Zbetowała: AlicjaFromWonderland


ROZDZIAŁ 12

PROWOKACYJNY ARTYKUŁ

Wrzesień powoli dobiegał końca. Uczniowie Hogwartu już dawno zdążyli zapoznać się ze swoimi nowymi planami zajęć. Ich życie miało ustalony rytm, nabrało zwyczajnej szkolnej rutyny. Nie wydarzyło się nic niesamowitego. Ktoś mógłby powiedzieć, że był to rok jak każdy inny. Nie było to jednak prawdą. Harry zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Od ostatniego spotkania całego Slytherinu minęły blisko trzy tygodnie. Nikt o nim nie wspominał ani nie nawiązywał do przedstawionych wówczas zasad. Nie było także mowy o żadnych wyborach do Rady Czystej Krwi. Zupełnie jakby całe zdarzenie mu się przyśniło. Miał jednak całkowitą pewność, iż to tylko cisza przed burzą. I to potężną, jak sądził.

Od wielu dni dyskretnie obserwował mieszkańców swojego domu. Widział jak niepewnie czuli się na początku mugolacy, szczególnie John – najmłodszy, najmniejszy i najmniej towarzyski. Z czasem jednak, gdy nic się nie działo, chłopiec, podobnie jak Melissa i Chris, stwierdził, że nie ma się czego bać. Potter nie zgadzał się z nimi, lecz nie potrafił zmusić się do ponownego zasiania w ich sercach tego niepokoju, wręcz przerażenia związanego z niewyjaśnionym i nie do końca znanym niebezpieczeństwem, które wisiało w powietrzu. Dlatego czasami czuł się naprawdę zmęczony i sam siebie pytał, czy nie wpadł w paranoję. Zawsze wtedy przypominał sobie najpierw słowa Malfoya, a potem Tiary Przydziału i wówczas wiedział, że nie. Poza tym zauważył, iż blondyn często przygląda się innym, jakby oceniając ich postawę wobec nowego porządku i umiejętności. Harry'emu zdarzyło się też parę razy podsłuchać jego rozmowę z różnymi, ale zawsze czystokrwistymi, Ślizgonami. Za każdym razem padały te same pytania. Przyjaźnisz się z jakąś szlamą? Co sądzisz o mugolach? Czy twoja rodzina się z nimi zadaje? I wiele innych, utrzymanych w tym samym tonie. Malfoy badał grunt. Pottera zastanawiało tylko, dlaczego robi to dopiero teraz, gdy już wszyscy wiedzą, że popiera Voldemorta. Czemu nie działa bardziej dyskretnie? Odpowiedź była oczywista. A kto mógłby go przed tym powstrzymać? Przecież nikt nie zaprotestował. Przeciwnie. Ślizgon zbierał sprzymierzeńców, uczniów myślących podobnie. Wybierał tych o największym prawdopodobieństwie akceptacji. Do pomocy miał zaś Parkinson, Notta i Zabiniego. Gdyby Harry miał zgadywać, to oni znaleźliby się w tej Radzie. I być może tak się właśnie stanie. Tego jeszcze nie wiadomo.

On sam stał cały czas z boku, z poczuciem bezsilności. Nie wiedział, jak powinien się zachować. Nikomu jednak nie mówił o swoich obawach. Kiedy przyjaciele pytali go, co mu jest, zbywał ich. Nie potrafił wytłumaczyć tego, co podpowiadał mu szósty zmysł. Miał wrażenie, że porusza się po omacku. Wiedząc o czymś, o czym w sumie nie miał zielonego pojęcia. Dlatego też przez większość czasu chodził zirytowany i podenerwowany, niezdolny do współpracy z kimkolwiek. Wydawało mu się, że inni widzą w nim wariata. I może właśnie nim był. Dodatkowo odnosił dziwne wrażenie, że nowy profesor, Severus Snape, uważnie go obserwuje. Jego zimne spojrzenie, które czasem przez przypadek łapał, przyprawiało go o dreszcze. Nie wiedział jednak, o co może chodzić. Może mu się tylko zdawało? Mężczyzna wydawał się bowiem nikogo nie lubić, większość uczniów się go po prostu bała. Szczególnie złośliwy był dla Gryfonów, których naprawdę nie znosił, co przejawiało się w częstym odbieraniu punktów ich domowi. Jedyną zaś osobą mogącą poszczycić się cieniem sympatii Snape'a był Malfoy. Profesor znał ponoć jego ojca i to dość blisko. Zażyłość ta, jeśli w ogóle można ją tak nazwać, wydawała się Potterowi podejrzana. Ale co jemu ostatnio wydawało się nie być podejrzane? Czasem przestawał wierzyć nawet samemu sobie. A to nie zapowiadało niczego dobrego.

Takie rozmyślania towarzyszyły Ślizgonowi od wielu dni. Także dzisiejszy wieczór nie był od nich wolny. Harry siedział samotnie w opustoszałym Pokoju Wspólnym. Minęła już północ, a jemu wciąż nie chciało się spać. Lampy pogaszono, a jedynym źródłem światła był płomień z kominka. Harry wpatrywał się w niego z uwagą, jakby szukając odpowiedzi na nurtujące go pytania. Będąc tak zamyślonym, nie usłyszał, kiedy w pomieszczeniu pojawiła się jeszcze jedna osoba. Dziewczyna stąpała zaś cicho, poruszając się lekko i z wrodzoną gracją. W ciszy zajęła jeden z foteli, stojący w ogarniętym mrokiem końcu pokoju. Przez chwilę się nie odzywała, obserwując chłopaka i sądząc, że ten już się zorientował o jej obecności. Myliła się. Uświadomiła to sobie dopiero wtedy, gdy się odezwała, a Potter zaskoczony aż podskoczył na swoim fotelu.

- Nie śpisz? – zapytała, a jej delikatny głos zabrzmiał niczym wystrzał z armaty.

- Kto tu jest? – Ślizgon poderwał się z miejsca i mrużąc oczy, próbował zorientować się co do tożsamości przybyszki.

- Vivienne.

- Lestrange? – upewnił się.

- Tak. – I oboje zamilkli, jakby wszystko, co trzeba, zostało już wypowiedziane.

Dziewczyna poczuła się rozczarowana, chociaż sama nie wiedziała dlaczego. Chyba liczyła na rozmowę. Nie była pewna. Zeszła na dół, ponieważ nie mogła zasnąć i chciała być sama. O tej godzinie nie spodziewała się spotkać w Pokoju Wspólnym żywej duszy. Zobaczywszy jednak Pottera, poczuła ulgę. Miała dziwne wrażenie, że on zrozumie. Nie wiedziała tylko, od czego zacząć, jak wyrazić w słowach to, co ją frasuje. Ostatecznie nigdy ze sobą nie rozmawiali, bo przecież prośby o podanie półmiska czy pytanie o wolne miejsce nie można było tak nazwać. Tak przynajmniej sądziła Vivienne. Teraz zaś siedząc z nim w jednym pomieszczeniu, nie miała pojęcia, co powiedzieć. Z opresji wybawił ją jednak Harry, który odezwał się cichym, przytłumionym przez dłonie przyłożone do twarzy głosem:

- Co tu robisz?

- Siedzę – odparła automatycznie, co spowodowało prychnięcie towarzysza. Uzmysłowiła sobie wówczas, że jej odpowiedź mogła zabrzmieć nieco niegrzecznie. Zmieszana zacisnęła usta.

- A zatem? – przerwał ponownie ciszę Potter i usiadł w fotelu naprzeciwko niej.

Vivienne nie odpowiedziała od razu. Najpierw przyjrzała się uważnie Ślizgonowi. W tym świetle, znajdując się tak daleko od kominka, nie widziała dokładnie jego twarzy. Wydawało jej się jednak, że chłopak jest zmęczony. Przypuszczenie to potwierdzały jego opuszczone ramiona i poza, jaką przybrał. Półleżąc na fotelu, wyglądał na pozornie zrelaksowanego, lecz napięte mięśnie i palce wystukujące rytm na poręczy mebla zdradzały nerwowość.

- Chyba to samo co ty – powiedziała wreszcie.

- A co, twoim zdaniem, tak właściwie robię? – zapytał, unosząc brwi, czego dziewczyna nie mogła zobaczyć w półmroku.

- Siedzisz i… - urwała w półzdania i urażona spojrzała na Pottera, który nie mogąc się powstrzymać, wybuchnął cichym śmiechem.

- Ach, tak… - powiedział, wciąż nie potrafiąc się opanować. – Siedzę. – I śmiał się, jakby Vivienne powiedziała coś naprawdę zabawnego, wręcz komicznego. W przeciwieństwie jednak do niego dziewczyna czuła się zdezorientowana.

- Ktoś mógłby uznać cię za wariata – warknęła po chwili już trochę rozzłoszczona.

- Wydaje mi się, że w ostatnim czasie wiele osób przyjęło to założenie, więc… - wydusił między kolejnymi salwami wesołości wstrząsającymi jego ciałem – Ameryki nie odkryłaś.

- Co? – autentyczne zdumienie w jej głosie jeszcze bardziej rozbawiło Harry'ego, który pochyliwszy się do przodu, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach, cały czas trzęsąc się przy tym w bezgłośnym śmiechu. Vivienne zaś z założonymi rękoma czekała oburzona na wyjaśnienia, które nastąpiły dopiero po paru minutach.

- To takie mugolskie powiedzenie – powiedział już opanowany, lecz wciąż szeroko uśmiechnięty Potter.

- Och – mruknęła, rumieniąc się dziewczyna. – Nie wiedziałam.

- Nie dziwię się – odparł wesoło, wzruszając ramionami, a potem nagle i bez żadnego uprzedzenia kontynuował poważnym głosem: - Posłuchaj, Lestrange…

- Vivienne.

- Co? – nie zrozumiał Harry.

- Mam na imię Vivienne – powtórzyła powoli.

Oboje spojrzeli na siebie uważnie, próbując w panującym mroku dojrzeć swe twarze. Nie było to jednak możliwe. Pełną napięcia ciszę przerwał ponownie Potter, wracając do realizacji pomysłu, który przed chwilą zaświtał w jego głowie.

- Lestrange – zaakcentował. – Nie wiem, dlaczego zdecydowałaś się, żeby zwerbować akurat mnie, skoro jestem półkrwi, a nie, jak wymaga-

- Co? – zaskoczona dziewczyna przerwała mu, podnosząc przy tym głos.

- Daj spokój – prychnął. – Widzę przecież. Zbieracie popleczników.

- My?

- Czystokrwiści.

- Nie mam zielonego pojęcia, o czym mówisz.

- Jasne, Lestrange – parsknął pod nosem, a potem jakby sobie o czymś przypomniawszy, rozejrzał się wokoło i podnosząc różdżkę, wyszeptał: - Silencio.

- O co ci, do diabła, chodzi, Potter? – wyszeptała wzburzona.

- No, proszę – zagwizdał z uznaniem. – Zawsze sądziłem, że arystokratki nie przeklinają.

- Widocznie nie jesteś taki mądry, jak myślałeś – odwarknęła coraz bardziej zirytowana.

- Może i masz rację – powiedział i pochyliwszy się w jej stronę, dodał zaniżonym tonem, jak gdyby powierzał jej swój sekret: - Jednak w zupełności wystarczy mi spostrzegawczość. – I mrugnął do Vivienne, co nie wiedzieć czemu, bardzo ją zdenerwowało.

- Wyjaśnisz wreszcie, o co ci chodzi?

- Jakbyś nie wiedziała – prychnął.

- Nie! Nie mam…

- Voldemort – powiedział ostro, a dziewczyna momentalnie zamilkła. – Malfoy, Rada Czystej Krwi, mugolacy, dziejowa misja… - wyliczał, a z każdym słowem jego ton stawał się coraz zimniejszy. Wreszcie zamilkł, czekając, aż Ślizgonka zdecyduje się coś powiedzieć.

- Dalej nie wiem, czego ode mnie oczekujesz – wyszeptała już nieco mniej wzburzona.

- Jesteś czystej krwi, Lestrange – stwierdził, jakby to zdanie miało być najlepszym wyjaśnieniem.

- A co to ma do rzeczy?

- Wiesz więcej.

- Więcej? – zapytała, nic nie rozumiejąc.

- Nie zgrywaj głupiej, Lestrange!

- Gdybyś mi wszystko wyjaśnił, nie musiałabym! – warknęła.

- Skoro chcesz… - Harry wstał z fotela i nerwowym krokiem zaczął przechadzać się wzdłuż Pokoju Wspólnego. W pewnym momencie zatrzymał się i wbił wzrok w kąt, w którym siedziała Vivienne. – Widziałem, jak Malfoy rozmawia z różnymi Ślizgonami. Zawsze należą oni do jakiegoś rodu czystej krwi. Pyta ich o poglądy, dyskretnie sprawdza lojalność i podburza. Tyle że… nic poza tym.

- Taa… - szepnęła, spuszczając głowę. – Widziałam.

- Co on zamierza?

- Nie wiem.

- W to akurat nie uwierzę.

- Będziesz musiał.

- Posłuchaj, Lestrange, to ważne! – krzyknął i oparł się o poręcze jej fotela, a dziewczyna odsunęła się od jego twarzy, najbardziej jak się dało.

- Słyszałeś nasz rozmowę po…

- Tak – przerwał jej gwałtownie.

- Nie myślę tak jak on! – zawołała, nie potrafiąc ukryć w swym głosie rozpaczy. Harry, usłyszawszy to, zmieszał się nieco z powodu swojego agresywnego zachowania i cofnął o krok, z powrotem opadając na fotel.

- Wiem – powiedział już spokojnie, czym sprawił, że Vivienne poczuła się pewniej, a potem dodał szczerze: - Przepraszam.

- Nic… - odchrząknęła. – Nic się nie stało. Rozumiem.

Zamilkli speszeni.

- Naprawdę nie wiesz, co chcą zrobić? – zapytał po chwili Harry.

- Draco mi się nie zwierza – szepnęła przepraszającym tonem, a w odpowiedzi usłyszała jedynie ciężkie westchnienie towarzysza. – Ale… Może spróbuję się czegoś dowiedzieć.

- Tylko ostrożnie i dyskretnie – odparł szybko.

- Sądzisz, że…

- Tak.

- Czyli to może być…

- Zdecydowanie.

- Draco nie jest taki! – zaprotestowała gorąco.

- I tutaj się z tobą nie zgodzę, Lestrange.

- Vivienne – odparła automatycznie.

- Wolę „Lestrange".

- Uparty jesteś.

- W tym przypadku raczej przezorny.

- Nie rozumiem – poskarżyła się niezadowolona.

- Nie musisz – mruknął Harry i wstał. – Pójdę już. Ty też powinnaś się położyć.

- Za chwilę – skinęła głową, a potem obserwowała, jak Ślizgon rzuca przeciwzaklęcie i kieruje się w stronę dormitorium. Kiedy był już w drzwiach, odwrócił się niespodziewanie i zapytał podejrzliwie:

- Dlaczego mam ci ufać?

- Bo nie masz innego wyjścia – odpowiedziała, wzruszając ramionami, czego chłopak nie mógł zobaczyć.

- Możesz być w zmowie z Malfoyem.

- Mogę – przyznała otwarcie.

- Prawdopodobnie chcesz mnie podejść.

- Owszem.

- W takim razie chyba ci się udało – stwierdził po minucie ciszy, uśmiechając się przy tym delikatnie pod nosem.

- Świetnie. Draco będzie ze mnie dumny – powiedziała z udawanym zachwytem, a Harry zaśmiał się, ze zdziwieniem, zauważając, że wierzy Vivienne, chociaż nie ma ku temu żadnych znaczących powodów. Był jednak pewien, że może jej zaufać.

- Dobranoc, Lestrange – pożegnał się, kładąc nacisk na nazwisko dziewczyny.

- Dobranoc – mruknęła i zrobiwszy efektowną pauzę, dokończyła: - … Potter. – Następnie chłopak się odwrócił i odszedł, a Vivienne została sama.

W Pokoju Wspólnym siedziała jeszcze przez kwadrans. Czuła, że z serca spadł jej ciężar. Przez wiele lat nie protestowała przeciwko wpajanej jej nienawiści do mugolaków i mugoli. Na szczęście matce nigdy nie udało się zaszczepić w niej tego uczucia. Dopóki jednak wszyscy ograniczali się jedynie do mówienia, nie odczuwała niepokoju. Teraz miało być inaczej. Atak na Pokątnej, podsłuchane rozmowy rodziców, dziwne zachowanie Draco. Nie chciała uczestniczyć w żadnych prześladowaniach. Mimo to sama bała się wystąpić przeciwko całej rodzinie. Nic by nie zdziałała, a jedynym skutkiem tych działań stałoby się wydziedziczenie. A wtedy nie miałaby do kogo zwrócić się o pomoc, bo z nikim nie przyjaźniła się tak blisko. Wciąż się bała. Zmieniło się tylko to, że teraz wiedziała, do kogo może w razie potrzeby pójść. Potter nie był jej przyjacielem, chyba nawet niespecjalnie ją lubił. Wiedziała jednak, że jest honorowy i potrafi się odwdzięczyć. Dlatego, między innymi, zaoferowała pomoc. Może zachowała się samolubnie, ale… Czuła się z tym naprawdę dobrze. Wreszcie powiedziała „nie". Rodzina co prawda jeszcze o tym nie wiedziała, ale już niedługo. Ich potencjalna reakcja wzbudzała w niej niepokój, lecz teraz nie potrafiłaby się cofnąć. Postanowiła przestać być osobą uległą. Będzie robić to, co uważa za słuszne.

Z takim nastawieniem Vivienne zdecydowała się wrócić do dormitorium. Weszła po cichu, by nie obudzić swoich współlokatorek. Panowała tam cisza jak makiem zasiał, którą od czasu do czasu przerywało jedynie ciche pogwizdywanie śpiących dziewczyn. Lestrange usiadła na swoim łóżku, wysuniętym w najdalszy kąt pomieszczenia, i przyjrzała się współlokatorkom. Z nich wszystkich to ona była najstarsza, niedługo miała bowiem skończyć siedemnaście lat i wreszcie stać się pełnoletnią. Nie była jednak pewna, czy chce, by czas płynął tak szybko.

Westchnęła zrezygnowana i zaczęła zastanawiać się, która ze znajdujących się w dormitorium dziewcząt również może nie zgadzać się z poglądami Lorda Voldemorta. Na pewno nie Salome, pomyślała niemal od razu. Młodsza siostra Pansy Parkinson zdecydowanie opowiadała się po stronie rodziny, która znana była z nietolerancji względem mugolaków. Poza tym obie dziewczyny były ze sobą zżyte. Vivienne często miała wrażenie, że jest przez nie obgadywana. Z Pansy, mówiąc delikatnie, raczej się nie lubiły, a Salome wiernie trzymała stronę starszej siostry. Ślizgonkę zawsze dziwiło, co Draco w niej widzi, od kilku lat wszyscy uznawali ich bowiem za parę.

Lestrange wzruszyła ramionami i przeniosła spojrzenie na zakopaną pod kołdrą Gaię Rosier. Z nią można było czasem porozmawiać. Jednakże wydawała się raczej obojętna na to, co dzieje się wokół niej. Absolutnie we wszystkim zgadzała się ze swoim ojcem, dlatego na jej wsparcie raczej nie można było liczyć. Zdecydowanie była konformistką. Z tego, co wiedziała Vivienne, Gaia w swoje siedemnaste urodziny miała zaręczyć się z jakimś francuskim czarodziejem czystej krwi i chyba nie miała nic przeciwko temu.

Ostatnią współlokatorką była Camille Avery, której ojciec przyjaźnił się z wujem Rabstanem. Dlatego też czasem spotykały się po szkole. Jednak, mimo to, nie miały ze sobą wiele wspólnego. Dziewczyna wydawała się skryta i co zdecydowanie utrudniało nawiązanie jakiejkolwiek relacji między nimi, przyjaźniła się z Salome. Zatem chcąc, nie chcąc, Vivienne musiała stwierdzić, iż raczej nie ma co liczyć na wsparcie swoich koleżanek. Wręcz przeciwnie, powinna być ostrożna, gdyż Parkinson prawdopodobnie będzie chciała jej zaszkodzić, razem z Pansy, której zdecydowanie nie podobała się jej przyjaźń z Malfoyem.

Wybiła godzina pierwsza w nocy, gdy Lestrange zdecydowała się ostatecznie pójść spać. Nie była już tak pełna nadziei, jak po rozmowie z Potterem. Naszły ją stare wątpliwości. Ponownie uświadomiła sobie, że gdy przyjdzie czas i trzeba będzie opowiedzieć się po jednej ze stron, a ona sprzeciwi się rodzinie, spali za sobą wszystkie mosty i zostanie sama. W tej chwili nie była już taka pewna, czy gra warta jest świeczki. Mimo iż nie pochwalała magicznego rasizmu swej rodziny, była do niej przywiązana i doskonale wiedziała, że jak dotąd to właśnie nazwisko określało ją samą. Nie czuła się wystarczająco odważna, by postawić całą swoją przyszłość na jedną kartę. Może powinna wszystko jeszcze raz przemyśleć i zdecydować, co dla niej jest ważniejsze: własne ideały czy rodzinne wartości. Usilnie nad tym rozmyślając, nie potrafiła jednak sobie odpowiedzieć na to pytanie. Zasnęła z głową pełną myśli, a jej sen przez resztę nocy był bardzo niespokojny. Budziła się co chwilę z sercem przepełnionym lękiem, tak, że kiedy musiała rano wstać, czuła się nadzwyczaj zmęczona. Nie chciała jednak, by zobaczyły to jej współlokatorki, dlatego ze wstaniem z łóżka poczekała aż do momentu, gdy zostanie w dormitorium sama. Kiedy wreszcie tak się stało, z ociąganiem zaczęła doprowadzać się do porządku. Jej ruchy były powolne i ospałe. Czuła, iż to będzie ciężki dzień. Blada twarz i podkrążone oczy, które zobaczyła w lustrze, nie poprawiły jej nastroju, a wręcz go pogorszyły.

Opuściła dormitorium, w duchu dziękując Merlinowi, że nie musiała nikomu tłumaczyć, dlaczego tak źle wyglądała. Teraz bowiem, po zastosowaniu kilku przydatnych zaklęć, za które większość mugolek z pewnością dałaby się pokroić, przypominała zwyczajną siebie, wyspaną i przygotowaną na trudy dnia. Przemierzając korytarze Hogwartu, nie spotkała wiele osób - zaledwie grupkę rozchichotanych Puchonek, które nawet nie zwróciły na nią uwagi. Nie było to nic dziwnego. Większość uczniów już pewnie od dawna znajdowała się w Wielkiej Sali na śniadaniu. Kiedy weszła do tego ogromnego pomieszczenia, stwierdziła, że miała rację. O tej godzinie to tu znajdowała się cała szkoła.

Vivienne zajęła swoje miejsce przy stole Slytherinu ze smutną miną. Nikt na nią nie czekał, nikt do niej nie machał ani nie pytał, dlaczego przyszła tak późno. Nawet Draco, który w tej chwili zajęty był rozmową z Pansy i Zabinim. Poczuła się naprawdę nieswojo, a jej wzrok mimowolnie powędrował w stronę Pottera. Siedział tam gdzie zawsze, po przekątnej, i właśnie zajmował się konsumpcją jajecznicy. Znajdujący się obok mugolak, Christopher Baxter, opowiadał mu o czymś z ożywieniem, lecz Ślizgon zdawał się go nie słuchać, zatopiony we własnych myślach. Lestrange była ciekawa tego, czego one dotyczą. Z jego twarzy nie mogła się niczego dowiedzieć. Szósty zmysł podpowiedział jej jednak, że ciągle dręczy go sprawa dziwnego zachowania niektórych Ślizgonów. Wczoraj, a właściwie dzisiaj, obiecała mu pomóc. Nie wiedziała tylko, czy to dobry pomysł. Miała dużo do stracenia, a on, jakby nie patrzeć, niczego nie zaoferował jej w zamian. Nawet nie skinął głową na powitanie, gdy zobaczył, jak podeszła przed chwilą do stołu. Sekretni sprzymierzeńcy? Co za bzdura. Nie będzie dawać się wykorzystywać, postanowiła i ze złością zaatakowała kiełbaski, które przed chwilą nałożyła sobie na talerz.

W ciszy przysłuchiwała się rozmowom toczonym wokół niej. Ślizgoni rozmawiali o zwyczajnych sprawach: szkole, quidditchu, wyjściu do Hogsmeade w następną sobotę i innych tego typu rzeczach. Chyba jako jedyna nie miała do kogo otworzyć ust. Starała się o tym nie myśleć i wciąż przypominała sobie, iż zawsze lubiła samotność. Mimo usilnych starań nie potrafiła jednak odrzucić na bok wszystkich nieprzyjemności.

Tymczasem hogwarcka poczta przybyła jak zwykle o tej samej godzinie. Vivienne nie spodziewała się żadnej sowy, oprócz tej z prenumeratą „Proroka Codziennego". Dlatego też bardzo zdziwiła się, gdy wylądowała przed nią piękna płomykówka z przywiązanym do nóżki zwitkiem pergaminu. Nie miała zielonego pojęcia, kto mógłby być adresatem wiadomości, dlatego z rosnącym zainteresowaniem szybko ją rozwinęła. To, co tam zobaczyła, trochę ją zszokowało.


Droga Vivienne!

Bardzo przepraszam Cię za to, że od naszego ostatniego spotkania nie odezwałem się ani słowem. Mam nadzieję, że nie pomyślałaś, iż postanowiłem zerwać naszą znajomość. Pozwól mi, proszę, się wytłumaczyć. Zdaję sobie sprawę z tego, że liczę na wiele. Niemniej wierzę w Twoją wielkoduszność. Spotkajmy się w Hogsmeade w następną sobotę. Wiem, iż akurat wtedy przypada Wasz wolny dzień na wyjście. Będę czekał o godzinie 1000 na początku wioski.

Axel Ludvig Northug

PS Jeszcze raz przepraszam i obiecuję wszystko wyjaśnić podczas spotkania.


Lestrange od paru minut wpatrywała się w list. Już prawie zapomniała o afroncie, który spotkał ją ze strony Norwega. Przez pewien czas była nawet na niego zła. Później jednak zdecydowała, że w sumie lepiej się stało. Matka wiązała z nim chyba jakieś nadzieje. Ona zaś wolałaby, aby nikt nie próbował kierować jej życiem, sama chciała bowiem kształtować swój los. Dzisiejsza wiadomość okazała się dużą niespodzianką. Nie przypuszczała, że Axel jeszcze się do niej odezwie. Była pewna, iż wrócił do Norwegii i w najbliższym czasie nie pojawi się na Wyspach Brytyjskich. A w każdym razie nie będzie dążył do spotkania z nią. Nie miała pojęcia, dlaczego tak nagle zmienił zdanie. Zaniepokoiła się, iż może była to sprawka jej matki. Jednak tak szybko jak o tym pomyślała, tak też odrzuciła ten pomysł. Coś jej podpowiadało, że sprawa dotyczy czegoś innego. Ślizgonka westchnęła przeciągle i złożywszy pergamin na pół, schowała go do torby. W ułamku sekundy zdecydowała, że pójdzie na to spotkanie, dlatego na skrawku papieru naskrobała krótką odpowiedź i przywiązała ją do nóżki sowy, która w tym samym momencie wzbiła się w powietrze. Naprawdę ciekawiło ją, jakiż też może być powód tak nagłej prośby.

Kiedy tak rozmyślała, jej uwagę zwróciło nagłe poruszenie, które znikąd pojawiło się wśród uczniów i nie tylko. Rozejrzała się uważnie i dostrzegła, że wiele osób wpatruje się uważnie w „Proroka Codziennego". Zdziwiona sama sięgnęła po gazetę, lecz na stronie tytułowej nie znalazła niczego, co mogłoby uchodzić za sensację. Zaczęła więc przerzucać szybko kartki w poszukiwaniu artykułu, który zrobił takie wrażenie na pozostałych. Teraz bowiem uczniowie wzajemnie pokazywali sobie coś, co znajdowało się w „Proroku". Vivienne dotarła już prawie do końca, gdy wreszcie udało jej się odnaleźć właściwą stronę. Z początku nie wiedziała, że pozostałym chodzi właśnie o to. Artykuł o najnowszych badaniach nad ulepszeniem eliksiru tojadowego autorstwa Dorcas Meadowes wyglądał bowiem całkiem zwyczajnie i zapowiadał się raczej nieciekawie dla osób nieinteresujących się tym tematem. W momencie jednak, gdy Lestrange chciała przewrócić kartkę na następną stronę, tekst rozbłysnął jasnym światłem i w tym samym miejscu ukazał się zupełnie inny artykuł, należący jednak do tej samej autorki. Zdumiona Vivienne szybko rozpoczęła jego czytanie.


MISJA NASZYCH MAGICZNYCH BRACI

Kilka tygodni temu naszą magiczną społecznością wstrząsnęła wieść o brzemiennym, jak się później okazało, w skutkach ataku na Ulicę Pokątną. Większość z nas poczuła się wtedy zagrożona. Jednak, jak zapewniał Minister Magii, nie było ku temu żadnych powodów. Pojedynczy „wyskok" grupy Zamaskowanych rzeczywiście mógł okazać się jedynie epizodem. Niemniej w ciągu ostatnich dwóch miesięcy wydarzyło się wiele rzeczy, które by temu zaprzeczały. Przede wszystkim zniknięcia i zabójstwa różnych osób, . byłego pracownika Ministerstwa, Charlusa Pottera, szanowanego profesora, Alberta Prince'a oraz emerytowanej nauczycielki mugoloznawstwa – Dorothy Cooper. Jednakże ostatecznym ostrzeżeniem przed nadchodzącym niebezpieczeństwem okazał się tzw. Dekalog Lorda Voldemorta, od którego publikacji nastąpiła cisza, jak twierdzi wielu, przed ogromną burzą.

Czarodziej każący siebie tytułować lordem zachęca nas do magicznego rasizmu i do stworzenia całkowicie irracjonalnej hierarchii społecznej. W jego mniemaniu pojęcie „czystość krwi" staje się sensem i kluczem do uporządkowanego świata. Jednak zadajmy sobie kilka pytań. W jaki sposób to, jak się nazywamy albo z jakiej rodziny pochodzimy, magicznej bądź też mugolskiej, definiuje nas samych? Jak to możliwe, że jednostka okazuje się nie mieć żadnego wpływu na swój los i miejsce w społeczeństwie? Czy powinniśmy zgodzić się na segregację? Co czyni gorszymi mugolaków od czarodziejów czystej krwi? Jest na to jakieś racjonalne wytłumaczenie? Nie, wszystko bowiem rozbija się o przestarzałe stereotypy. Według najnowszych badań, okazuje się, że dzieci pochodzenia mugolskiego o wiele szybciej przyswajają nowe umiejętności magiczne niż ich pozostali koledzy i koleżanki. Gdzie w takim razie wrodzona niższość mugolaków?

Taka śmiała manifestacja poglądów jakiegoś radykała i utopisty z pewnością narobiłaby sporo hałasu, lecz zostałaby również dość szybko stłumiona. Niestety w przypadku Lorda Voldemorta sprawa okazuje się być o wiele bardziej skomplikowana. Nieznanemu nikomu z nazwiska czarodziejowi udało się bowiem zebrać grupę sprzymierzeńców, prawdopodobnie liczną i o szerokich wpływach. Demonstrację ich siły mieliśmy okazję zobaczyć na Ulicy Pokątnej – nie powinno być żadnych wątpliwości co do wzajemnego powiązania tych dwóch zbiorowości. Jednakże od blisko miesiąca trwa swego rodzaju zawieszenie broni. Jedyną oznaką ich istnienia są aranżowane przez nich samych… towarzyskie spotkania. Wśród rodów czystej krwi trwa bowiem propaganda, mająca na celu zdobycie poparcia dla poglądów głoszonych przez Lorda Voldemorta. Czarodzieje biorący w niej udział są przekonani o swoim dziejowym posłannictwie. Z ich słów można wywnioskować, iż uważają siebie za Magicznych Misjonarzy (dalej jako: MM). Nie widzą też niczego złego w dość radykalnych i, nie bójmy się tego słowa, zdecydowanie brutalnych przedsięwzięciach przywódcy, nazywanego przez nich Czarnym Panem. Ich ślepe i bezrozumne posłuszeństwo powinno wzbudzić w każdym obywatelu magicznej Anglii sprzeciw i wzburzenie. Nie dajmy się omamić, zachowajmy rozsądek!

MM na czele z Lordem Voldemortem pragną władzy dla siebie. Czystokrwiste poglądy są jedynie kamuflażem dla dzikiej żądzy, a dziejowa misja wyssaną z palca bajką powstałą na bazie dementowanych od lat stereotypów. Jak dotąd jednak wszyscy Zamaskowani czują się bezkarni. Ministerstwo ma związane ręce, ale my bądźmy odważni i nie dajmy się zaskoczyć. Pamiętajmy: magia czyni nas równymi sobie! Nie ma gorszych czy lepszych, wszyscy jesteśmy czarodziejami.


Vivienne przez dłuższą chwilę po zakończeniu czytania wpatrywała się w artykuł. Dobitne słowa, które tam padły, poruszyły ją do głębi. Przede wszystkim jednak czuła niekłamany podziw dla autorki tegoż tekstu. Jej odwaga i bezkompromisowość, a także gotowość na poniesienie konsekwencji swych wyborów, sprawiły, że Lestrange ponownie zapałała chęcią wyrażenia swojego sprzeciwu względem wartości wpajanych jej przez matkę. Niepodziewanie nieznana jej kobieta pomogła odnaleźć wewnętrzne pokłady odwagi. Vivienne zapragnęła być taka jak Dorcas Meadowes. Rozsądek podpowiadał jej, iż to tylko chwilowe uniesienie, a już za kilka chwil znowu będzie tą bojaźliwą Lestrange. Niemniej w tym momencie dla Ślizgonki fakt ten zupełnie się nie liczył.

Tymczasem artykuł dziennikarki „Proroka Codziennego", który tak poruszył Vivienne, wywołał w magicznej Anglii prawdziwą burzę. W późniejszym okresie został uznany za umowną granicę i stał się początkiem końca, jak twierdziło wielu pesymistów. Historycy uznali go jednak za bezpośrednią przyczynę wybuchu I Wojny Magicznej, która w podręcznikach od historii zapisała się jako krwawe i bezwzględne starcie brytyjskich czarodziejów. Przed dniem dwudziestego szóstego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku nikt bowiem nie spodziewał się nadejścia tak wielkiej katastrofy.