Zbetowała: AlicjaFromWonderland


ROZDZIAŁ 9

NOWE RZĄDY

Ekspres Hogwart mknął ze swoją stałą prędkością pomiędzy wzgórzami Szkocji, wioząc młodych czarodziejów do szkoły. Wśród nich znajdował się również Harry Potter, który w tej akurat chwili przechadzał się wąskim korytarzem, wracając z łazienki do przedziału. Był bardzo zamyślony, jakaś uporczywa myśl nie chciała dać mu spokoju. Dostrzegli to już wcześniej jego przyjaciele. Jednak on nie odpowiedział wprost na żadne zadane przez nich na ten temat pytanie. W końcu co miał im powiedzieć? Że znowu odczuwa ten irracjonalny niepokój? Pomyśleliby, że zwariował.

Będąc już niedaleko swojego przedziału, spotkał niespodziewanie Jocelyn. Dziewczyna szła w towarzystwie Ginny Weasley, ścigającej z gryfońskiej drużyny quidditcha. Obie wyglądały na rozbawione, ale, kiedy go dostrzegły, gwałtownie przerwały rozmowę.

- Cześć, dziewczyny – przywitał się Harry z delikatnym uśmiechem na ustach.

- Hej – odpowiedziały równocześnie, a ich wzrok padł od razu na plakietkę Slytherinu. Nagle stały się strasznie małomówne. Potter dostrzegł napięcie w ich postawach, dlatego postanowił jakoś rozładować atmosferę.

- Widziałyście Alexa? – zapytał.

- Taa… Siedzi z jakimiś pierwszorocznymi – mruknęła Jocelyn.

- Zgadują, do jakiego domu się dostaną – dodała rozbawiona rudowłosa dziewczyna, na co Ślizgon parsknął śmiechem.

- Och, te szczenięce lata – westchnął głośno, a potem puszczając do nich oko, dodał: - I pomyśleć, że my też to robiliśmy.

Gryfonki zachichotały, a Harry widząc, iż cel został osiągnięty, pożegnał się i ruszył w stronę swojego przedziału. Odchodząc, usłyszał jednak, jak rudowłosa dziewczyna szepcze do jego siostry:

- Twój brat jest naprawdę w porządku. Szkoda tylko, że…

- … Tiara przydzieliła go do Slytherinu. Taa… - Dziewczyny odeszły, a Potter ponownie westchnął.

Można powiedzieć, że sprawy między nim a Jocelyn miały się różnie, w zależności od tego, gdzie akurat się znajdowali. W domu na przykład śmiali się i wspólnie żartowali z Alexa. Może nie byli jakoś bardzo zżyci, nie zwierzali się sobie ani nie rozmawiali na trudne tematy, jednak zachowywali się jak zwyczajne rodzeństwo – kłócili i przezywali nawzajem. Czasem, ostatnio niestety rzadziej, latali wspólnie po okolicy na miotłach albo grali w miniquidditcha. Niemniej jednak, gdy tylko wracali do szkoły, wszystko się zmieniało. Więzy krwi zamieniali na lojalność względem swoich domów. Ostatecznie Gryfonkę i Ślizgona normalnie ze sobą rozmawiających uważano za konieczną do zwalczenia anomalię. Panujące stereotypy wydawały się nie do obalenia. Jednakże, co ważniejsze, żadne z rodzeństwa Potterów przeciwko nim nie protestowało. Rozwiązanie, które wybrali, było po prostu łatwiejsze i w pełni satysfakcjonowało oboje. Zwłaszcza zważywszy na ich relacje z ojcem.

Harry wreszcie dotarł do swojego przedziału. Jego trzej przyjaciele właśnie śmiali się z czegoś do rozpuku. Musiało to być coś naprawdę zabawnego, bo Chris wręcz płakał.

- Dobrze się czujecie?

- My? – wydusił między salwami śmiechu Max. – Doskonale, doskonale! – wykrzyknął, czym spowodował następne głośne parsknięcie pozostałej dwójki. Harry pomyślał, że chyba rzeczywiście są nienormalni.

- W przeciwieństwie do ciebie, Potter – wymamrotał Sean, dosłyszawszy cichą uwagę przyjaciela. – Co jest? Wyglądasz, jakbyś zjadł cztery cytryny.

- Cztery? Czemu cztery? – zapytał Chris i zachichotał, a w ślad za nim poszli Puchon i Krukon.

Harry wzniósł oczy ku górze, mrucząc coś o Merlinie mającym dodać mu sił. Wyglądał przy tym tak komicznie, że pozostali, nie mogąc się pohamować, ponownie wybuchli głośnym śmiechem. W końcu jednak się uspokoili, chociaż przyszło im to z ogromnym trudem. Zapytani zaś, co im się stało, wzruszyli tylko ramionami, wspominając coś o głupawce.

- No dobra, Potter – powiedział uśmiechając się złośliwie Sean. – A tobie co jest?

- Mnie?

- Nie, ministrowi magii – sarknął. – Nie wiedziałeś? Nazywa się tak samo jak ty.

- Ha, ha, ha… - odparł, zakładając ręce na ramiona. Na chwilę zapadła cisza, a potem niespodziewanie odezwał się z niezwykłą pewnością w głosie Chris:

- Rzuciła cię dziewczyna.

- Czegoś ty się nawdychał, Baxter? – Harry wybałuszył oczy w zdumieniu. – Przecież nigdy nie miałem żadnej dziewczyny.

- No właśnie! – wykrzyknął jakby oświecony Sean.

- Co: no właśnie? – zaniepokoił się czarnowłosy Ślizgon.

- Od jakiegoś czasu non stop zrzędzisz.

- Wcale nie!

- Jesteś zamyślony – wtrącił Max.

- No i co z…

- Rzadziej żartujesz i chodzisz jak struty – dorzucił swoje trzy grosze Chris.

- Kłócisz się z ojcem i masz problem, o którym nie chcesz nam powiedzieć – zakończył wyliczankę Moore, unosząc przy tym brwi.

- No dobra – westchnął dramatycznie Potter. – Jestem ostatnio mało towarzyski. I co, jak myślicie? Na długo skażą mnie za to do Azkabanu?

- Już trochę lepiej, ale wciąż nie jesteś w formie.

- Merlinie… Sean, czasem naprawdę mnie wkurzasz.

- O! Drażliwy! – wykrzyknął Chris, szczerząc zęby.

- Potrzebna ci mała odskocznia – zaczął poważnie Krukon.

- Odskocznia? Czy powinienem się bać?

- Skąd – żachnął się chłopak. – Raczej odstresować.

- To brzmi poważnie – zauważył zjadliwie, czym wywołał westchnienie Chrisa.

- Ale takie nie będzie – zapewnił go uroczyście. – Zajmiemy się tobą, stary – dodał, poklepując go po ramieniu. Harry niepewnie przyjrzał się twarzom swoich przyjaciół, a dostrzegając na nich determinację, pomyślał, iż w tym roku nie będzie miał ani chwili spokoju. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wiele prawdy było w tym podejrzeniu.

Reszta podróży upłynęła im na wesołych rozmowach i najróżniejszych dyskusjach. Do Hogsmeade dotarli niecałe dwie godziny później. Na stacji panował zwyczajny tłok, ale im udało się w miarę szybko opuścić pociąg i dotrzeć do powozów mających zawieźć ich do zamku. Mijając po drodze uczniów, Harry wypatrzył w tłumie pierwszorocznych, którzy właśnie szli za Hagridem, Alexa i pomachał mu, posyłając jednocześnie pokrzepiający uśmiech. Doskonale wiedział, że jego brat strasznie denerwuje się przydziałem, chociaż wcale nie chce tego przyznać.

Wchodząc do zamku, Harry czuł się naprawdę szczęśliwy. Na chwilę zapomniał o dręczącym go niepokoju oraz wydarzeniach, które miały ostatnio miejsce w magicznym świecie. Hogwart był ostoją, do której zło wydawało się nie mieć wstępu. Wierzył w to ze wszystkich sił, dlatego też przemierzał korytarz w stronę Wielkiej Sali z szerokim uśmiechem na ustach, mając u swego boku przyjaciół.

Kiedy wspólnie dotarli na Ucztę Powitalną, byli jednymi z pierwszych. Stoły poszczególnych domów dopiero się zaludniały. Każdy ruszył zatem w swoim kierunku. Harry z Chrisem zajęli swoje stałe miejsca, dzięki którym mieli doskonały widok na całą salę i wszystkie stoły. Przez chwilę rozmawiali, zastanawiając się, kto w tym roku obejmie posadę nauczyciela obrony przed czarną magią. Jak dotąd nie słyszeli jeszcze żadnych pogłosek, a przy stole profesorskim siedzieli tylko Flitwick oraz Slughorn.

W miarę upływu czasu Wielka Sala zaczęła powoli napełniać się głośno rozmawiającymi uczniami. Przybyli już także nauczyciele. Brakowało jedynie McGonagall, która jak zwykle miała przyprowadzić ze sobą pierwszorocznych. Harry pośród grona profesorskiego dostrzegł jednak nieznaną twarz. Zaintrygowany szturchnął Chrisa, by ten spojrzał na mężczyznę w średnim wieku, siedzącego pomiędzy Vector a Sprout. Był ubrany w czarną, pozbawioną ozdób szatę. Miał sięgające ramion, ciemne i wydające się strasznie tłustymi włosy, haczykowaty nos oraz ziemistą cerę. Wyglądał na osobę dość ponurą, o czym świadczyło zimne spojrzenie obojętnie przesuwające się po sali. W pewnym momencie, jakby wyczuwając, iż jest obserwowany, spojrzał swoimi czarnymi jak noc oczami prosto na Harry'ego. Na twarzy mężczyzny odbiło się zdumienie, lecz szybko zostało ono zamaskowane. Nowy profesor nie odrywał jednak wzroku od Ślizgona, który poczuł nagle delikatny ból z tyłu głowy. Skrzywił się nieznacznie i odwrócił głowę w stronę Chrisa, zrywając tym samym kontakt wzrokowy z mężczyzną. Pulsowanie momentalnie ustało. Trwało to jednak tak krótko, że później nie był pewny, czy wydarzyło się to na pewno.

Wkrótce na Uczcie Powitalnej pojawili się już wszyscy, którzy powinni byli to zrobić. Tradycyjnie wniesiono do pomieszczenia Tiarę Przydziału oraz stołek dla mających na nim usiąść pierwszaków. Kiedy zrobiło się cicho, stary kapelusz rozpoczął swoją pieśń. Jak zwykle opowiadał o czwórce założycieli, o ich domach, a także konflikcie, który zrodził się niegdyś między nimi. Po opowiedzeniu całej historii Tiara Przydziału powinna jak zwykle zamilknąć, lecz tego roku stało się coś dziwnego. Zaczęła bowiem śpiewać dalej, a w swych słowach nawiązywała do obecnej sytuacji w świecie magii. Wszyscy byli tak zdziwieni, że w pierwszej chwili nie zdawali sobie sprawy, że kapelusz udziela im rad i przestróg. Harry'emu najbardziej zapadły w pamięć ostrzeżenia o nadchodzącym wielkim źle i konieczności zjednoczenia się pomimo dzielących ich najróżniejszych sporów, a także zapowiedź, że w chwili największego upadku czarodziejów jeden mag poprowadzi pozostałych i przywróci z powrotem właściwy ład.

Po zakończonej pieśni w Wielkiej Sali zapadła zdumiewająca cisza. Trwała ona jednak krótko, gdyż gdy tylko odezwał się pierwszy uczeń, chłopak siedzący przy stole Ravenclawu, momentalnie zaczęli rozmawiać wszyscy. Zrobił się straszny hałas, bo każdy miał coś do powiedzenia. Tylko Harry, jako jeden z nielicznych zresztą, milczał. Chaos poskromił jednak Dumbledore, który powstawszy ze swojego miejsca, zaczarował swoje gardło tak, że jego głos stał się o wiele donośniejszy od wszechobecnego już gwaru.

- Proszę o ciszę – zagrzmiał, zwracając na siebie uwagę zgromadzonych, a potem już ciszej dodał: - Rozpocznijmy Ceremonię Przydziału.

Chcąc, nie chcąc, uczniowie pohamowali swoją ciekawość i z upływem czasu na sali ponownie zapanowała cisza. Wówczas pałeczkę przejęła profesor McGonagall, wyczytując z listy nazwiska poszczególnych pierwszaków. Na pierwszy ogień poszli dwaj Blackowie. Ariel trafił oczywiście do Slytherinu. Tymczasem Leo po krótkim milczeniu Tiary został przydzielony do Ravenclawu. Harry dostrzegł na twarzach członków jego rodziny oznaki zdziwienia. Widocznie nie spodziewali się takiego przydziału, zwłaszcza Larissa.

Ceremonia Przydziału trwała nadal. Tłum jedenastolatków, stojących za McGonagall, powoli się zmniejszał. Potter wśród ich grona dostrzegł swojego brata. Alex stał tam z dość niepewną miną. Wodził wzrokiem między stołem Gryfonów a Ślizgonów. Chyba bał się trafić do Slytherinu, a Harry się temu nie dziwił. To nie było dobre miejsce dla tego radosnego rudzielca. W końcu jednak zostało wyczytane i jego nazwisko. Zasiadł na stołku wyprostowany, z zaciętym wyrazem twarzy. Jednak, gdy tylko Tiara dotknęła jego głowy, wykrzyczała na całą salę:

- Gryffindor!

Uczniowie Domu Lwa zrobili ogromny hałas, tak jak to było zawsze, gdy witali nowego kolegę czy koleżankę. Alex szedł w ich stronę z uśmiechem i drobnym śladem ulgi na twarzy. Przy stole został powitany przez swoją siostrę, która poprowadziła go do wolnego miejsca obok siebie. Ludzie zaczęli zadawać mu jakieś pytania, a on odpowiadał nieśmiało, jeszcze trochę oszołomiony silnymi emocjami. Wkrótce jednak do świadomości młodego Pottera dotarło, że jest Gryfonem, podobnie jak jego rodzice i siostra. Kiedy tylko o tym pomyślał, jego spojrzenie momentalnie padło na stół Slytherinu. Spośród siedzących tam osób, odszukał jedną. Harry, jego starszy brat, spoglądał na niego z uśmiechem, bez rozczarowania, tak jak zawsze. Chłopiec odetchnął z ulgą. Co prawda nigdy nie rozmawiali ze sobą o przydziale, nie wydawało się to wystarczająco ważne, lecz tego dnia, gdy jechał pociągiem, zaczął zastanawiać się, czy Harry oczekuje od niego, że znajdą się w jednym domu. Na początku odrzucił tę myśl, wiedząc, iż jego brat nie lubi szeregowania ludzi, ale i tak niepokój wkradł się niepostrzeżenie do jego serca. Teraz jednak wiedział, że nie miał się czym martwić. Przydział do różnych domów nie zmieni ich uczuć, wciąż będą braćmi. Szczęśliwy wyszczerzył zęby do starszego z Potterów, który, widząc to, puścił mu oko. Zadowolony rudowłosy odwrócił się w stronę stołu swojego nowego domu. Niektórzy patrzyli na niego dziwnie, ale obyło się bez komentarzy.

Ceremonia Przydziału skończyła się kilka minut później. Wówczas ze swego miejsca powstał dyrektor i podszedł do specjalnego podwyższenia, z którego zawsze przemawiał. Tradycyjnie najpierw powitał wszystkich zgromadzonych i wygłosił krótką mowę o mijającym czasie i rozpoczynającym się nowym roku szkolnym, który, tak jak każdy poprzedni, powinien być owocny. Nakazał również właściwe wykorzystanie czasu. W miarę tego jak mówił, uczniowie czuli się coraz bardziej rozczarowani. Dumbledore chyba wcale nie miał zamiaru nawiązywać do dziwnej piosenki Tiary Przydziału, chociaż oni tak bardzo na to czekali.

- Moi drodzy – mówił tymczasem dyrektor, jak zwykle się uśmiechając – chciałbym wam przedstawić nowego nauczyciela obrony przed czarną magią, profesora Severusa Snape'a. – Wówczas oczy obecnych zwróciły się na ciemnowłosego mężczyznę, który podnosił się ze swego krzesła przy stole nauczycielskim. Na powitanie skłonił nieznacznie głową i obdarzył swoich uczniów obojętnym spojrzeniem. Nie zjednał tym sobie ich sympatii, lecz Harry zauważył, że Malfoy i kilku innych Ślizgonów klaskali mu z prawdziwym entuzjazmem, podczas gdy pozostali ograniczyli się do zwyczajnej uprzejmości. Wydało mu się to podejrzane. Rozmyślania odsunął jednak na później i ponownie skupił się na tym, co mówił Dumbledore.

- A teraz kilka ostrzeżeń. Przypominam wszystkich, że wstęp do Zakazanego Lasu jest surowo wzbroniony, podobnie jak przebywanie poza dormitorium po godzinie dwudziestej drugiej. Poza tym w gabinecie pana Filcha znajduje się lista rzeczy zakazanych, którą jak mniemam powinno odświeżyć sobie kilkoro uczniów – słowa te spowodowały wybuch śmiechu wśród zgromadzonych. Dyrektor poczekał, aż sala się uspokoi, a potem kontynuował, tym razem o wiele poważniejszym tonem: - Jak zapewne zauważyliście, ostatnio w świecie magii wydarzyło się kilka mogących budzić niepokój rzeczy. Wspominała też o tym Tiara Przydziału. Moi drodzy, nadchodzą trudne czasy, dzięki którym prawdopodobnie poznamy swoje prawdziwe oblicza. Chcę, byście w przyszłości pamiętali, że o nas samych świadczą tylko i wyłącznie nasze czyny, bez względu na to, skąd pochodzimy. Trzeba być odważnym. Jednakże teraz, na ten moment, mam do was jedynie jedną prośbę: bądźcie czujni i ostrożni! - Dumbledore zakończył swą przemowę, a w Wielkiej Sali zapanowała przytłaczająca cisza. Wszyscy przez chwilę rozważali usłyszane słowa. Milczenie przerwał jednak dyrektor, który już z uśmiechem na ustach powiedział: - A teraz wsuwajcie! Będziecie się martwić później! - Następnie mężczyzna zszedł z podwyższenia, słysząc za sobą powoli narastający gwar rozmów.

Uczta Powitalna trwała w najlepsze. Uczniowie jedli przysmaki przygotowane przez skrzaty i opowiadali sobie o minionych wakacjach. Beztroska i radość zdecydowanie przeważały. Harry z zainteresowaniem przyglądał się osobom siedzącym przy stole Slytherinu. Nie widział różnicy między nimi czy Gryfonami albo Krukonami. Każdy ze Ślizgonów mógłby siedzieć w zupełnie innym miejscu, a i tak wyglądałby w tej chwili, jakby znajdował się tam, gdzie powinien. Podział uczniów wydawał się być zatem bezsensowny i głupi, przynajmniej zdaniem Pottera. Tworzył bowiem trudne do obalenia stereotypy, które uniemożliwiały nawiązywanie nowych znajomości, a także pogłębiał osobiste urazy. Na pewno nie sprzyjał jednoczeniu się, o czym tak dużo się dzisiaj mówiło. Harry westchnął zrezygnowany, a widząc pytające spojrzenie Chrisa, wzruszył tylko ramionami. Przyjaciel nic nie powiedział.

W końcu uczta dobiegła końca i uczniowie zaczęli opuszczać Wielką Salę. Harry razem z Chrisem ruszyli za tłumem Ślizgonów, kierując się w stronę ich Pokoju Wspólnego. Wchodząc do lochów, Potterowi przebiegł po plecach dreszcz. Nie miał on jednak nic wspólnego z otoczeniem, w którym się znalazł, do niego bowiem zdążył się już przez lata przyzwyczaić. W sercu Harry'ego znowu pojawił się ten dziwny niepokój, ostatnimi czasy wręcz go prześladujący. Z duszą na ramieniu wszedł jednak wraz z innymi do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Był to podłużny loch, którego widok zza okien wskazywał, że był on usytuowany pod wodą. Z tyłu pomieszczenia stał duży kominek, który zapewniał przyjemne ciepło. Poza tym znajdowało się tam kilka stolików i krzesła, a także wyglądające na niezwykle wygodne kanapy oraz fotele. Z sufitu zwisały zaś lampy w pięknych abażurach, świecące zielonym światłem i powodujące, iż całe pomieszczenie wypełniało się kolorem ich domu. Wnętrza nie można było nazwać przytulnym, ale z pewnością odpowiadałoby tu określenie „klimatyczne".

Wraz z upływem czasu Pokój Wspólny powoli się zaludniał. Potter zauważył, że dwaj szóstoroczni prefekci blokują wejścia do dormitoriów. Nie pozwalali tam wejść nikomu, tłumacząc coś szybko próbującym.

- Spójrz – mruknął i wbił łokieć w żebro Chrisa, który skrzywił się ostentacyjnie.

- Co jest?

Harry nie zdążył mu jednak odpowiedzieć, bo do Pokoju Wspólnego wkroczyli właśnie nowo mianowani prefekci, prowadząc za sobą niezbyt liczną grupkę pierwszorocznych. Wtedy też na stopień przy kominku, którego zwykle używano do ślizgońskich przemówień w szerszym gronie, wkroczył Draco Malfoy z bardzo poważną miną. Obok niego pojawiła się niczym cień Pansy Parkinson. Nikt nie musiał prosić zgromadzonych o ciszę, gdyż nastała ona natychmiast po tym, jak siódmoroczny Ślizgon zajął swoje miejsce.

- Witajcie, mieszkańcy domu Slytherina – zaczął uroczyście, co sprawiło, że niepokój uderzył w Harry'ego z nową siłą. – Na początek chciałbym powitać wśród nas pierwszorocznych, którzy od dziś stali się członkami naszej wspólnoty – rozległy się głośne oklaski, a gdy wreszcie ustały, Draco kontynuował: - Mamy nadzieję, że wykażecie się cechami cenionymi przez Slytherin, czyli sprytem, przebiegłością, ale i też lojalnością wobec swoich braci, którymi jesteśmy my wszyscy. – Młody czarodziej zamilkł, aby podkreślić sens swojej wypowiedzi. – Nasz dom jest wyjątkowy. Jako jedyny spośród wszystkich czterech ma przed sobą niezwykle ważną misję. Jej celem jest oczyszczenie rasy magicznej. – W Pokoju Wspólnym zapadła grobowa cisza, w której słowa Malfoya dźwięczały niczym dzwon. Harry dostrzegł kątem oka, jak ciało jego przyjaciela tężeje, prawdopodobnie ze strachu. – Na pewno słyszeliście już o czarodzieju, który doskonale rozumie ideę czystości krwi i który pragnie bezpośredniego wcielenia jej w życie. Jego imię to Lord Voldemort, jednak my z szacunku nazywamy go Czarnym Panem.

- My? – wyrwało się na głos zszokowanemu Harry'emu.

- My, Potter – powiedział zimno Malfoy. – Jego poplecznicy przyznający mu całkowitą rację.

Ponownie zapadł cisza, której nikt nie ośmielił się przerwać. Blondyn, widząc to, kontynuował:

- Mówimy nie szlamom, mugolom i charłakom! To oni hańbią drogocenną krew czarodziejów czystej krwi! Na razie świat tego nie rozumie, bo przy władzy są nieodpowiedni ludzie. Wkrótce jednak wszystko się zmieni, a my możemy w tym pomóc! – jego głos przepełniał fanatyzm, przypominał człowieka siejącego propagandę. I ostatecznie chyba przecież nim był. – Zacznijmy jednak od nas. Niech wystąpią szlamy!

Jego okrzyk wzbudził w Harry'm przerażenie. Szybko spojrzał na Chrisa, który blady jak prześcieradło stał niczym posąg. Trącił go delikatnie w żebra i uścisnął ramię, próbując wesprzeć jakoś młodszego Ślizgona. Ten zaś ruszył w stronę Malfoya i stanął przed nim przy podwyższeniu. Po chwili obok pojawiły się jeszcze dwie osoby: drobny ciemnowłosy chłopiec z trzeciego roku, którego imienia Potter nie mógł sobie szybko przypomnieć, oraz piątoroczna blondynka – Melissa - równie blada jak Chris.

- Oto oni! Zapamiętajcie ich, gdyż macie nad nimi naturalną władzę! Są zobowiązani wykonywać wasze polecenia. Na razie jednak bądźcie ostrożni, lepiej nie wpadać przez nich w kłopoty – Draco zaśmiał się, a potem przyjrzał trójce wystraszonych Ślizgonów. – Wy natomiast nie próbujcie się nawet żalić nauczycielom czy komukolwiek innemu. W przeciwnym razie spotka was kara.

Atmosfera w Pokoju Wspólnym była bardzo napięta, zwłaszcza po ostatnich słowach. Jednakże musiały one przypaść ogółowi do gustu, gdyż już po chwili dało się słyszeć pomruki pełne aprobaty. Komuś wyrwało się jedynie krótkie pytanie:

- A co z półkrwi?

- Mają obowiązek słuchać nas, czarodziejów – odparł lekko Malfoy. – Posiadają jednak władzę nad szlamami. – Takie wyjaśnienie musiała usatysfakcjonować pytanego, bo więcej się nie odezwał. – Jeżeli ktoś z was będzie miał problem z wyegzekwowaniem tego, co mu się jawnie należy, niech zgłosi się bezpośrednio do mnie bądź do któregoś z pozostałych prefektów. Wkrótce jednak przeprowadzimy wybory do Rady Czystej Krwi i to ona zajmie się wszystkim, zaś teraz dziękuję wam za wysłuchanie mnie i życzę dobrej nocy.

W pomieszczeniu zrobiło się gwarno, ponieważ Ślizgoni ruszyli w stronę dormitoriów, głośno ze sobą rozmawiając. Potter z niebotycznym zdumieniem usłyszał, jak wielu z nich popiera zmiany przedstawione przez Malfoya. On sam był całkowicie oszołomiony takim zwrotem wydarzeń i nie wiedział, co powinien w tej sytuacji zrobić. Wymagała ona zdecydowanych i przemyślanych, a jednocześnie ostrożnych działań. Nie można było ryzykować. Blondyn wydawał się zupełnie poważnie mówić o karach, a Harry, pamiętając błysk, który widział wtedy w jego oczach, nie wątpił, iż je zastosuje. Niemniej wszystko, co wydarzyło się przed chwilą, było niczym zły sen, koszmar, z którego wybudzenie się było niemożliwe.

Potter jako jedyny zdecydował się podejść do trójki Ślizgonów stojących wciąż w tym samym miejscu. Czekali oni, aż pozostali opuszczą pomieszczenie, by móc udać się do swoich dormitoriów. Ich strach był ogromny i doskonale widoczny na każdej z twarzy. Harry ani trochę się temu nie dziwił. Stanął obok nich, uśmiechając się smutno.

- Chodźcie, odprowadzę was – zaproponował cicho. – Prześpicie się, a jutro… - urwał niepewny tego, co powinien powiedzieć. Widząc jednak spojrzenia młodszych Ślizgonów, szczególnie Chrisa, dodał: - Coś wymyślę.

- Dzięki – wyszeptał bladymi ustami Baxter.

W ciszy cała czwórka ruszyła w stronę dormitoriów. Oprócz nich w Pokoju Wspólnym nie było już nikogo. Harry odprowadził chłopaków pod same drzwi sypialni. Z Melissą zaś pożegnał się przy schodach, próbując dodać jej otuchy swoim spojrzeniem. Dziewczyna była jednak tak przerażona, iż prawdopodobnie nawet tego nie zauważyła. Odwróciła się do niego plecami i pobiegła do siebie. Potter ruszył zaś do swojego dormitorium. Przechodząc niedaleko Pokoju Wspólnego, usłyszał dochodzące z niego głosy. Zdziwił się, bo myślał, że wszyscy już stamtąd wyszli. Zaciekawiony zbliżył się do drzwi, pilnując by pozostać w ich cieniu.

- Co to niby miało być! – krzyczała szeptem zła Lestrange. – Co to na Merlina…

- Viv… - głos Malfoya przepełniało zrezygnowanie, jakby już któryś raz z rzędu próbował wytłumaczyć coś dziewczynie. – Przecież…

- Zamknij się, Draco! Myślałam, że cię przekonałam. Wtedy, u wuja Regulusa.

- A do czego miałabyś mnie przekonywać?

- No, że te wszystkie czystokrwiste bzdury to głupota!

- Dla mnie one nigdy nie…

- Mówisz jak swój ojciec!

- Może dlatego, że myślę podobnie jak on.

- Nie! Ty nie jesteś taki, Draco! Znam cię!

- Taki to znaczy jaki, Vivienne?

- …

- No, jaki?

Dziewczyna nie odpowiedziała. Potter nie widział jej twarzy, ale domyślał się, że właśnie zaciska usta z gniewu. Zdziwił się. Akurat Lestrange nie podejrzewał o taki sprzeciw.

- Przemyśl to wszystko jeszcze raz, Draco – szepnęła błagalnie. – Zastanów się… Niby dlaczego jeden czarodziej jest gorszy od drugiego?

Nie czekała jednak na odpowiedź swojego kuzyna, gdyż wiedziała, jak ona będzie brzmieć. Bolało ją to, ale nie miała pojęcia, jak może go przekonać. Postanowiła odejść i dać mu czas do namysłu. W żadnym wypadku nie chciała jednak odpuszczać.

Vivienne wyszła z Pokoju Wspólnego tak niespodziewanie, że Harry nie zdążył odsunąć się od drzwi i prawie na siebie wpadli. Ich spojrzenia się spotkały, a Potter w jej stalowoszarych oczach dostrzegł to, co sam czuł. Tak go to zszokowało, że stał niczym słup soli, dopóki dziewczyna nie zniknęła z jego pola widzenia. Kiedy się otrząsnął, ruszył szybko do swojego dormitorium, aby czasem nie spotkać się z Malfoyem. Był już jednak w nieco lepszym humorze. Wiedział bowiem, gdzie może szukać sprzymierzeńca do walki z ideami Lorda Voldemorta.

Nie będę stał z założonymi rękami, obiecał samemu sobie i wiedział, że słowa dotrzyma.