Zbetowała: AlicjaFromWonderland
ROZDZIAŁ 13
RADA CZYSTEJ KRWI
W niedzielne popołudnie szkolna biblioteka świeciła pustkami. Znajdowało się tam zaledwie kilkoro uczniów, kończących na ostatnią chwilę swoje prace domowe na poniedziałek. Dlatego też w pomieszczeniu panowała atmosfera skupienia, a jedynymi słyszalnymi dźwiękami był szelest przewracanych kartek oraz skrobanie piór po pergaminie. Irma Pince, hogwarcka bibliotekarka, z zadowoleniem przyglądała się pilnie pracującym uczniom. Rzadko kiedy mogła trafić na taki widok, stąd tego dnia jej przyjemność była podwójna.
Przy jednym ze stolików siedział również Harry, pracując nad esejem z eliksirów. Powoli zbliżał się do końca, ku swojej wielkiej uldze. Może i lubił warzyć mikstury, lecz na pewno nie przepadał za pisaniem na ich temat żadnych wypracowań. Na szczęście pozostało mu już tylko zakończenie, krótkie podsumowanie, a potem był wolny. Po piętnastu minutach wreszcie z zadowoleniem odłożył pióro na bok. Westchnął cicho i przeciągnął się, rozprostowując zesztywniałe mięśnie. Następnie spojrzał na zegarek, a zobaczywszy, że zbliża się godzina siedemnasta, poderwał się gwałtownie z krzesła i zaczął szybko zbierać swoje rzeczy. Nie zauważył, że zrobiło się już aż tak późno. Prawie przegapiłby spotkanie z przyjaciółmi.
- Do widzenia – mruknął w stronę pani Pince i w pospiechu opuścił bibliotekę.
Żwawym krokiem przemierzał szkolny korytarz, myślami będąc zupełnie gdzie indziej. Ostatnio zdarzało mu się to dość często i parę osób zwróciło na to uwagę. Między innymi Sean, który wciąż wypominał Potterowi, iż ten nie ma czasu dla przyjaciół i zachowuje się jak jakiś dziwak. Dlatego właśnie Ślizgon wolał się dzisiaj nie spóźnić. Chyba nie zniósłby kolejnej porcji narzekań w wykonaniu Moore'a. Zastanawiając się, jak szybko uda mu się dotrzeć do Pokoju Życzeń, Harry znalazł się na rozwidleniu korytarza. Skręcając w prawo, nie usłyszał ani nie dostrzegł osoby biegnącej z naprzeciwka. Dlatego też w momencie, gdy oboje znaleźli się na tej samej linii, nastąpiło bolesne zderzenie. Ślizgon z impetem upadł na kamienną posadzkę, wydając z siebie cichy jęk, kiedy poczuł, jak na jego klatce piersiowej ląduje ktoś jeszcze.
- Harry! – wykrzyknął tuż przy jego uchu zdenerwowany dziewczęcy głos.
- Melissa? – zdziwił się, kiedy podpierając się na przedramionach, niespodziewanie zobaczył twarz niedoszłej napastniczki.
- Na Merlina! Nie uwierzysz, ja sama nie mogę! To jest jak jakiś zły sen! Po prostu… - dziewczyna wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, uniemożliwiając Potterowi zrozumienie sensu jej wypowiedzi. Dodatkowo cały czas potrząsała go za ramiona, wpółleżąc na nim.
- Uspokój się! – krzyknął zirytowany, a Ślizgonka ucichła momentalnie, jakby za sprawą magii. – Za chwilę wszystko mi dokładnie wyjaśnisz, ale najpierw… - zanim jednak dokończył, zza jego pleców rozległo się głośne gwizdnięcie, a potem znajomy głos powiedział:
- No, proszę, Potter… Ja tu się martwiłem, czy czasem nie zapomniałeś o naszym spotkaniu, ale… - kpiarski uśmiech wykwitł na twarzy Seana – widzę, że masz ciekawsze zajęcia niż…
- Spadaj, Moore! – W odpowiedzi Krukon głośno się zaśmiał i z rozbawieniem przyglądał się, jak speszona dziewczyna szybko wstaje na równe nogi.
- Ja… Wpadłam na Harry'ego i… Wcześniej go nie widziałam, dlatego… - tłumaczyła się zarumieniona, podczas gdy uśmiech chłopaka stawał się coraz szerszy.
- Spokojnie, Melisso – mruknął Potter, otrzepując się i poprawiając okulary na nosie. – Sean tylko próbuje być zabawny, ale niestety mu to nie wychodzi.
- Taa… Ciebie nigdy nie prześcignę – rzucił ten ironicznie.
- No, dobrze – westchnął Ślizgon, ignorując przyjaciela i zwracając się w stronę dziewczyny: - O co chodzi?
- W Pokoju Wspólnym… - zaczęła i nagle zaniemówiła. Zdziwiona otwierała i zamykała usta, lecz nie zdołała wydobyć z siebie żadnego, nawet najcichszego, dźwięku. Spojrzała przerażona na Pottera. Ten zaś zmarszczył brwi i przez chwilę przyglądał się Sington. Z zamyślenia wyrwał go głos Seana.
- Co jej jest? – zapytał, czym zwrócił na siebie uwagę przyjaciela. – Czemu tak na mnie patrzysz?
- Możesz nas na chwilę zostawić samych? – poprosił Harry, ponownie odwracając wzrok w stronę dziewczyny.
- Jasne. – Moore wyglądał na nieco urażonego, ale zrobił to, czego od niego oczekiwano. A w momencie kiedy zniknął za rogiem, znajdując się poza zasięgiem ich głosu, Ślizgon zapytał dziewczynę:
- Teraz możesz już mówić?
- Tak – szepnęła jeszcze bardziej zdumiona niż przed chwilą. – Co to było?
- Klątwa – mruknął chłopak. – Prawdopodobnie… - dodał szybko, widząc przerażenie na twarzy Melissy.
- Ale…
- Co chciałaś mi powiedzieć? – przerwał jej, zanim znowu wpadłaby w panikę. Zauważył, że jest to dla niej dość charakterystyczne.
- Jakieś dziesięć minut temu prefekci wyprosili z lochów wszystkich mugolaków i półkrwi. Pozostali mają wybrać spośród swojego grona osoby, które będą należeć do…
- Rady Czystej Krwi – szepnął Harry, kończąc zdanie rozpoczęte przez Melissę. Spojrzał jej przy tym w oczy i dostrzegł w nich ten sam błysk niepokoju co u niego.
- Tak – potwierdziła, choć nie musiała.
- Wiesz coś jeszcze?
- Za godzinę mamy się stawić w Pokoju Wspólnym. I nikt spoza domu nie może się o tym dowiedzieć.
- Jasne – mruknął do siebie, a potem spojrzawszy na Sington, rzucił: - Dzięki. – I zaczął odchodzić. Postawił zaledwie kilka kroków, gdy zatrzymał go zdumiony okrzyk:
- Gdzie idziesz?
- Na spotkanie z przyjaciółmi.
- Teraz?
- Tak.
- Ale… - Ślizgonka starała się go zatrzymać za wszelką cenę.
- Posłuchaj, Melisso – powiedział Potter, kładąc dłonie na ramionach dziewczyny w pocieszającym geście. – W tej chwili nie możemy nic zrobić, ponieważ nawet nie wiemy, o co tak konkretnie chodzi. Musimy poczekać, aż skończą to swoje spotkanie, i wtedy… - urwał, nie wiedząc, co w sumie wówczas zrobią.
- I wtedy co?
- Zastanowimy się wspólnie nad najlepszym rozwiązaniem problemu – dokończył, samemu słysząc niepewność w swoim głosie.
- Tylko tyle? – szepnęła zawiedziona.
- Wiesz… - westchnął przeciągle – może się okazać, że to nawet aż tyle.
- Harry…
- Spokojnie. Spotkamy się za godzinę. Do zobaczenia. – I zanim dziewczyna zdążyła ponownie go zatrzymać, zniknął za rogiem korytarza, na którym to parę minut wcześniej się zderzyli.
Potter szedł szybko, z głową pełną myśli i uczuciem niepokoju w sercu. Spodziewał się, iż Malfoy prędzej czy później rozpocznie realizację swojego planu, lecz… w rzeczywistości chyba nie był na to przygotowany. Wiadomość o spotkaniu czystokrwistych trochę nim wstrząsnęła. Co prawda przeczuwał, od ukazania się artykułu Dorcas wszyscy już przeczuwali, nadejście jakieś katastrofy. Jednakże ostatnie dwa dni upłynęły w całkowitym spokoju, który, mimo że potęgował napięcie w magicznym świecie, jednocześnie zaprzeczał temu, co wiedział każdy czarodziej. Wieloletni wewnętrzny pokój ulegał załamaniu. Nie było tylko do końca wiadomo, skąd nadejdzie ostateczny cios. Lord Voldemort chwilowo milczał. Jednak, skoro jego poplecznicy zaczęli zwierać szyki, kwestią czasu stała się jego odezwa. Harry zdawał sobie z tego doskonale sprawę i idąc na spotkanie z przyjaciółmi, zastanawiał się, jak w najbliższym czasie zmieni się ich życie.
Gdyby w tym momencie w jakikolwiek sposób udałoby mu się dojrzeć przyszłość, z pewnością by się przeraził. Na szczęście jednak zostało mu to oszczędzone. Przynajmniej w ten sposób los okazał się dla niego łaskawy.
W Pokoju Życzeń czekali, wesoło rozmawiając, trzej przyjaciele Pottera. Widząc, że Ślizgon wchodzi do środka, ożywili się jeszcze bardziej.
- Nareszcie! – zawołał Sean, szczerząc zęby.
- Moore opowiadał nam właśnie o twoim małym rendez vous z uroczą blondyneczką – zagaił w podobnym tonie Max.
- To nie było… - zaczął zrezygnowany Harry, lecz jego wypowiedź została gwałtownie przerwana.
- Dobra, dobra. Swoją drogą mogłeś mnie przedstawić. Jak ona miała w ogóle na imię?
- Przecież słyszałeś – mruknął, uśmiechając się pod nosem.
- Taa… Na pewno coś na „m"! Zresztą… Wiesz, że nie jestem dobry w zapamiętywaniu szczegółów.
- I czym ty je wszystkie czarujesz, Moore? – wtrącił sarkastycznie Chris, który jak dotąd w ogóle się nie odzywał.
- No, wiesz, Młody… - udał głębokie zamyślenie. – Tutaj chodzi o coś takiego jak urok osobisty.
- Nie wiem jak wy, ale ja chciałbym się dowiedzieć, kim ona jest – powiedział Brown, ignorując sprzeczającą się dwójkę i patrząc ciekawie na Pottera. Ten zaś zamyślił się na chwilę, a potem spojrzał znacząco na Chrisa i powiedział:
- Melissa Sington musiała mi coś przekazać.
- Uuu… - zawyli wesoło Krukon i Puchon. Jednak w przeciwieństwie do nich przez twarz Ślizgona przemknął ledwie dostrzegalny cień strachu, a w oczach pojawiło się zrozumienie. Podobnie jak dziewczyna nie mógł nic powiedzieć, chociaż próbował.
- Co jest? – zapytał od razu spostrzegawczy Sean.
- Nic. A co ma być? – Harry wzruszył ramionami, jakby nie wiedział, o co chodzi, a potem dodał tonem wyjaśnienia: - Za godzinę musimy wracać.
- Czemu?
- Prefekci znowu coś wymyślili.
- Tym waszym to się chyba nudzi – zauważył cierpko Max.
- Też tak sądzę – szepnął słabym głosem młodszy ze Ślizgonów.
Moore nie wyglądał jednak na przekonanego. Wodził nieufnym wzrokiem od jednego do drugiego mieszkańca Slytherinu. Zmarszczył przy tym brwi, a to oznaczało, że miał poważne wątpliwości co do prawdziwości ich słów.
- Jesteśmy przyjaciółmi, prawda? – zapytał poważnie.
- Oczywiście – odparli zgodnie pozostali, Max także.
- Dlaczego zatem odnoszę wrażenie, że coś przed nami ukrywacie?
Cisza, która zapanowała, była pełna napięcia. Harry wiedział, że nie ma się co dłużej wypierać prawdy. Nie chciał stracić zaufania Moore'a i Browna, ale jednocześnie nie mógł im wyjaśnić wszystkiego. Znalazł się w impasie. Pewnie brnąłby dalej w kłamstwa, lecz w ostatniej chwili odezwał się Chris, dla którego lojalność była jedną z najważniejszych cnót.
- Masz rację – przyznał. – Tylko… - zawahał się, nie widząc, jak dokończyć zdanie. Z pomocą przyszedł mu jednak Potter:
- Nie możemy – odparł po prostu.
- Niby dlaczego? – Sean uniósł brwi.
- Sam widziałeś. - Po tych słowach Ślizgon obserwował, jak na twarzy przyjaciela powoli pojawia się wyraz zrozumienia.
- Kto… - zaczął i urwał, przypominając sobie o czymś. – Nie możecie mi tego powiedzieć, prawda? – Odpowiedzieli mu smętnym zaprzeczeniem głowy.
Cała czwórka ponownie zamilkła. Tym razem milczenie wyrażało jednak jedność. Zdawali się czuć to samo, niepewność przemieszaną ze strachem. Próby odsunięcia od siebie nieprzyjemnych wydarzeń spełzły na niczym. Musieli wrócić do rzeczywistości, która zaczęła się o nich upominać. Nie mieli pojęcia, co ich czeka. Mogli jedynie wierzyć w to, iż przyjaźń pomoże im przetrwać najtrudniejsze chwile.
- O czym rozmawialiście, zanim przyszedłem? – zapytał Harry, chcąc rozluźnić atmosferę.
- Przecież ci mówiłem – zdziwił się Max.
- Ee… Tak?
- Zastanawialiśmy się, co ma takiego ta dziewczyna – zaakcentował - czego nie mają inne – dopowiedział, z powrotem szeroko uśmiechnięty, Sean.
- Chyba nie do końca rozumiem, o co chodzi – zauważył ze zmarszczonym czołem.
- Daj spokój, Harry – westchnął Chris. – Nigdy w życiu nie widziałem, żebyś się umówił z jakąś dziewczyną.
- No i?
- Pomyśleliśmy, że… - zaczął.
- … postanowiłeś zrezygnować… - kontynuował Max.
- … z tego dziwacznego celibatu i zdecydowałeś się zaprosić Melissę na randkę – zakończył z tryumfalnym uśmiechem Sean.
- Macie nierówno pod sufitem – skomentował krótko całą wypowiedź Ślizgon. – Czy to takie dziwne, że nie czuję potrzeby przebywania z dziewczyną w umówionym miejscu i o konkretnym czasie? – Pozostała trójka spojrzała na siebie i otwierając szeroko oczy ze zdumienia, powiedziała jednocześnie:
- Tak.
- Jesteście… Ech! – zirytowany machnął ręką, dając tym samym znak, że było mu to obojętne. A potem, jakby jakaś myśl przyszła mu nagle do głowy, dodał: - Sądziłem, że o takim sprawach rozmawiają tylko dziewczyny.
- A jednak czasem się mylisz, stary – wyszczerzył się w uśmiechu Chris.
- To nie to – mruknął Sean. – Potter chce po prostu odwrócić naszą uwagę, żebyśmy nie domyślili się, że tchórzy.
- Ja? – burknął urażony Ślizgon.
- Tak, ty – podjudził go Moore.
- Śnisz.
- W takim razie zaproś gdzieś tę Melissę – zaproponował chytrze.
- My się tak nie…
- Tchórzysz – zauważył zadowolony z siebie Max, a Harry zacisnął dłonie w pięści i wycedził:
- Jeszcze się przekonamy. – Nie miał pojęcia, dlaczego naigrywanie chłopaków akurat dzisiaj tak go zdenerwowało. Ostatecznie robili to często, w zasadzie od początku znajomości. Może wynikało to z tego, iż od kiedy dowiedział od Melissy o zebraniu, siedział jak na szpilkach. Cała rozmowa z przyjaciółmi na zupełnie błahy temat stanowiła jedynie przykrywkę dla ich problemów i zmartwień. Próbował oszukać samego siebie, twierdząc, że nic się nie dzieje, wiedział jednak, że nie może tego dalej ciągnąć. Przytłoczony straszliwą prawdą, nie miał pojęcia, co powinien zrobić, jeśli… No, właśnie. W tym całym problem, bo Harry nie wiedział jakie: „jeśli". Czuł tylko, iż właśnie do tych wydarzeń odnoszą się dziwne słowa Tiary Przydziału, które usłyszał pierwszego dnia szkoły.
- Ej! Ziemia do Pottera! – krzyknął Sean, szturchając przy tym mocno przyjaciela. Ślizgon zaś rozejrzał się wokoło nieco nieprzytomnym wzrokiem. Dostrzegł wówczas, że pozostała trójka przygląda mu się z zainteresowaniem.
- O czym rozmawialiście? – zapytał przepraszającym tonem.
- O artykule twojej ciotki – mruknął Chris, przewracając oczami.
- Dorcas nie lubi, kiedy się tak do niej zwracam.
- O matko, Potter – jęknął Moore i uderzył czołem o stolik, przy którym siedzieli. – Czasem naprawdę zastanawiam się, czy aby na pewno jesteś tak inteligentny, jak twierdzą inni.
- I vice versa.
- Jak pies z kotem – mruknął pod nosem Max, obserwując zachowanie przyjaciół. A potem, chcąc zwrócić na siebie ich uwagę, chrząknął znacząco i powiedział: - Chcieliśmy cię zapytać, jak na tą samowolkę zareagowali jej przełożeni.
- Właśnie – dodał Baxter. – „Prorok" jak dotąd milczał, więc-
- Z tego co wiem - przerwał mu wpół zdania Harry - to nic nie powiedzieli.
- Nic? – zdziwili się pozostali.
- Taa…
- Dziwne – mruknął Sean.
- Nie sądzę. Gdyby ją zwolnili albo ukarali, to jednocześnie uczyniliby z niej męczennicę. A raczej nie chcą zadzierać z nieznanym wrogiem.
- W sumie racja. – Zamilkli.
- Myślicie, że ten Lord Voldemort rzeczywiście może chcieć przejąć władzę? – zapytał cicho i z pewnym wahaniem Chris, a jego słowa w panującej ciszy zabrzmiały niczym wystrzał.
Nikt mu nie odpowiedział, bo nie musiał. Wszyscy znali odpowiedź i zawisła ona nad nimi jak czarna chmura zwiastująca burzę. Taki ponury nastrój towarzyszył ich spotkaniu już do końca. Pożegnali się, tak jak ustalili wcześniej, po godzinie, a potem Harry i Chris ruszyli w stronę lochów. Szli w ciszy, zajęci własnymi myślami. Po drodze spotkali jeszcze Melissę, która oprócz cichego pozdrowienie również nie odezwała się ani słowem. Nie wiedzieli, dlaczego czują tak wielki lęk przed tym, co ma nastąpić. Ostatecznie to tylko, jak wciąż powtarzał sobie Potter, banda dzieciaków. Poza tym w szkole pod nosem Dumbledore'a nie zrobią niczego złego.
Gdy dotarli do kamiennej ściany, za którą znajdowało się przejście do Pokoju Wspólnego, zastali tam grupę niepewnych Ślizgonów. Wszyscy byli oczywiście półkrwi. Harry dostrzegł od razu, że wśród ich grona brakuje Johna. Zanim jednak zdążył o niego zapytać, chłopiec pojawił się w korytarzu, pędem wybiegając zza jego rogu. Zatrzymał się tuż obok Chrisa, ciężko przy tym dysząc.
- Spóźniłem się? – zapytał lękliwym głosem.
- Nie – usłyszał krótką odpowiedź Melissy. A potem znowu zapanowała cisza.
Upłynęło parę kolejnych minut, a atmosfera na korytarzu stawała się coraz gęstsza. Harry zaobserwował u wielu osób nerwowe tiki. Najbardziej jednak zdziwił go niepokój na twarzy Chrisa. Chłopak bowiem zawsze potrafił się opanować i doskonale maskował swoje emocje. Niemniej dzisiaj jego złe przeczucia były tak silne, iż nie dało się ich ukryć pod maską obojętności. To zaś sprawiło, że Potter poczuł jeszcze większy strach. Kiedy tylko o tym pomyślał, nagle i bez ostrzeżenia kamienna ściana oddzielająca ich od Pokoju Wspólnego rozsunęła się i oczom zebranym ukazała się Parkinson. Wyraz jej twarzy zwiastował kłopoty.
- Wchodźcie – powiedziała wyniosłym głosem, a pozostali zrobili tak, jak im kazała.
Harry, zanim przestąpił próg lochu, rzucił ostatnie szybkie spojrzenie w stronę swojego przyjaciela. Jego wzrok napotkał pytanie w oczach Chrisa. Nie padły żadne słowa, ale obydwaj Ślizgoni zrozumieli się doskonale. Baxter chciał wiedzieć, czy w razie kłopotów może liczyć na wsparcie Pottera, na co Harry skinął tylko lekko głową. Odpowiedź na to nieme pytanie w postaci czynu nadeszła jednak nieco później.
Tymczasem wszyscy Ślizgoni czystej krwi siedzieli zgromadzeni w kręgu, a z ich min nie dało się niczego wyczytać. Z uwagą przyglądali się wchodzącym. Niemniej na ustach niektórych spośród nich błąkał się pełen zadowolenia uśmieszek. I to właśnie on utwierdził Harry'ego w przekonaniu, że zaraz zaczną się kłopoty. Ślizgon z niepokojem rozejrzał się wokoło, mimowolnie szukając jednej z twarzy. Udało mu się to niemal od razu, gdyż Vivienne siedziała na wprost niego, wyraźnie unikając kontaktu wzrokowego. Harry jednak z podobnym uporem próbował go nawiązać. Mimo to dziewczyna pozostała niewzruszona i dalej go ignorowała.
- Siadajcie – zabrzmiał ochrypły głos Zabiniego, który przywrócił Harry'ego do rzeczywistości. Rozejrzał się wówczas szybko wokoło i dostrzegł, że wszyscy Ślizgoni, nieobecni na wcześniejszym zebraniu, zajmowali właśnie miejsca na ustawionych poza kręgiem krzesłach. Ta widoczna segregacja zwiastowała kolejne poważne problemy.
- Chodź – mruknął Chris, ciągnąc przyjaciela za ramię. Usiedli z brzegu, tuż obok Melissy.
Kiedy wreszcie wszyscy znaleźli się tam, gdzie mieli, w Pokoju Wspólnym zapadła przytłaczająca cisza. Jej ciężar w sposób szczególny odczuwali mugolacy. Wydawało się, że czystokrwiści chcą stworzyć wokół siebie aurę tajemniczości i wywołać wśród zgromadzonych uczucie przerażenia. Jeśli rzeczywiście tak było, z pewnością osiągnęli swój cel. Większość Ślizgonów czekała bowiem podenerwowana na jakąkolwiek informację.
Nieznośnie przedłużającą się ciszę przerwał wreszcie Malfoy, który z godnością powstał ze swojego fotela i stanął na podwyższeniu przed kominkiem, używanym już wcześniej w podobnych sytuacjach.
- Koleżanki i koledzy Ślizgoni – rozpoczął uroczystym głosem, zwracając na siebie uwagę wszystkich pozostałych. – Zapewne macie w pamięci moje poprzednie wystąpienie, które wygłosiłem na początku tego roku szkolnego, dlatego też nie zamierzam się powtarzać. Pragnę jedynie przypomnieć, że, jak mówiłem już wcześniej, nam, czarodziejom czystej krwi, została powierzona pewna misja, której dowództwa podjął się wielki mag, Lord Voldemort, zwany także przez swoich zwolenników Czarnym Panem. My zaś, jako członkowie domu samego Salazara Slytherina, jesteśmy zobowiązani do okazania wsparcia podjętej inicjatywie. W związku z tym wprowadza się od dziś pewne zasady, których nieprzestrzeganie będzie surowo karane. Zanim jednak zostaną one podane do waszej wiadomości, pragnąłbym wszystkim tu obecnym przedstawić skład Rady Czystej Krwi, o której więcej dowiecie się za chwilę. – Zrobił efektowną pauzę i potoczywszy wzrokiem po zebranych, kontynuował: - Przez ostatnią godzinę wszyscy uprawnieni, czyli szlachetnie urodzeni Ślizgoni, debatowali nad tym, kto powinien zasiąść wśród naszych najwyższych władz. W ostatecznym głosowaniu funkcja przewodniczącego została powierzona mnie, Draconowi Malfoyowi. – Ledwie skończył wypowiadać te słowa, w pomieszczeniu rozbrzmiały głośne brawa, których inicjatorką była Parkinson. Mimo to wiele osób wyraźnie się skrzywiło. – Dziękuję za to ciepłe przyjęcie. Pozwólcie jednak, iż głos przejmie teraz mój zastępca – urwał, by za chwilę głośno dokończyć: - Blaise Zabini. – Tym razem oklaski nie miały już tej samej mocy, lecz i tak wyrażały absolutne poparcie.
- Szanowni Ślizgoni i drogie Ślizgonki – zabrzmiał potężnym głosem chłopak. – To ogromny zaszczyt stać tutaj przed wami i przemawiać jako wasz reprezentant. Mam nadzieję, że podołam obowiązkom, które zostały nałożone na mnie dzisiejszego dnia. Pozwólcie jednak, iż przejdę od razu do meritum. Instytucja Rady Czystej Krwi została powołana w celu szerzenia Nowych Przykazań oraz by dbać o naturalne prawa czarodziejów pochodzących z rodów arystokratycznych. Jak już wcześniej wspomniał Draco, mamy do wykonania ważną misję. Musimy przywrócić dawny ład. Wierzę, że wszyscy tu obecni chętnie i bez namysłu wezmą udział w tym wielkim przedsięwzięciu. Naszym, czyli Rady, zadaniem jest tego dopilnować. Nie ukrywam jednak, że liczę na waszą współpracę. Zanim jeszcze nowo wybrany przewodniczący określi obowiązujące od dnia dzisiejszego reguły postępowania, chciałbym niewtajemniczonym Ślizgonom przedstawić resztę składu naszych władz. – Wzrok Zabiniego skierował się wówczas na osoby dopiero co przybyłe, siedzące na wyczarowanych dodatkowo krzesłach. Uśmiechnąwszy się z wyższością w ich stronę, kontynuował:
- Sekretarzem, odpowiedzialnym za odbierania skarg i rozstrzyganie mniej istotnych sporów, został Teodor Nott. – W pomieszczeniu ponownie rozbrzmiał dźwięk oklasków. Harry niechętnie przyłączył się do nich, w myślach stwierdzając, że czuje się, jakby był na jakimś spotkaniu sekty. Mimo to podobnie jak pozostali milczał, chcąc dowiedzieć się, jak bardzo zmieni się jego dotychczasowe życie. Co chwilę zerkał też na Vivienne. Dziewczyna jednak uparcie omijała go wzrokiem. Zupełnie jakby ich ostatniej rozmowy w ogóle nie było. Nie miał pojęcia, co o tym myśleć. Tamtej nocy wydała mu się naprawdę godna zaufania. Może się wystraszyła albo po prostu udaje, by nie ściągać na siebie niepotrzebnej uwagi pozostałych. Tak, to brzmiało całkiem sensownie i nawet w pewien sposób uspokoiło Pottera, który postanowił porozmawiać z Lestrange zaraz po zakończeniu tego całego spotkania. W tym samym czasie jednak Zabini prowadził swój monolog:
- Dodatkowo w skład rady wchodzą jeszcze dwie czarownice, pełniące funkcję doradczą. Dlatego też nie należy się zgłaszać ze swoimi problemami do nich, lecz, jak wspominałem już wcześniej, zwrócić się bezpośrednio do naszego sekretarza. A zatem oto one: Pansy Parkinson… - brawa w tym przypadku były raczej skąpe, co wynikało z faktu, że dziewczyna nie była zbyt lubiana ze względu na wyjątkową, nawet jak na Ślizgonkę, złośliwość - … oraz Vivienne Lestrange. – Usłyszawszy ostatnie nazwisko, zaskoczony Harry otworzył szerzej oczy. Kompletne zdumienie przerodziło się jednak szybko w oburzenie i poczucie zdrady. Był jedyną osobą, poza samą zainteresowaną, która nie klaskała. Dziewczyna zaś, wyczuwając jego nastrój i domyślając się reakcji, odwróciła się wreszcie w jego stronę. Harry posłał jej wówczas najbardziej nienawistne spojrzenie, na jakie mógł się zdobyć. W swoim gniewie nie dostrzegł w stalowoszarych oczach dziewczyny desperacji i zagubienia. Widział tylko to, co wszyscy pozostali – jej maskę obojętności i znudzenia.
- Nie wierzę – wyszeptał bezgłośnie w jej stronę, na co Vivienne szybko odwróciła wzrok, wbijając go ponownie w Zabiniego, który kontynuował swoją wypowiedź:
- Uzupełnieniem składu są: Adam Rookwood i Julian Crouch – kolejne oklaski na chwilę przerwały przemówienie Ślizgona – i tak oto razem tworzymy Radę Czystej Krwi, magiczną siódemkę – zakończył uroczyście, sprawiając, że wszyscy obecni odczuli podniosłość chwili, a potem znowu zapadła cisza. Nie trwała jednak długo, gdyż po zaledwie kilkunastu sekundach na podwyższeniu ponownie stanął Malfoy. Z pewną siebie miną powiedział:
- A teraz pozwólcie, żeby sekretarz Nott przedstawi wam kilka obowiązujących od dziś zasad, których przestrzeganie uważa się za bezwzględne. – Następnie zrobił miejsce wspomnianemu Ślizgonowi.
- Szanowni mieszkańcy domu Salazara Slytherina – rozpoczął w podobnym tonie jak jego poprzednicy. – Oprócz Nowych Przykazań ustanowionych przez samego Czarnego Pana nas dotyczy jeszcze kilka innych zasad. A oto i one. Po pierwsze, każdy Ślizgon i Ślizgonka zobowiązany jest do całkowitego posłuszeństwa wobec przewodniczącego, a także pozostałych członków Rady Czystej Krwi. Po drugie, wszyscy zgromadzeni pod groźbą klątwy muszą zachować milczenie w naszych sprawach wewnętrznych. I po trzecie, każdy mugolak - na te słowa Melissa, Chris i John cali się spięli - winien jest wykonywać polecenia czarodzieja w pierwszej kolejności czystej, a następnie półkrwi. Osoby niestosujące się do powyższych zaleceń zostaną w adekwatny sposób ukarane – zakończył złowieszczo, wywołując u niektórych dreszcze strachu.
- Dziękuję, Teodorze – odezwał się ponownie Malfoy, wracając na miejsce przemówień. – O kolejnych zaleceniach będziecie informowani na bieżąco. Wszelkie inne sprawy będą także załatwiane w ten właśnie sposób. W razie problemów zgłaszajcie się do sekretarza Notta. Pamiętajcie też o naszej ważnej misji. Nie bądźcie obojętni względem swoich korzeni! Nie pozwólcie się omamić czarodziejom przeciwnym właściwej magicznej hierarchii!
- Nie pozwolimy! – odezwał się pewny siebie głos z czystokrwistego kręgu. Zaraz za nim zaczęły powtarzać to kolejne osoby, tak że wkrótce całe pomieszczenie wypełniło się podobnymi okrzykami.
Harry był tym wszystkim szczerze przerażony. Mimowolnie szukał wzrokiem Vivienne, chcąc, by ta zaprzeczyła wszystkiemu, co się przed chwilą wydarzyło. Niestety, nie mogła tego zrobić ani ona, ani żadna inna osoba obecna w Pokoju Wspólnym.
- To jakiś żart – szepnął słabym głosem Chris.
- Nie sądzę.
- To nie możliwe.
- A jednak.
- Harry?
- Tak?
- Myślisz, że… - urwał i spojrzał znacząco w oczy przyjaciela. Potter wiedział, o co mu chodzi, lecz nie odpowiedział. Sam nie miał zielonego pojęcia, jak sobie z tym wszystkim poradzą. Tymczasem w pomieszczeniu zrobiło się ciszej, a głos ponownie zabrał Malfoy, kończąc tym samym całe spotkanie:
- Dziękuję wszystkim za obecność. Można się rozejść.
I w Pokoju Wspólnym na powrót zrobił się hałas. Większość Ślizgonów rozpoczęła żywiołową dyskusję. Jedynie nieliczni postanowili zachować milczenie. Wśród ich grona była oczywiście trójka mugolaków, która siedziała jak spetryfikowana, oraz Harry, chcący powiedzieć coś, co pocieszyłoby resztę, lecz niemogący znaleźć żadnych odpowiednich słów. Kiedy tak zastanawiał się nad całą sytuację, jego wzrok zarejestrował nagły ruch po prawej stronie. Szybko odwrócił głowę i zdążył jeszcze zobaczyć, znikającą w drzwiach prowadzących do dormitorium, Lestrange. Rozejrzał się wokoło i nie widząc nikogo, kto mógłby go obserwować, ruszył za dziewczyną. Złapał ją w ostatnim momencie, gdy ta znalazła się już w rozwidleniu do damskiej części sypialni.
- Czekaj! – krzyknął za nią, w kilku susach pokonując dzielącą ich odległość. Vivienne zatrzymała się, lecz nie odwróciła w jego stronę. – Nic nie powiesz? – zapytał w zamian za to rozzłoszczony Harry.
- A co byś chciał ode mnie usłyszeć? – wyszeptała.
- Prawdę – odparł bez namysłu.
- To dość subiektywne pojęcie.
- Przestań się ze mną bawić, Lestrange – warknął. – Chcę wiedzieć dlaczego…
- Mam na imię Vivienne – przerwała mu znudzona.
- Co? – zdumiał się, nie wierząc, że znowu wraca do kwestii jej nazywania.
- Mam na…
- Wiem, jak masz na imię! – krzyknął, odwracając się przy tym, by sprawdzić, czy nikt ich nie podsłuchuje. Następnie zrobił krok w jej stronę tak, że ich nosy dzieliło teraz zaledwie kilka centymetrów. – I nie o to mi teraz chodzi.
- Więc o co, Potter? – zapytała, prostując się dumnie. Chłopak przez chwilę się jej przyglądał, a potem śmiertelnie poważnym głosem zapytał:
- Dlaczego mnie okłamałaś?
- Nie okłamałam – zaprzeczyła spokojnie.
- Och! – prychnął zirytowany i dodał sarkastycznie: - W sumie masz rację. Nie okłamałaś, tylko oszukałaś.
- Masz jakieś rozdwojenie jaźni – wymamrotała, w ogóle nie przejmując się jego wybuchem.
- Ja? – zdziwił się zjadliwie. – Czy to ja zarzekałem się, że jestem przeciwny ideom tego całego Czarnego Lorda? Czy to ja zostałem potem jednym z wykonawców jego „świętych przykazań"? Czy to ja… - mówił wzburzony, podnosząc coraz bardziej głos.
- Przestań! – krzyknęła w tym momencie Vivienne. – Nic nie rozumiesz! Nic a nic! – Łzy widoczne w jej oczach sprawiły, iż Harry zaprzestał na chwilę swojego ataku. Zamilkł speszony, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Z jakiegoś powodu czuł, że właśnie popełnił gafę. Jednak to przecież on miał rację!
- Wytłumacz mi zatem – zażądał, zakładając ręce i patrząc wyczekująco na dziewczynę.
- Ja… - zaczęła niepewnie, uciekając wzrokiem na bok. – Chyba nie potrafię tego zrobić.
- Postaraj się.
I wówczas, kiedy Harry wypowiedział te słowa, po całym zamku rozszedł się magicznie wzmocniony głos dyrektora szkoły.
- Wszyscy uczniowie i nauczyciele – mówił zdenerwowanym głosem Dumbledore – niech natychmiast stawią się w Wielkiej Sali. Obecność jest obowiązkowa.
Cisza, która nastała zaraz potem, aż dźwięczała w uszach. Zszokowany Potter spojrzał w szeroko otwarte oczy Vivienne, w których zobaczył niepokój, który sam odczuwał. Kiwnął jej głową i pociągnął za ramię. Następnie, podobnie jak wiele innych osób w zamku, oboje pobiegli w stronę jadalni, gdzie mieli stanąć oko w oko ze straszną prawdą. Bowiem Lord Voldemort postanowił dać odpowiedź na prowokacyjny artykuł Dorcas Meadowes, tym samym niszcząc definitywnie wewnętrzny pokój w magicznej Anglii.
