Zbetowała: AlicjaFromWonderland


ROZDZIAŁ 6

KREW PONAD WSZYSTKO

Vivienne, siedząc przed lustrem, z wielką uwagą zajmowała się rozczesywaniem swoich włosów. Było to dla niej bardzo odprężające zajęcie. Zawsze kiedy musiała się uspokoić, wyjmowała podarowaną jej na ósme urodziny przepiękną szczotkę, należącą niegdyś do jej prababki ze strony ojca, i powolnymi, metodycznymi ruchami doprowadzała włosy do porządku. Można powiedzieć, że jej znakiem rozpoznawczym było staranne ich ułożenie. Nikt nie widział czarnych pukli dziewczyny w nieładzie już od dawna.

Dzisiejszego ranka wcale nie była zdenerwowana czy niespokojna. Wręcz przeciwnie. Od chwili obudzenia tryskała optymizmem i radością. Wydawało się, że to będzie naprawdę dobry dzień. Kiedy tak siedziała przy toaletce z szerokim uśmiechem na ustach, nagle usłyszała za sobą ciche pyknięcie. Odwróciła się powoli, wiedząc z góry, kogo tam zobaczy.

- Witaj, Milczko – przywitała uprzejmie skrzatkę, niewielkie stworzenie o brzydkiej twarzy z dużym nosem, ubrane w szarą i postrzępioną szatę o niewiadomym pochodzeniu.

- Dzień dobry, panienko – wypowiadając te słowa, przybyła skłoniła się w głębokim ukłonie, co spowodowało ciche westchnienie Vivienne. – Pani Lestrange kazała przekazać, że państwo za chwilę wychodzą.

- Dziękuję. Zaraz zejdę na dół. - Milczka ponownie się ukłoniła, a potem tak nagle jak się pojawiła, tak szybko zniknęła.

Czarnowłosa dziewczyna odłożyła na miejsce szczotkę i powstawszy, przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze. Nigdy specjalnie nie przywiązywała do niego wagi. Oczywiście dbała o to, by wyglądać schludnie i ładnie, lecz w jej mniemaniu jasne było, iż to nie szata zdobi człowieka. Zdawała sobie sprawę z tego, że wielu ludzi uważało ją za osobę płytką i zapatrzoną w siebie. Tylko ona i nieliczni wiedzieli, jak wielkie było to kłamstwo. To, że nie okazywała otwarcie swoich uczuć, nie oznaczało wcale, że się wywyższa. Zwyczajnie wolała pozostawać poza kręgiem zainteresowania. Była raczej skryta i ostrożna w kontaktach międzyludzkich.

Jej rozmyślania trwały tylko chwilę – nie mogła sobie pozwolić na więcej, gdyż musiała się spieszyć. Matka dziewczyny nie lubiła czekać. Bardzo irytowała się, gdy ktoś spóźniał się na umówione spotkanie. Vivienne natomiast starała się unikać wchodzenia z nią w otwarte konfliky, w których zmuszone by były stanąć twarzą w twarz. Ich relacje można bowiem określić tylko jednym słowem: skomplikowane. Bellatrix Lestrange uważano za osobę oschłą i niezbyt wylewną, a zatem mającą problemy ze stworzeniem intymnej i bliskiej więzi z drugim człowiekiem. Nawet ze swoją jedyną córką. Vivienne podejrzewała, że przyczyną takiego zachowania matki jest surowe wychowanie, które odebrała w swym rodzinnym domu. Ostatecznie dziadek Cygnus słynął ze stanowczości nie tylko w kręgach rodzinnych.

- Vivienne! – pełen zniecierpliwienia okrzyk dobiegł uszu czarnowłosej dziewczyny, która w największym pośpiechu dokonała ostatnich poprawek przy ułożeniu pięknej błękitnej sukienki i ruszyła w stronę drzwi, otwierając je w momencie, gdy na ich progu pojawiła się pani Lestrange.

- Dzień dobry, mamo – przywitała się uprzejmie i pocałowała kobietę w policzek. W tym ruchu nie kryły się jednak żadne emocje, był to po prostu wyuczony gest powtarzany każdego dnia, oczekiwany przez innych, a pełen chłodu i opanowania.

- Nareszcie – odmruknęła czarownica i przyjrzała się swojej córce pełnym aprobaty spojrzeniem. To, co zobaczyła widocznie musiało przypaść jej do gustu, gdyż na zwykle ponurej i beznamiętnej twarzy pojawił się cień zadowolonego uśmiechu. – Ładnie wyglądasz.

- Dziękuję – odpowiedź nastąpiła w równie chłodnym tonie.

- Chodźmy. Twój ojciec już na nas czeka – powiedziawszy to, odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę szerokich schodów. Vivienne ruszyła za nią.

Po chwili obie znalazły się w ogromnym holu z marmurową posadzką i kryształowym żyrandolem, który odbijał promienie słońca wpadające do środka przez ogromne okna. Nastolatka popatrzyła w jego stronę z uśmiechem, przypominając sobie jak bardzo lubiła ten widok w dzieciństwie. Zawsze ją rozweselał i wprowadzał w inny, szczęśliwszy świat. Teraz, niestety, był tylko miłym wspomnieniem, gdyż już jakiś czas temu rzeczywistość pokazała jej, że liczy się tylko ona i to, co oferuje. Marzenia są zaś jedynie mrzonką, za którymi gonią głupcy. A co jak co, Vivienne Lestrange nigdy nie chciała należeć do ich grona.

Dziewczyna nawet nie zauważyła, w którym momencie zamyśliła się tak bardzo, że przestała zwracać uwagę na to, co mówią jej rodzice. Na ziemię sprowadziło ją dopiero znaczące chrząknięcie ojca oraz jego surowe spojrzenie i nagana kryjąca się za oczami o stalowoszarej barwie, tak podobnymi, a jednocześnie tak zupełnie innymi od jej własnych.

- Czas na nas – powiedział twardo Rudolf. – Nie wypada nam się spóźniać.

Cała trójka ustawiła się w ciszy przed ogromnym kominkiem, na którym stało kilka zdjęć oprawionych w ramki. Wszyscy ludzie uchwyceni na fotografiach mieli poważne miny i przyjmowali postawy pełne godności, jak chociażby dziadek Lestrange, stojący wyprężony jak struna wraz ze swymi dwoma synami. Za każdym razem, gdy Vivienne podchodziła, aby skorzystać z sieci Fiuu, to właśnie tam padało najpierw jej spojrzenie. Dzisiaj nie było inaczej. Patrząc na tego mężczyznę zawsze odczuwała niepokój, zwłaszcza kiedy musiała stanąć z nim twarzą w twarz. W tej jednak chwili postanowiła odrzucić od siebie nieprzyjemne myśli i wrzuciwszy szary proszek do paleniska, wkroczyła w szmaragdowe płomienie. Za jej przykładem poszli także Rudolf i Bellatrix, by już parę minut później spotkać się w salonie domu przy Grimmauld Place 12.

- Państwo Lestrange – z ukłonem powitał ich skrzat domowy. – Witajcie w posiadłości Regulusa i Melissy Blacków.

Pod wpływem ostrego spojrzenia Bellatrix, Stworek ukłonił się ponownie, tym razem jednak o wiele niżej niż poprzednio, wypowiadając przy tym słowa przeprosin. Vivienne ze smutkiem przyglądała się temu gestowi służalczości, zastanawiając się, co pozwala im, czarodziejom, sądzić, że są lepsi od tych naprawdę potężnych magicznych istot. Nic nie mówiąc, westchnęła cicho i ruszyła za swoimi rodzicami zmierzającymi do jadalni, skąd dochodziły odgłosy rozmów i dokąd też prowadził ich skrzat. Ich pojawienie się wywołało w pomieszczeniu falę dodatkowego hałasu. Od razu podeszli do nich wuj Regulus i ciotka Melissa, która jak zawsze przywitała ją serdecznym i pełnym ciepła uśmiechem. Vivienne pomyślała, iż jest to chyba jej ulubiona krewna. Często zastanawiała się też nad tym, jak to się stało, że ta przesympatyczna i radosna kobieta poślubiła tak pedantycznego oraz drobiazgowego mężczyznę, jakim był młodszy syn Walburgii i Oriona Blacków.

Przywitanie się ze wszystkimi zajęło nowoprzybyłym dobre kilka minut, po których upływie zasiedli przy stole na wyznaczonych im miejscach. U jego szczytu siedział z zamyśloną miną gospodarz. Wydawało się, że jakaś sprawa nie daje mu spokoju, ponieważ był jeszcze bardziej małomówny niż zazwyczaj. Rolę duszy towarzystwa odgrywała zatem tradycyjnie jego żona, zajmująca miejsce po prawicy mężczyzny. Dalej zaś zasiedli żyjący przedstawiciele rodziny Blacków wraz ze swymi współmałżonkami. Były to jednak tylko Bellatrix Lestrange oraz Narcyza Malfoy. Dwaj nieobecni członkowie arystokratycznego rodu zostali przed laty wydziedziczeni, dlatego Vivienne nigdy nie miała okazji poznać osobiście swojej ciotki Andromedy, która po mężu mugolaku nazywała się Tonks, oraz wuja Syriusza Blacka, jedynego w rodzie Gryfona. Czasem bardzo tego żałowała, gdyż w głębi ducha podziwiała ich za siłę charakteru pozwalającą na sprzeciwienie się całej rodzinie. Ona, chociaż tak bardzo o tym marzyła, nigdy jej w sobie nie znalazła. Apodyktyczna matka nie pozwalała jej na wygłaszenie swoich opinii, szczególnie na temat manii czystości krwi.

- Viv – dziewczyna drgnęła słysząc cichy szept swojego kuzyna oraz czując delikatne kopnięcie w kostkę. – Nie śpij.

Ze znużeniem odwróciła się w stronę Dracona Malfoya, który uśmiechał się do niej zarówno z nutą ironii jak i sympatii. Tylko on na całym świecie potrafił połączyć ze sobą te dwie różne reakcje w sposób absolutnie naturalny.

- Tylko rozmyślałam.

- Widocznie dość intensywnie, bo mówię do ciebie już od jakiegoś czasu – odparł niezadowolony, a potem dodał, uśmiechając się chytrze: - Znam go?

Te słowa spowodowały wybuch złośliwego chichotu po drugiej stronie stołu. Rozdrażniona Lestrange przeniosła spojrzenie na swoją młodszą kuzynkę – trzynastoletnią Larissę, idealną przedstawicielkę rodziny Black. Dziewczyna miała sięgające ramion, czarne i proste jak drut włosy, które zawsze lśniły zdrowym blaskiem. Jej oczy, ciemne niczym dwa tunele, patrzyły na wszystko z obojętnością, od czasu do czasu wyrażając jedynie dezaprobatę dla każdej rzeczy uwłaczającej godności ich właścicielce. Mimo jej tak młodego wieku, od jej postawy biła niesamowita pewność siebie. Utwierdzana przez nieżyjącą od roku babkę, Walburgę, w przekonaniu o swej wyższości, nastolatka wręcz chełpiła się pochodzeniem z arystokratycznego rodu czarodziejów czystej krwi. Egoistyczna, cyniczna i mało empatyczna Larissa była jednak uwielbiana przez praktycznie wszystkich członków rodziny, szczególnie przez Bellatrix. Może właśnie dlatego sama Vivienne tak bardzo jej nie cierpiała. Jedną z przyczyn tej niechęci były również złośliwości młodszej kuzynki, których to nie szczędziła ona pannie Lestrange. Tak jak to się stało po wypowiedzianych przez Draco słowach.

- Jego nikt nie zna – powiedziała, nie bez słyszalnej w głosie satysfakcji, Larissa. – W końcu Vivienne nigdy nie chciała przedstawiać nam swoich przyjaciół – przypomniała złośliwie, uśmiechając się szeroko, gdy zobaczyła rumieniec płoniący policzki dziewczyny po drugiej stronie stołu.

- Przynajmniej miała ich więcej niż ty – wtrącił cicho Malfoy. Lestrange pozostała jednak cicho, przypominając sobie wszystkie wyimaginowane postacie, z którymi bawiła się w dzieciństwie.

Czarnowłosa dziewczynka, być może sześcioletnia, bawi się sama w ogromnej komnacie wypełnionej portretami zmarłych członków rodu. Wokoło niej znajduje się mnóstwo drogocennych pamiątek rodzinnych. Ona sama nie zwraca na nie uwagi, siedząc na puszystym, brązowym dywanie. Jest całkowicie skupiona na swojej zabawie. W ręku trzyma bowiem przepiękną lalkę o bladej jak śnieg twarzy i ustach koloru krwi, którą ktoś wcześniej ubrał w szmaragdowozieloną suknię, godną co najmniej księżniczki.

Dziecko mruczy coś cicho pod nosem, obracając w dłoniach zabawkę, a od czasu do czasu podnosi wzrok, by spojrzeć w przestrzeń obok siebie.

- Spójrz, Maggie – mówi wówczas z szerokim uśmiechem na ustach – jak śliczna jest Charlotte. – A potem odwraca się, ponownie poświęcając całą uwagę lalce.

Tej scenie ze zdumieniem i wielkim niepokojem przygląda się stojąca w drzwiach kobieta, prawdopodobnie matka dziewczynki. Z widocznym wahaniem zastanawia się, co zrobić, i ostatecznie decyduje się wejść do pomieszczenia. Robi to niepewnie, ale podchodzi do dziecka i klęka obok.

- Vivienne? – pyta, lecz nie doczekuje się żadnej reakcji. – Vivienne! – nieco ostrzejszy ton powoduje, iż mała podnosi głowę. W jej oczach błyszczy niepewność.

- Mama – szepcze i przysuwa się, kładąc głowę na kolanach kobiety. Przez chwilę obie milczą, a potem nagle i bez ostrzeżenia pada pytanie:

- Z kim rozmawiałaś?

Ciało dziecka spina się pod wpływem zdenerwowania, matka wyczuwa to wyraźnie, podobnie dzieje się bowiem z nią samą.

- Z kim? Odpowiedz, Vivienne!

Oczy małej wypełniają się łzami.

Matka nie wie, co powinna zrobić.

Obie milczą.

Mija kilka pełnych napięcia minut. Wreszcie zrezygnowana kobieta wstaje i idzie w stronę drzwi. Zanim jednak za nimi zniknie, mówi:

- Niedługo będziesz musiała położyć się spać.

Dziewczynka nic nie odpowiada, dlatego matka wychodzi, cicho przy tym wzdychając. Kilka kroków dalej słyszy jednak cichy szept córki:

- Przepraszam, Maggie – płacze cichutko. – Mama… Ona nie rozumie wszystkiego tak jak ty. – A potem wraca do zabawy, znów się uśmiechając.

Wstrząśnięta kobieta oddala się w pośpiechu przypominającym ucieczkę z miejsca zbrodni. Jednakże następnego dnia wraca tam, by z ukrycia obserwować łzy córki stojącej pod zamkniętymi drzwiami komnaty. Nie robi nic, aby ją pocieszyć.

Draco z lekkim niepokojem przyglądał się Vivienne, która od dobrych kilku minut w ciszy wpatrywała się w swój talerz. Nie wiedział, co zrobić. Nigdy nie był dobry w rozmowach od serca i czasem okazywało się to jego dość poważną wadą. Tak jak w tym momencie. Naprawdę chciał powiedzieć coś, co poprawi jej nastrój. Otworzył już nawet usta, lecz zaskoczony brakiem jakiegokolwiek pomysłu, po prostu je zamknął. Na szczęście roli mediatora/pocieszyciela podjął się Leo – młodszy brat Larissy, będący jej całkowitym przeciwieństwem.

- Nie przejmuj się, Viv – powiedział z pogodnym uśmiechem, tak bardzo przypominającym ten należący do jego matki. – Moja siostra, jak to Ślizgonka, czasem musi zapluć jadem. Inaczej by ją jeszcze wyrzucili ze Slytherinu. – Słysząc słowa swego brata bliźniaka, siedzący obok niego Ariel wykrzywił usta w dziwnym grymasie. Chyba nie zgadzał się z tą opinią.

- Dzięki, Mały – mruknęła, za co otrzymała pełne urazy prychnięcie. – No, nie burz się tak.

- Właśnie, Leo – dodała Larissa, uśmiechając się ironicznie. – Najmłodsi już tak mają.

Kiedy to mówiła, w jej głosie nie było jednak słychać zwyczajnej złośliwości. Wydawało się, że po prostu drażni się z sympatii. Vivienne tak bardzo zdumiała się tym spostrzeżeniem, że nie zauważyła, że wszyscy zamilkli. Dopiero dzięki Draconowi, który delikatnie szturchnął ją w ramię, zwróciła uwagę na ciszę, jaka zapadła przy stole. Szybko dostosowując się do sytuacji, wbiła spojrzenie w wuja Regulusa, podnoszącego się właśnie z krzesła.

- Witajcie, moi drodzy – rozpoczął swoją ceremonialną mowę. – Cieszę się, iż zgodziliście się przyjąć zaproszenie moje oraz Melissy na ten obiad. To ważne, aby rodzina pozostawała w bliskim kontakcie, zwłaszcza taka jak nasza. Blackowie mogą się bowiem poszczycić długą tradycją magiczną. Nasi przodkowie to wybitni czarodzieje i mądre czarownice. Płynie w nas ich drogocenna krew, nieskalana mugolską domieszką, dlatego możemy być dumni z tego, kim jesteśmy. Co prawda większość osób siedzących dziś przy tym stole nosi inne nazwisko. Jednakże nie zmienia to faktu, że wciąż pozostajemy rodziną połączoną szlachectwem pochodzenia i wzniosłym przeznaczeniem niesienia innym pomocy w zrozumieniu tego, gdzie w rzeczywistości przynależą. Świat stworzono za pomocą hierarchii, która w naszych czasach została nieco zachwiana i zlekceważona. Wkrótce jednak zostanie przywrócony odpowiedni porządek rzeczy. My zaś, jako czarodzieje czystej krwi, powinniśmy pomóc w realizacji tego zamysłu. Dlatego, moi drodzy, apeluję do was, a zwłaszcza do najmłodszych spośród tutaj zgromadzonych, o pamięć o swoich korzeniach. Nie zapominajcie, kim jesteście ani jakie jest wasze zadanie. – Tymi słowami Regulus Black zakończył swoje przemówienie, z godnością opadając na krzesło, które zajmował jeszcze kilka chwil temu.

W jadalni zaś wciąż panowała cisza. Vivienne niepewnie potoczyła wzrokiem po twarzach wszystkich członków swojej rodziny. Szukała w nich tego, co sama czuła. Niezrozumienia dla słów wuja, obrzydzenia tym magicznym rasizmem i zwątpienia w logikę wygłoszonej mowy. Z przerażeniem stwierdziła jednak, że u nikogo nie może dostrzec odbicia swoich emocji. Jej matka, ojciec oraz wuj Lucjusz patrzyli na gospodarza z uznaniem i aprobatą. Wydawało się, że wypowiedziane słowa są odzwierciedleniem ich własnych przekonań. Gotowi byli pomóc w przywróceniu właściwej hierarchii. Podobny wyraz twarzy miały jeszcze Larissa i ciotka Narcyza. One jednak prawdopodobnie nie były do końca świadome sposobu, w jaki wszystko ma się odbyć, lecz wydawały się popierać ideę czystości krwi. Nawet Melissa Black, co bardzo zszokowało Vivienne, patrzyła na męża z absolutnym zrozumieniem i pewnością. Dlatego też dziewczyna ze strachem zerknęła na siedzących naprzeciwko bliźniaków. Wyjątkowo ich twarze wyrażały to samo – zaciekawienie, wciąż nie akceptację, lecz do tego droga prawdopodobnie była już krótka. Na koniec Lestrange zdecydowała się jeszcze spojrzeć na Dracona, jej przyjaciela, jedynego człowieka, któremu chyba ufała, choć często wydawało jej się, że go nienawidzi. On jako jedyny pozostał niewzruszony względem wygłoszonej mowy. Nie zmienił wyrazu twarzy ani o jotę, a jego spojrzenie nadal było obojętne. Vivienne nie miała najmniejszego pojęcia, co Malfoy o tym wszystkim sądzi i to było dla niej najgorsze. Musiała z nim koniecznie porozmawiać. W tej chwili jednak na stole pojawiły się przeróżne potrawy, a wuj Regulus zaprosił zebranych na obiad. Chcąc, nie chcąc, Lestrange zmuszona została do przełożenia poważnej rozmowy na później. Teraz wszyscy zajęli się bowiem konsumpcją, przechodząc do pogawędek na zwyczajne tematy. Zły czas i miejsce, pomyślała dziewczyna, zajmując się swoim talerzem i jedzeniem, które się na nim znalazło. Jednakże apetyt jej nie dopisywał.

Okazja do rozmowy nadarzyła się dość szybko. Po zakończonym posiłku dorośli udali się do salonu, gdzie rozsiedli się wygodnie na kanapie i fotelach. Pojawił się tam też Stworek wraz z herbatą i słodkościami. Larissa zaszyła się w swoim pokoju, ćwicząc grę na fortepianie, a bliźniaki czekali u siebie, aż Vivienne oraz Draco do nich dołączą. Idąc tam, dziewczyna zastanawiała się, jak powinna rozpocząć rozmowę na temat, który ją nurtował. Niespodziewanie podpowiedzią okazało się drzewo genealogiczne rodziny Blacków, znajdujące się w jednym z mniejszych pokoi i zajmujące wszystkie jego ściany.

- Zawsze Czyści – przeczytała napis znajdujący się pod rodowym nazwiskiem. – Co o tym sądzisz? – nieoczekiwane pytanie zdumiało Malfoya.

- O czym?

- O naszym historycznym posłannictwie i wyższości w hierarchii magicznej – powiedziała nieco ironicznie, przyglądając się uważnie chłopakowi. – Po przemowie wuja Regulusa nie mogłam stwierdzić, czy go popierasz, czy nie – dodała, gdy jej towarzysz wciąż milczał.

- Ty jesteś temu przeciwna– zauważył spokojnie.

- Tak – potwierdziła po chwili milczenia.

Draco odwrócił od niej wzrok i przyjrzał się drzewu genealogicznemu. Odszukał siebie i przejechał dłonią po liniach łączących go z przodkami.

- Jesteśmy czarodziejami od pokoleń, możemy być z tego dumni.

- Malfoy, ja chcę wiedzieć czy…

- Zgadzam się z tym? – dziewczyna skinęła głową twierdząco, a potem otworzyła szerzej oczy, słysząc odpowiedź chłopaka: - Tak.

- Dlaczego?

- A dlaczego by nie?

- W tym nie ma żadnej logiki!

- Po co ci ona?

- Jak to…

- To jest tradycja.

- I to wszystko? – zapytała wzburzona.

- Nie, jeszcze lojalność, posłuszeństwo, przywiązanie…

- Draco, czy ty siebie słyszysz? – do jej głosu wdarła się nuta rozpaczy.

- Słyszę i słyszę również ciebie. Co cię tak nagle opętało? – zdziwił się, patrząc prosto w oczy kuzynki.

- Nic mnie nie opętało! Po prostu…

- Po prostu co, Vivienne?

Czarnowłosa dziewczyna spuściła głowę, zaciskając dłonie w pięści w niemej bezsilności. Sama nie wiedziała, o co jej chodzi. Zawsze sprzeciwiała się magicznej segregacji, ale tylko w duchu. Zupełnie jej nie rozumiała. Niemniej jednak nigdy nie miała odwagi, aby wypowiedzieć swoje myśli na głos. Nawet teraz robiła to tylko i wyłącznie przed człowiekiem, któremu ufała, w granicach zdrowego rozsądku oczywiście.

- Viv? – Malfoy dotknął delikatnie ramienia Ślizgonki, która poczuła w sobie nagle przypływ niesamowitej mocy. Nie chcę być tchórzem, pomyślała i z zaciętym wyrazem twarzy spojrzała ponownie na chłopaka, pytając:

- Czyli co? Krew ponad wszystko?

Jej buntownicze pytanie pozostało przez moment bez odpowiedzi. Draco dostrzegł w oczach dziewczyny iskry pewności, że to, co mówi, jest prawdą. I zdziwił się z tego powodu jeszcze bardziej, jednak nie dał po sobie niczego poznać. Doskonale wiedział, że takie poglądy mogą jedynie zgubić jego kuzynkę. Zdrajców krwi karano i wciąż karze się surowo. A ona najwyraźniej zmierzała do punktu krytycznego, w którym cały światopogląd ulegał załamaniu. Malfoy postanowił do tego nie dopuścić. Zbyt wiele razy widział swoją matkę płaczącą z tęsknoty za ukochaną siostrą Andromedą. Stąd też wiedział, iż nic nie jest warte takiego wewnętrznego cierpienia. W ułamku sekundy podjął decyzję. Wyprostował się dumnie i patrząc Vivienne w oczy, odpowiedział hardo:

- Tak, ponad wszystko.

Cała nadzieja opuściła nagle dziewczynę. Nie spodziewała się tak stanowczej odpowiedzi. Sądziła, że Draco się zawaha albo nawet przyzna jej rację. Niemniej jednak pierwszy raz w życiu postanowiła być nieugięta. Ze zdumieniem zauważyła, iż podoba się jej to uczucie.

- Jesteś absolutnie pewien? – zapytała, unosząc brwi. – A co jeśli…

- Jeśli?

- … ktoś, kogo kochasz, dopuściłby się zdrady krwi?

- Niby kto?

- No, nie wiem. Na przykład… - udała, że się zamyśliła, a potem dokończyła dość niepodziewanie: – Twój ojciec.

- Mój ojciec? – Draco parsknął śmiechem, nie dowierzając, że dziewczyna mogła naprawdę to powiedzieć. – Daj spokój. Wybrałaś dość nieadekwatny przykład.

- W takim razie może… - urwała, by po chwili dodać efektownym szeptem: - Ja?

Wstrząśnięty Malfoy nie wiedział, co powiedzieć. Otworzył usta, by zaraz szybko je zamknąć.

- O czym ty mówisz, Vivienne? – zapytał podenerwowany.

- Pytam tylko, czy byś to zrobił – jej stoicki spokój wydawał się być naprawdę nie na miejscu. – Zabiłbyś mnie, Draco, gdybym okazała się zdrajczynią krwi?

- Ja…

Lestrange zobaczyła we wzroku kuzyna wyraźne wahanie. Domyśliła się, że kładzie właśnie na szalach swej wewnętrznej wagi z jednej strony lojalność wobec rodziny i pochodzenia, a z drugiej ich dziwną i skomplikowaną przyjaźń. Żadna z wartości nie chciała jednak przeważyć, bo Ślizgon wciąż milczał, tocząc walkę z samym sobą. Zadowolona Vivienne, widząc to, uśmiechnęła się szeroko.

- No, właśnie – skomentowała krótko i odwróciła się, idąc w stronę schodów, aby dołączyć do czekających na nich bliźniaków.

Tego dnia nie podjęli już ponownie tematu, zupełnie jakby został całkowicie wyczerpany. Oboje wiedzieli, że nie było to jednak prawdą. Niewypowiedziane słowa wisiały nad nimi aż do końca wizyty. Dlatego też, gdy wreszcie się ona skończyła, oboje odetchnęli z ulgą. Vivienne, siedząc przy świecy zaczarowanej tak, aby nigdy się nie wypaliła, jeszcze tego samego dnia zapisała w swoim pamiętniku:

6 sierpnia 1997r.

Nie wiem, dlaczego tak naskoczyłam na Dracona. Może dlatego, że denerwuje mnie ta cała obsesja mojej rodziny na punkcie czystości krwi. Czy istnieje pomiędzy nami jakaś różnica, skoro wszyscy potrafimy posługiwać się magią? Nie rozumiem i naprawdę nie chcę tego zrozumieć.

Wizyta u wuja Regulusa na początku przebiegała jak zawsze, jednak potem odniosłam wrażenie, że coś się zmieniło. Szkoda tylko, że nie mam pojęcia co. Chciałabym wiedzieć, co myśleć i co robić. Dlaczego nie znam kogoś, kto mógłby mi to wskazać? Kończę. Nie mam sił, aby pisać dalej, chociaż tak wiele myśli krąży w mojej głowie. Czuję się całkowicie wyczerpana psychicznie i fizycznie.