Zbetowała: AlicjaFromWonderland


ROZDZIAŁ 7

LORD VOLDEMORT

Harry z niezwykłą uwagą pochylał się nad jednym z kociołków w ich domowej pracowni eliksirów. Właśnie dodawał ostatni składnik, który stanowił najistotniejszy element wywaru. Wstrzymując oddech, zamieszał najpierw trzy razy w prawo, a potem dwa w lewo. Z zachwytem przyglądał się, jak ciecz przyjmuje pożądaną, jasnoniebieską barwę. Kiedy zakończył wszystkie czynności i stwierdził w duchu, że uwarzył eliksir poprawnie, podniósł głowę i z szerokim uśmiechem na ustach spojrzał na stojącą obok matkę.

- Skończyłem – zakomunikował, a potem poczekał, aż kobieta będzie mogła do niego podejść.

Nie nastąpiło to od razu, gdyż sama zajmowała się przygotowywaniem innej mikstury. O ile się nie mylił, eliksiru tojadowego dla Remusa, ich przyjaciela-wilkołaka. Mężczyzna uczęszczał niegdyś do szkoły z jego rodzicami i ojcem chrzestnym. Był jednym z najlepszych uczniów w szkole. Niestety ze względu na swoją przypadłość, zwaną przez Łapę „małym futerkowym problemem", nigdy nie został nigdzie zatrudniony na stałe. Co prawda od czas do czasu udało mu się pracować gdzieś dorywczo. Przez rok uczył nawet obrony przed czarną magią w Hogwarcie, ale złożył rezygnację, gdy uczniowie dowiedzieli się, że jest wilkołakiem.

Harry bardzo żałował, iż sytuacja zmusiła mężczyznę do odejścia. Był wtedy w trzeciej klasie i naprawdę lubił zajęcia prowadzone przez Remusa. Dzięki niemu wiele się wtedy nauczył. Ten rok pozwolił im również na poznanie się bliżej, poza tym Harry wiele zawdzięczał profesorowi. W końcu to Lupin wyjaśnił mu trochę uczucia Jamesa i przekonał go, że jego ojciec wcale go nie nienawidzi. Ta rozmowa wpłynęła na nieznaczne ocieplenie stosunków pomiędzy Potterami, lecz niestety nie była w stanie rozwiązać sprawy całkowicie.

Naprawa ich relacji była niemożliwa. Przynajmniej tak uważał sam Harry. Zawsze czuł, iż w pewnym sensie nie spełnił oczekiwań ojca. Nie trafił do Gryffindoru, nie należał do szkolnej drużyny quidditcha oraz nie wyróżniał się na żadnym innym polu, które mogłoby być powodem dla ojcowskiej dumy. Początkowo te niedopowiedzenia wisiały między nimi, burząc wszelkie bliższe relacje. Harry jako jedenasto- czy też dwunastolatek nie rozumiał do końca w czym rzecz. Wyczuwał tylko pewną blokadę. Odetchnął z ulgą dopiero wtedy, gdy rolę ukochanego syna Jamesa przejęła jego młodsza o dwa lata siostra.

Jocelyn była taka, jaka powinna być idealna córka. Radosna, trochę roztrzepana, nieprzejmująca się zasadami i skora do żartów Gryfonka oraz ścigająca drużyny hogwardzkich Lwów. Ojciec był nią zachwycony, odnajdując w jej osobie żeńską wersję siebie sprzed lat. Harry nie był jednak zazdrosny o siostrę, wręcz przeciwnie, czuł wdzięczność. Dzięki niej konflikt na linii ojciec-syn zszedł na dalszy plan i obydwaj zainteresowani mogli udawać, że nigdy nie istniał. Będąc w cieniu Jocelyn, młodszy Potter czasem szukał czegoś, choć sam nie wiedział czego, co zwróciłoby na niego uwagę Jamesa. W życiu jednak by się do tego nie przyznał. To nawet nie on, lecz zawsze ciekawski i kochający psychologiczne rozważania Chris, doszedł do tego wniosku. Harry nigdy się z nim nie zgodził, ale wiedział, że młody Ślizgon ma rację. Mimo tej chęci zwrócenia uwagi Jamesa, Potter ostatnio pogodził się już z tym, że nigdy nie będzie wymarzonym synem swego ojca. Atmosfera chłodnej akceptacji, przerywana od czasu do czasu bardziej żywiołową kłótnią, wydawała się być stanem najbardziej zbliżonym do ideału w ich przypadku. Nie liczył na nic więcej, a miał tylko nadzieję, iż ich relacje się nie pogorszą. Stwierdził po prostu, że nie wszystko musi układać się według jego myśli.

Minęło kilka minut, podczas których zamyślony Harry przyglądał się niespiesznie mknącym po niebie chmurom. Tak bardzo skupił się na swoich rozmyślaniach, że nie dostrzegł, że jego matka również skończyła warzyć eliksir. W tej chwili stała zaś obok kociołka syna i z uznaniem przypatrywała się zawartości naczynia. Już chciała wyrazić swą aprobatę, gdy nagle dostrzegła letarg, w który popadł chłopak. Zmarszczyła brwi i uważniej przyjrzała się synowi, zastanawiając się nad tym, co może go trapić. Westchnęła cichutko, ze smutkiem stwierdzając, iż ostatnio stał się zbyt skryty, by mogła to po prostu odczytać z jego oczu.

- Harry – powiedziała kobieta, zwracając przy tym na siebie uwagę młodego czarodzieja. – Eliksir został uwarzony perfekcyjnie. Jestem pod wrażeniem.

Chłopak uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. Jego myśli powędrowały zaś mimowolnie do okresu, w którym uważał przygotowywanie mikstur za piekielne zajęcie. Dziś nie potrafił uwierzyć, że mógł mieć z tym takie problemy. Wszystko zmieniło się dosłownie w jednym momencie. Dostrzegł wówczas w eliksirach to, co widziała jego matka. Niezwykłą moc i stałość. W końcu… Ojciec mógł przestać kochać syna, ale… Skórka boomslanga nigdy nie mogła przestać być składnikiem eliksiru wielosokowego.

- Harry – zmartwiony głos Lily przywrócił go do rzeczywistości. – Co się stało? Masz jakiś problem?

- Nie – zaprzeczył energicznie, siląc się przy tym na przekonujący uśmiech.

- Przecież widzę. Co się dzieje? – Pani Potter nie dała się zbić z tropu. W zamian za to jeszcze uważniej przyjrzała się synowi.

- Dlaczego sądzisz, że coś musi?

- Och! – westchnęła już zirytowana. – Jesteś taki sam jak ojciec. – Harry drgnął, słysząc te słowa, a potem pełen rezygnacji wyszeptał, jakby do siebie:

- Nie sądzę.

Rudowłosa kobieta usłyszała jednak, co powiedział, i posmutniała. Jednakże nie skomentowała jego słów. Już dawno postanowiła wycofać się z tego konfliktu. Nie mogła ani opowiedzieć się po żadnej ze stron, ani pogodzić zwaśnionych Potterów. Jakiś czas temu Łapa wytłumaczył jej, że James i Harry muszą dojść do wszystkiego sami i wybaczyć sobie nawzajem różne przykrości z własnej nieprzymuszonej woli. Dlatego też w tej chwili czarownica postanowiła zrezygnować z drążenia tej sprawy i szybko zmieniła temat, uśmiechając się delikatnie.

- No, więc, mój drogi… - zaczęła, zakładając ręce i opierając się o stolik, na którym stał kociołek. – Co planujesz robić po Hogwarcie? – a zobaczywszy uniesione brwi syna, dodała: - Jeszcze się nam nie pochwaliłeś.

- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, mamo, sama tak zawsze mówisz.

- I jak zwykle mam rację – zauważyła rozbawiona. – Tylko że w moim przypadku to nie ciekawość mną przemawia a troska.

- No, tak… - mruknął chłopak, wzruszając ramionami.

- A zatem? Co zamierzasz robić?

Na chwilę zapadła cisza. Lily ze zdziwieniem zauważyła niepewność i zagubienie malujące się na twarzy młodego czarodzieja. Nie spodziewała się tego. Harry co prawda nie lubił się zwierzać, lecz zawsze zakładała, że ma pomysł na swoje życie i wie, jak nim pokierować. Dopiero teraz tchnęło ją przeczucie, iż może być w błędzie.

- Harry – ponagliła go.

- Jeszcze się nie zdecydowałem – odpowiedział ostrożnie.

- Masz niewiele czasu.

- Wiem. – Lakoniczna odpowiedź miała chyba zakończyć niezbyt komfortową rozmowę, ale kobieta zignorowała tę delikatną aluzję.

- W taki razie jakie rozważasz opcje?

Chłopak spiął się. Zwykle matka nie była tak dociekliwa. Szanowała potrzebę prywatności i nie zmuszała do mówienia. Teraz zresztą też tego nie robiła, ale Potter czuł, że brak konkretnej odpowiedzi pozbawi go przed nią twarzy. A tego nie chciał. Zdecydował się zatem powiedzieć to, co przyszło mu na myśl jako pierwsze.

- Akademia eliksirów albo… magomedycyna. – Lily zmrużyła oczy, usłyszawszy brak przekonania w jego głosie.

- Nie mówisz tego tylko po to, aby mnie zbyć, prawda?

- Skąd! – żachnął się, w duchu zastanawiając się jednocześnie, jaka rzeczywiście jest prawda.

- To dobrze – głos kobiety złagodniał, gdy dodała potem: - Masz ambitne plany.

- Taa…

- Profesor Slughorn na pewno się ucieszy. Zawsze kiedy mnie widzi, nie może się ciebie nachwalić.

- Lubi przesadzać.

- O, tak – Lily zaśmiała się wesoło, przez co wydała się być młodsza o dwadzieścia lat. – Niemniej w tym przypadku raczej się nie myli – mruknęła i spojrzała na zawartość kociołka znajdującego się za jej plecami.

- Mamo… - zaczął Harry, lecz nie dokończył. Przerwało mu czyjejś wołanie, którego stłumiony dźwięk dochodził skądś nad ich głowami.

- To na pewno Łapa – mruknęła Lily, kierując się w stronę drzwi, a Potter ruszył zaraz za nią.

W salonie pojawili się równocześnie. Zastali tam, jak przepowiedziała kobieta, Syriusza siedzącego na kanapie i bawiącego się różdżką. Miał na sobie strój aurora, czyli szarą, sięgającą kolan szatę z obszernym kapturem zapiętą na srebrną sprzączkę. Spod niej widoczny był czarny podkoszulek bez żadnych nadruków oraz spodnie tego samego koloru z ogromną ilością magicznie powiększonych kieszeni na najróżniejsze rzeczy. Dodatkowo do piersi mężczyzny przypięta była odznaka z dużą złotą literą „G" oznaczająca stanowisko gestora, a trochę niżej jasną zielenią błyszczało nazwisko „Black". Uniform ten w wielu ludziach budził szacunek, ale też i lęk. Harry'emu zaś kojarzył się z wizerunkiem ojca, człowieka odważnego i pewnego siebie. Kiedy miał kilka lat, z podziwem obserwował Jamesa ubranego w szaty aurorskie. Za każdym razem przyrzekał sobie wtedy, że pewnego dnia będzie taki sam. Z czasem jednak dziecięce marzenia okazały się niemożliwą do spełnienia mrzonką. Bycie czyjąś kopią było po prostu niemożliwe i Harry doskonale o tym wiedział.

Pojawienie się w pokoju dwójki Potterów wywołało na przystojnej twarzy Blacka szeroki uśmiech. Należał on do wąskiego grona mężczyzn, którym czas nie szkodził, ale pomagał w uwydatnieniu typowo męskich rysów. Jego przystojnej twarzy nie burzyła nawet cienka blizna przebiegająca przez prawy policzek, gdyż dodawała mu ona aury tajemniczości i pewnej drapieżności. Dodatkowo, często goszczący na jego ustach zawadiacki uśmiech sprawiał, iż wyglądał niezwykle młodo. Wiele kobiet nie potrafiło mu się oprzeć, co sam zainteresowany lubił wykorzystywać. Należał bowiem do Klubu Wiecznych Kawalerów, co często powtarzała mu Lily, kiwając z politowaniem głową nad każdą jego opowieścią o nowym podboju. Harry jednak, w przeciwieństwie do niej, słuchał tych historii z rozbawieniem, zauważając przy tym niezwykłe podobieństwo charakterów swojego ojca chrzestnego oraz przyjaciela Seana.

- Dobrze was widzieć – przywitał się nowoprzybyły. – Już myślałem, że zostaliście porwani. Wołam i wołam… A tu nic!

- Łapo – westchnęła rudowłosa kobieta. – Masz za bujną wyobraźnię. A pomyśleć, że jako gestor powinieneś być bardziej rozgarnięty.

- No, wiesz… - oburzył się demonstracyjnie, a potem, puszczając oko do chrześniaka, dodał: - Ostatecznie jedno drugiemu nie przeczy, nie uważasz?

- Chyba tylko według ciebie – zauważyła. – Przyszedłeś po Jamesa?

- Ta… Za godzinę mamy patrol w Hogsmeade – mężczyzna nie wydawał się być ani trochę zadowolony z tego faktu, co nie uszło uwadze Pottera.

- Nie mogliście tego zrzucić na kogoś innego? W końcu to wy dowodzicie.

- Teoretycznie tak, Młody.

- A praktycznie?

- Specjalne zalecenie Scrimgeoura – mruknął ze skwaszoną miną. – Redakcja „Proroka Codziennego" organizuje jakąś zamkniętą imprezę w „Trzech Miotłach" i potrzebna jest dobra ochrona, żeby go potem znowu nie obsmarowali w jednym z artykułów.

- Jakby nie patrzeć ostatnio trochę mu się oberwało.

- Jakoś specjalnie nie ubolewam nad tym faktem – stwierdził sarkastycznie Black, a potem zerknął przelotnie na Lily, która od kilku chwil uśmiechała się zadziornie.

- Dorcas pewnie też tam będzie – powiedziała pozornie bez związku z omawianą kwestią, patrząc przy tym znacząco na mężczyznę. – Teraz sobie przypominam, że coś mi tam wspominała.

- Pracuje w „Proroku", więc raczej się nie wykręci – stwierdził i wzruszył ramionami.

- Dawno się chyba nie widzieliście, co?

- Evans, Evans… - Syriusz pokręcił głową z politowaniem, ale w jego oczach pojawił się też dziwny blask. – Nudzi ci się. – Kobieta prychnęła urażona i podeszła do kominka.

- Pójdę po Jamesa.

- Nie denerwuj się tak, Lily. Nie musisz przede mną uciekać. Wystarczy, że wyślesz mu patronusa.

- To nie o to chodzi – zauważyła, wyraźnie smutniejąc. – Po prostu nie chcemy teraz zostawiać Dorei samej. Jeszcze się nie pozbierała.

- No tak. Racja. Poczekam tutaj.

Czarownica zniknęła w szmaragdowych płomieniach. W salonie zaś zapanowała cisza. Beztroski nastrój sprzed kilku chwil ulotnił się zupełnie. Harry w milczeniu przyglądał się zamyślonej twarzy ojca chrzestnego. Wiedział, czego dotyczą jego myśli.

- Czy już coś wiadomo? – zapytał.

- James ci nie mówił?

- Wiesz, jak jest – mruknął niezadowolony, patrząc spode łba na mężczyznę.

- Harry…

- Tak, tak… - przerwał mu szybko, zanim zdążył wygłosić swoją zwykłą mowę. – A zatem? – Syriusz przyglądał się chłopakowi przez moment, a potem, jakby stwierdzając, iż nie warto drążyć kwestii spornej, powiedział:

- Biuro zamknęło sprawę całkowicie. A my chwilowo nie mamy żadnego punktu zaczepienia.

- To niezbyt dobra wiadomość.

- Powiedziałbym, że nawet beznadziejna.

- Ta… - westchnął i dodał, wpatrując się w dywan. – Tata jest ostatnio bardzo podenerwowany.

- Nie dziwię mu się.

- Sądzisz, że… - urwał, by spojrzeć w oczy chrzestnego. – Czy, według ciebie, dziadka mogli zabić Zamaskowani?

- Na początku tak myślałem, ale potem odrzuciłem tę opcję.

- Dlaczego?

- Nie zostawili żadnego znaku rozpoznawczego. A oni tak nie robią.

- Skąd wiesz? Ostatecznie ataków nie było aż tak wiele.

- Wystarczająco, by stali się rozpoznawalni – stwierdził kategorycznie Black. – To nie oni, Harry.

- Szkoda – mruknął w odpowiedzi, a widząc zszokowane spojrzenie mężczyzny, kontynuował: - Przynajmniej byśmy wiedzieli. A tak?

To pytanie bez odpowiedzi zawisło między nimi, sprawiając, iż obydwaj pogrążyli się w swoich rozmyślaniach. Zadumę przerwało dopiero pojawienie się Jamesa, który stanął w salonie z równie ponurą miną. Nie wyglądał zbyt dobrze. Był blady i zmęczony, a jego przekrwione oczy stanowiły dowód wielu nieprzespanych nocy.

- Cześć, Łapo – przywitał się cicho, próbując przywołać na usta swój zwyczajny uśmiech. – Co tak wcześnie? Mamy jeszcze mnóstwo czasu.

- Specjalne zalecenie – powiedział lekceważąco Black. – Jakaś odprawa, podział zadań i tak dalej.

- Czyli tak szybko się z tym nie uwiniemy.

- Szczerze w to wątpię.

- Zatem czeka nas kolejny nudny i bezowocny wieczór – mruknął niezadowolony James, który zdecydowanie wolał spożytkować ten czas inaczej.

- Chyba że Zamaskowani znowu zaatakują – wtrącił Harry, wzruszając ramionami. Jego słowa spotkały się z dość ostrą reakcją ze strony ojca. Podniósł on bowiem gwałtownie głowę i mrużąc oczy, zapytał podejrzliwie:

- Czyżbyś o czymś wiedział?

- Co? – nastolatek otworzył ze zdumienia usta.

- Pytam się czy…

- Wiem, o co ci chodzi! – przerwał wściekły Harry i poderwał się szybko z fotela, na którym siedział. – Po prostu nie rozumiem, jak mogłeś mnie o to zapytać, tato. – Ostatnie słowo zaakcentował w sposób szczególny. James słysząc to, spiął się i zrugał w myślach za ten bezmyślny atak. Ostatnio był bardzo zdenerwowany i czasem tracił nad sobą panowanie. Tak jak i teraz. Przypuszczenie, które wysnuł, bez wątpienia zasługiwało na miano absurdalnego. W lot zrozumiał oburzenie syna. Dlatego też, przecierając dłonią oczy, odezwał się zmęczonym głosem:

- Wybacz, Harry. Nie to miałem na myśli.

- Jasne – mruknął chłopak. – Pójdę już do siebie. Cześć, Łapo. – I wyszedł odprowadzany spojrzeniami dwójki wpatrzonych w niego mężczyzn. Kiedy tylko zniknął za drzwiami, ponownie odezwał się James:

- Tak, wiem – odwrócił się przy tym do Syriusza patrzącego na niego wyczekująco.

- Rogacz, po prostu… Daj spokój. Dlaczego nie możecie normalnie porozmawiać? Tak jak kiedyś?

- To nie takie proste.

- Oczywiście, że jest…

- Łapo! Tylko bez moralizatorskich mów, proszę. Dziwnie się czuję, wysłuchując ich od ciebie.

- A widzisz? Ja, w przeciwieństwie do ciebie, dorosłem – rzekł chełpliwie i uśmiechnął się szeroko, czym już o wiele bardziej przypominał Potterowi dawnego przyjaciela.

- Powiedzmy… - westchnął.

- No, dobra, Rogaty. Zbieraj się. Nie mamy całego dnia!

Po tym rozporządzeniu pan domu zniknął na chwilę w swoim gabinecie, by już kilka minut później pojawić się z powrotem w salonie w pełnym rynsztunku. Wówczas mężczyźni w milczeniu wyszli przed dom i razem deportowali się do Hogsmeade, gdzie też czekała ich służba. Po przybyciu skierowali swe kroki do „Trzech Mioteł". Tam miała odbyć się krótka odprawa, która tak, jak zapowiedziano, nie trwała długo. Potter i Black otrzymali na niej przydział do patrolowania ulicy oraz najbliższej okolicy wokół pubu. Inni mieli kręcić się po miasteczku bądź też znajdować się w „Trzech Miotłach". Nic nie zapowiadało kłopotów. Spokojny i pogodny czwartkowy wieczór wydawał się być na to stanowczo za zwyczajny.

Z lokalu od czasu do czasu dobiegały wesołe okrzyki i dźwięki muzyki. Widocznie redakcja „Proroka" bawiła się wyśmienicie. James i Syriusz przemierzali ulicę obok pubu już po raz któryś z kolei. Byli straszliwie znudzeni, gdyż nie działo się nic ciekawego. Tę przymusową bezczynność szczególnie źle znosił Łapa, zwłaszcza tuż po tym, gdy w oknie parę razy mignęła mu znajoma kobieca postać. James nic nie mówił, ale widział, jak jego przyjaciel wodzi za nią wzrokiem. Domyślał się też, czego mogą dotyczyć w tej chwili myśli mężczyzny, lecz mimo to nie skomentował sytuacji ani słowem.

Zegar wskazywał godzinę dwudziestą trzecią. Zrobiło się całkowicie ciemno, gdyż nawet księżyc skrył się za chmurami zwiastującymi pogorszenie pogody. Na ulicy panowała niesamowita cisza, którą mąciły jedynie stłumione odgłosy zabawy dochodzące zza drzwi pubu Madame Rosmerty. Dwaj aurorzy wciąż przemierzali ulicę, wypatrując potencjalnego zagrożenia. Teraz stało się to jednak trudniejsze ze względu na ograniczoną widoczność. Skupieni na swoim zadaniu, już jakąś godzinę temu zrezygnowali z beztroskich rozmów. Żaden z nich nie chciał się do tego przyznać, lecz zbytni spokój wzbudził w nich nerwowość. Z każdą minutą rosło w nich to dziwne uczucie, podczas którego oczekujesz czegoś strasznego, jednak tak właściwie nie wiesz, jak to coś powinno wyglądać. Niemniej zawodowe doświadczenie mężczyzn ostrzegało ich, że zbliża się niebezpieczeństwo.

Minęło kolejne pół godziny, a sytuacja wydawała się pozostawać bez zmian. W „Trzech Miotłach" trwała zabawa, a na dworze panował spokój. Aczkolwiek, kiedy tylko James o tym pomyślał, wydarzyło się coś zaskakującego. W pubie nagle i bez ostrzeżenia zgasło światło i lokal pogrążył się w całkowitej ciemności. Nagła zmiana zbudziła w wielu pracownikach „Proroka" strach, stąd też momentalnie zrobiło się zamieszanie. Okrzyki mieszały się ze sobą i nie można było zrozumieć, czego tak właściwie dotyczą. Zaalarmowani aurorzy rozejrzeli się wokoło, szukając potencjalnego zagrożenia, jednak, jak można było przewidzieć, niczego ani nikogo nie znaleźli. Ich uwaga skupiła się zatem ponownie na „Trzech Miotłach". W pomieszczeniu bowiem z powrotem zrobiło się jasno.

- To tylko awaria – mruknął Syriusz, wypuszczając powietrze z ust. Spojrzał przy tym na Jamesa, który wydawał się być naprawdę zaniepokojony.

- Nie sądzę – zauważył. – Tam jest zbyt cicho. - Po tych słowach i Black usłyszał tę nienaturalną ciszę, która zapadła w lokalu.

Mężczyźni spojrzeli sobie w oczy i nieznacznie skinęli głowami. Następnie ostrożnym krokiem i nie przestając rozglądać się wokoło, podeszli do drzwi. Potter otworzył je powoli, trzymając różdżkę cały czas w pogotowiu. Nie zauważył jednak nic niepokojącego. Razem z Syriuszem wszedł zatem do środka. Zgromadzeni tam stali, nie odzywając się do siebie ani słowem. Wszyscy zaś jak jeden mąż wpatrywali się w ścianę za barem. Dwaj aurorzy, wiedzeni instynktem, również tam spojrzeli i stanęli jak wryci. Ktoś za pomocą magii postanowił zostawić wiadomość.


Jam jest Lord Voldemort, który przywróci właściwy porządek w świecie magii.

1. Szlamy nie są godne nazywania ich czarodziejami.

2. Mugole nie mają prawa, aby żyć.

3. Charłacy powinni zostać wydziedziczeni – są objęci klątwą.

4. Tylko czystokrwiści mogą obejmować ważne stanowiska.

5. Czarodziej wywodzący się z rodu szlacheckiego i z pokolenia na pokolenie magicznego ma prawo decydować o losie szlam i charłaków.

6. Półkrwi czarodzieje stoją w magicznej hierarchii wyżej niż szlamy i charłacy, lecz nie posiadają żadnych praw pozwalających im na sprzeciwianie się czystokrwistym.

7. Magiczne stworzenia należy całkowicie podporządkować czarodziejom.

8. Szlamy powinny oddać swoje różdżki i zgłosić się dobrowolnie do służby ich czystokrwistym panom.

9. Każdy czarodziej, mugol czy charłak sprzeciwiający się właściwej hierarchii musi zginąć.

10. Nadrzędnym zadaniem każdego czarodzieja powinna stać się od teraz konieczność oczyszczenia naszej magicznej rasy.


Pod spodem zaś widniał skrzący się jasnozielonym kolorem Mroczny Znak.

- Merlinie… - zszokowany szept Syriusza w panującej w lokalu ciszy rozbrzmiał niczym wystrzał z armaty. Nikt poza nim nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Przerażenie ścisnęło serca zebranych. Właśnie dotarło do nich, że nadchodzą naprawdę trudne czasy, a oni nie mogą zrobić nic, aby je powstrzymać.