Zbetowała: AlicjaFromWonderland
ROZDZIAŁ 10
PROFESOR SNAPE
Pierwszy dzień zajęć rozpoczął się dla niektórych Ślizgonów dość nerwowo. Trójka uczniów pochodząca z rodzin mugolskich została obudzona wcześniej, niżby to było konieczne. Stało się to za przyczyną papierowego ptaszka, który wyśpiewywał swoje trele nad ich głowami. Dźwięk ten jednak, dzięki magii, słyszeli tylko sami zainteresowani. Wszyscy troje byli bardzo zdziwieni, a wrażenie nierealności wzmocniło się jeszcze, gdy po wstaniu z łóżka ptaszek rozwinął się, ukazując wiadomość skreśloną najwyraźniej w pośpiechu, pochyłym charakterem pisma.
Powinniście wyjść wcześniej z dormitoriów. Spotkamy się w Pokoju Wspólnym. Musimy porozmawiać. H.
Nie minęło dużo czasu, a mugolacy stawili się we wskazanym miejscu z torbami przewieszonymi przez ramię, trzymając w zaciśniętych rękach otrzymane liściki. W Pokoju Wspólnym zobaczyli, siedzącego na fotelu, Harry'ego Pottera, który w zamyśleniu bawił się swoją różdżką. Usłyszawszy jednak ich kroki, podniósł głowę.
- Cześć – mruknął na powitanie, a widząc, że chcą go o coś zapytać, dodał: - Porozmawiamy w innym miejscu. Chodźcie za mną. – Tak też zrobili.
W ciszy opuścili Pokój Wspólny, a potem także i lochy. Udali się, manewrując między ruchomymi schodami, na siódme piętro. Z całej trojki jedynie Chris wydawał się wiedzieć, dokąd prowadzi ich przewodnik. Dlatego też pozostała dwójka poczuła się strasznie skołowana, gdy zobaczyła Pottera przechadzającego się tam i z powrotem wzdłuż pustej ściany. Ich zdumienie stało się jednak jeszcze większe, gdy znikąd pojawiły się tam drzwi.
- Zapraszam – powiedział Harry, uśmiechając się przy tym smutno.
Pierwszy wszedł Chris. Znalazł się wówczas w niewielkim, jasno oświetlonym pokoiku, na środku którego stał stół i cztery krzesła. Poza tym na przybyłych czekała już zaparzona herbata. Ślizgoni, nie odzywając się do siebie, zajęli miejsca.
- Gdzie jesteśmy? – zapytała Melissa, decydując się na przerwanie milczenia.
- W Pokoju Życzeń – mruknął Chris. – Magicznym pomieszczeniu, które zmienia się w zależności od twoich potrzeb – dokończył, uważnie przyglądając się swojemu przyjacielowi.
Ten zaś zdawał się nie zwracać na to uwagi, gdyż wpatrywał się w jakiś punkt nad jego głową. Ponownie zapadła cisza, tym razem pełna napięcia, ale i tłumionego przerażenia. Najbardziej wystraszony wydawał się być trzecioroczny John, który bez ustanku wpatrywał się w swoje dłonie, kręcąc młynka kciukami. Poza tym jego twarz była blada jak prześcieradło – zupełnie jak podczas choroby. Jego starsza koleżanka sprawiała wrażenie bardziej opanowanej. Niepokój ujawniał się tylko w jej rozbieganym spojrzeniu, którego nie mogła skupić na żadnej rzeczy. Jedynie Chris z całej trójki nie przejawiał żadnych zachowań lękowych. On w przeciwieństwie do nich wierzył, że jego przyjaciel coś wymyśli. Znał bowiem Pottera wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, iż nie zostawi go samego w tak niekomfortowej sytuacji. Jak się później okazało, wcale się nie mylił.
- No dobrze… - zaczął Harry, skupiając na sobie wzrok pozostałych. – Nie mamy dużo czasu, a musimy ustalić parę rzeczy.
- Niby co mamy ustalać?! – wybuchła niespodziewanie jedyna dziewczyna w tym gronie. – Czystokrwiści zamierzają nas tyranizować w imię tych swoich szczytnych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie idei. A my nie możemy nic zrobić! Nic! Rozumiesz?
- Nie – odparł ze spokojem. – Macie swoje prawa, dlatego…
- Na jakim świecie ty żyjesz, Potter! – przerwała mu gwałtownie. – Jestem pewna, że rzucili jakiś czar, który uniemożliwia nam mówienie o wszystkim komuś spoza domu. Poza tym nie posiadamy żadnych dowodów, właściwie to jeszcze nic się nie wydarzyło. Na razie tylko nam grozili. Tyle że to na pewno nie były puste groźby! Oni będą…
- Uspokój się, Melisso! – wtrącił niespodziewanie Chris, kładąc jej rękę na ramieniu. – Harry jako jedyny zdecydował się nam pomóc, a ty go atakujesz. Daj mu chociaż dojść do słowa i przedstawić swój plan – upomniał ostro dziewczynę, która nieco zmieszała się swoim postępowaniem.
- Właściwie to… - Potter przeczesał dłonią włosy, tworząc w ten sposób na głowie jeszcze większy bałagan niż wcześniej. – W sumie nie mam jeszcze żadnego konkretnego planu. Upłynęło zbyt mało czasu, by…
- Wiedziałam! Chcesz się nad nami po prostu trochę popastwić, prawda?
- Nie. Chodzi mi zupełnie o coś innego i może…
- Och! Przestań już udawać bohatera i przyznaj się, że nie masz zielonego pojęcia, co zrobić. Chcesz tylko…
- Przestań mi mówić, czego chcę a czego nie! – wrzasnął zdenerwowany Potter, wstając gwałtownie z krzesła, które z głośnym trzaskiem upadło na ziemię. Jego dotychczasowy spokój ulotnił się całkowicie.
- Spokojnie, Harry – mruknął uspokajająco Chris, wiedząc, że przyjaciel nie cierpi, gdy ktoś ocenia go tylko po pozorach. Został jednak ostentacyjnie zignorowany, gdyż cała uwaga Pottera skupiła się na Melissie, która rozdygotana wpatrywała się w niego gniewnie.
- Posłuchaj! – warknął. – To, że jestem Ślizgonem, wcale nie oznacza, że popieram poglądy tego Lorda Voldemorta. Sama powinnaś wiedzieć najlepiej, że te dwie rzeczy wcale nie muszą iść ze sobą w parze. Pomagam wam, ponieważ mój najlepszy przyjaciel ma kłopoty, a poza tym… - urwał, by wziąć głęboki oddech. – Moja matka tak samo jak wy pochodzi z rodziny mugoli i pomimo tego jest bardzo potężną czarownicą, a co ważniejsze, ja oraz wiele innych osób, uważa ją za najwspanialszą osobę na świecie. I żadne czystokrwiste poglądy nie mogą sprawić, że zacznę o niej nagle źle myśleć. Rozumiesz? Człowieka określają jego dokonania, a nie to, ile ma w sobie krwi czarodzieja! – wywód Pottera wywarł chyba właściwe wrażenie, gdyż dziewczyna przestała patrzeć na niego gniewnie. W zamian za to spuściła głowę, głośno wzdychając. Zaraz po tym w pomieszczeniu zapadła kompletna cisza.
- Przepraszam, Harry – wyszeptała parę chwil później Melissa. – Czy możesz nam teraz powiedzieć, co wymyśliłeś?
- Oczywiście – mruknął już uspokojony i opanowany tak, jak na początku rozmowy. - Rozumiem wasz niepokój – rozpoczął, patrząc znacząco na dziewczynę. – Jednakże nie możemy panikować. Sytuacja nie jest jeszcze w pełni wyraźna. Nie wiemy, jak będą zachowywać się pozostali Ślizgoni. Niemniej już teraz musicie być ostrożni. Chwilowo poinformowanie o tym któregoś z nauczycieli wydaje się niemożliwe, ponieważ nie posiadamy żadnych dowodów na potwierdzenie naszych słów. Poza tym, tak jak wspomniała wcześniej Melissa, prawdopodobnie jakiś czar uniemożliwi nam to, gdy tylko spróbujemy, bądź też wskaże nas jako zdrajców, co zdecydowanie nie byłoby mądrym pomysłem.
- No dobra… - wtrącił Chris. – Znamy fakty, ale potrzebne jest nam rozwiązanie.
- Cóż… - westchnął przeciągle Potter. – Sądzę, że chwilowo takiego nie ma. Musimy poczekać na kolejne ruchy Malfoya, bo to on zdaje się wszystkim dowodzić.
- Czyli co? Mamy po prostu robić, co nam każą?
- Tak będzie chyba bezpieczniej, ale… - przerwał, by przyjrzeć się twarzom młodszych Ślizgonów. – Proponuję, byście starali się schodzić z drogi pozostałym. Dodatkowo powinniście znaleźć sobie, a może już macie kogoś takiego, kto pod pozorem wyłączności chroniłby was przed innymi.
- Anioł Stróż?
- Coś w tym stylu. To jak?
- Przyjaźń to może za duże słowo – zaczęła Melissa – ale koleguję się trochę z Astorią Greengrass, mieszkamy w jednym dormitorium. Wydaje mi się, że ona jest przeciwna temu podziałowi. Kiedy wczoraj wróciłam… No… Zanim się położyła, powiedziała, żebym się nie martwiła tak tym wszystkim.
- W porządku – mruknął Harry. – Porozmawiam z nią.
- Dzięki – wyszeptała i spojrzała z wdzięcznością w jego oczy.
- Nie ma za co – machnął lekceważąco ręką i odwrócił się w stronę przyjaciela. – Chris, teraz ty. Ja mogę ci pomóc, tyle że w czasie lekcji będziesz musiał radzić sobie sam.
- Hmm… Nie sądzę, by wtedy ktoś się odważył na cokolwiek. Słyszałeś Malfoya. Pełna dyskrecja – mruknął ironicznie.
- Wiem, jednak…
- Spokojnie. Chłopaki z dormitorium są półkrwi. Na forum będą mogli chcieć się popisać, ale gdy znajdziemy się sami… Nie. Raczej nie.
- No, dobra – westchnął czarnowłosy chłopak– ale bądź ostrożny.
- Się wie – w odpowiedzi uśmiechnął się delikatnie. – Ale co z tobą, John?
Tymi słowami Chris zwrócił się do drobnego trzeciorocznego, który przez cały czas trwania rozmowy nie odezwał się ani razu. Siedział tylko skulony na swoim krześle z pochyloną głową. Był naprawdę wystraszony. Potterowi aż zrobiło się go żal, dlatego położył rękę na jego ramieniu i ścisnął ją pocieszająco. Chłopak nawet nie zareagował, zaczął tylko kołysać się w przód i w tył.
- John? – zaniepokojony Harry podniósł jego podbródek. Zobaczył wówczas wystraszone ciemnobrązowe oczy.
- Nie mam przyjaciół – padła cicha odpowiedź. – Nie w Slytherinie.
- A poza nim?
- Paul jest z Ravenclawu – wyszeptał. – Tyle że on też pochodzi z mugolskiej rodziny.
Potter zamyślił się, rozważając, co powinni zrobić w takiej sytuacji. Chłopak wydawał się być outsiderem. Aż dziwne, że Tiara przydzieliła go właśnie do takiego a nie innego domu.
- Słuchaj, Mały – zaczął pewnie najstarszy ze Ślizgonów. – Będzie dobrze, nie martw się. Nigdzie nie chodź sam. Trzymaj się tego Paula, a w Pokoju Wspólnym nas. W dormitorium i tak nie spędzasz wiele czasu, poza snem oczywiście. W porządku? A jak będziesz mieć problemy, to przyjdź do mnie. Wtedy coś wymyślimy, Johnny.
- Dziękuję – powiedział chłopak już z nieco większą nadzieją w głosie, a Harry uśmiechnął się w odpowiedzi i potargał mu włosy.
Wszyscy zamilkli, pogrążając się w zadumie. Ich myśli krążyły wokół Lorda Voldemorta, jego poglądów, a także Rady Czystej Krwi, która miała zostać powołana w najbliższym czasie. Żadne z nich nie mogło uwierzyć w to, co się dzieje. Jednakże los nie dał im wyboru. Nadchodziły naprawdę trudne czasy, a uczucie zagrożenia, którego źródło nie było jak dotąd do końca znane, wręcz wisiało w powietrzu. Teraz Harry wreszcie rozumiał niepokój, który towarzyszył mu przez niemal całe wakacje. Także wizyta Zgredka wydawała się nabierać coraz więcej sensu. W obliczu tylu potencjalnych niebezpieczeństw mógł jedynie wierzyć, że tajemniczy mag, o którym śpiewała wczorajszego wieczora Tiara Przydziału, nie jest postacią fikcyjną, lecz ma realną władzę, by zmienić przyszłość. Potter westchnął, a potem, wyrywając się ze swych rozmyślań, spojrzał na zegarek.
- Chodźmy – powiedział, samemu wstając ze swojego miejsca. – Pora na śniadanie. Usiądźcie tam gdzie zawsze.
- Wchodzimy osobno? – zapytał Chris, idąc w ślady przyjaciela.
- Tak. Najpierw John, później Melissa, a na końcu my. – Potem już nikt się nie odezwał. Na pożegnanie skinęli sobie tylko głowami i wychodząc z Pokoju Życzeń, rozeszli się w różne strony.
Chris i Harry ramię w ramię przemierzali korytarze Hogwartu, nie odzywając się do siebie. Cisza, która zapadła nie była jednak męcząca czy krępująca. Wyrażała raczej zaufanie i zrozumienie, gdyż słowa wydawały się zbędne. Dopiero tuż przed wejściem do Wielkiej Sali, marszcząc brwi, odezwał się Baxter:
- Powiemy chłopakom?
- Teraz tak sobie myślę, że lepiej tego nie robić.
- Teraz?
- Melissa może mieć rację z tą klątwą. A ja chwilowo wolę się nie zdradzać ze swoimi poglądami. Przynajmniej dopóki nie dowiemy się, co knuje Malfoy.
- Przecież wiemy, co…
- Tylko podejrzewamy. Puste słowa nie są żadnym dowodem – mówiąc to, spojrzał znacząco na przyjaciela, który w odpowiedzi skinął głową ze zrozumieniem.
Następnie wkroczyli do Wielkiej Sali, udając, że rozmawiają o jakiś błahych rzeczach. W pomieszczeniu znajdowała się już większość szkoły, dlatego panował tam okropny hałas, jak to zresztą zwykle bywa w przypadku obecności mnóstwa plotkujących osób. Dwaj Ślizgoni usiedli przy swoim stole, praktycznie niezauważeni przez nikogo. Harry pochylając się nad talerzem, miał jednak wrażenie, że ktoś go obserwuje. Nie spiesząc się, dyskretnie podniósł głowę i rozejrzał się. Napotkał wówczas spojrzenie stalowoszarych oczu, które uporczywie prześwietlały go od paru minut. W odpowiedzi uniósł tylko pytająco brew. Siedząca po przekątnej Lestrange tylko zmrużyła oczy i zajęła się swoim śniadaniem. Nikt jednak nie zwrócił uwagi na tę ich niemą rozmowę.
Gwar w Wielkiej Sali zwiększał się wraz z każdym nowo przybyłym uczniem. W pewnym momencie było już tak głośno, że słyszało się tylko słowa osoby siedzącej obok, a to i tak z wielkim trudem. Dlatego też Harry nie zorientował się, gdy obok niego znikąd pojawił się pewien pierwszoroczny Gryfon. Zauważył go dopiero, kiedy ten klepnął jego ramię.
- Alex? – zapytał zdziwiony.
- Też się cieszę, że cię widzę – odpowiedział, uśmiechając się szeroko, rudzielec i zajął wolne miejsce obok brata.
- Co ty tu robisz? – zdumienie nie opuszczało starszego Pottera, który czuł już na sobie spojrzenia praktycznie całego domu.
- Przyszedłem się przywitać – zakomunikował. – Wczoraj nie mieliśmy zbyt wiele czasu, żeby pogadać. A co? – zapytał i rozejrzał się wokoło. Dostrzegając wówczas zainteresowanie pozostałych Ślizgonów, nieco się zmieszał. – Rozumiem – mruknął cichutko.
- Witaj przy stole Slytherinu, młody Lwie – odezwał się, pragnąc zniwelować powstałe napięcie, Chris i klepnął przybysza w bark. – Wybacz nieuprzejmość siedzącego tu o to twojego starszego brata, ale on już taki jest. A tak na marginesie, z wiekiem robi się coraz gorszy – dodał konspiracyjnym szeptem, za co oberwał kuksańca w bok.
- Wiem – twarz Gryfona rozpogodziła się na ten mały żart. – Też to zauważyłem. – I znowu wyglądał jak rudowłosy chochlik.
- Wypraszam sobie żartowanie z mojej szacownej osoby – powiedział z udawaną powagą Harry, czując jak cały niepokój znika na moment z jego serca, a to za sprawą małego rudzielca.
- Patrz jaki drażliwy! – zaśmiał się Chris, który również wyglądał na o wiele bardziej zrelaksowanego. Po chwili dołączyli do niego obaj Potterowie.
Stopniowo cała trójka zwracała na siebie uwagę coraz mniejszej liczby Ślizgonów, aż w końcu przypatrywała się im jedynie Vivienne. Oczywiście tylko ukradkiem, zza kurtyny ciemnych włosów. Sama przed sobą nie chciała tego przyznać, lecz w głębi ducha zazdrościła im tej więzi. Ona nie miała nikogo bliskiego. Jak dotąd za przyjaciela uznawała Draco, ale po tym, co wydarzyło się wczoraj, zaczęła wątpić, czy w ogóle łączy ich coś poza pokrewieństwem. Był co prawda jeszcze Axel, jej norweska bratnia dusza, ale on wyjechał i od ich ostatniego spotkania w ogóle się nie odezwał. Znowu więc została sama. Westchnęła zrezygnowana na tę myśl, a potem uważniej przyjrzała się Baxterowi i Potterom, bo właśnie podeszła do nich Parkinson - Ślizgonka, której wręcz nie cierpiała.
- Wasze rozkłady zajęć – rzuciła z niechęcią, przyglądając się przy tym pogardliwie Alexowi.
- Dzięki – odparł lodowato Harry i odebrał od niej dwa zwinięte pergaminy. Kiedy jednak dziewczyna nie ruszyła się ani o milimetr, uniósł brwi pytając: - Coś jeszcze?
- Na twoim miejscu, Potter, byłabym milsza dla niektórych ludzi.
- Co to niby ma znaczyć? – warknął cicho Ślizgon, lecz nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Pansy odwróciła się bowiem ze złośliwym uśmieszkiem na ustach i poszła dalej. Kiedy zaś znalazła się poza zasięgiem ich głosu, odezwał się ze skwaszoną miną Alex:
- Wszystkie Ślizgonki są takie?
Ani Chris, ani Harry nie udzielili odpowiedzi na to pytanie. Zamiast tego wymienili zaniepokojone spojrzenia. W przeciwieństwie do młodego Pottera zdawali sobie sprawę, że nie było to bezpodstawne ostrzeżenie.
- Wiesz co, Mały? – Harry przeniósł wzrok na rudowłosego, jednak wydawał się go w ogóle nie widzieć. – Chyba powinieneś wrócić już do swojego stołu. Znajomi pewnie cię szukają.
- Czy coś się stało? Wyglądasz dziwnie.
- Nic mi nie jest. Po prostu…
- Właśnie rozdają wasze rozkłady zajęć – wtrącił Chris, czym zwrócił na siebie uwagę Gryfona. – Lepiej już zmykaj, bo jeszcze spóźnisz się na zajęcia pierwszego dnia.
Jedenastolatek popatrzył najpierw na swojego brata, a potem na jego przyjaciela, szukając w ich twarzach odpowiedzi na nurtujące go pytanie. Kiedy jednak jej nie znalazł, zmarszczył brwi i szybko się pożegnał. Odszedł do stołu Gryffindoru, a Harry odprowadził go tam wzrokiem. Następnie, będąc wciąż zamyślonym, zerknął na swój nowy plan lekcji. Czekały go dziś podwójne eliksiry, transmutacja, zaklęcia oraz…
- Obrona przed czarną magią – mruknął pod nosem, a jego spojrzenie automatycznie przeniosło się na profesora Snape'a. Mężczyzna siedział przy stole nauczycielskim, chyba jako jedyny z nikim nie rozmawiając, skupiony na spożywanym posiłku. Wyczuwając jednak zainteresowanie Pottera, podniósł głowę i lekceważąco przesunął wzrokiem po stole Slytherinu.
– Niezbyt towarzyski typek – zauważył cicho Harry.
- Kto? O kim mówisz? – zdziwił się Chris, lecz dostrzegając kierunek, w który zwrócona była głowa przyjaciela, dodał: - Ach! No, tak… Masz dziś z nim zajęcia?
- Taa…
Na tym Ślizgoni zakończyli swoją rozmowę, a kilka minut później, w pełni najedzeni, wrócili do dormitoriów po odpowiednie podręczniki i rozeszli się w swoje strony. Nie spotkali się aż do obiadu, a i wtedy nie rozmawiali zbyt wiele, ponieważ Harry został zatrzymany przez profesora Slughorna, który chciał poinformować go o spotkaniu Klubu Ślimaka. Stąd też dwaj Ślizgoni zdecydowali się przenieść swą rozmowę na popołudnie, gdy zajęcia już się skończą. Potter zdążył się tylko dowiedzieć, że jak dotąd nie działo się nic niepokojącego. Mugolacy nie mieli żadnych poważnych problemów. Własne obawy i strach towarzyszy wydały mu się wówczas nazbyt wyolbrzymione. Uspokojony ruszył zatem na kolejne zajęcia, które upłynęły pod hasłem: „Owutemy już niedługo". Na koniec zaś pozostała mu tylko godzina obrony przed czarną magią. Przyjął to z radością, gdyż czuł się naprawdę wykończony.
Pod salą profesora Snape'a czekała dość spora grupa osób. Wśród ich grona znajdowali się również Sean i Max. Kiedy Harry pojawił się na korytarzu, wyglądali na bardzo zaobserwowanych swoją rozmową. Dlatego też początkowo nawet nie zauważyli pojawienie się przyjaciela.
- Cześć – przywitał się Potter. – Was też dzisiaj tak wszyscy męczyli?
- Bez wyjątku – zauważył kwaśno Brown. Jedynie Krukon wydawał się być zadowolony z życia, bo wesołym głosem powiedział:
- Dajcie spokój. Narzekacie jak moja ciotka, stara panna z całą hordą kotów. – A potem wybuchnął donośnym śmiechem, który poniósł się wśród kamiennych ścian zamku. Został on jednak gwałtownie i niespodziewanie przerwany przez profesora Snape'a:
- Słuszna uwaga. A teraz zapraszam do środka.
Ledwie skończył wypowiadać te słowa, otworzyły się drzwi sali, a uczniowie w ciszy i jeden za drugim przekroczyli jej próg. Pomieszczenie spowite było w mroku. Światło dawały jedynie niewielkie lampki poustawiane na każdej ławce oraz duża podświetlana tablica. Okna zaś pozostawały przysłonięte jakimś materiałem. Wzrok skupiała na sobie stojąca przed rzędami stolików wysoka katedra, z której widać było doskonale całą salę.
- Klimatycznie – mruknął Sean, zajmując ławkę, ustawioną na samym końcu pomieszczenia.
- Cisza – rozległ się wówczas spokojny, lecz stanowczy głos nauczyciela. Nikt się zatem więcej nie odezwał.
Siódmoroczni zajęli pojedynczo stoliki, najwyraźniej na lekcjach obrony przed czarną magią nie było mowy o nawet najdrobniejszej współpracy. Harry, pomyślawszy o tym, zastanowił się, co oni w takim razie będą robić. Odpowiedź nadeszła wkrótce.
- Nazywam się Severus Snape, a tutaj, w tej sali, będziecie zgłębiać tajniki obrony przed czarną magią – rozpoczął poważnym tonem. – Jak się dowiedziałem, mieliście w ciągu ostatnich lat różnych nauczycieli, którzy jednak nie wykazali się odpowiednimi kwalifikacjami na to stanowisko. – Potter zacisnął zęby ze złości, myśląc o ich dawnym profesorze, Remusie Lupinie. – Mogę was jednak zapewnić, że w tym roku to się zmieni. Będziecie pracować ciężej niż kiedykolwiek w waszej szkolnej historii. Ostatecznie czekają was w czerwcu owutemy. Liczę na waszą współpracę, ponieważ z góry ostrzegam, nie toleruję lenistwa - zaznaczył srogim tonem i przyjrzał się uważnie uczniom. Wszyscy zrozumieli przesłanie tych słów. Każdy, kto tylko na to zasłuży, wylatuje bez względu na konsekwencje. Brak taryfy ulgowej dla kogokolwiek.
– W tym roku mamy zająć się – kontynuował Snape, nie zważając na panującą w pomieszczeniu grobową ciszę – przeciwzaklęciami. W poprzednich latach uczyliście się bowiem radzenia sobie z czarnomagicznymi stworzeniami oraz przedmiotami. Teraz przyszedł czas na coś trudniejszego i jak twierdzi wielu, ważniejszego. – W tym momencie machnął różdżką, a na tablicy za nim pojawiło się kilka definicji. – Wyciągnijcie pióra i pergaminy. Zaczniemy od początku, by mieć pewność, że… - zdziwiony urwał, wpatrując się w uniesioną dłoń, lecz zaraz ją zignorował i nie przejmując się brązowowłosą Gryfonką, ciągnął dalej swój monolog: - … wszyscy znajdujecie się na tym samym poziomie. Poza tym nie jestem pewien, czy wasi poprzedni nauczyciele właściwie wyjaśnili pewne zagadnienia.
- Bardzo przepraszam, panie profesorze – wtrąciła uprzejmie wcześniej wspomniana Gryfonka – ale…
- Pani nazwisko? – zapytał Snape, patrząc lodowatym wzrokiem na dziewczynę, która na moment straciła całą pewność siebie i zamilkła zaskoczona. – A zatem? – pospieszył ją nauczyciel.
- Granger. Hermiona Granger – mruknęła niepewnie. - Chciałam tylko…
- Nie obchodzi mnie, co pani chciała, panno Granger. Minus dziesięć punktów od Gryffindoru za impertynencję – rzucił rozeźlony, czym zszokował wszystkich uczniów. – Kiedy będę chciał usłyszeć pani opinię, z pewnością się o nią upomnę. Ta zasada tyczy się wszystkich. Zrozumiano?
- Tak – szepnęła Hermiona, z trudem hamując łzy. – Przepraszam, panie profesorze. - Mężczyzna skinął głową i powrócił do omawianego przez siebie tematu, zupełnie jakby nikt mu nie przerywał. Klasa zaś w ciszy zaakceptowała wprowadzony rygor.
Do końca zajęć uczniowie z uwagą słuchali tego, co mówił profesor, nie chcąc paść ofiarą jego złości. Ten zaś z absolutnym spokojem prowadził swój wykład, parę razy jedynie zadając wybranym delikwentom pytanie. Między innymi Harry'emu, który odpowiedział bez zająknięcia, co dziwnym trafem nie przypadło do gustu Snape'owi. Nowy profesor nie przyznał też punktów żadnemu z domów. Spotkało się to ze zdziwieniem uczniów, lecz nie znalazł się śmiałek odważny na tyle, by skomentować sytuację na głos.
Kiedy zajęcia wreszcie dobiegły końca, ucieszyli się praktycznie wszyscy i w pośpiechu opuścili salę. Pierwsza wypadła stamtąd Hermiona Granger, a pozostali byli już kilka kroków za nią. Ostatnim uczniem został zaś Harry, który chyba jako jedyny zachował całkowity spokój. Będąc już jednak w drzwiach, odwrócił się, by spojrzeć na profesora. Zobaczył wówczas, że mężczyzna strasznie się krzywi, pocierając lewe przedramię. Myśląc, iż nauczyciel po prostu się uderzył, Potter wyszedł z pomieszczenia i ruszył przed siebie. Nie wiedział, że przegapił ważny szczegół. Severus Snape wcale się bowiem nie uderzył, lecz poczuł nagły ból i pieczenie w miejscu, gdzie na jego skórze znajdował się magicznie wytatuowany Mroczny Znak, symbol przynależności do grupy zwolenników Lorda Voldemorta.
Wzywa, pomyślał Snape i w pośpiechu udał się do swoich prywatnych komnat. Stamtąd zaś za pomocą sieci Fiuu przedostał się do Hogsmeade. A potem, starając się nie rzucać nikomu w oczy, znalazł ustronne miejsce i się teleportował. Już kilka sekund później wylądował na pustej plaży. Bardzo silny wiatr rozwiewał mu szaty oraz wzburzał ogromne fale na niespokojnym morzu.
- Nareszcie jesteś, Severusie – odezwał się niespodziewanie stłumiony męski głos. Snape podniósł wówczas głowę, by na szczycie kamiennych schodów umożliwiających wejście na klif zobaczyć jasnowłosego czarodzieja. Stał on sztywno, z dumnie wypiętą piersią, wyraźnie czekając na czyjeś przybycie. – Czarny Pan się niecierpliwi.
- Dotarłem tak szybko, jak mogłem, Lucjuszu.
Mężczyzna nie odpowiedział, a jedynie skinął głową na znak, że rozumie. Następnie poczekał, aż nowoprzybyły do niego dołączy i razem z nim ruszył w stronę okazałej posiadłości, do której prowadziła żwirowa droga. Brama otwarła się przed nimi automatycznie, wyczuwając obecność Mrocznego Znaku. W ciszy podeszli do drzwi wejściowych.
Snape'owi wydawało się, że wyczuwał, jakby za pomocą szóstego zmysłu, że Czarny Pan jest z czegoś niezadowolony. To odczucie mogło się jednak u niego pojawić przez to, że magiczny tatuaż na lewym przedramieniu palił go żywym ogniem. W sercu mężczyzny pojawił się niepokój. Czyżbym zrobił coś nie tak? -pomyślał ze zgrozą/z trwogą/ze strachem, lecz na zewnątrz nie dał niczego po sobie poznać.
Wreszcie obaj czarodzieje dotarli do ogromnych drewnianych drzwi, przed którymi się zatrzymali i spojrzeli na siebie. Lucjusz dał znak głową, że w pomieszczeniu za ścianą Lord Voldemort już oczekuje przybysza. Ten zaś chwycił w rękę mosiężną klamkę i otworzył podwoje do wielkiej komnaty, przypominającej swoim wyglądem salę audiencji mugolskich królów. Kątem oka zarejestrował jeszcze widok szybko odchodzącego Lucjusza. Zaraz potem całe jego ciało zostało obezwładnione przez ogromny ból. Snape upadł na kolana, wydając przy tym cichy jęk. Teraz nie tylko jego lewe przedramię, ale już każdy, nawet najdrobniejszy kawałek skóry stał w płomieniach.
Severus nie wiedział, jak długo klęczał owładnięty cierpieniem. Być może minęło tylko parę sekund, ale on miał wrażenie, że trwa to wieczność. W pewnym momencie ból jednak ustąpił, co spotkało się z jego głośnym westchnieniem ulgi. Powstał wówczas i spojrzał przed siebie. Na końcu pogrążonej w mroku komnaty zobaczył zarys czyjejś postaci. Siedziała ona na krześle imitującym tron. U jej stóp wił się syczący, ogromny wąż.
- Witaj, mój panie – powiedział Snape z wielkim szacunkiem, podchodząc bliżej, lecz nie na tyle, by ujrzeć twarz mężczyzny siedzącego w cieniu. Lord Voldemort, bo to był właśnie on, nie odpowiedział na powitanie ani słowem. – Czy coś się stało, panie? Dlaczego mnie wezwałeś?
Cisza, która zapadła po tych słowach, budziła niepokój, wręcz przytłaczała. Severus bał się zapytać, dlaczego został ukarany bez żadnych wyjaśnień. Czuł, że Czarny Pan nie ma ochoty się tłumaczyć ze swych posunięć. Poczuł za to prawie niewyczuwalny nacisk na swój umysł, tak nikły, że Snape wyczuł go jedynie dlatego, że był świetnym oklumentą. Zrezygnował jednak z mentalnej obrony i pozwolił zobaczyć Voldemortowi to, co chciał.
- Miałeś mi o wszystkim donosić, Severusie – rozległ się nieprzyjemny dla ucha, wręcz przypominający syczenie głos.
- Przecież… - zaczął cicho Snape, lecz przerwano mu ostro:
- Milczeć! – I tak też zrobił, wsłuchując się w słowa swego pana. – Pierwszego września Tiara Przydziału przepowiedziała pojawienie się czarodzieja, który uniemożliwi wykonanie naszej misji powierzonej nam przez czystokrwistych przodków. Dlaczego zatem nie dowiedziałem się o tej ważnej informacji od ciebie?
- Nie sądziłem, że…
- Nie sądziłeś, Severusie? – zadrwił Voldemort. – Nie kazałem ci myśleć. Twoim zadaniem jest mówić mi o wszystkim. Rozumiesz? I to ja zdecyduję, co można uznać za ważne a co nie.
- Tak, mój panie – wymamrotał Snape, pochylając głowę.
- Dowiedz się teraz, kim może być ten mag.
- Tak, mój panie.
- I od dziś mów mi o wszystkim.
- Tak, mój panie.
- Severusie? – natarczywy ton sprawił, że mężczyzna podniósł głowę i natrafił na spojrzenie zimnych oczu, których kolor wydawał się niemożliwy do określenia. – Kontroluj postępy i zachowania naszych młodych przyjaciół w Hogwarcie.
- Oczywiście.
Czarny Pan przyjrzał się uważnie słudze, rozważając, czy dotrzyma danego słowa. Nagle machnął ręką w stronę drzwi, mówiąc:
- Możesz odejść.
Snape skinął jedynie głową i odwróciwszy się, ruszył sprężystym krokiem do wyjścia. Będąc już na zewnątrz, zaczął się zastanawiać, dlaczego Lord Voldemort budził w nim takie przerażenie. Ostatecznie nikt inny tego nie robił. Mimo usilnych prób Severus nie znalazł jednak odpowiedzi na to pytanie.
