Zbetowała: AlicjaFromWonderland


ROZDZIAŁ 14

ZAMĘT

Zbliżała się północ i cały Hogwart pogrążył się w grobowej ciszy. Wszystko zamilkło, jakby zastygłe w przerażeniu. Ogrom magii wyczuwalnej zazwyczaj w zamku tym razem nie zachwycał, lecz przytłaczał, sprawiając, że w sercu człowieka pojawiał się niezidentyfikowany lęk. Złowrogi cień ostatnich wydarzeń niszczył wszelkie poczucie bezpieczeństwa. Wydawało się, iż może być już tylko gorzej.

Tymczasem opustoszałe i mroczne korytarze Hogwartu przemierzała pośpiesznym krokiem kobieta ubrana w długą, ciemną szatę. Stukot jej obcasów niósł się echem wśród kamiennych ścian. W ręku trzymała zapaloną różdżkę, za pomocą której oświetlała sobie drogę. Nawet w tak słabym świetle można było zobaczyć zmarszczki zmęczenia na jej twarzy. Po kilku minutach szybkiego marszu czarownica znalazła się przed wejściem do gabinetu dyrektora. Nieco zdyszanym głosem wypowiedziała hasło i kiedy gargulce odsunęły się na bok, pomknęła na górę po spiralnych schodach. W mosiężne drewniane drzwi zastukała z większą siłą niż zazwyczaj. Słysząc takie głuche walenie wręcz rozdzierające nocną ciszę, kobieta speszyła się. Kiedy jednak dobiegło ją stłumione przez drzwi zaproszenie, odrzuciła na bok skrupuły i weszła pewnym krokiem do środka.

- Minerwo – westchnął siwobrody starzec na powitanie, skłaniając przy tym głowę w geście szacunku. Zaraz też dodał: - Już ci mówiłem, że nie musisz pukać za każdym razem, gdy tu przychodzisz.

- Albusie, proszę… - szepnęła zmęczonym głosem przybyła i już bez zaproszenia gospodarza podeszła do krzesła i opadła na nie całkowicie wyczerpana. Ponownie zmieszała się z powodu swojego braku manier. Mężczyzna jednak nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Przeszedł za to od razu do rzeczy.

- Czy uczniowie już śpią?

- Prawdopodobnie tak. Pokoje Wspólne są puste.

- To dobrze – mruknął do siebie. – Niech odpoczną. To był stresujący wieczór. – I zamilkł, wpatrzywszy się w niezapisany pergamin leżący przed nim na biurku.

- Albusie? – zapytała niepewnie McGonagall, chcąc zwrócić uwagę starego przyjaciela.

- Słucham cię, moja droga.

- Grono pedagogiczne chciałoby się z tobą spotkać, by porozmawiać o ostatnich zajściach i…

- Jeszcze na to za wcześnie – przerwał jej dyrektor.

- Nie wiedzą, co mają mówić uczniom – zaoponowała żywo. – Zresztą ja też.

- Na to nie ma odpowiednich słów – stwierdził lakonicznie.

- Albusie… - zaczęła kobieta i urwała niepewna tego, co właściwie chciała powiedzieć.

Zapadła cisza. Wydawało się, że będzie trwać wiecznie.

- Jutro przy śniadaniu odwołam sobotnie wyjście do Hogsmeade. – McGonagall uniosła brwi, słysząc to oświadczenie.

- Myślałam, że nie chcesz wzbudzać paniki.

- Masz rację, nie chcę. Ale pragnę także, by moi uczniowie byli bezpieczni.

- Nie będą zadowoleni.

- Obawiam się, że od teraz niewielu z nas będzie zadowolonych z czegokolwiek.

- Albusie – szepnęła Minerwa, a niepewność w jej głosie sprawiła, że dyrektor spojrzał jej w oczy po raz pierwszy od kilku minut. – Myślisz, że…

- Ja nic nie myślę, moja droga.

- Ale… - zaczęła i zamilkła, nie wiedząc jakich słów powinna użyć, by wyrazić to, o co jej chodziło.

- Na razie mamy zbyt mało informacji, by właściwie określić sytuację, w której się znaleźliśmy.

- W takim razie mamy bezczynnie czekać aż ten szaleniec znów zaatakuje kolejnych ludzi? – zapytała z prawdziwym niedowierzaniem i wielką pretensją w głosie czarownica.

- Tego nie powiedziałem.

- A zatem? Co planujesz, Albusie? – ponagliła.

- Najpierw muszę porozmawiać z Korneliuszem. – McGonagall prychnęła, dobitnie zaznaczając, jaki ma stosunek do tego pomysłu.

- Naprawdę sądzisz, że on coś poradzi?

- Jest Ministrem Magii i to w jego ręku leży całkowita władza…

- … której nigdy nie potrafił wykorzystać w należyty sposób.

- Minerwo, proszę.

- Albusie… - odpowiedziała mu w podobnym tonie, a dyrektor westchnął przeciągle.

- To był męczący dzień. Chyba powinnaś odpocząć.

- Wyrzucasz mnie?

- Oczywiście, że nie. Po prostu uważam, że jutro rano pewne rzeczy będą wyglądać zupełnie inaczej.

- Obyś się nie mylił.

- Warto spróbować.

McGonagall zerknęła na poważny wyraz twarzy Dumbledore'a i skinęła głową, widząc jego całkowite opanowanie. Błękitne oczy wyrażały absolutne przekonanie o prawdziwości jego słów. Kobieta westchnęła ze zrezygnowaniem i powoli wstała z krzesła.

- Dobranoc – powiedziała na pożegnanie i podeszła do drzwi.

- Dobranoc.

Kiedy jednak miała już nacisnąć mosiężną klamkę, nagle w jej umyśle pojawiła się dziwna myśl. Odwróciła się na pięcie i szeroko otwartymi oczami spojrzała na dyrektora.

- W Wielkiej Sali nie było Severusa Snape'a, prawda? – ton jakiego przy tym użyła bynajmniej nie wskazywał, że oczekuje odpowiedzi. Mimo to otrzymała ją:

- Prawda.

- I mówisz to tak spokojnie? – Zdziwienie McGonagall osiągnęło punkt krytyczny, co objawiło się w postaci piskliwego głosu i oczy wielkości spodków od filiżanek. Tak bardzo nie pasowało to do jej zwyczajnego wizerunku, że dyrektor sam uniósł brwi w zdumieniu.

- W moim wieku stres jest niewskazany – skomentował krótko.

- Albusie – jęknęła kobieta, jakby nie wierząc, że naprawdę to wszystko słyszy. – Nie poznaję cię.

- I vice versa, moja droga.

- Nic nie rozumiem.

Na chwilę oboje zamilkli, wpatrując się w siebie uważnie. Czarownica wydawała się być naprawdę wystraszona. Gdzieś zniknęły całe je opanowanie i surowość. Nagle strach przed nieznanym sprawił, iż wydała się dyrektorowi młodsza o jakieś dziesięć lat. Bezradne oczy i wątpiący wyraz twarzy, tak zupełnie niepasujące do tej rozważnej i statecznej kobiety, skłoniły Albusa do okazania jej nieco większej troski. Wstał ze swojego fotela i podszedł do starej przyjaciółki, kładąc jej dłoń na ramieniu.

- Odpocznij, Minerwo – zaczął łagodnym głosem. – Wszystkim się zajmę. I obiecuje, że gdy będę wiedział coś więcej, to cię o tym poinformuję.

- Ale…

- Jutro przed zajęciami chciałbym się też spotkać z całym gronem pedagogicznym.

- Dobrze. Tylko…

- Jutro, moja droga, jutro.

Kobieta niemrawo skinęła głową i odeszła, zamykając za sobą delikatnie drzwi. Na odchodne rzuciła tylko bardzo ciche pożegnanie:

- Dobrej nocy, Albusie. – Mężczyzna nie odpowiedział, a jedynie uśmiechnął się smutno, jakby wątpił, że wypowiedziane słowa mogą okazać się prawdziwe.

Zbliżała się godzina pierwsza, kiedy Dumbledore ponownie zasiadł za biurkiem i wpatrzył się w pusty pergamin przed sobą. Myśli kłębiące się w jego głowie były chaotyczne. Niemniej jednak jedno pytanie nieustannie nie dawało mu spokoju. Kim on jest?, pytał siebie wciąż na nowo. Nie mógł niestety znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi. Po raz pierwszy od dawna czuł taką bezradność. Przydomek Lord Voldemort nie mówił mu wiele, właściwie nic. Kojarzył się tylko z bezkresnym okrucieństwem i źle pojętą ideologią czarodziejstwa czystej krwi.

Albus Dumbledore wiedział, że wielu ludzi oczekuje od niego konkretnych przedsięwzięć. Powszechnie uważano go bowiem za jednego z najpotężniejszych magów ostatniego stulecia. Nie lubił jednak myśleć o sobie w ten sposób. Wolał, zwłaszcza teraz, nie wyróżniać się niczym szczególnym, lecz na to było już zdecydowanie za późno. Ciężar ostatnich wydarzeń przytłoczył go i sprawił, że czuł się naprawdę wyczerpany. Dlatego też westchnął przeciągle, jakby chcąc dać ujście dla własnej frustracji.

Jego głęboka zaduma została przerwana nagle i dość niespodziewanie. Oto bowiem jeden z portretów dawnych dyrektorów Hogwartu odezwał się podniesionym i zdyszanym głosem.

- Jest! Jest! Wrócił! – wołał podekscytowany. Zaraz też w gabinecie zawrzało od najróżniejszych spekulacji. Wszystkie portrety momentalnie się ożywiły. Albus zaś poczuł pierwsze oznaki zbliżającej się migreny. Zanim jednak poddał się jej całkowicie, naskrobał szybko na pergaminie kilka słów.


Zapraszam do mojego gabinetu, profesorze Snape.

A.D.


- Severus Snape – mruknął Dumbledore pod nosem i machnął różdżką, a papier złożył się w mały samolocik i wyfrunął przez dziurkę od klucza.

Zaledwie piętnaście minut później, kiedy to dyrektor próbował zignorować irytującą wrzawę głosów dobiegającą z portretów, w drzwi po drugiej stronie ktoś cicho zastukał. Starzec momentalnie odwrócił głowę w tamtą stronę, a cały gabinet pogrążył się w pełnej oczekiwania ciszy.

- Proszę – powiedział jak zawsze opanowany. Wtedy też do środka wszedł Snape.

- Dobry wieczór, dyrektorze – przywitał się chłodnym tonem, jak to miał w zwyczaju. Albus skinął mu uprzejmie głową i wskazał miejsce przed sobą. Mężczyzna usadowił się wygodnie na krześle i czekał. Nie wydawał się przy tym ani trochę wystraszony czy chociażby zdumiony tak nagłym wezwaniem. Widać nie miał się czego wstydzić.

- Późno wróciłeś – odezwał się wreszcie Dumbledore, poprawiając jednocześnie okulary na nosie.

- Nie przewidziałem wcześniej, że będę potrzebował aż tyle czasu – odparł krótko.

- Czy w takim razie mogę zapytać, co robiłeś przez ostatnie dwa dni?

- Miałem do załatwienia kilka spraw.

- Jakich?

- Prywatnych – odpowiedział znacząco, a potem zmieniwszy pozycję na krześle, zapytał z absolutnym spokojem: - Rozumiem, dyrektorze, że ma pan względem mnie jakieś podejrzenia?

- Skąd ten pomysł?

- Wydaje mi się, że nie ma pan w zwyczaju przepytywać swoich pracowników z tego, co robią w czasie wolnym, o – spojrzał szybko na zegarek – godzinie pierwszej trzydzieści w nocy.

- Racja, profesorze Snape – powiedział, uśmiechając się delikatnie w tylko sobie właściwy sposób. – Proszę, wybacz staremu człowiekowi wścibstwo, ale w moim wieku to jedyny sposób na bujne życie. – Żaden z nich nie zaśmiał się jednak z tego drobnego żartu. Dotąd skrywane napięcie stało się o wiele bardziej wyczuwalne niż jeszcze przed chwilą. Krótkie milczenie przerwał tym razem nauczyciel obrony przed czarną magią.

- Mogę już odejść, dyrektorze, czy ma pan do mnie jeszcze jakąś sprawę? Przebyłem daleką drogę i jestem trochę zmęczony.

- Tak, tak, oczywiście – odparł szybko, uważnie przyglądając się wstającemu mężczyźnie.

- W takim razie dobrej nocy, dyrektorze – pożegnał się i ruszył w stronę drzwi. Kiedy jednak chwycił już klamkę, zatrzymał go cichy głos dyrektora.

- Severusie? – zdziwiony Snape odwrócił głowę, wciąż jednak pozostając w pozycji gotowej do wyjścia.

- Tak, dyrektorze?

- Słyszałeś o wydarzeniach ostatniego wieczora? – zapytał, spojrzawszy rozmówcy prosto w oczy.

- Podejrzewam, że niewielu o nich nie słyszało – odparł Snape, akcentując słowo „nie".

- Pewnie masz rację – zgodził się starzec, wciąż badawczo lustrując wzrokiem młodszego nauczyciela. – Widziałeś, co tam się stało?

- Nie – zaprzeczył spokojnie. – Słyszałem tylko opowieści. Nie było mnie wtedy w Anglii.

- Ach, tak. Rozumiem.

- Czy coś jeszcze, dyrektorze? – zapytał nadal bardzo opanowanym głosem.

- Tak. Chciałbym wiedzieć, co o tym sądzisz.

- Co sądzę o…

- Spaleniu przez Voldemorta całej wioski i zabiciu wszystkich mugoli po wcześniejszym torturowaniu ich – powiedział szybko Dumbledore, a jego niebieskie oczy pociemniały, jakby od tłumionego gniewu. Na chwilę w gabinecie ponownie zapanowała cisza, napięta i pełna oczekiwania. Przerwał ją Snape, mówiąc powoli i z rozmysłem, a jednocześnie z wielką pewnością siebie.

- Uważam, że Lord Voldemort jest bardzo potężnym i wpływowym czarodziejem, który może zburzyć dotychczasowe schematy oraz przysporzyć pewnym osobom wiele kłopotów.

- Dziękuję, profesorze Snape, to wszystko – powiedział po chwili Albus, uważnie przypatrując się rozmówcy, który skinąwszy głową na pożegnanie, nacisnął klamkę, chcąc wyjść, lecz w ostatniej chwili zrobił jeszcze krok w tył. – Czy coś się stało?

- Nic takiego, dyrektorze – zapewnił spokojnie nauczyciel obrony. – Chciałbym jednak pana prosić, aby ewentualne zarzuty czy podejrzenia względem mojej osoby były konsultowane ze mną… - urwał na chwilę, by znaleźć odpowiednie słowo – na bieżąco.

- Oczywiście, profesorze Snape – odparł z uśmiechem starzec i dodał: - A przewiduje pan, iż takie sytuacje mogą w przyszłości powtarzać się częściej? – Tym razem mężczyzna wyglądał jednak na zaskoczonego. Dumbledore ucieszył się z tego mimowolnie, ponieważ jak dotąd jego nowy pracownik zgrabnie unikał odpowiedzi na niewygodne mu pytania.

- Nie, nie przewiduję – zaprzeczył po chwili ze skrzywieniem ust, które w niczym nie przypominało zamierzonego uśmiechu.

- Ulżyło mi. A teraz życzę dobrej nocy.

- Ja również, dyrektorze. – I wyszedł.

Severus Snape przemierzał szkolne korytarze szybkim i pewnym krokiem, nie zapaliwszy przy tym nawet najmniejszego światła. Wydawało się, że zna to miejsce jak własną kieszeń. I tak z pewnością było. Ostatecznie spędził tam siedem lat swej młodości. Wcale jednak nie powrócił w szkolne mury wiedziony sentymentalnymi głupotami. O, nie. Severus Snape otrzymał polecenie. Polecenie, które w pierwszej chwili ugodziło w jego godność. On, tak świetnie wykształcony, wielce utalentowany i znający się na tak wielu dziedzinach magii, miał po prostu uczyć w szkole, zajmować się jakąś bandą rozwydrzonych dzieciaków? Tak, doskonale pamiętał ten żal, który pojawił się w jego sercu, gdy słowa Czarnego Pana rozbrzmiały w pustym pokoju dworku. Poczuł się poniżony i niedoceniony. Zaraz jednak przypomniało mu się pewne spotkanie i otrzymana wówczas obietnica. Obydwa te zdarzenia zmieniły w znaczący sposób jego życie.

Był środek nocy. Księżyc świecił niezwykle jasno na bezchmurnym niebie, rozświetlając mroki i cienie. Ta pełnia była doskonałym momentem na zebranie potrzebnych ziół i roślin magicznych.

Ktoś, kto nie był Severusem Snape'm, mógłby odczuwać strach, znajdując się zupełnie samemu w środku albańskiej puszczy, pełnej dzikich i rzadko spotykanych zwierząt magicznych. Na szczęście śmiałek ten nazywał się właśnie Severus Snape i zajmował się zbieraniem potrzebnych mu do uwarzenia eliksirów ingrediencji. Poruszał się bardzo cicho i z wielką gracją. Z uwagą przyglądał się każdej roślinie, oceniając jej przydatność. Przy tej czynności wspomagał się oczywiście zapaloną różdżką. Ostatecznie nawet on nie mógł dobrze widzieć wszystkiego w półmroku nocy. Poza tym przez cały czas nasłuchiwał jakichkolwiek dźwięków zwiastujących zbliżające się niebezpieczeństwo.

W pewnym momencie poczuł delikatne ukłucie z tyłu głowy. Domyślił się od razu, co się dzieje. Ktoś właśnie próbował włamać się do jego umysłu. Severus szybko uszczelnił swój mur oklumencyjny i jak gdyby nigdy nic kontynuował przerwaną na ułamki sekund pracę. Niemniej pozostał czujny i gotowy do natychmiastowej walki. Ta jednak nie nadchodziła. Mimo to mężczyzna szóstym zmysłem wyczuwał obecność nieznajomego, wroga. Czekał tylko na jakiś popełniony przez niego błąd, który pozwoliłby na określenie jego pozycji.

Zawiał silniejszy wiatr i wtedy Severus dostrzegł kątem oka, że w jego stronę mknie czerwony promień niewerbalnego zaklęcia. Zgrabnie uskoczył na bok, od razu wypuszczając własną drętwotę. Chybił, wiedział o tym od razu. Nie znał bowiem dokładnego położenia napastnika. W momencie, w którym to pomyślał, zza drzew, tuż obok niego pojawiła się wysoka postać w czarnej pelerynie, która z szybkością błyskawicy posyłała w jego stronę kolejne zaklęcia. Bronił się wytrwale, wciąż i wciąż stawiając nowe, coraz bardziej skomplikowane tarcze mające uchronić go przed najróżniejszymi klątwami. Nie miał przy tym możliwości, by zaatakować. Kwestią czasu stawało się, kiedy przegra pojedynek. Mimo to nie poddawał się. Zastanawiał się jednocześnie, dlaczego nieznajomy nie zdecydował się walczyć ze swojej dotychczasowej pozycji, gdzie był doskonale ukryty. Nie miał jednak zbyt wiele czasu, by roztrząsać tę sprawę.

Nagle i zupełnie niespodziewanie dla samego Severusa różdżka wypadł mu z dłoni za sprawą zaklęcia napastnika. Odleciała kilka metrów na bok, wpadając w zarośla. Słysząc dźwięk jej upadku, Snape pomyślał, iż są to prawdopodobnie jego ostatnie chwile. Nigdy nie czuł się tak bezbronny jak wtedy. Nawet wówczas, gdy jego ojciec, wielki, potężny mugol, stał nad nim z pijackim uśmiechem na ustach, trzymając w rękach szeroki skórzany pas. Tamto przerażenie, tak w tamtym czasie obezwładniające, teraz wydawało się niczym, jedynie dziecięcym wyolbrzymieniem.

- Kim jesteś? – zapytał męski głos spod kaptura.

- A ty? – Snape nie tracił zwykłej hardości, próbując udawać, że wcale nie czuje strachu. W odpowiedzi usłyszał jedynie krótki i przenikający do szpiku kości wybuch śmiechu. Mimowolnie zadrżał na ten dźwięk.

- A jednak się boisz, Severusie – powiedział po chwili nieznajomy, akcentując imię Snape'a. Wówczas ogarnęło go jeszcze większe przerażenie, które pogłębiało się wraz ze świadomością, że zakapturzona postać doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Severus nawet nie zauważył, kiedy nieznajomy sforsował jego mur oklumencyjny. Wcześniejszy atak miał na celu jedynie odwrócenie jego uwagi. Dał się podejść jak dziecko. Nie miał żadnej możliwości ucieczki, a bez różdżki nie mógł nic zrobić. Został skazany na łaskę swojego napastnika, który akurat w tej chwili postanowił odezwać się ponownie:

- Mam dla ciebie propozycję – zaczął, wciąż kryjąc swą twarz pod kapturem.

- Jaką?

- Pewny siebie pomimo strasznego przerażenia. Świetnie – odparł demonicznie ucieszony, zupełnie nie zwracając uwagi na zadane mu wcześniej pytanie.

- Czego ode mnie chcesz? – zapytał ponownie Snape. Nieznajomy zamilkł, a atmosfera stała się jeszcze bardziej napięta.

- Wiernej służby i całkowitego posłuszeństwa – odparł wreszcie, a jego słowa zabrzmiały niezwykle uroczyście wśród ciszy albańskiej puszczy.

- A co ja bym z tego miał? – zapytał butnie młody mężczyzna. W odpowiedzi znowu usłyszał jedynie śmiech nieznajomego. Urwał się on jednak tak nagle, jak zaczął.

- Życie – powiedział wówczas, a Severus poczuł, jak po plecach biegnie mu zimny dreszcz przerażenia. – A także władzę nad światem i świadomość, że mugole znajdują się na właściwym sobie miejscu.

- A gdzie ono jest? – mruknął niepewnie.

- W grobie. – Cisza, która nastąpiła po tych słowach, aż zadzwoniła w uszach Snape'a. – Czyż nie o to ci zawsze chodziło, Severusie? – Nie odpowiedział. Milczał zaskoczony, wpatrując się z uwagą w ziemię. Kiedy wreszcie podniósł głowę, zadał tej nocy swoje ostatnie pytanie:

- Jak się nazywasz?

- Jestem Lord Voldemort. – A zrzuciwszy kaptur z głowy, odsłonił twarz człowieka, który miał zapisać się w magicznej historii Anglii wielkimi literami.

Wspomnienie pojawiło się dość niespodziewanie. Snape zwykle starał się nie wracać do przeszłości, lecz dumnie kroczyć naprzód, dlatego też ta reminiscencja bardzo go zdziwiła. Niemniej szybko pozostawił ją w otchłani swojego umysłu. Zwłaszcza, że zbliżywszy się do kwater prywatnych, przydzielonych mu w Hogwarcie przez Dumbledore'a, dostrzegł zarys jakieś postaci, czekającej pod jego drzwiami. Odruchowo wsunął rękę pod pazuchę i mocno zacisnął palce na różdżce. Chłód drewna dał mu znajome poczucie bezpieczeństwa.

Podszedł bliżej, gotowy do natychmiastowej obrony. Jak się jednak okazało, nikt nie zamierzał go atakować. Przed wejściem do kwater czekał na niego Dracon Malfoy. Snape rozpoznał go w mroku, zanim jeszcze na dobre stanął obok niego.

- Co ty tu robisz? – wysyczał, chwytając młodego Ślizgona za przedramię.

- Musimy porozmawiać, profesorze – usłyszał w odpowiedzi, a dostrzegając skrzywioną minę chłopaka, puścił go i szybko zdjął z drzwi wszystkie zabezpieczenia.

Po chwili obaj znaleźli się w małym przedpokoju, gdzie Snape jednym machnięciem różdżki zapalił kilka znajdujących się tam świec. Potem spojrzał złowrogo na Malfoya i ruszył przed siebie, wprost do niewielkiego saloniku. Opadł zmęczony na fotel stojący najbliżej kominka i gestem głowy wskazał nocnemu gościowi miejsce na kanapie.

- To nie było zbyt rozsądne, aby przychodzić tutaj o tej porze – zaczął poważnie Snape, uważnie przypatrując się Ślizgonowi. – Ktoś mógł cię zobaczyć.

- Nikogo nie ma na korytarzu, nawet Filcha – zauważył rozsądnie chłopak. – Poza tym to naprawdę ważne.

- A zatem? Słucham cię uważnie.

- Dzisiaj wyznaczyliśmy skład Rady.

- To dobrze. Czarny Pan się ucieszy – mruknął z zadowoleniem mężczyzna. – Ktoś się sprzeciwiał? Jawnie buntował? – zapytał jeszcze, lecz wydawało się, iż już wie, co za chwilę usłyszy.

- Zasadniczo to nie. Ale…

- Ale? – Brwi Severusa podniosły się ostro do góry.

- Wydaje mi się, że Potter może sprawiać kłopoty – rzucił kwaśno Draco, bardzo się przy tym krzywiąc.

- Zatem pilnuj go. – Snape wzruszył ramionami, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem.

- Jest sam. Niczego nie zdziała – zauważył obojętnie Malfoy.

- Nałożyliście klątwę na wszystkich Ślizgonów?

- Tak. Jeszcze przed zebraniem – zapewnił ochoczo chłopak.

- W takim razie w czym problem?

- Potter… Nie jest taki jak reszta.

- Do rzeczy, Draco – zirytował się Snape.

- Nie zgadza się z poglądami Czarnego Pana, wszyscy to wiedzą. Kocha tą swoją szlamowatą matkę i…

- Malfoy! – Zaskoczony chłopak aż podskoczył, słysząc ogromne wzburzenie w głosie mężczyzny.

- Powtarzam: do rzeczy! Jestem zmęczony i nie mam czasu na twoje żale pod adresem kolegi!

- Oczywiście, profesorze – chrząknął. – Po prostu uważam, że Potter może sabotować niektóre nasze działania i w ten sposób utrudniać realizację zaleceń Czarnego Pana - wykrztusił na jednym wydechu.

- Masz jakiś pomysł, jak temu zaradzić?

- Nie. Dlatego właśnie przyszedłem.

- Dość zapobiegawcze działania, Draco – zauważył już spokojnie Severus. – Nie podejrzewałem cię o taką rozwagę. – Chłopak nie skomentował uwagi. Milczał, czekając na wytyczne.

- Na razie obserwuj. Może uda się go przekonać.

- Wątpię, profesorze.

- Niemniej poczekamy. Sądzę, że okaże się tchórzem, jak jego ojciec.

- On raczej nie jest podobny do ojca – wyrwało się niespodziewanie Ślizgonowi. Widząc jednak uniesione brwi Snape'a, kontynuował: - Wszyscy wiedzą, że obaj od lat są w stanie wojny.

- Ach, tak – mruknął pod nosem mężczyzna i zamyślił się. – Kocha matkę, a nienawidzi ojca. Ciekawe połączenie. – I zamilkł, z uwagą wpatrując się w ogień.

- Profesorze?

- Tak?

- Co mam zatem robić?

- Teraz? Wrócić do dormitorium i od jutra zacząć wreszcie wypełniać powierzone ci zadanie.

- Ale…

- Nie ma żadnych ale. Nie mamy czasu. Trzeba działać – powiedział Snape i gwałtownie wstał z fotela, czym dał znać, że uważa rozmowę za zakończoną. Malfoy skinął głową i zaczął zbierać się do wyjścia.

- Dobranoc, profesorze – pożegnał się i ruszył w stronę drzwi. Zatrzymał go jednak skwaszony głos nauczyciela:

- Skorzystaj z sieci Fiuu. Lepiej, żeby nikt cię teraz nie spotkał na korytarzu.

Chłopak nic nie powiedział, ale wykonał polecenie. Podszedł do niewielkiego kominka i skrzywiwszy się, chwycił magiczny proszek. Sypnął nim w płomienie, a wypowiedziawszy wyraźnie nazwę miejsca, do którego chciał trafić, wylądował w Pokoju Wspólnym Slytherinu. Wyszedłszy z paleniska, otrzepał z niezadowoloną miną swoje szaty i mruknął pod nosem:

- Nie cierpię Fiuu.

- Ja też – odezwał się głos za jego plecami, a chłopak podskoczył przestraszony, momentalnie się przy tym odwracając. Wówczas ujrzał siedzącą na fotelu i wyraźnie na niego czekającą Vivienne. Wyglądała na śpiącą i zmęczoną. Zważywszy jednak na wydarzenia całego dnia, z pewnością miała prawo, by się tak właśnie czuć.

- Co ty tu robisz? – zapytał zły Draco. – Nie powinnaś być już w dormitorium?

- Podobnie jak ty – odpowiedziała ze spokojem i wstała, tak by spojrzeć kuzynowi prosto w oczu. – Musimy porozmawiać.

- Teraz?

- Tak – rzuciła stanowczo Vivienne i machnęła różdżką, wyciszając pomieszczenie. Lepiej by nikt nas nie podsłuchiwał, zwłaszcza Potter.

- Widzę, że chodzi o coś poważnego – zaczął Malfoy, rozsiadając się wygodnie na fotelu koło kominka. – Czyżby ktoś już sprzeciwiał się postanowieniom Rady? – Lestrange zignorowała jednak jego wypowiedź i wciąż stojąc, zapytała zdenerwowana:

- Czy oni tam byli?

- O czym ty mówisz, Viv? – zdziwił się Ślizgon.

- Dobrze wiesz o czym!

- Nie, nie…

- Dzisiejszy atak! – krzyknęła piskliwym głosem. – Zamaskowane postacie zaatakowały mugolską wioskę. Zabijali niewinnych ludzi. Dzieci, starców… - szeptała przerażona. – Byli okrutni i bez serca. Palili i niszczyli wszystko. A potem pokazali swoje dzieło zniszczenia całej magicznej Anglii! Jak jakieś trofeum. Widziałeś te twarze? Tych wszystkich biednych ludzi? Nie mieli żadnych szans. Żadnych! Rozumiesz? A dlaczego zginęli? Bo jakiś-

- Vivienne! – przerwał jej gwałtownie Malfoy, podrywając się gwałtownie ze swojego fotela. – Uważaj na słowa.

- Nie będę uważać na słowa, bo…

- Bo? Bo co!

- To, co zrobili, było nieludzkie. I nie rozumiem, jak możesz tego nie dostrzegać, Draco! – zawołała Lestrange, mając łzy w oczach.

- Czarny Pan ostrzegał.

- Co?

- Dał każdemu szansę, by mógł dokonać właściwego wyboru – oświadczył dumnie i z absolutną pewnością siebie. – Niestety wielu ją zaprzepaściło.

- Nie wierzę, Draco. Nie wierzę – szepnęła z szeroko otwartymi oczami dziewczyna.

- To był tylko znak, Viv. W tej wojnie zginie jeszcze wielu ludzi, ale ofiary są konieczne, by utrwalić jeden jedyny, a przede wszystkim właściwy porządek rzeczy. Rozumiesz?

- Nie! Oni zrobili ci jakieś pranie mózgu!

- Nikt mi niczego nie zrobił. Po prostu doszedłem do pewnych oczywistych faktów wcześniej niż ty – zapewnił ją Malfoy, kładąc swą dłoń poufale na ramieniu kuzynki. – Wkrótce ty też przekonasz się, że…

- Mordowanie niewinnych jest przyszłościowym zajęciem? Wątpię!

- Zachowujesz się dziecinnie, Vivienne. Widzisz szczegóły, a nie dostrzegasz ogółu.

- Jakiego ogółu?

- Dobra powszechnego, korzyści dla całej społeczności, a nie jednostki.

- Mówisz jak fanatyk.

- Bo może nim jestem.

- Draco – szepnął rozpaczliwie dziewczyna. – Proszę, nie pozwól im…

- Ty nie rozumiesz, Viv – powiedział Malfoy, kręcąc głową. – Nikt mnie do niczego nie zmusza. To jest mój wybór. Przystałem do Czarnego Pana, ponieważ całkowicie go popieram. Jego poglądy są zgodne z moimi oraz mojej rodziny. Walczymy o wspólny cel. O lepszą przyszłość.

- Draco…

- Wierzę, że teraz może ci się to wszystko wydawać nieco… - urwał, nie mogąc znaleźć właściwego słowa.

- Bestialskie?

- Nie, Viv. Dziwne. Na szczęście masz przy sobie osoby, które pozwolą ci zrozumieć to, co najważniejsze. Poza tym jako członkini Rady będziesz miała wiele okazji, by zweryfikować słuszność poglądów Czarnego Pana. Nie bój się. Jesteś zagubiona, ale już wkrótce odnajdziesz się i znowu będziesz wierna poglądom głoszonym przez naszą rodzinę.

- Znowu? O czym ty mówisz?

- Nigdy wcześniej nie zgłaszałaś swojego sprzeciwu względem naszych praw do wyższości.

- Ponieważ ich nie widziałam. I bałam się wyrazić swoje zdanie.

- A teraz już się nie boisz?

- Nie – oznajmiła dumnie.

- Ciekawe dlaczego – zadrwił Malfoy. – Może to tobie zrobiono pranie mózgu, a nie mnie.

- O czym ty mówisz?

- Myślisz, że nie widziałam, jak rozmawiasz z Potterem? – Lestrange zbladła.

- To nie ma nic do rzeczy – wykrztusiła.

- Wręcz przeciwnie, Viv – powiedział Ślizgon, spojrzawszy prosto w oczy dziewczyny. – On nie rozumie. Walczy z wiatrakami. Próbuje znaleźć sposób na zostanie bohaterem. To nie idee nim przemawiają, lecz ego. Wielkie i napuszone. Czy naprawdę sądzisz, że on stanąłby w twojej obronie, gdyby coś ci zagrażało? – zapytał powątpiewającym głosem.

- Przecież nic mi nie zagraża.

- Bo chroni cię twoja rodzina.

- Rodzina, rodzina. Cały czas to powtarzasz! – zdenerwowała się. Malfoy w odpowiedzi nachylił się w jej stronę i położywszy dłonie na jej ramionach, szepnął:

- Vivienne Lestrange, krew ponad wszystko. – Zadrżała. – Pamiętaj, zawsze czyści. – A potem odsunął się tak, że w panującym mroku nie mogła dostrzec jego twarzy.

- Ale oni tam byli, prawda? – szepnęła po długiej chwili milczenia.

- Tak, Viv – zapewnił ją Malfoy. – Walczyli w słusznej sprawie, w której środki nie grają żadnej roli.

- Ale… - zaczęła, chcąc ponownie zaprotestować.

- Nie martw się. Zajmę się tobą. Tylko mi na to pozwól. Jesteśmy przecież przyjaciółmi, prawda?

- Prawda – szepnęła Vivienne, lecz po raz pierwszy w życiu w ogóle nie wierzyła w te słowa. Jej kuzyn nie zauważył jednak różnicy i z uśmiechem przytulił ją do siebie.

- Czas spać – szepnął, głaszcząc ją po włosach. – Rano wszystko będzie wyglądać inaczej.

Nie odpowiedziała mu, ponieważ wiedziała, że tak się nie stanie. Nie była już małą dziewczynką, której wystarczyły zapewnienia starszego kuzyna. Kiedyś traktowała go jak swoje bożyszcze. Mądry, dobry, szlachetny i odważny Draco, z którym problemy wydają się błahostką. Za nim poszłaby wszędzie i zrobiła wszystko. Kochała go najbardziej z całej swojej rodziny. Wiedziała, że może mu ufać, że jej nie zdradzi, że zawsze będzie przy niej.

Dzisiaj jednak jego idealny wizerunek rozpłynął się w jej oczach. Widziała przed sobą kogoś zupełnie innego, kogoś, kogo nie znała. Kogoś, kogo się bała. Może nie do końca jego, ale… Zachowanie Draco ją przerażało. Nie wiedziała, jak wytłumaczyć mu, że jest w błędzie. A może sama w nim była? Nie, tym razem to ona miała rację. Czystość krwi to tylko jedna wielka bzdura. Ale co zrobić, gdy reszta myśli inaczej? Vivienne nie była buntowniczką. Zawsze wszystkim się podporządkowywała, ulegała. Jak ognia unikała otwartych konfliktów. Chowała głowę w piasek. Nie miała odwagi. Była sama. Teraz już zupełnie i całkowicie. Draco, jedyny przyjaciel, oczekiwał od niej czegoś, co było absolutnie niewykonalne - zaprzedania samej siebie. Nie chciała tego! I tylko jeden Merlin wiedział jak bardzo. Mimo to nie było innego wyjścia. Krew ponad wszystko. Zawsze czyści. Nie zgadzała się z tym, ale co ona jedna mogła zrobić. Draco… Zawsze mu wierzyła i ufała. Może i tym razem ma rację? Może musi poczekać i stanie się tak, jak mówi. Dostrzeże ogół. Większe dobro. I wreszcie będzie taka, jaka być powinna według swojej matki. Dostała szansę. Szansę, którą inni zmarnowali.

- Viv? – zaniepokojony głos Malfoya wyrwał ją z rozmyślań, w których zatopiła się całkowicie. – Wszystko w porządku?

- Tak.

- Mam do ciebie prośbę – zaczął poważnie.

- Jaką?

- Nie ufaj Potterowi.

Lestrange zamyśliła się i odpowiedziała dopiero po chwili, lecz z absolutnym przekonaniem:

- Dobrze, Draco. – Chłopak uśmiechnął się i ponownie przytulił ją do siebie.

A potem obydwoje w ciszy i bez pożegnania poszli do swoich dormitoriów, by wykraść tej nocy jeszcze chociaż kilka godzin upragnionego snu. Ich problemy na chwilę musiały zostać odłożone na bok.