Zbetowała: AlicjaFromWonderland
ROZDZIAŁ 5
POGRZEB
Albus Dumbledore przebywał właśnie w swoim gabinecie, wykonując jakąś papierkową robotę na polecenie Ministerstwa, ponoć niezwykle ważną, lecz, według niego, niepotrzebną i nudną. Kiedy tak siedział pochylony nad dokumentami, rozległo się pukanie do drzwi. Starzec podniósł głowę i zaprosił gościa do środka. Po chwili stanęła przed nim kobieta o surowej twarzy, z włosami znaczonymi nitkami siwizny, upiętymi w kok.
- Dzień dobry, Albusie. Nie przeszkadzam?
- Skąd. Usiądź proszę, Minerwo. – Gestem wskazał na jedno z krzeseł. – Napijesz się czegoś?
- Nie, dziękuję. Chciałam tylko porozmawiać – powiedziała i zamilkła. Dyrektor Hogwartu uśmiechnął się nieznacznie i spojrzawszy na nią ciepło, zapytał:
- A więc, moja droga, o co chodzi?
- O Severusa Snape'a.
- Severusa Snape'a? – mężczyzna uniósł brwi w zdziwieniu.
- Tylko mi nie mów, że nie wiesz, co mam na myśli! – parsknęła zła.
Dumbledore odchylił się w fotelu i przyjrzał się uważnie swojej przyjaciółce. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Wreszcie milczenie przerwał siwobrody mężczyzna, mówiąc spokojnym i opanowanym głosem:
- Ma wysokie kwalifikacje i jak się wydaje, odpowiednie przygotowanie.
- Tak, ale… Albusie, przecież pamiętasz tę całą sytuację, kiedy on i…
- To było dawno temu. A ja uważam, że każdemu należy się druga szansa.
- Nawet osobie, która należała do grupy testującej zaklęcia czarnomagiczne na innych?
- Rozumiem twój niepokój, Minerwo – westchnął Dumbledore. – Sam też go odczuwam. Niemniej jednak naprawdę sądzisz, że Severus zamierza to kontynuować? Ucząc tu, tuż pod moim nosem? A także obstrzałem spojrzeń tych, którzy nadal pamiętają całe zajście?
- To byłby przejaw największej głupoty – przyznała.
- No, właśnie. A co jak co… Powiedzieć, że pan Snape jest głupi, to istotnie… ogromne kłamstwo, nie sądzisz?
- Tak, ale… Nauczyciel obrony przed czarną magią? Co za ironia!
- Z pewnością, moja droga.
- Albusie? Nie zmienisz już zdania?
- Nie.
- No, cóż… W takim razie chyba muszę ci zaufać.
- Miałem nadzieję, że to powiesz – wyznał rozbawiony dyrektor.
- Mimo to wiedz, że będę go miała na oku.
- Przez myśl mi nawet nie przeszło, że mogłoby być inaczej. Ja też będę się mu przyglądał.
Oboje zamilkli, przyglądając się sobie nawzajem uważnie.
- Czym on się właściwie zajmował po ukończeniu Hogwartu? – zapytała kobieta, a w jej oczach pojawiła się ciekawość
- Wyjechał za granicę i studiował. Z tego, co wiem, również na mugolskim uniwersytecie.
- Naprawdę?
- Tak. Eliksiry, czarna i biała magia, medycyna.
- Zatem wydaje się odpowiedni na to stanowisko.
- Owszem.
- Dlaczego jednak chce pracować w szkole, a nie choćby w Mungu czy Ministerstwie?
- Sentyment.
- Tak powiedział? – zdziwiła się McGonagall. – I ty mu uwierzyłeś?
- Nie, Minerwo. Nie jestem aż tak łatwowierny.
- Więc…
- Długo nie było go w Anglii i pragnie na nowo się tu odnaleźć, dlatego zaczyna od miejsca, które dobrze zna.
- Brzmi logicznie, ale…
- Moja droga, może powinnaś skończyć już z tym ale? – zapytał Dumbledore, unosząc przy tym brwi.
- Jak sobie życzysz, Albusie – mruknęła zgryźliwie.
- No, dobrze, a teraz bardzo cię przepraszam, lecz wybieram się na pogrzeb. – Kobieta, słysząc te słowa, zmrużyła oczy i łagodniejszym już tonem zapytała:
- Charlusa Pottera?
- Tak.
- Straszna tragedia. Kto mógł to zrobić? I dlaczego?
- Nie mam pojęcia. Czy również się tam wybierasz?
- Miałam taki zamiar.
- Zatem powinniśmy już ruszać albo się spóźnimy.
Nie mówiąc ani słowa więcej, oboje przedostali się do Hogsmeade za pomocą sieci Fiuu. W „Trzech Miotłach" nie było żywej duszy. Za barem stała jedynie Madam Rosmerta, która przywitała ich miłym uśmiechem. Potem oboje, opuściwszy pub, teleportowali się do Doliny Godryka. Pojawili się tam tuż przed wejściem na stary cmentarz, gdzie zdążyły zgromadzić się już tłumy ludzi. Nie zwracając na siebie zbytniej uwagi, zajęli miejsca w rzędzie dla gości spoza rodziny.
Minerwa McGonagall z uznaniem rozejrzała się wokoło. Zauważyła bowiem ślady świadczące o zastosowaniu sporej ilości magii. Ktoś o dużych umiejętnościach rozszerzył ścieżkę między grobami, sprawiając, iż mieściły się tam teraz dwie kolumny krzeseł, liczące po piętnaście rzędów. Przed nimi na podwyższeniu znajdowała się trumna, wciąż jeszcze otwarta.
A w tle stał niewzruszony od wielu lat rodzinny grobowiec Potterów.
Czarownica była niemal pewna, że cmentarz został przygotowany do uroczystości przez jej byłego ucznia. James zawsze wyróżniał się dużymi zdolnościami, mimo że niespecjalnie przykładał się do nauki.
Wzrok Minerwy bez trudu wyłowił z tłumu jego postać, stojącą tuż przy trumnie. W tej chwili były szkolny łobuz zupełnie nie przypominał starego siebie. Kobieta nawet z dość sporej odległości dostrzegła wielki smutek malujący się na jego twarzy. Obok niego z podobną miną stał jego syn, Harry. Kobieta nigdy nie mogła się nadziwić, jak to możliwe, że pomimo tak ogromnych podobieństw w wyglądzie, ci dwaj tak bardzo się od siebie różnili. Co prawda młodszego znała gorzej – widywała go jedynie na lekcjach transmutacji. Podczas tych krótkich godzin udało jej się zaobserwować, iż Harry jest zdolnym, lecz bardzo skrytym czarodziejem. Czasem nawet odnosiła wrażenie, że chłopak nie czuje się dobrze w swoim otoczeniu, jakby został dołączony tam przez przypadek. Często chodził zamyślony, wydawał się szukać odpowiedzi, które nie istnieją. Mimo że nigdy nie mogła mu niczego zarzucić, był dla niej wielką zagadką. Zdarzało się też, że wiedziona ciekawością, próbowała podpytać się o nastolatka u opiekuna jego domu. Slughorn nie wyjawił jej jednak niczego, o czym by wcześniej nie wiedziała. Najczęściej zachwycał się po prostu zdolnościami Pottera w dziedzinie eliksirów. Stąd też po wielu próbach musiała przyznać sama przed sobą, iż nie zdobędzie żadnych innych informacji, a chłopak zwyczajnie nie lubił być w centrum uwagi.
McGonagall tak bardzo zagłębiła się w swoich myślach, że nie zauważyła mężczyzny, który postanowił zająć miejsce obok niej. Obecność sąsiada zanotowała dopiero, gdy usłyszała słowa dyrektora Hogwartu.
- Witaj, Horacy. Nie wiedziałem, że też się tu wybierasz.
- Miło cię widzieć, Albusie, oraz ciebie, droga Minerwo. Szkoda tylko, że w tak niesprzyjających okolicznościach – westchnął smutno, a potem dodał dla wyjaśnienia: - Kilka lat temu miałem okazję trochę bliżej poznać się z Charlusem. Doprawdy niezwykle uprzejmy czarodziej.
- Tak. Wszyscy tak uważają.
- Oprócz zabójcy – wtrąciła czarownica.
- Masz dziś strasznie bojowy nastrój, Minerwo – zauważył rozbawiony Dumbledore.
- Stwierdzam jedynie fakty.
- Z pewnością… - Slughornowi nie było dane dokończyć, gdyż nagle na cmentarzu rozbrzmiał dźwięk dzwonka. Oznaczało to, iż ceremonia pogrzebowa właśnie się rozpoczęła.
Trumna została zamknięta z trzaskiem, a na podwyższeniu obok niej pojawił się siwowłosy urzędnik Ministerstwa Magii. Ubrany był w długą do ziemi czarną szatę, a na szyi zawieszony miał medalion, symbol sprawowanego urzędu. Potoczywszy wzrokiem po zgromadzonych, odezwał się dźwięcznym głosem:
- Tego dnia zgromadziliśmy się tu wszyscy, aby pożegnać się z Charlusem Potterem, zasłużonym obywatelem naszej społeczności i przykładnym małżonkiem, ojcem, dziadkiem i przyjacielem. Jego śmierć, tak nagła i niespodziewana, wprawiła wielu z nas w zdumienie, ale i ogromne przygnębienie. Trudno się będzie nam pogodzić z tą wielką stratą, lecz…
Przemówienie mężczyzny trwało jeszcze dobrych kilka minut. Jego wzniosłe słowa wzbudziły w obecnych czarodziejach smutek i zmusiły do rozmyślań nad sensem życia i przemijaniem. Harry, stojąc przy trumnie swego dziadka, miał dziwne wrażenie, że w jego życiu właśnie coś się skończyło. Może nie miało to bezpośredniego związku ze śmiercią Charlusa, lecz z całą pewnością dotyczyło tego, co przygotował dla niego los. Niewyjaśnione morderstwo boleśnie uświadomiło mu, że nadchodzą trudne czasy. Niemal widział te czarne chmury niebezpieczeństw. Odczuwał niepokój i strach, choć nie chciał się do tego przyznać. Myśl o ostatnim roku w Hogwarcie także nie napawała go optymizmem. W końcu po ukończeniu szkoły miało się zacząć inne życie, odpowiedzialne i samodzielne. A młody czarodziej nie wiedział, czy jest na nie gotowy.
Podczas gdy Potter rozmyślał nad zbliżającymi się zmianami, przez podwyższenie zdążyło przewinąć się jeszcze kilka innych osób wygłaszających mowy pogrzebowe. Wszyscy oni byli wysoko postawionymi ludźmi w magicznej Anglii. Dopiero kiedy skończyli przemawiać, ceremonia nabrała bardziej rodzinnego charakteru. Do mównicy podchodzili bowiem ci, którzy znali zmarłego prywatnie. Ich słowa wydawały się naturalniejsze i o wiele prawdziwsze. Harry stwierdził w myślach, że to tego człowieka, a nie urzędnika-Pottera, znał jako swojego dziadka.
Pogrzeb Charlusa powoli dobiegał końca. Minerwa McGonagall z ulgą zauważyła, że właśnie zakończyły się przemówienia. Kiedy tylko z podwyższenia zeszła ostatnia osoba, wszyscy zgodnie powstali z krzeseł. Wówczas z niewiadomego źródła popłynęła rzewna melodia, a jakiś anielski głos zaintonował pieśń pogrzebową, której słowa zostały ułożone wiele lat temu przez nieznaną z imienia czarodziejkę opłakującą śmierć brata. Z czasem utwór zaczął pojawiać się na wszystkich magicznych pogrzebach w określonej przez tradycję formie. Solistka prowadziła swój monolog, od czasu do czasu przerywany przez pozostałych żałobników, odśpiewujących jednym głosem refren. Tak też działo się na pogrzebie Charlusa Pottera. Kiedy pieśń dobiegła końca, a na cmentarzu zapanowała niczym niezmącona cisza, zgromadzeni czarodzieje i czarownice unieśli różdżki w górę i wypuścili z nich snop zielonych iskier. Wtedy też trumna z ciałem uniosła się i wlewitowała do grobowca, gdzie spoczęła na zawsze.
- Uczcijmy pamięć zmarłego minutą ciszy. – Spokojny głos mistrza ceremonii przeciął ciszę niczym ostrze miecza.
Postronnej osobie przechodzącej obok cmentarza w Dolinie Godryka, jeśli oczywiście nie była ona mugolem, zgromadzenie tak wielu milczących osób musiało wydawać się zjawiskiem zdumiewającym. Niemniej jednak, gdy tylko upłynął ustalony odcinek czasu, miejsce wypełniło się nagle gwarem rozmów. Jedni składali kondolencje najbliższej rodzinie, a inni po prostu komentowali całą ceremonię. Pozostali zaś wymieniali, co mają dziś jeszcze do zrobienia.
Trójka profesorów z Hogwartu nie zaliczała się do żadnej z tych dwóch grup. Dumbledore, Slughorn i McGonagall, powstawszy ze swych krzeseł, stanęli z boku, czekając w milczeniu aż tłum wokół Potterów zmniejszy się, by móc z nimi porozmawiać. Wydawało się jednak, iż ta chwila nie nadejdzie zbyt szybko.
- Skąd ci ludzie się biorą? – mruknęła niezadowolona Minerwa.
- Trochę cierpliwości, moja droga. Ostatecznie jako pedagog powinnaś mieć jej wiele.
- Albusie, proszę… - zaczęła, lecz nie dokończyła, gdyż przerwał jej zaskoczony okrzyk profesora eliksirów:
- Eileen!
Wołana kobieta odwróciła się zdumiona. Była to niewysoka brunetka z licznymi pasmami siwych włosów, o ziemistej cerze i smutnych czarnych oczach, otoczonych siecią zmarszczek. W żadnym wypadku nie zachwycała swoją urodą, po której nie zostało nawet śladu z lat dawnej świetności. Wydawała się być za to niezwykle zmęczona i znudzona życiem. Mówiła o tym jej zgarbiona sylwetka. Określenie jej wieku było niemożliwe.
- Dzień dobry, panie profesorze – przywitała się uprzejmie, chociaż było widać, iż wolałaby odejść niezatrzymywana przez nikogo.
- Moja droga Eileen! – zachwycony Slughorn podszedł i z entuzjazmem uściskał dłoń swojej byłej uczennicy, niegdyś bardzo utalentowanej w ważeniu eliksirów. – Jak my dawno się nie widzieliśmy!
- O, tak… - westchnęła cichutko. – Minęło wiele czasu.
- Mieszkasz gdzieś w okolicy?
- Nie – odparła lakonicznie, a widząc, że mężczyzna chce ją o coś zapytać, dodała: - Dwadzieścia lat temu przeprowadziłam się do Francji.
- O! Nie wiedziałem. A zatem… Często bywasz w Anglii?
- To jest pierwszy raz odkąd tu przyjechałam.
- No, cóż… - zdziwił się profesor. – Wybrałaś raczej mało sprzyjające okoliczności na odwiedziny.
- Ta… - mruknęła i zerknęła ukradkiem w stronę Potterów, szczególnie przyglądając się Dorei i obejmującej ją Lily.
- Skąd znałaś Charlusa? – zaskoczona kobieta aż poskoczyła, usłyszawszy pytanie.
- Byłam jego sekretarką przez pewien czas – powiedziała i wydawać się mogło, że jeszcze bardziej posmutniała.
- O tym też nie wiedziałem! Jesteś naprawdę bardzo tajemnicza, Eileen – mężczyzna uśmiechnął się szeroko i kontynuował: - A co byś powiedziała na…
- Przepraszam, panie profesorze – przerwała mu szybko, domyślając się, że chce jej zaproponować spotkanie – ale muszę już iść. Nie planowałam dłuższego pobytu.
- Rozumiem, moja droga, lecz może znalazłabyś trochę czasu dla starego nauczyciela.
- Bardzo mi przykro. Zobowiązałam się, że wrócę do Francji tak szybko jak to możliwe.
- No, cóż… - westchnął Slughorn, już z mniejszym uśmiechem. – Zatem kiedy następnym razem będziesz w Anglii… Może wtedy się spotkamy?
Kobieta uśmiechnęła się smutno i odpowiedziała wymijająco:
- Tak. Następnym razem, profesorze – a potem dopadły ją chyba wyrzuty sumienia, bo dodała: - Zastanawiałam się nad przyjazdem tutaj na święta. Będzie pan miał czas, aby się wtedy ze mną zobaczyć?
- Oczywiście, ale wyślę ci jeszcze sowę z dokładną datą.
- Cieszę się – twarz kobiety na chwilę się rozpogodziła. – A teraz proszę mi wybaczyć. Do zobaczenia, profesorze.
- Do widzenia – odpowiedział, a kiedy czarownica zaczęła już odchodzić, zawołał: - Przykro mi z powodu śmierci twojego brata! – Eileen zatrzymała się i spojrzała przez ramię na mężczyznę.
- Mnie również. – I odeszła.
Zaskoczony Slughorn jeszcze przez chwilę przyglądał się oddalającej sylwetce swojej byłej uczennicy. To spotkanie bardzo go ucieszyło, lecz jednocześnie zasmuciło. Nie taką ją pamiętał. Skryta, ale zawsze delikatnie uśmiechnięta Ślizgonka wydawała się być gotowa na wyzwania stawiane jej przez życie. Niestety po latach wyglądała tylko jak cień swego dawnego „ja".
Pogrążony w myślach mężczyzna z westchnieniem odwrócił się w stronę stojących wciąż w tym samym miejscu przyjaciół i podszedł do nich powoli.
- Kim była ta kobieta? – zapytała niemal od razu McGonagall.
- Matką naszego nowego profesora – odparł spokojnie Dumbledore. – Nie pamiętasz jej?
- Pamiętam, ale… - kobieta otworzyła szerzej oczy z niedowierzania. – Naprawdę jej nie poznałam. Eileen Snape, kto by pomyślał?
- Zmieniła się – zauważył ponuro Slughorn. Nie trzeba było mówić nic więcej.
Minęło kilka kolejnych minut i cmentarz zdawał się powoli pustoszeć. Ostatnie osoby składały kondolencje rodzinie zmarłemu. Do ich grona dołączyła także trójka profesorów z Hogwartu. Wymienili z Potterami uściski dłoni i zapewnili o głębokim współczuciu. Kiedy mieli już odejść, aby rodzina mogła zostać tylko we własnym gronie, niespodziewanie odezwał się Dumbledore, kierując swe słowa do Jamesa:
- Czy już coś wiadomo na temat mordercy?
- Nie, śledztwo zostało umorzone z powodu braku dowodów i jakichkolwiek tropów.
- W takim razie… - starzec spojrzał uważnie w oczy młodego mężczyzny. - Jeśli będziesz potrzebował mojej pomocy, przyjdź.
- Dziękuję. Będę pamiętał. – Następnie nastąpiło krótkie pożegnanie, a chwilę później cmentarz opustoszał całkowicie.
Dumbledore, McGonagall i Slughorn pojawili się w Hogsmeade około godziny siedemnastej. Zamyśleni weszli do „Trzech Mioteł" i zajęli jeden ze stolików stojących najbliżej baru. Oprócz nich w pubie przebywała jeszcze czwórka młodych mężczyzn, która doskonale się bawiła w kącie pomieszczenia.
- Poprosimy trzy kremowe, Rosmerto – powiedział Albus, uśmiechając się przy tym przyjaźnie do kobiety. – I jeśli nie jesteś teraz bardzo zajęta, to może do nas dołączysz?
- Z przyjemnością – odparła właścicielka, stawiając na stole cztery butelki piwa czarodziejów.
Przez chwilę panowała cisza. Kiedy jednak poradzili już sobie z otwarciem swojego kremowego i pociągnęli dość spory łyk złotego napoju, wszyscy się widocznie rozluźnili. Wymieniono zwyczajne w takich momentach uprzejmości, typu: „Co u ciebie?" „A, dziękuję, wszystko dobrze, stara bieda", a potem rozpoczęto rozmowę na temat obecnej sytuacji politycznej i nie tylko. Cała czwórka zgadzała się ze podejrzeniem, że w magicznym świecie zaczyna się dziać coś złego. Wyjątkową małomównością w tej kwestii wykazał się jednak Dumbledore, który z zamyślonym wyrazem twarzy przysłuchiwał się opiniom wygłaszanym przez swoich znajomych.
Blisko godzinę później w pubie zaczęło pojawiać się coraz więcej ludzi, dlatego też Madame Rosmerta musiała opuścić towarzystwo i podjąć się ponownie obowiązków właścicielki. Z każdą chwilą tłum się powiększał, a co za tym idzie, również emitowany przez niego hałas. W związku z tym trójka profesorów postanowiła opuścić lokal. Będąc już przy drzwiach, dojrzeli przez okno wychodzące na ulicę jakiś blask, a sekundę później, gdy Slughorn otworzył drzwi, dotarł do nich kobiecy okrzyk:
- Pomocy!
Czarodzieje, nie zastanawiając się długo, wyjęli różdżki i ruszyli w stronę, z której dochodziło wołanie. Około dwustu metrów przed sobą zobaczyli sponiewieraną kobietę leżącą na ziemi bez ruchu. Minerwa podbiegła, upadając obok niej na kolana. W tym czasie mężczyźni sprawdzili, czy w okolicy nie znajduje się wciąż oprawca. Wydawało się jednak, że zapadł się on pod ziemię.
- Minerwo, co z nią? – zapytał Horacy, zbliżywszy się do kobiet.
- Nie żyje, ale… Spójrz tutaj – nadeszła odpowiedź wyszeptana zduszonym głosem.
Oszołomiony profesor eliksirów zwrócił wzrok na wskazane przez nauczycielkę miejsce. A zobaczywszy na czole zaatakowanej czarownicy szkarłatny napis, cofnął się przerażony.
- Albusie! – zawołał. – Podejdź tu, proszę!
Dyrektor Hogwartu pojawił się obok przyjaciół niemal od razu i pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mu się w oczy, było wyryte w ciele słowo „szlama". Zszokowany spojrzał w niebo akurat wtedy, gdy przecinał je jasnozielony promień, z którego na jeszcze jasnym firmamencie uformował się Mroczny Znak. Cała trójka wpatrywała się w symbol nadchodzącego zła, choć słabo widocznego o tej porze, to równie przerażającego jak poprzednio.
