Zbetowała: AlicjaFromWonderland


ROZDZIAŁ 11

BRATERSKA PROPOZYCJA

Zbliżała się godzina dziewiętnasta, kiedy Syriusz Black wrócił do swojego niewielkiego mieszkania w jednej z mugolskich dzielnic Londynu. Jak zwykle powitała go cisza. Kiedyś starał się ją za wszelką cenę zagłuszyć, przypominała mu bowiem o domu rodziców, tak znienawidzonym przez niego nastoletnim więzieniu. Dzisiaj jednak domowe milczenie wydało mu się odprężające. Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie na tę myśl, a w jego głowie zabrzmiał zadowolony głos Lily:

- Wreszcie dorosłeś, Syriuszu. – Zaraz potem przed oczami pojawił mu się złośliwy uśmieszek chrześniaka:

- Starzejesz się, Łapo.

Black sam nie wiedział, czy chciałby, aby któraś z tych rzeczy okazała się prawdą. Na pewno nie ta ostatnia. Co zaś do dorosłości… Odkąd uciekł z domu, żył jak chciał, bez nadzoru rodziców i drażniącej rodzinki. Takie życie mu odpowiadało. Był odpowiedzialny tylko za siebie. Później, kiedy został ojcem chrzestnym, poczuł, że tym razem liczy na niego ktoś jeszcze i że ma pewne obowiązki. Jednak i to nie wymagało od niego przewartościowania dotychczasowego życia ani zrezygnowania z własnych pragnień. Ostatecznie można powiedzieć, iż to praca aurora sprawiła, że zaczął brać na poważniej niektóre rzeczy. Niemniej i ona nie dała mu odwagi na podjęcie ważnej decyzji. Decyzji, która… No, cóż… Zmieniłaby całe jego życie. Czasem żałował, że nie spróbował, zwłaszcza wtedy gdy wracał z obiadu u Potterów. Jednak częściej dostrzegał plusy tego, że… nie wypowiedział tych dwóch słów. Tak było jeśli nie lepiej, to już na pewno łatwiej. Kiedy sam siebie pytał - „Dlaczego, Black?" – to przed oczami stawał mu obraz jego rodziców. Skłóceni, będący ze sobą z przymusu. Zgorzkniała matka, poddenerwowany ojciec, czyli zabójcze połączenie dla miłości. Ale w ich przypadku nawet i o tym nie mogło być mowy.

Syriusz, odłożywszy aurorskie szaty i przebrawszy się w zwyczajne mugolskie ciuchy, wszedł do kuchni i opadł ciężko na jedno ze stojących tam krzeseł. Westchnął przeciągle i przywołał do siebie butelkę piwa kremowego, a następnie pociągnął z niej spory łyk. Rozleniwiony rozejrzał się po pomieszczeniu i z rezygnacją zastanowił się, czy jeśli naprawdę się skupi i tego zapragnie, to uda mu się przełamać pierwsze prawo Gampa. Dla zwiększenia prawdopodobieństwa powodzenia eksperymentu zamknął oczy i wyobraził sobie talerz z aromatycznie pachnącym i równie świetnie wyglądającym kurczakiem, otoczonym przyrumienionymi kartofelkami oraz odrobiną wielokolorowej surówki. Czując w nozdrzach cudowny zapach potrawy, aż westchnął rozmarzony. Następnie, mając w głowie tak silne odczucie realności, otworzył oczy i ze ślinką nabiegłą do ust, wyciągnął dłonie, by pochwycić w nie niewidzialne sztućce. Niestety natrafił na pustkę, która ubodła w niego niczym sztylet.

- No, proszę… - mruknął ironicznie pod nosem. – Widocznie nawet czystokrwisty Black wszystkiego nie przeskoczy.

A potem wstał i podszedł do lodówki. Otworzył ją ze zmarszczonym czołem, którego bruzdy pogłębiły się jeszcze bardziej, gdy zobaczył zawartość wnętrza urządzenia. Niewiele się tam bowiem ostało. Zaledwie kawałek sera, parę plasterków szynki, kilka kiełbasek i wciąż, o dziwo, nietknięte opakowanie jajek. Zdecydowanie nie była to zapowiedź uczty stulecia. Jednak, kiedy tylko Black o tym pomyślał, w oczy rzucił mu się półmisek przykryty folią, znajdujący się na najniższej z półek i ukryty w samym kącie lodówki. Ucieszony szybko go pochwycił, by z niepokojem zaraz zauważyć, że jest trochę za lekki. Zajrzał do środka i wydał z siebie jęk, przypominający swym brzmieniem skomlenie zranionego psa. W misce znajdowały się resztki jego ulubionej sałatki ziemniaczanej, co mogłoby go naprawdę uradować, gdyby nie to, że po dokładnym wyskrobaniu uzbierałoby się jej może zaledwie na dwie łyżki. Westchnął zrezygnowany i postawił miskę na stolę, a potem sięgnął po jajka, decydując się na starą przyjaciółkę jajecznicę.

W momencie, gdy stał już przy kuchence z umytą, oczywiście za pomocą magii, patelnią, niespodziewanie w mieszkaniu rozległ się dźwięk pukania do drzwi. Zaskoczony Syriusz znieruchomiał na chwilę, uważnie nasłuchując. Nikogo się dziś nie spodziewał. Co prawda mógł to być Rogacz albo Lunatyk, którzy wpadali od czasu do czasu z przyjacielską wizytą. Tyle że oni zawsze wchodzili bez pukania, co czasem okazywało się naprawdę denerwujące. Zwłaszcza kiedy nie był w mieszkaniu sam.

Gość zapukał ponownie, tym razem głośniej i dłużej. Widocznie zależało mu na zobaczeniu się z gospodarzem. Black ruszył cicho w stronę drzwi, zabierając po drodze swoją różdżkę, która leżała na stole. Mimowolnie i instynktownie zaczął wdrażać wszystkie środki ostrożności, o których lata temu uczył się od Moody'ego. Stanąwszy w małym przedpokoiku, zerknął przez judasza na osobę stojącą po drugiej stronie. Zaskoczony aż zachłysnął się powietrzem. Następnie w pośpiechu ściągnął zabezpieczenia i otworzył drzwi na oścież, samemu wytrzeszczywszy przy tym oczy.

- Co tu robisz? – zapytał wrogo.

- Witaj, Syriuszu – przywitał się czarnowłosy mężczyzna, wyraźnie akcentując słowa, jakby chciał zwrócić uwagę gospodarza na jego nieuprzejmość. Łapa zrozumiał w lot, o co chodzi przybyszowi, i przez to najeżył się jeszcze bardziej.

- Zawsze idealny – sarknął. – Czego tu chcesz?

- Przyszedłem odwiedzić brata – odparł lekko, jak gdyby powiedział coś oczywistego.

- Odwiedzić? – zaśmiał się ironicznie gospodarz. – Dzisiaj? Teraz?

- Tak. Mam do ciebie pewną sprawę.

- I myślisz, że cię wysłucham? – jego zdenerwowany ton sprawił, że atmosfera momentalnie stała się tak gęsta, że można ją było kroić nożem.

- Nie widzę powodu, dla którego byś miał tego nie zrobić. Nie wydajesz się zajęty – mruknął Regulus Black, uważnie lustrując spojrzeniem swojego starszego brata.

- Nie widzisz powodu? – szepnął zszokowany gospodarz.

- Właśnie wróciłeś z pracy i z tego, co zauważyłem, nigdzie się nie wybierasz, więc…

- Nie odzywałeś się do mnie przez ponad dwadzieścia lat – przerwał mu Syriusz, w ogóle nie zwracając uwagi na wypowiedziane wcześniej słowa.

- Wiesz dlaczego – odparł tylko, wciąż pozostając niesamowicie spokojnym, czego absolutnie nie można było powiedzieć o jego bracie. Ten wręcz kipiał wściekłością.

- W takim razie po co tu dzisiaj przyszedłeś?

- Chciałbym ci coś zaproponować.

- Co?

Regulus rozejrzał się trochę niespokojnie na boki, a Syriusz mógł wtedy po raz pierwszy zaobserwować na jego twarzy widoczne wahanie. Moment ten nie trwał jednak długo, bo mężczyzna odezwał się już chwilę później:

- Wolałbym o tym porozmawiać w środku. Mogę wejść? - Łapa milczał, uważnie przyglądając się młodszemu Blackowi. Nie ruszył się przy tym ani o krok.

Dwaj bracia, tak podobni do siebie z wyglądu, stali na korytarzu mugolskiej kamienicy, patrząc sobie prosto w oczy bez najmniejszego mrugnięcia. Po upływie kilkunastu sekund to Syriusz wykonał pierwszy krok. Gestem zaprosił bowiem przybysza do wejścia, samemu usuwając mu się z drogi.

Kiedy obaj znaleźli się już w środku, Łapa nałożył z powrotem wszystkie zabezpieczenia i poprowadził brata do salonu, niedużego pomieszczenia, które urządzono w mugolskim stylu. Duża kanapa, dwa fotele, niewielki stolik, telewizor i wieża. Salon był utrzymany w czystości, bez pedanckiego ładu albo artystycznego bałaganu. Nie było tam żadnych kwiatów ani innych przedmiotów, stawianych zazwyczaj przez kobiety dla ozdoby, ponieważ w domu mieszkał jednie samotny mężczyzna, preferujący funkcjonalność. Można by powiedzieć, że jedynym ozdobnym elementem pomieszczenia był niewielki kominek, na którym stała mała urna oraz kilka zdjęć oprawionych w ramki. I to właśnie im przyjrzał się Regulus po wejściu do pomieszczenia, lecz nie skomentował tego ani słowem. W zamian odwrócił się przodem do Łapy i zapytał:

- Nie zaprosisz mnie, abym usiadł? – Jego pytanie pozostało bez odpowiedzi. Gospodarz jedynie wzruszył ramionami i sam zajął jeden z foteli, zapadając się głęboko w niego i przyjmując zrelaksowaną pozę, która mogłaby uchodzić za naturalną, gdyby nie mocno zaciśnięta szczęka mężczyzny, zdradzająca nerwowość. Widząc to, gość usiadł na kanapie naprzeciwko.

- Zatem? O co chodzi? Po co fatygowałeś się tutaj po tylu latach? – przerwał trwające od paru minut złowrogie milczenie Syriusz. Zdecydował, że chce mieć już tę rozmowę za sobą.

- Mam dla ciebie… Hmm… Z braku lepszego słowa nazwijmy to może „ofertę".

- Ofertę? – Nieufność momentalnie wezbrała w sercu starszego brata. Zdecydowanie nie podobał mu się ton, jakiego użył Regulus. Był zbyt… Właściwie to sam nie wiedział jaki. Po prostu budził niepokój.

- Wróć.

Łapa nigdy nie sądził, że jedno słowo wzbudzi w nim kiedykolwiek tak wiele rożnych i sprzecznych uczuć. A dzisiaj tak się właśnie stało. Zupełnie nie spodziewał się czegoś takiego. Miał trzydzieści osiem lat. Jako szesnastolatek został wydziedziczony i wyklęty przez własną matkę, która zrobiła to w dzień jego ucieczki z domu. Od tamtego czasu, od dwudziestu dwóch lat nie kontaktował się z rodziną ani ona z nim. Łączyło ich tylko nazwisko. Dzisiaj zaś, jakby wszystko co wówczas się wydarzyło miało miejsce tylko w jego wyobraźni, pojawia się jego brat i proponuje mu powrót do domu. Czuł obrzydzenie, był zszokowany, ale co najdziwniejsze i jednocześnie przerażające dla niego samego to to, że… w jego sercu pojawiła się iskierka, mała, niezdolna zapewne do rozpalenia ogniska, ale jednak, radości. Wraz z nią przed jego oczami pojawiło mu się też kilka scen. On wchodzi do domu na Grimmauld Place 12 z uśmiechem, bez przygnębienia, a witają go radosne okrzyki dzieci Regulusa: „Wujek Syriusz!". Kolejna scena: rozmawia ze swoim bratem i bratową w salonie, uśmiechają się do siebie i śmieją z czegoś. Innym razem są jego urodziny. Świętuje je z rodziną. Jest wspaniały tort, szczęśliwi ludzie, skoczna muzyka. A on czuje po prostu jakby był na swoim miejscu. W tym samym momencie jednak scena niespodziewanie się zmienia. Siedzą przy ogromnym dębowym stole. Są tam jeszcze Malfoyowie i Lestrangowie. Rozmawiają o brudnych, nic niegodnych szlamach, kpią z charłaków, mówią z nienawiścią o mugolach. I on pośród nich. Robiący to samo, z cynicznym wyrazem twarzy, pragnący akceptacji. Wewnętrznie zbuntowany, lecz zbyt tchórzliwy, by się sprzeciwić. Potem następuje jeszcze kilka innych scen. Na Pokątnej spotyka Andromedę Tonks. Udaje jednak, iż jej nie widzi i odchodzi. Na plecach czuje potępiające spojrzenie ukochanej kuzynki. Ucieka i nagle staje przed drzwiami Potterów, które jego najlepszy przyjaciel przed chwilą zatrzasnął z hukiem, bo nazwał jego żonę, dobrą dla wszystkich Lily, szlamą. Teleportuje się z poczuciem winy i ponownie staje w salonie w domu Regulusa. Właśnie przedstawiają mu jakąś kobietę, starszą od niego, wyglądającą na niezbyt rozgarniętą, lecz ubraną w arystokratyczne szaty rodu czarodziejów czystej krwi. Słowa: „twoja narzeczona" tłuką się w jego głowie, powodując straszliwy ból. On zaś myśli, że Dorcas jest o wiele piękniejsza. I wówczas z jego ust pada jedna jedyna i właściwa, choć bolesna odpowiedź:

- Nie.

Regulus patrzy na brata z niedowierzaniem. Jeszcze przed chwilą widział przecież u niego tę niepewność. W pewnym momencie nawet uważał, że się zgodzi. Nie rozumiał, skąd wzięła się stanowczość w jego głosie. Czyżby rodzina aż tak bardzo go skrzywdziła?

- Dlaczego? – pyta wówczas.

Spokój na twarzy Syriusza całkowicie zbił go z pantałyku. Widział, jak jeszcze parę chwil temu był podenerwowany i zły. Teraz wydawało się, że emocje wyparowały. Wciąż nie odpowiada, a w zamian samemu stawia pytanie:

- Dlaczego?

- Bo jesteś Blackiem – mówi pewnie Regulus, kryjąc szybko swoje zdezorientowanie.

- Nigdy się nim nie czułem.

- Ale zawsze nim byłeś.

- Nawet wtedy, gdy matka mnie wydziedziczyła? – parsknął ironicznie Łapa.

- Dlatego właśnie przychodzę. Możemy to naprawić. Jeśli tylko będziesz chciał. A wierzę, że tak.

Syriusz zamilkł, lustrując brata uważnym spojrzeniem. Znał swoją rodzinę bardzo dobrze, dlatego wiedział, że oni nie zmieniają się tak nagle, bez żadnego powodu, bez zdania czy ustaleń tak poważanego autorytetu jakim była Walburga Black. Chodziło o coś więcej i on chyba się nawet domyślał o co. Wolał jednak, aby to podejrzenie nie okazało się prawdą. Wówczas musiałby definitywnie i ostatecznie uznać, że jego rodzina jest po prostu… zła. Wcześniej wszystko rozbijało się w dużym stopniu o konserwatyzm. Tym razem sprawa mogła dotyczyć także konkretnych czynów. I tego się właśnie bał. Ostatecznie w ich żyłach płynęła ta sama krew co w nim.

- Dlaczego postanowiłeś przyjść właśnie dzisiaj, Regulusie? – zapytał, a jego ton sugerował, że nie zadowoli się żadną półprawdą. – Akurat dziś? Czemu nie rok, dwa, dziesięć lat temu?

- Bo teraz nadszedł czas – odparł, prostując się dumnie.

- Na co?

- Na zjednoczenie wszystkich czarodziejów czystej krwi. Mamy do wykonania misję, Syriuszu.

- O czym ty bredzisz, Reg? Jaką, do cholery, misję? – szepnął zszokowany gospodarz, widząc ekscytację w oczach brata i jego pełną gotowości postawę.

- Musimy przywrócić właściwą hierarchię w świecie magicznym. Jedynie czystokrwiści są stworzeni do sprawowania władzy i to oni znajdują się na najwyższym szczeblu drabiny społecznej. Mugole nas niszczą, a szlamy to złodzieje dorobku naszych przodków. Nie mają…

- Dość! – krzyknął ostro Łapa, zdenerwowany wstając ze swojego miejsca. Nie wierzył w to, co słyszał. – Ktoś zrobił ci wodę z mózgu. Naopowiadał bzdur i…

- To nie są żadne bzdury, Syriuszu. Taka jest prawda – odpowiedział spokojnie Regulus, również wstając, lecz w przeciwieństwie do brata pozostawał opanowanym.

- No, jeśli już mówimy o prawdzie… To wciąż nie powiedziałeś mi, po co tu przyszedłeś?

- Aby mieć pewność, że opowiesz się po właściwej stronie.

Na chwilę zapadła cisza, podczas której Łapa wpatrywał się w gościa niedowierzającym spojrzeniem. Po właściwej stronie, powtórzył w myślach i tym razem naprawdę się przeraził. Otworzył i zamknął usta, nie wiedząc, co powiedzieć. Wreszcie, wciąż łudząc się nadzieją, wydusił z trudem:

- Czyli po jakiej?

- Po stronie Lorda Voldemorta.

I pomimo że Black już wcześniej domyślał się, jaka będzie odpowiedź, zareagował bardzo gwałtownie. Wpadł w straszną wściekłość. Nigdy wcześniej nie był tak wzburzony. Regulus widząc jego oszalałe i rzucające w niego błyskawice oczy oraz zaciśnięte pięści, aż cofnął się zaskoczony i trochę wystraszony. Przychodząc do mieszkania brata, spodziewał się oczywiście jego początkowego oporu. Wierzył jednak, że racjonalnymi argumentami w końcu uda mu się go przekonać. Ostatecznie łączyły ich więzy krwi. Jednakże żywiołowa reakcja Łapy sprawiła, że młodszy Black zwątpił w możliwość nawrócenia brata. Zbyt długo przebywał wśród szlam i mugoli. Wydawał się być stracony. Niestety. Regulus nie mógł nic na to poradzić, chociaż się starał. Przyszedł tu z wyciągniętą dłonią, z ofertą pomocy, która została odrzucona. Postanowił jednak spróbować jeszcze raz.

- Syriuszu – zaczął poważnie – może powinieneś się nad tym zastanowić i wtedy dostrzeżesz, że… - nie dokończył, bo przerwał mu potężny ryk wściekłości:

- Wynocha!

Nie było mowy o jakiejkolwiek pomyłce. Młodszy brat Łapy chciał, by ten przyłączył się do szalonych zapaleńców idei czystej krwi. W zamian za to oferował mu możliwość powrotu do rodzinnych łask, chociaż to właśnie ona wiele lat temu wręczyła mu wilczy bilet. Nie, Syriusz nie miał zamiaru pozwolić się szantażować. Więzy krwi to nie wszystko. On miał już prawdziwą rodzinę – Potterów oraz Tonksów. Im mógł zaufać i dla nich zrobiłby wszystko. Dlatego bez żadnych wyrzutów sumienia gotów był wyrzucić za drzwi swego brata. I właśnie to robił. Stał w salonie, wściekły i wzburzony, wskazujące ręką wyjście.

Tymczasem Regulus wydawał się naprawdę oburzony takim traktowaniem. Na jego bladej zazwyczaj twarzy pojawiły się krwiste wypieki, a duże oczy zmniejszyły się do wielkości dwóch szparek. Jego brat sam wybrał swój los/swoją drogę, a skoro tak, to od teraz są wrogami. Misja jest ważniejsza niż więzy krwi, a Czarny Pan potężniejszy niż jakiś tam auror Black.

- Będziesz tego żałował – stwierdził zimno. – Już niedługo przekonasz się, że lepiej było przyjąć moją propozycję.

- Nie ośmieszaj się, Regulusie – parsknął Łapa.

- Na razie działamy po dobroci i przyjmiemy każdego, kto…

- Wynoś się z mojego domu!

- Sam tego chciałeś, Black – mruknął czarnowłosy, kierując się pospiesznie do wyjścia. - Pamiętaj, że cię ostrzegałem.

- WYNOCHA! – wrzasnął po raz ostatni Syriusz i z hukiem zatrzasnął drzwi za bratem, tuż przed jego arystokratycznym nosem.

Następnie wrócił do salonu i zaczął krążyć po nim nerwowo, nie mogąc znaleźć sobie żadnego miejsca. Cały się trząsł z gniewu. Znowu nie mógł uwierzyć w to, co się przed chwilą stało. Zupełnie nie tak wyobrażał sobie konfrontację z Regulusem po tylu latach. Mieli się pogodzić, a nie stać prawdziwymi wrogami, znajdującymi się po przeciwnych stronach barykady. Bo na to się właśnie zapowiadało. Na wojnę w świecie magii.

Zdenerwowany Łapa wciąż nie potrafił się opanować. Cztery ściany jego mieszkania więziły go i wręcz przytłaczały. Musiał stąd wyjść. Uwolnić się od negatywnych emocji. Wyszedł z mieszkania i pomknął w stronę ślepej uliczki, niedaleko zamieszkanej przez niego kamienicy, którą umownie uznał za swój punkt aportacyjny. Kręciło się tam niewielu mugoli, a o tej porze człowiek stawał się niewidoczny ze względu na brak lamp. Idealne miejsce dla czarodzieja.

Już parę minut po opuszczeniu domu Syriusz, dzięki magii, znalazł się w lesie przy Hogsmeade. Zawsze kiedy miał problem, teleportował się właśnie w to miejsce, by podczas spaceru do wioski, w spokoju o wszystkim pomyśleć. Tak też zrobił i teraz. Wcześniej nie zauważył jednak, że od czasu jego powrotu z pracy ochłodziło się o kilka stopni. A niestety w swym pośpiechu i wzburzeniu nawet nie pomyślał, by zabrać ze sobą swoją pelerynę. Teraz, trzęsąc się z zimna, odczuwał skutki tej decyzji. W dodatku nie mógł sobie przypomnieć żadnego zaklęcia rozgrzewającego od środka jego organizm. Nigdy wcześniej nie musiał go używać. Klnąc pod nosem, przyspieszył kroku i postanowił udać się do „Trzech Mioteł".

Do lokalu dotarł po dwudziestu minutach, w trakcie których wyzbył się praktycznie całej złości. W zamian za to jego zęby odgrywały swój własny koncert dyrygowany przez niską temperaturę. Do środka wszedł zatem z ogromną ulgą. Tam bowiem było ciepło.

- Gorący z ciebie facet, Syriuszu Black – przywitała go z szerokim uśmiechem na ustach atrakcyjna kobieta, będąca właścicielką pubu. Łapa w odpowiedzi parsknął śmiechem i zdecydowanym krokiem podszedł do baru, zasiadając na jednym ze stojących tam wysokich krzeseł.

- Sądziłem, że dla ciebie, droga Rosmerto, jest już to od dawna sprawa oczywista - powiedział, mrugając porozumiewawczo, czym rozbawił ją jeszcze bardziej.

- Jak zawsze uwodzicielski.

- Jak zawsze piękna.

- Już dobrze, czarusiu – zaśmiała się ponownie. – Co ci podać?

- Wujek Ogden będzie idealny. – Kobieta skinęła głową i nalała mu bursztynowego płynu, a następnie postawiła przed nim szklankę. Syriusz pociągnął spory łyk i poczuł znajome pieczenie w gardle. Następnie rozejrzał się po lokalu i unosząc brwi, zapytał: - A co tu takie pustki?

- Ostatnie wydarzenia nieco odstraszyły klientelę – westchnęła smutno Rosmerta, patrząc w tym samym kierunku co jej towarzysz.

- No, tak… - mruknął.

- Ludzie się boją.

- Taa…

- Syriuszu? – zapytała zaniepokojona kobieta, czym ściągnęła na siebie wzrok Blacka. - Myślisz, że… - nie dokończyła jednak, ponieważ do „Trzech Mioteł" wszedł niski i pulchny mężczyzna o jasnych włosach. Wymamrotał jakieś ciche powitanie i podszedł szybko do baru.

- Glizdek!

- Łapa – odparł zdumiony, zatrzymując się w pół kroku.

- Kopę lat, stary. Gdzie ty się podziewasz?

- Mam ostatnio mnóstwo pracy.

- Emily nie daje ci wolnego? – zaśmiał się wesoło Black, poklepując kumpla po ramieniu.

- Nie, to nie to. Ja… - zaczął się niezdarnie tłumaczyć Pettigrew.

- Daj spokój, Glizdek. Przecież nie mam ci niczego za złe. Po prostu musimy się kiedyś spotkać. Ostatnim razem widzieliśmy się całą paczką na urodzinach Rogacza, a to było prawie rok temu.

- Jasne, Łapo. Tylko wiesz… Emily, dzieci, sklep i… Jakoś tak… - próbował się wymigać Peter.

- W porządku – Black ponownie poklepał go po plecach. – Coś się wymyśli. A teraz napij się ze mną! Rosmerto, możesz…

- Nie, nie, nie – zaprotestował szybko jasnowłosy mężczyzna, czym zdziwił przyjaciela. – Obiecałem Em, że za chwilę wrócę.

- Jak trochę poczeka, to chyba nic się nie stanie?

- Wybacz, Syriuszu – powiedział przepraszająco i odwrócił się w stronę barmanki: - Przyszedłem po to ziele, które miałaś dać Emily. Ponoć…

- A tak! Zgadza się. Już przynoszę! – wykrzyknęła uśmiechnięta jak zwykle Rosmerta i znikła na chwilę na zapleczu, by po minucie wyłonić się stamtąd z doniczką, w której rosła nieznana Syriuszowi niewysoka roślina o dużych zielonych liściach. – Proszę. Musi przebywać w cieple przez cały czas – poinformowała mężczyznę, podając mu ziele.

- Dziękuję – Glizdogon uśmiechnął się delikatnie. – Do widzenia, Rosmerto. – I odwrócił się, by wyjść z lokalu. Wtedy jednak przypomniał sobie o przyjacielu i rzucił przez ramię: - Do zobaczenia, Łapo. Ee… Kiedyś.

- Pozdrów Emily i dzieci! – krzyknęła jeszcze tylko za nim właścicielka „Trzech Mioteł", zanim ostatecznie zniknął za drzwiami. Zdumiony Syriusz nawet się nie odezwał. Wpatrywał się jedynie w ślad za przyjacielem i nie mógł uwierzyć, że ten stał się takim pantoflarzem.

- Właśnie dlatego nigdy się nie ożeniłem – skomentował cicho, czym wywołał wybuch śmiechu swojej pięknej towarzyszki.

- Nie wszystkie małżeństwa tak wyglądają – powiedziała. – Peter jest bardzo podatny na wpływy i łatwo nim manipulować. A Emily Pettigrew ma podobny charakter do swojego ojca, Ambrozjusza Flume'a, który zawsze lubił rządzić. I to właśnie ona włada całym Miodowym Królestwem, a Peter wykonuje jej wszystkie rozkazy.

- Biedny Glizdek – westchnął Łapa. – Tak dać się załatwić kobiecie.

- Wiesz… Jemu to chyba nie przeszkadza. Taki typ człowieka. Woli, gdy ktoś inny nim dyryguje.

- Taa… Pewnie masz rację – mruknął, krzywiąc się do swoich myśli.

- Za to dzieciaki są niesamowite! – zachwyciła się niespodziewanie barmanka. – Sophie i Mark. Gdybyś widział je w akcji. Żywiołowe i pełne animuszu. Gdyby nie to, że wyglądają kropka w kropkę jak ojciec, to pomyślałabym, że… - urwała speszona i spojrzała w oczy rozmówcy, dodając znacząco: - Wiesz, o co mi chodzi, Syriuszu.

- No, doprawdy, Rosmerto. Co ty tam masz za kosmate myśli – zażartował, popijając Ognistą.

- Żadne kosmate! – oburzyła się. – Tak po prostu samo się nasunęło.

- Rogacza to ja znam tylko jednego, moja droga – powiedział, chcąc trochę ułagodzić kobietę. – I zapewniam cię, że jest to tylko metafora.

- A! No, właśnie – ożywiła się, momentalnie zapominając o żarcie gościa. – Co tam u Potterów? Wiadomo już coś w sprawie morderstwa pana Charlusa?

- Niestety – mruknął Black, nagle markotniejąc. – Całkowity zastój. Brak śladów.

- Niedobrze. Jak się czuje James?

- Chodzi sfrustrowany. I chyba boi się, że ktoś będzie chciał zemścić się za coś na jego rodzinie.

- Zemścić się? – zapytała zdumiona.

- Taa… Nie zabija się człowieka dla zabawy. Prawda?

Po tych słowach oboje zamilkli, pogrążając się w swoich niewesołych rozmyślaniach. Syriusz powrócił do oferty Regulusa, a Rosmerta do nieprzyjemnych zdarzeń, które miały miejsce ostatnio w Hogsmeade, tak blisko niej. Zadrżała zaniepokojona i rozejrzała się po swoim lokalu. Oprócz Blacka siedzieli tam tylko dwaj mężczyźni, stali klienci, którzy spotykali się tu raz w tygodniu już od wielu lat. Poza tym nie było nikogo. I to wydało się właśnie kobiecie tak przerażające. Ludzie zaczęli się bać. A skoro tak, to widocznie było czego. Ministerstwo Magii nabrało wody w usta, Prorokmilczał, a Knot udawał, że wszystko było w jak najlepszym porządku.

Szkoda tylko, że tak bardzo się myli. Czuję, że to dopiero początek.