Zbetowała: AlicjaFromWonderland


ROZDZIAŁ 8

GOŚCIE Z NORWEGII

Od kilku dni w domu państwa Lestrange panowało dziwne podniecenie. Tak bowiem ten stan wyczekiwania odbierała Vivienne. Odnosiła wrażenie, iż rodzice coś przed nią ukrywają. Wydawało się, że owa rzecz bardzo ich cieszy. Dziewczyna nie miała jednak bladego pojęcia, o co może chodzić. Próbowała delikatnie wybadać sprawę, lecz wszyscy milczeli jak zaklęci. Tylko raz stary skrzat domowy przyznał, że czeka ją pewna niespodzianka. Vivienne jednak, znając swą rodzinę, wcale nie była pewna, czy będzie z niej zadowolona. Z tego też powodu odczuwała wewnętrzny niepokój pogłębiany dodatkowo przez oczekiwanie. Ona jako jedyna nie wiedziała, kiedy ta niespodzianka ją spotka. Na szczęście sprawa wyjaśniła się jeszcze w tym samym tygodniu.

W niedzielne popołudnie w posiadłości Lestrangów panowało małe zamieszanie. Skrzaty domowe uwijały się pracowicie w kuchni, szykując bardzo wystawną kolację. Pani domu wyjątkowo sprawdzała każde ich posunięcie, łajając za najdrobniejsze błahostki. Jak sama powtarzała, tego wieczoru wszystko musiało być wyjątkowe. Vivienne nie wiedziała jednak dlaczego. Co prawda z wizytą zapowiedział się dziadek Lestrange, a on ubóstwiał perfekcję, jednakże matka nigdy nie reagowała tak nerwowo na jego odwiedziny. Doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, że mężczyzna uważał ją za idealną żonę dla swojego syna. Była wręcz przez niego hołubiona. Stąd też zdumiona Vivienne naprawdę nie miała bladego pojęcia z jakiego też powodu powstało takie zamieszanie. Więcej światła na sprawę rzucił ojciec, jak zwykle spokojny i niewzruszony, który poinformował córkę o planowanym przybyciu dodatkowych gości. Kogo jednak miał na myśli, tego nie zdołała się dowiedzieć. Wnioskując z zachowania matki, dziewczyna stwierdziła, iż musi to być ktoś ważny, gdyż zazwyczaj Bellatrix nie zniżała się do tak pospolitych czynności jak nadzorowanie elfów domowych przy pracy.

Tego dnia czas do kolacji dłużył się Vivienne niemiłosiernie. Odczuwała swego rodzaju zaciekawienie nieznanymi przybyszami i zupełnie nie wiązała ich z tajemniczą niespodzianką, o której wiedzieli wszyscy za wyjątkiem jej samej. Kiedy jednak zaczęła zbliżać się godzina dziewiętnasta, a wraz z nią pora przybycia gości, do serca Ślizgonki niepostrzeżenie wkradł się niepokój. Nie pozwoliła mu się jednak opanować i pełna wcześniejszej ciekawości przebrała się w szatę typową dla magicznych arystokratek, wybraną wcześniej przez matkę. Była długa do ziemi i miała delikatnie rozszerzane rękawy. Uszyto ją z bardzo delikatnego szmaragdowego materiału, który falował przy każdym, najdrobniejszym nawet ruchu. Dodatkowo znajdujący się w talii czarny szeroki pas uwydatniał doskonałą figurę dziewczyny, sprawiając, że wydawała się jeszcze wyższa i jeszcze smuklejsza. Okrągły dekolt szaty obszyty był kamieniami szlachetnymi, błyszczącymi w świetle lamp i nadającymi całości aury zamożności.

- To nie ja – wyszeptała smutno Vivienne, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Wyglądała poważnie i dystyngowanie, jak dumna potomkini szlacheckiego rodu czarodziejów czystej krwi. Na ten wieczór znowu miała stać się tym, kim chciała widzieć ją matka.

Dziesięć minut przed godziną dziewiętnastą państwo Lestrange wraz z córką w pełni przygotowani oczekiwali swoich gości w salonie. Siedzieli tam w zupełnej ciszy, jakby bali się przegapić moment ich przybycia. Wreszcie, punktualnie o siódmej, w głowach domowników rozbrzmiał dźwięk magicznego dzwonka. Do drzwi wejściowych podszedł jeden ze skrzatów, ubrany w porządniejszą niż zazwyczaj chustę z wyszytym herbem jego rodziny. Po chwili w holu zrobiło się małe zamieszanie, a Rudolf jako gospodarz poszedł przywitać przybyłych. Nie było go zaledwie kilka minut. Do salonu wrócił już w asyście gości. Vivienne przyjrzała się im z zainteresowaniem.

Dziadka Lestrange'a znała doskonale, dlatego jego widok nie wzbudził w niej żadnych nowych odczuć. Jak zawsze zimny i jak zawsze wyniosły sprawiał, że pod jego badawczym spojrzeniem zaczynały drżeć jej ręce. Tym razem wzrok mężczyzny wydawał się jednak łagodniejszy, zaryzykować by można stwierdzenie, że przepełniała go duma. Vivienne zdziwiła się, lecz nie roztrząsała dłużej tej sprawy. Uwagę skupiła natomiast na nieznanych jej dotąd czarodziejach.

Najstarszy z nich był postawnym mężczyzną o szerokich ramionach i pokaźnym wzroście. W żadnym wypadku nie przypominał jednak Hagrida, szkolnego gajowego. Proporcje jego ciała zostały doskonale wyważone, a on sam pomimo magicznych umiejętności wydawał się przyzwyczajony do pracy fizycznej, co, jak zgadywała Vivienne, prawdopodobnie wynikało ze szczególnego charakteru jego profesji. Od całej postaci przybysza biła zaś pewność siebie, która mogłaby onieśmielać innych, gdyby nie łagodne spojrzenie szaro-niebieskich oczu mężczyzny. Sprawiały one, że jego surowa i pociągła twarz przestawała kojarzyć się z okrutnym wikingiem. Czarodziej mógł mieć jakieś pięćdziesiąt lat, o czym świadczyła powoli siwiejąca czarna czupryna.

Stojąca obok niego kobieta o przeciętnym wzroście, prawdopodobnie jego żona, stanowiła całkowite przeciwieństwo mężczyzny. Blondynka, niebieskie oczy i wątła postura. Na pewno można było nazwać ją piękną, jednak jej uroda należała do rodzaju, który określa się mianem „lodowej piękności". Szczególnie podkreślały to jej blada cera i dumnie uniesiona głowa. Vivienne zadrżała, gdy chłodne spojrzenie kobiety otaksowało ją od góry do dołu. Wiedziała, że z nią nie warto zadzierać.

Za tą dwójką podążał młody mężczyzna, około dwudziestodwuletni. Podobnie jak ojciec był bardzo wysoki, lecz już nie tak mocno umięśniony. Swoje krótko ostrzyżone blond włosy musiał odziedziczyć po matce, podobnie jak oczy, które w tym momencie wyrażały uprzejme zainteresowanie. Kiedy jednak spojrzenia młodego gościa i Vivienne się spotkały, dziewczyna dostrzegła w jego błękitnych tęczówkach pewien błysk, a skrywana dotąd obojętność ulotniła się w jednej chwili. Zmieszana Ślizgonka szybko odwróciła wzrok, wbijając go w swojego dziadka, który właśnie dokonywał wzajemnej prezentacji.

- Niech będzie mi wolno przedstawić państwu moją synową Bellatrix oraz wnuczkę Vivienne – powiedział, wskazując na wymienione. – Mojego syna Rudolfa poznaliście już przed chwilą.

Czarodzieje skinęli sobie głowami na powitanie w geście pełnym szacunku. Po chwili Senior Lestrange kontynuował:

- Bello, Vivienne poznajcie pana i panią Northug oraz ich syna Axela Ludviga. Pochodzą oni z Norwegii i należą do rodu, który od lat zajmuje się wyrobem różdżek. Zostaną w Anglii przez jeszcze kilka dni.

- Bardzo nam miło – powiedziała Bellatrix uprzejmie, bez śladu zwyczajowej uszczypliwości.

- W takim razie teraz, gdy już się poznaliśmy – wtrącił gospodarz – zapraszam wszystkich do stołu. Kolacja jest gotowa, a państwo na pewno zgłodnieli.

- Muszę przyznać, że się pan nie myli – zaśmiał się starszy z Norwegów, położywszy dłoń na swoim brzuchu.

- A zatem proszę za mną – powiedziawszy to, Lestrange ruszyła w stronę jadalni. Za nią podążyła Vivienne, czując za plecami obecność gości. Szczególnie zdawała zaś sobie sprawę z intensywnego i badawczego spojrzenia Axela Ludviga.

Po chwili wszyscy znaleźli się przy suto zastawionym stole, gdzie każdy miał już wyznaczone swoje miejsce. Zajęli je w ciszy, by w należnym skupieniu wysłuchać krótkiej przemowy gospodarza, dotyczącej oczywiście radości ze wzajemnego spotkania oraz życiowej misji czarodziejów czystej krwi. Słuchając tego po raz kolejny, Vivienne skrzywiła się w myślach. Zupełnie tego nie rozumiała. Jednak goście wydawali się słuchać jej ojca z zainteresowaniem.

- A teraz życzę wszystkim smacznego – tymi słowami Rudolf zakończył swoją przemowę, sprawiając, że młoda Ślizgonka mogła wreszcie odetchnąć z ulgą.

Nie podnosząc wzroku znad stołu, zabrała się do nakładania na talerz różnych potraw. Przez cały czas czuła na sobie spojrzenie młodego Norwega. Nie była to dla niej komfortowa sytuacja, lecz postanowiła zignorować natręta. Trwając w tym postanowieniu, przez kilka minut nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Dopiero po chwili przyszło jej na myśl, iż w ten sposób może okazywać mu brak szacunku, co z jej strony było przejawem prawdziwej nieuprzejmości zważywszy na jego status gościa. Chcąc się szybko zrehabilitować, podniosła głowę, nawiązując z młodzieńcem kontakt wzrokowy. Wydawał się dość zaskoczony, ale i zadowolony z tak nagłej zmiany. Uśmiechnął się delikatnie w odpowiedzi, a Vivienne pomyślała, że wygląda wtedy naprawdę sympatycznie i mimowolnie odwdzięczyła mu się tym samym. Podczas posiłku nie zamienili jednak ze sobą ani słowa, co jakiś czas tylko na siebie spoglądając.

W tym samym czasie przy stole trwała ożywiona dyskusja na temat rodzinnej profesji państwa Northug. Zarówno dziadek Lestrange jak i Rudolf z wielkim zaciekawieniem przysłuchiwali się opowieściom o różdżkach, próbując jednocześnie dowiedzieć się czegoś o sposobie w jaki powstają. Norwegowie jednak twardo strzegli swych tajemnic i przyzwyczajeni do ciekawości innych, obracali wszystko w żart. Chociaż w przeciwieństwie do męża pani Nortug wydawała się odrobinę zirytowana i rozdrażniona. Widocznie była o wiele bardziej zazdrosna o ich dziedzictwo.

- A zatem drewno potrzebne do wyrobu nie może być pozyskane przy pomocy magii, tak? – zapytał już po raz kolejny Rudolf z widocznym zacięciem na twarzy.

- Zgadza się – potwierdził wyraźnie rozbawiony, lecz przede wszystkim dumny ze swej wiedzy Northug.

- W takim razie w jaki sposób je uzyskujecie? – zdziwiła się Bellatrix.

- Podobnie jak mugole, pani Lestrange.

- Mugole? – w głosie kobiety zdumienie mieszało się z obrzydzeniem.

- Owszem – wtrąciła zimno lodowa piękność z dziwnym błyskiem w oku. – Czy coś nie tak?

- Skąd, po prostu jestem trochę zdziwiona – odparła w podobnym tonie gospodyni. – Nie tego się spodziewałam.

- Zapewne…

- Moje drogie panie – zainterweniował szybko dziadek Lestrange, posyłając swojej synowej surowe spojrzenie. – Nie czas i nie miejsce na kłótnie. Spotkaliśmy się, aby porozmawiać w miłej atmosferze. Nie psujmy tego przez głupstwa.

- Święta racja – przyznał Norweg, a potem zwróciwszy się do żony, szepnął błagalnie: - Sophie…

Przez chwilę panowało dość niezręczne milczenie i nikt nie wiedział, jak można by je przerwać. Wówczas niespodziewanie odezwała się Vivienne, kierując swe pytanie do Axela:

- Też zajmujesz się wyrobem różdżek czy może robisz coś zupełnie innego?

W pierwszej chwili chłopak był zbyt zaskoczony, by coś powiedzieć, lecz na szczęście szybko się zrehabilitował.

- Można powiedzieć, że siedzę w rodzinnym biznesie po uszy – zażartował.

- To znaczy?

- Szukam najlepszych możliwych połączeń. Wymyślam… hmm… receptury? Nie wiem, jakie słowo byłoby tutaj najodpowiedniejsze.

- Czyli mówiąc prościej, to ty tworzysz różdżki? – w głosie Vivienne słyszalny był delikatny ton podziwu.

- Tak, ale zajmuję się tym dopiero od niedawna – zauważył skromnie.

- Mimo to jest najlepszy – wtrącił pan Northug, bezgranicznie dumny ze swego jedynego syna. – Od czasu, gdy Axel tworzy nasze… receptury – przy tym słowie uśmiechnął się rozbawiony – sprzedaż znacząco wzrosła. Wcześniej to ja się tym zajmowałem, lecz z przykrością muszę przyznać, że nie mam do tego takiej smykałki jak on. Uzdolnienia odziedziczył po moim dziadku, prawdziwym geniuszu.

- To naprawdę godne podziwu – przyznała Bellatrix, przypatrując się młodzieńcowi z zainteresowaniem. – Jesteś bardzo młody, a już wykazujesz wielkie uzdolnienia w tak trudnej dziedzinie.

- Byłem do tego przygotowywany od dziecka, pani Lestrange – zauważył uprzejmie. – Poza tym to nie kwestia umiejętności a wyczucia.

- Zatem tworzenia różdżek nie można się nauczyć? – zapytał nieco zawiedziony Rudolf.

- Można, ale… - młody Norweg zamilkł, by zastanowić się jakich słów powinien użyć. – One nigdy nie będą miały takiej mocy jak te, które powstały dzięki instynktowi. Różdżka jest dość specyficznym przedmiotem, trudno określić jeden stały sposób jej wyrobu.

- Jednak tobie się to udało – zauważyła Vivienne.

- Skąd! – zaśmiał się lekko w odpowiedzi. – Stosuję metodę prób i błędów, a muszę się jeszcze wiele nauczyć.

- Jesteś bardzo skromny – wtrąciła pani Northug i spojrzała cieplej na swego syna. Był to dość niecodzienny widok, zważywszy na jej zwyczajową obojętność.

- To dobrze, moja droga – tym razem odezwał się jej mąż. – W tej profesji najważniejsza jest pokora. Zawsze to powtarzałem.

Wymieniono jeszcze kilka innych uwag i temat różdżek został zamknięty. Wówczas pani domu zaprosiła wszystkich do salonu, gdzie podano herbatę oraz słodkości przygotowane przez skrzaty. Vivienne planowała zająć fotel stojący najbardziej na uboczu i w ciszy przysłuchiwać się prowadzonym rozmowom, samemu, jak to zwykle bywało, w nich nie uczestnicząc. Niespodziewanie jednak plany te pokrzyżowała jej matka, która uprzejmym, niemal słodkim tonem zaproponowała, by pokazała Axelowi ich rodową bibliotekę. Swój pomysł uzasadniła faktem, iż może znajdzie się w niej coś, co pomoże młodemu Norwegowi w udoskonaleniu jego zdolności związanych z wyrobem różdżek. Ślizgonka szczerze w to wątpiła, lecz nie miała zamiaru spierać się z matką przy osobach postronnych. Dlatego też z wyuczoną uprzejmością poprosiła gościa, by kierował się za nią. Wychodząc z salonu, kątem oka dostrzegła zadowolone i pełne satysfakcji oblicze matki, aprobującą minę dziadka Lestrange'a oraz zmarszczone brwi pani Northug. Przypomniały się jej wtedy słowa starego skrzata domowego, że czeka na nią jakaś niespodzianka. Zaalarmowana odwróciła się gwałtownie, by przyjrzeć się młodzieńcowi, który przystanął zaskoczony jej dziwną reakcją. Znajdowali się teraz u stóp schodów.

- Czy coś się stało? – zapytał, zmarszczywszy brwi.

- Nie, ja… Przepraszam – mruknęła zażenowana i czym prędzej ruszyła przed siebie. - Biblioteka znajduje się na piętrze – wyjaśniła tylko.

Zdumiony Norweg nie skomentował sytuacji ani słowem, w ciszy podążając za swą towarzyszką. Przyglądał się jej z prawdziwym zachwytem. Temu z jaką lekkością kroczyła po schodach i jak pięknie układały się jej włosy. Zauroczyła go od samego początku. Wydawała się być niedostępna i tajemnicza, co sprawiało, iż w jego oczach stawała się jeszcze piękniejsza.

Vivienne wprowadziła swego gościa do magicznie powiększonego pomieszczenia, w którym znajdowało się całe mnóstwo regałów wypełnionych najróżniejszymi księgami gromadzonymi od wieków przez jej przodków. Tak jak się spodziewała, widok ten wywarł na Norwegu ogromne wrażenie, o czym świadczyło jego głośne sapnięcie.

- Ile książek jest w tej bibliotece? – zapytał, rozglądając się wokoło.

- Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, iż około trzydziestu tysięcy różnych egzemplarzy.

- Niesamowite.

Axel przez następnych kilka minut przechadzał się wzdłuż półek, co jakiś czas wyjmując i przeglądając jedną z ksiąg. Wydawał się być naprawdę zafascynowany. Vivienne przyglądała mu się z uwagą. Jeszcze nie wyrobiła sobie zdania na jego temat, jednak coś kazało jej go lubić. Wcale nie wyglądał ani tym bardziej nie zachowywał się jak arogancki i dumny z pochodzenia czarodziej czystej krwi. Co prawda zbyt krótko się znali, aby ta opinia mogła zostać uznana za niepodważalną, jednak w skrytości ducha dziewczyna liczyła na to, że ktoś z jej otoczenia wreszcie zrozumie poglądy, które sama wyznawała. Teraz właśnie mogła nadarzyć się taka okazja, dlatego zdecydowała się przerwać milczenie.

- Dlaczego przyjechaliście do Anglii? – Usłyszawszy pytanie, Northug odwrócił się w stronę dziewczyny.

- Ojciec chciał odwiedzić starego znajomego.

- Czyli byłeś już tu kiedyś?

- Nie – zaprzeczył, a widząc uniesione brwi towarzyszki dodał: - On… Znaczy ten znajomy dopiero niedawno powrócił do Anglii.

- Och. Rozumiem. W takim razie czy istnieje taka możliwość, że go znam?

- Nie mam zielonego pojęcia – roześmiał się Axel. – Być może tak, bo to właśnie u niego w domu poznaliśmy twojego dziadka.

- Jak on się nazywa? – zapytała zdumiona.

- Severus Snape. Od września ma uczyć w Hogwarcie. - Po tych słowach Vivienne przypomniała sobie wszystkie usłyszane przez przypadek rozmowy rodziców. Sugerowały one, że nowy profesor obrony przed czarną magią jest dość ważną osobą w pewnych kręgach. Ona sama nigdy o nim nie słyszała, ale wynikało to z faktu, iż większość życia spędził za granicą. Z tonu matki wnioskowała, że ta raczej go nie lubi, ale nie było to niczym dziwnym, zważywszy na jej charakter. Ojciec zaś przeciwnie, wydawał się go naprawdę szanować.

- Znasz go? – pytanie Axela przywróciło dziewczynę do rzeczywistości.

- Tylko ze słyszenia.

- Zapewniam cię, nie masz czego żałować.

- Dlaczego?

- Dość ponury typ. Podczas rozmów przez cały czas miałem wrażenie, że planuje czyjeś morderstwo – widząc rozbawienie dziewczyny, dodał nieco urażony: - Przekonasz się, kiedy wrócisz do szkoły. Mogę się założyć, że na lekcjach jest równie przerażający.

- Przerażający?

- Nie śmiej się. Wiem… - blondyn nie dokończył, gdyż udaremnił mu to głośny wybuch śmiechu. Po chwili sam dołączył do dziewczyny, gdy zorientował się, jak komicznie musiały zabrzmieć jego słowa.

Resztę wieczora spędzili w bibliotece, siedząc przy jednym ze stojących tam stolików. Na prośbę Vivienne skrzaty dostarczyły im dzbanek herbaty oraz słodkie przekąski. Rozmawiali swobodnie, co jakiś czas wybuchając śmiechem. Opowiadali sobie o swoich krajach, o zwyczajach, miejscach, w których byli, szkołach i innych rzeczach będących częścią ich rzeczywistości. Rozmowy te pozbawione były fałszu, a wypełnione zostały swobodą i zaufaniem, które tworzy się między ludźmi już na samem początku ich znajomości, gdy tylko zorientują się, że są do siebie podobni. A oni byli. Tak przynajmniej wydawało się Vivienne, której od dawna nie rozmawiało się z nikim tak dobrze. W trakcie jednej z dyskusji Ślizgonka donośnie wyraziła zdziwienie wywołane doskonałą znajomością angielskiego u Axela i jego rodziców. Okazało się wówczas, iż pani Northug jest z pochodzenia Amerykanką, co też wyjaśniało jej słyszalny akcent.

Wizyta Norwegów zakończyła się tuż przed północą. Przy pożegnaniu wszyscy byli w doskonałych humorach. Zwłaszcza Bellatrix, której atencja szczególnie koncentrowała się wokół Axela. Tymczasem matka chłopaka z wielką uwagą przyglądała się Vivienne, szczególnie wtedy, gdy ta żegnała się z jej synem. W końcu jednak goście opuścili dom, a Ślizgonka z pewnym zdziwieniem musiała przyznać sama przed sobą, że był to całkiem przyjemny wieczór. Niemniej cieszyła się z jego zakończenia. Należała bowiem do osób, które wcześnie się kładą i wcześnie wstają. Dlatego też, gdy tylko za Northugami zamknęły się drzwi, życzyła wszystkim dobrej nocy i ruszyła do swojej sypialni. Będąc już przy schodach, usłyszała jednak jeszcze krótką rozmowę.

- Chyba się polubili – zauważył Rudolf.

- Tym lepiej dla nich. Przynajmniej nie będzie później problemów – odparła zamyślona Bellatrix.

Zaskoczona Vivienne stała przez moment jak spetryfikowana. Wreszcie zrozumiała, o co chodziło z tą niespodzianką. Rodzice próbowali zaaranżować jej małżeństwo, tak jak to było wiele lat temu z nimi. Tyle że ona nie skończyła jeszcze siedemnastu lat i w żadnym wypadku nie zamierzała w najbliższej przyszłości brać ślubu! Co to, to nie. Poza tym, jak zdołała zaobserwować, państwo Northug też chyba nic nie wiedzieli o sprytnym planie jej matki. Istniała zatem możliwość, że pomysł Bellatrix nie zostanie zrealizowany, szczególnie, że Axel mieszkał na stałe w Norwegii. Uspokojona takimi argumentami Vivienne, ponownie wsłuchała się w rozmowę rodziców, szukając w niej dodatkowego potwierdzenia. Okazało się jednak, iż podczas jej krótkich rozmyślań temat uległ zmianie. Tym razem wypowiadał się dziadek Lestrange, który wydawał się być czymś poddenerwowany.

- Jesteście pewni, że nikt nie będzie miał dostępu do tej szkatułki?

- Tak, znajduje się w naszym skarbcu w Gringocie – odparła z przekonaniem matka dziewczyny.

- Bello, to ważne, aby…

- Zdajemy sobie z tego sprawę, tato – poparł żonę Rudolf.

- On nie będzie miał litości, jeśli coś pójdzie nie tak.

- Wiemy, nie martw się, szkatułce nic nie grozi – zapewniła ponownie Bellatrix. – A co w niej właściwie jest?

- Lepiej nie wiedzieć – mruknął dziadek Lestrange i szybko pożegnał się z swoim synem oraz synową.

Vivienne zaś, usłyszawszy kroki, ruszyła co prędzej w górę schodów, by nie zostać oskarżoną o podsłuchiwanie. Doskonale wiedziała, że rodzice tego nie tolerują. Będąc już w swoim pokoju, zaczęła zastanawiać się nad tajemniczą szkatułką, o której rozmawiali dorośli. Wcześniej ani jej nie widziała, ani o niej nie słyszała. O zawartości i znaczeniu przedmiotu rozmyślała nawet wtedy, gdy leżała już w łóżku. Nie miała zielonego pojęcia, do kogo mógłby należeć, a zapytanie o to rodziców nie wchodziło w grę. Tajemnica szkatułki sprawiła jednak, iż zapomniała o swoim domniemanym małżeństwie. Gdy odpływała do krainy Morfeusza, była całkowicie zrelaksowana, a jej sen wyjątkowo spokojny. O swych domysłach przypomniała sobie dopiero następnego dnia, przeczytawszy krótki liścik przyniesiony przez nieznaną sowę.


Masz czas i ochotę, by pokazać mi dzisiaj Waszą słynną Ulicę Pokątną?

Axel Ludvig Northug


Podejrzenia wezbrały w dziewczynie z nową falą. Niemniej jednak zgodziła się na spotkanie. I jak się później okazało, wcale tego nie żałowała.