alex? Powiesz mi, o co chodzi?
- O dziadka.
- Wszystkim nam jest ciężko.
- Wiem, wiem… Ale morderstwo? Kto aż tak bardzo go nienawidził? Zawsze myślałem, że wszyscy go uwielbiają. No, wiesz… Ludzie pozdrawiali dziadka już z daleka, każdy go zagadywał, nie było nikogo, kto nie umiałby powiedzieć, kim jest.
- Alex… To nie takie proste. Gdyby morderstw się spodziewano, to nikt by do nich nie dopuszczał.
- Tak, tylko… Tak sobie myślałem… - niepewność wyraźnie odmalowała się na twarzy rudowłosego chłopca, goszcząc przy okazji również w jego głosie.
- Co myślałeś?
- A może… Może… - słowa przychodziły mu z wyraźnym trudem. – Może ktoś nie lubi nie tylko dziadka, ale… - urwał nagle, by po chwili dokończyć niskim głosem: - … nas wszystkich?
- Alex, posłuchaj – powiedział spokojnie Harry, patrząc w oczy swojego brata i otaczając go jednocześnie ramieniem. – Nie masz się czym martwić. Jestem pewien, że nic nam nie grozi.
- Ale dziadek…
- Przez wiele lat pracował w Ministerstwie i mógł narobić sobie wrogów, którzy nigdy tak naprawdę się nie ujawnili.
- Czemu więc teraz?
- Nie wiem, Młody. Niemniej jednak jestem absolutnie przekonany, że tata nie zostawi tak tej sprawy i wkrótce czegoś się dowiemy.
- Tak myślisz?
- Tak.
- Ale…
- Alex, jesteś moim młodszym bratem – Harry uśmiechnął się łagodnie. – Nie pozwolę, żeby ktoś zrobił ci krzywdę. – Te słowa miały w sobie dziwną moc. Obaj wiedzieli, że są prawdziwe i płyną prosto z serca.
- Dzięki – delikatny uśmiech rozświetlił twarz rudowłosego chłopca. – Myślałem jednak o tobie, Jocelyn, rodzicach… - przerwał i niepewnie spojrzał w okno. – Co ja zrobię bez was?
Harry nic nie odpowiedział, wydawało się mu to niewłaściwe. Przysunął się jedynie do jedenastolatka i poklepał go po plecach w geście braterskiego zrozumienia. Czochrając jego włosy, szepnął tylko:
- Będzie dobrze, Mały.
Tej scenie przypatrywał się stojący w drzwiach James. Uśmiechał się przy tym smutno. Czuł coraz większy niepokój o swoją rodzinę i doskonale rozumiał, co miał na myśli Alex. Dzieje się coś złego, pomyślał, a potem wszedł do kuchni i usiadł naprzeciwko synów, kładąc jednocześnie na stole Proroka Codziennego.
- Cześć, tato – mruknął Alex, a potem, spojrzawszy na twarz ojca, zapytał: - Co jest?
Potter nie odpowiedział. Wskazał jedynie ręką na gazetę. Chłopcy odebrali to jako gest zachęcający ich do przeczytania. Na pierwszej stronie Proroka widniało ogromne zdjęcie, na którym ludzie z krzykiem uciekali przed zamaskowanymi postaciami. Nagłówek zapisany ogromnymi literami wręcz krzyczał do czytelnika: ATAK NA POKĄTNĄ. Pod spodem znajdował się zaś dopisek odsyłający zainteresowanych na stronę trzecią. Harry szybko przerzucił kartki i rozkładając gazetę na stole, wraz z Alexem zagłębił się w znajdujący się tam artykuł.
ZAMASKOWANI CZARODZIEJE ATAKUJĄ ULICĘ POKĄTNĄ
Wczoraj, czyli trzydziestego pierwszego lipca, około godziny 19.00 na Ulicy Pokątnej, miejscu powszechnie zamieszkanym przez społeczność magiczną, pojawiła się grupa trzydziestu niezidentyfikowanych postaci ubranych w czarne szaty i maski uniemożliwiające rozpoznanie.
Przez około czterdzieści pięć minut terroryzowali oni znajdujących się tam ludzi. Naoczni świadkowie twierdzą, że nie mieli litości dla nikogo – nawet dzieci. Stosowane przez nich zaklęcia zaliczane są w większości do sfery czarnomagicznej. Według raportu magomedyków, którzy pojawili się na miejscu zaraz po aurorach, zginęło pięć osób w różnym wieku, w tym dziesięcioletnia dziewczynka, a ponad trzysta zostało lżej lub ciężej rannych. Oprócz tego, wedle wstępnych szacowań, straty materialne określa się na koszt około 20 tys. galeonów. Zniszczeniu uległ między innymi mur broniący dostępu na Pokątną, a także sklep Madame Malkin oraz inne prywatne budynki. Jak dotąd nie udało nam się ustalić na ile te dane są prawdziwe. Więcej na ten temat będzie wiadomo za dwa dni.
MROCZNY ZNAK
Wydarzenia, które rozegrały się na Ulicy Pokątnej, wzbudziły w wielu czarodziejach ogromny niepokój, a także strach o przyszłość ich rodzin. Chociaż minęło tak mało czasu, Ministerstwo zdążyło już odebrać liczne skargi dotyczące powolności w wykonaniu podjętych działań zaradczych, a także mówiące o ogólnych brakach w dziedzinie ochrony społeczeństwa. Odpowiedź Ministra Magii na te zarzuty można znaleźć na kolejnej stronie.
Niemniej jednak tym, co wywołało pośród czarodziejów zgromadzonych na Ulicy Pokątnej największą panikę był dziwny znak, który pojawił się na niebie tuż przed przybyciem aurorów. Przedstawiał on zieloną czaszkę, z której wysunął się szmaragdowy wąż, otaczając ją wokoło. Zdaniem Michaela Wrighta, znanego profesora i badacza Starożytnych Run, sam symbol nie ma żadnego odzwierciedlenia w magicznym zbiorze i nie niesie żadnego przesłania. Jednak, jak znacząco podkreśla, nie należy go lekceważyć, gdyż wyraźnie wyczuwa się w nim negatywne emocje i jak twierdzi profesor Wright, może być emblematem nowo powstałej sekty. Badacz określił zjawisko, które ukazało się na nocnym niebie, nazwą „Mroczny Znak".
Apeluje się zatem o zachowanie ostrożności i przede wszystkim zdrowego rozsądku. Każda osoba, która znajduje się w posiadaniu ważnych informacji umożliwiających znalezienie sprawców tych zdarzeń, jest proszona o zgłoszenie się do Ministerstwa.
KLĘSKA SCRIMGEOURA
Minęły zaledwie trzy miesiące odkąd Rufus Scrimgeour, auror o wielu zasługach w dziedzinie służby dla społeczeństwa, objął pozycję Szefa Biura Aurorów. Jak dotąd najwyższy z gestorów nie miał okazji, aby wykazać się swoimi umiejętnościami przywódczymi. Zmieniło się to wczorajszego wieczoru.
Wielu czarodziejów zarzuca nowemu przewodniczącemu zbyt długi czas reakcji oraz całkowite nieprzygotowanie na podobną sytuację. Jak twierdzą świadkowie zdarzeń, aurorzy przybyli na miejsce dopiero po dwudziestu pięciu minutach od, co należy zaznaczyć, pierwszego powiadomienia o zagrożeniu nadesłanego przez jednego z obywateli. Zatem gdyby nie on, czy w ogóle by się pojawili? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Jednakże sprawą wymagającą natychmiastowej nagany okazuje się być coś zupełnie innego. Po pojawieniu się na Ulicy Pokątnej pogromców czarnoksiężników, zamaskowane postacie rozpoczęły odwrót, deportując się z miejsca przestępstwa. Aurorom udało się aresztować zaledwie osiem osób, które bezzwłocznie zostały odprowadzone na przesłuchanie. Wówczas okazało się, że pojmani znajdowali się pod wpływem klątwy Imperius. Skazanie ich stało się zatem niemożliwe. Niemniej jednak wszyscy wciąż pozostają zatrzymani w areszcie – nie wiadomo na jak długo.
Początek kariery przywódczej Scrimgeoura nie rysuje się kolorowo. Czy nowy przewodniczący poradzi sobie z postawionym przed nim wyzwaniem? Jakie stanowisko w sprawie tych dramatycznych wydarzeń zajmuje Minister Magii? Odpowiedzi na te oraz inne pytania pojawią się w następnych numerach. Zapraszamy do śledzenia przebiegu wydarzeń związanych ze sprawą ataku na Pokątną razem z nami.
Harry z niedowierzaniem wpatrywał się w przeczytany właśnie artykuł. Nie mógł uwierzyć, że sprawcy wieczornej katastrofy wciąż pozostają na wolności i prawdopodobnie taki stan rzeczy utrzyma się jeszcze przez jakiś czas. Z westchnieniem przewrócił kartkę, aby sprawdzić, co o tym wszystkim ma do powiedzenia Knot.
OŚWIADCZENIE MINISTRA MAGII
Wydarzenia, które rozegrały się wczorajszego wieczoru, wywołały wstrząs pośród wielu obywateli naszej magicznej społeczności. Nie przeczę, że we mnie również. Nikt z nas się tego nie spodziewał. Przyznaję też, że winę za to w dużej mierze ponosi moja osoba. Dlatego składam wyrazy najszczerszego współczucia rodzinom ofiar. Mogę państwa zapewnić, że wszyscy polegli pozostaną na zawsze w naszych sercach.
Atak na Ulicę Pokątną przyniósł wiele szkód, lecz śmiem zauważyć, że wielu z nas nie dostrzega jego pozytywnej strony. Dzięki niemu staliśmy się czujniejsi i przygotowani na wypadek kolejnego takiego incydentu. Teraz jesteśmy w stanie się lepiej bronić. Ostrzeżenie, jakim stało się to wydarzenie, nie przejdzie bez echa. Sprawcy zostaną ujęci. W tym celu zostały już podjęte odpowiednie kroki, o czym zapewnił mnie sam Szef Biura Aurorów. Na rezultaty musimy jednak jeszcze trochę poczekać. Poza tym Ulica Pokątna jak i Hogsmeade zostaną objęte stałą ochroną aurorską. Jestem pewien, że wczorajsza sytuacja się nie powtórzy. Będziemy przygotowani.
Pomimo wdrożenia w życie wszystkich środków zaradczych, apeluję do każdej czarownicy i każdego czarodzieja, by zachował zdrowy rozsądek, a także ostrożność. Nie chcę siać paniki, lecz obawiam się, że niedawny atak mógł być zaledwie wstępem do kolejnych aktów terrozyzmu, które oczywiście zostaną jak najszybciej udaremnione przez aurorów.
Chłopcy podnieśli głowy znad gazety i spojrzeli na ojca, który wpatrywał się z kamienną twarzą w okno, jednak, czując na sobie ich spojrzenia, odwrócił się.
- Czy tylko mnie się tak wydaje, czy naprawdę Knot zabrzmiał w tym artykule mało wiarygodnie? – zapytał Harry, unosząc przy tym jedną brew ku górze.
- Próbuje zbagatelizować sprawę – zauważył spokojnie James. – To pozorne przyznanie się do winy ma wzbudzić uznanie i zachwyt.
- Zachwyt?
- Skoro potrafi przyznać się do błędu, to w jego mocy leży też naprawienie go.
- Naciągana teoria.
- Spójrz! – wtrącił się nagle Alex, który przerzuciwszy kilka stron, znalazł nekrolog dziadka, zamieszczony u dołu strony niezbyt wielkimi literami.
Wyrazy współczucia i najszczerszego żalu dla pogrążonej w żałobie rodziny
Charlusa Pottera,
niegdysiejszego pracownika Ministerstwa Magii zmarłego w tragicznych okolicznościach.
Z kondolencjami
Minister Magii Korneliusz Knot
oraz pracownicy Ministerstwa Magii
- Zaszaleli – mruknął Harry, składając na pół gazetę.
- Odbębnili, co musieli – dodał Alex.
Obaj ponownie swe spojrzenia skierowali w stronę ojca. Ten zaś kiwając głową, bez słowa wstał i wyszedł z kuchni.
Reszta dnia upłynęła Potterom w dość ponurej atmosferze. Nikt jakoś nie miał ochoty do żartów. Tragiczne morderstwo seniora ich rodu silnie wpłynęło na każdego domownika. Dodatkowo zły nastrój pogłębiły wieści przyniesione wieczorem przez Syriusza.
- Nie możesz rozpocząć prywatnego śledztwa, Rogaczu – zaczął smutno.
- Dlaczego?
- Ministerstwo staje na głowie, by spełnić obietnice Knota. Rozdzielili patrole, służby i inne tego typu rzeczy. Wydaje się, że w najbliższym czasie nie będziemy mieli zbyt wiele wolnego czasu.
- Ale co ze sprawą mojego ojca! – oburzenie Jamesa odmalowało się wyraźnie na jego twarzy.
- Oficjalnie nic teraz nie ruszymy. Musimy poczekać, aż ministrowi opadną trochę piórka, i wtedy spróbujemy ponownie.
- Do tego czasu sprawca może zatrzeć wszystkie ślady.
- Wiem, dlatego pomyślałem, że powinniśmy powęszyć w trochę mniej legalny sposób.
- Rozumiem – szepnął. - Dzięki, Łapo. Bez ciebie byłoby ciężko.
- No, co ty, Rogaty – zaśmiał się wesoło Black, a potem nagle poważniejąc, dodał: - Od tego są przyjaciele. Prawda?
