Zbetowała: AlicjaFromWonderland


ROZDZIAŁ 15

TESTAMENT

Życie Dorei Potter wcale nie było, jak sądziło większość czarodziejów, idealną sielanką, w której nie ma miejsca na nawet najlżejsze cierpienie. Ta kobieta przeżyła swoje i gdyby teraz, po siedemdziesięciu siedmiu latach, ktoś zapytał ją, czy jest szczęśliwa, to po namyśle musiałaby jednak mimo wszystko powiedzieć, że tak, jest. I że nigdy z nikim nie chciałaby wymienić się swoimi doświadczeniami. Chociaż był taki czas, gdy myślała zupełnie inaczej. Na szczęście tamte chwile już dawno minęły.

Dzisiaj, po tylu latach czuła spełnienie, a przynajmniej odczuwała je aż do dnia, w którym zobaczyła martwe ciało swojego ukochanego męża. Wówczas wszystko się zmieniło. To był dla niej cios w samo serce. Zwłaszcza, że to nie była naturalna śmierć, Charlus został zamordowany. A ona nie wiedziała nawet przez kogo, ponieważ Ministerstwo umorzyło śledztwo z powodu braku dowodów. Co prawda James, ich jedyny syn, kontynuował dochodzenie na własną rękę, lecz jak dotąd rezultaty były dość mierne, a właściwie nie było ich w ogóle. Stali w miejscu.

Pierwsze kilka dni oraz sam pogrzeb Dorea pamiętała bardzo słabo. Ogarnęło ją takie cierpienie, że zwracała uwagę na niewiele rzeczy. Nie należała bowiem do grona osób do cna racjonalnych. Zawsze rządziły nią uczucia, co czasem okazywało się naprawdę kłopotliwe. Na szczęście jej syn i jego żona, której początkowo nie akceptowała, lecz później szczerze pokochała, zajęli się nią i wszystko załatwili. Wielkim oparciem była dla niej właśnie Lily.

Był wczesny poniedziałkowy ranek, dzień po bestialskim ataku Voldemorta na mugolską wioską. James wrócił do domu późną nocą, zaledwie dwie godziny temu, wymęczony i tak jak wszyscy, przerażony. Ten poniedziałek miał być inny niż wszystkie inne. Spodziewano się bowiem, przynajmniej w teorii, że Ministerstwo podejmie stanowcze kroki. Wszyscy czekali też na komentarz Knota – człowieka mało wyrazistego i uległego, jak twierdziło wielu, niezdolnego do poradzenia sobie z tą trudną sytuacją. Stąd też dzień ten miał obfitować w różne zmiany. Jednakże dla Dorei Potter był on niezwykły jeszcze z innego powodu. Na dzisiaj został bowiem wyznaczony termin odczytu testamentu pozostawionego przez jej męża. Starym czarodziejskim zwyczajem miało to miejsce w przynajmniej dwa miesiące po śmierci czarodzieja, celem uczczenia jego pamięci. I wszystko wydawałoby się zupełnie normalne, gdyby nie to, że notariusz zaznaczył, że życzeniem zmarłego było, aby przy odczycie znalazła się tylko i wyłącznie Dorea. Pozostali ewentualni spadkobiercy mieli zostać powiadomieni o otrzymanych dobrach za pomocą magopoczty. W całym zamieszaniu spowodowanym ostatnimi wydarzeniami i początkiem działalności Voldemorta nikt się temu specjalnie nie dziwił. Ot, wymysł starego człowieka. Jednak Dorea czuła, że chodzi o coś zupełnie innego. Znała męża i wiedziała, że on niczego nie pozostawiał kwestii przypadku. A dziś miała dowiedzieć się, o co chodziło tym razem.

Starość nie byłaby taka zła, gdyby nie to, że ciągle coś cię boli, pomyślała pani Potter, stojąc przed lustrem i czesząc siwe włosy. Jak na swój wiek była jednak bardzo żywotną kobietą. Wiele jej koleżanek z czasów szkolnych albo nie żyło, albo poważnie chorowało. Tymczasem ona pomimo paru niedogodności, dzięki którym, jak twierdziła, wiedziała, że wciąż żyje, czuła się naprawdę wyśmienicie. Czasem tylko dawało jej się bardziej we znaki serce, zwłaszcza po śmierci Charlusa. Niemniej, ogólnie rzecz biorąc, nie było na co narzekać. Jej synowa zawsze powtarzała, że za czterdzieści lat sama chciałaby tak wyglądać.

Zbliżała się godzina siódma, brakowało do niej jedynie trzech minut, gdy Dorea wyszła ze swojego pokoju praktycznie gotowa do wyjścia. Miała jeszcze jednak dla siebie całą godzinę. Dlatego też zeszła do kuchni na śniadanie i aromatyczną kawę. Jakże się zdziwiła, gdy stanąwszy w drzwiach, zobaczyła swoją synową, siedzącą przy stole z kubkiem w dłoniach.

- Nie śpisz? – zapytała, a zamyślona kobieta podskoczyła zaskoczona.

- Nie mogłam – odpowiedziała po chwili.

- Rozumiem – przyznała Dorea, wchodząc do pomieszczenia, a Lily od razu zabrała się do przygotowywania kolejnej kawy. – Spokojnie, poradzę sobie. – Kobieta jednak nie posłuchała.

Kilka minut później obydwie panie Potter siedziały przy kuchennym stole, w zamyśleniu przypatrując się swoim dłoniom. Żadna nie kwapiła się do rozmowy, a w kuchni wyczuwało się jakąś ponurą atmosferę. W pewnym momencie jednak Dorea podniosła głowę i spojrzała na swoją synową w tym samym momencie, w którym ona zrobiła to samo. W bystrym spojrzeniu intensywnie zielonych oczu dostrzegła smutek i lęk.

- Czym się martwisz, Lily? – zapytała, chociaż znała przyczynę.

- To nic takiego.

- A ja myślę, że wręcz przeciwnie. A zatem? – Po długiej i pełnej napięcia ciszy starsza pani Potter zwątpiła, iż usłyszy odpowiedź. W końcu jednak rudowłosa kobieta wyznała z trudem:

- James, moje dzieci, ty… Możecie mieć przeze mnie problemy.

- Co też przyszło ci głowy! – zawołała zdziwiona taką odpowiedzią Dorea.

- Jestem mugolaczką – szepnęła, zacisnąwszy palce na kubku.

- I co z tego? Nigdy nie zauważyłam, żebyś czuła się z tego powodu gorsza. Nawet wtedy, gdy ja… - urwała, wzdychając. – Kiedy ja byłam dla ciebie ze względu na to niemiła.

- Nie o to chodzi, mamo.

- A o co?

- Ten Voldemort i jego poplecznicy nienawidzą właśnie takich jak ja. Dlatego będą zagrożeniem dla wszystkich, którzy sądzą inaczej – powiedziała smutnym głosem, by po chwili dodać z jeszcze większą rozpaczą: - Ja będę dla nich zagrożeniem.

- Lily, moja droga. Znam mojego syna i doskonale wiem, że zrobi wszystko, aby jego rodzinie nie spadł nawet włos z głowy – zapewniła ją Dorea, kładąc pocieszająco dłoń na jej dłoniach.

- Tylko…

- … będzie do tego potrzebował prawdziwego oparcia w swojej żonie.

Kobieta nic więcej nie powiedziała. Prawdopodobnie dostrzegła sens rozumowania teściowej. W odpowiedzi uśmiechnęła się jedynie z wdzięcznością.

Kolejne minuty upłynęły im w ciszy, czuć było jednak, że atmosfera uległa zmianie na nieco bardziej pogodną.

- Pójdę z tobą do tego notariusza, mamo – zaproponowała w pewnym momencie Lily.

- To bez sensu. I tak będziesz musiała czekać na mnie na korytarzu. Poza tym jak James się obudzi, na pewno będzie miał ochotę na jakieś dobre śniadanie. Sam ma do gotowania dwie lewe ręce. To niestety chyba trochę moja wina, ale w tym wieku to już chyba za późno na narzekania.

- Taa… Jego potrawy mają dość oryginalny smak.

- Delikatnie powiedziane, moja droga. – I obydwie cicho się zaśmiały. – Pójdę jeszcze na chwilę do siebie.

- Oczywiście. Gdybyś jednak zmieniła zdanie, to wiesz, gdzie mnie szukać.

- Dziękuję. Poradzę sobie. Do zobaczenia później, Lily. - Następnie Dorea wstała z krzesła i opuściła pomieszczenie odprowadzona cichym pożegnaniem synowej.

Wróciła do pokoju, który zajmowała od śmierci męża. Po tamtym zdarzeniu nie chciała sama mieszkać w ich dużym domu. U notariusza zaś miała pojawić się dopiero o ósmej, czyli za pół godziny. Planowała dostać się tam za pomocą sieci Fiuu, stąd też pozostała jej dłuższa chwila wolnego. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, kobieta podeszła do komody, na której stała mała szkatułka. Przechowywała w niej najbliższe jej sercu fotografie. Z cichym westchnieniem uniosła wieczko skrzynki i wyjęła jedną z nich. Tą, którą w ostatnim czasie oglądała najczęściej. Ona i Charlus uśmiechali się do obiektywu, a w ramionach jej męża leżał mały śliczny chłopiec – ich nowo narodzony syn. W ciszy i zadumie oraz z oczami wypełnionym łzami Dorea kontemplowała to zdjęcie aż do samego wyjścia. Za pięć ósma odłożyła szkatułkę na miejsce i zeszła do salonu. Korzystając z kominka, pojawiła się w sekretariacie pana Marleya punktualnie. Gdy tylko wyszła z paleniska, momentalnie obok niej zmaterializowała się młoda dziewczyna o krótkich blond włosach, która z profesjonalnym uśmiechem na ustach powiedziała:

- Dzień dobry, pani Potter. Pan Marley już na panią czeka. Zapraszam. – I poprowadziła przybyłą w stronę ogromnych drewnianych drzwi. Cichutko w nie zastukała, a gdy usłyszała stłumione zaproszenie, powiedziała: - Proszę wejść.

Dorea weszła do środka, czując jak serce zaczyna jej szybko bić. Miała dziwne przeczucie, że coś jest nie tak. Intuicja podpowiadała jej, iż ta sytuacja powinna wyglądać nieco inaczej. Zbyt wiele tajemnic. Co się dzieje?

- Witam, pani Potter – przywitał ją przyjemny dla ucha męski głos. Zaciekawiona kobieta podniosła głowę, chcąc przyjrzeć się notariuszowi, który najwidoczniej wiedział o jej mężu więcej niż ona. Był to niewysoki mężczyzna, tuż po pięćdziesiątce. Wciąż szczupły i w miarę wysportowany. Widocznie po pracy musiał uprawiać jakiś sport. Jego czarne włosy poprzetykane były nitkami siwizny, co jednak dodawało mu tylko uroku. Wyglądał na godnego zaufania, dlatego Dorea uśmiechnęła się do niego uprzejmie i powiedziała:

- Dzień dobry, panie Marley.

- Proszę usiąść – powiedział mężczyzna i wskazał na wygodny fotel z zielonym obiciem. Kiedy zajęła już miejsce, odezwał się ponownie: - Przykro mi, że poznajemy się w takich okolicznościach. Moje kondolencje z powodu śmierci męża.

- Dziękuję – odparła krótko.

- Chyba lepiej będzie jeżeli szybko załatwimy te formalności. Czy jest pani gotowa? – zapytał, uważnie przyglądając się żonie zmarłego klienta.

- Oczywiście. Proszę zaczynać.

Notariusz skinął głową, a następnie usiadł na swoim fotelu. Z jednej z szuflad biurka wyjął małą czarną kasetkę, na której złotymi literami było wypisane nazwisko Charlusa Pottera. Marley otworzył ją za pomocą różdżki, używając jakiegoś niewerbalnego zaklęcia. Następnie spojrzał na Doreę i widząc jej nieme przyzwolenie, wyjął ze środka zwyczajną białą kopertę. Rozciął ją za pomocą srebrnego nożyka leżącego obok i wyciągnął zawartość. Była to gęsto zapisana odręcznym pismem kartka, którą ktoś złożył kilkakrotnie na pół. Mężczyzna starannie ją rozłożył i ponownie zerknął na kobietę, mówiąc:

- Zanim zacznę, muszę panią poinformować, że wolą pani męża było, aby niczego co zostanie powiedziane dzisiaj w tym gabinecie nie ujawniać osobom postronnym. Czy wyraża pani na to zgodę?

- Tak – powiedziała zdziwiona kobieta, czując, że dzieje się coś dziwnego. Niemniej podpisała oświadczenie o poufności podsunięte jej przez notariusza. Przyjęła także do wiadomości fakt, że działa ono na podobnych zasadach co przysięga wieczysta. – Czy możemy kontynuować, panie Marley? – zapytała podenerwowana, a mężczyzna widząc to, zabrał się do czytania ostatniej woli Charlusa Pottera.

W testamencie nie było niczego nadzwyczajnego. Większość majątku oraz dom przepisał na swoją żonę, wiedząc, że ona przekaże później resztę ich synowi. Niemniej stworzył również lokaty oszczędnościowe dla swoich wnuków. Rzeczy osobiste pozostawił do dyspozycji żony, a jedynie część własnego księgozbioru oddał znajomym, ludziom, którym owe księgi mogły okazać się naprawdę pomocne. Dorea słuchając tego, zupełnie nie wiedziała, dlaczego uczynił z tego wszystkiego taką tajemnicę. Sprawa wyjaśniła się jednak po chwili.

Zbliżając się powoli już do końca odczytu dokumentu, notariusz w pewnym momencie zamilkł. Spojrzał wówczas na siedzącą przed nim kobietę i powiedział:

- Ta część może się wydać pani szokująca, dlatego przypominam o podpisanym oświadczeniu o poufności.

- Pamiętam. Proszę kontynuować. – Mężczyzna westchnął i powrócił do odczytywania testamentu.

- Pragnę także przekazać dziesięć tysięcy galeonów mojemu drugiemu synowi. – Słowa te zabrzmiały w głowie Dorei z podwójną siłą, sprawiając, że na chwilę zabrakło jej w płucach powietrza. Tymczasem notariusz ciągnął dalej: - Zdaję sobie sprawę, iż mojej nieobecności przy nim w najważniejszych momentach życia w żadnym wypadku nie wynagrodzą pieniądze. Niemniej chciałbym, aby je ode mnie otrzymał. Jednakże ze względu na okoliczności pragnąłbym zachować jego tożsamość w tajemnicy. Wypełnieniem mojej woli zajmie się pan Steven Marley. – Dalszych słów Dorea już nie słyszała. Była zbyt… zszokowana? To chyba niewłaściwe słowo na określenie tej całej plątaniny uczuć, którą czuła w swoim wnętrzu.

Spędzili razem tyle lat, tyle lat! A teraz wszystko okazało się jedną wielką iluzją. To prawda, rzadko bywało między nimi idealnie. Oboje byli zbyt impulsywni, ale zawsze się godzili, potrafili znaleźć wspólny język. No, cóż… Najwidoczniej… Nie, nie mogła w to uwierzyć. Jak Charlus mógł ją okłamywać? Myślała, że ją kochał. Doskonale pamiętała, jak kiedyś podejrzewała go nawet o zdradę. Nigdy jednak nie znalazła na to żadnych dowodów. To było jeszcze wtedy, gdy nie mogła zajść w ciążę – prawdopodobnie najtrudniejszy okres dla niej i ich małżeństwa. Ale wtedy nagle zdarzył się cud – urodził się James. Od tamtego momentu było tylko lepiej. Jak więc… Łzy cisnęły się do jej oczu, a ona nie miała już siły, by je powstrzymywać. Taka stara, a taka głupia, pomyślała, ocierając twarz z nieproszonych gości. Tego się nie spodziewała, w żadnym wypadku.

- Pani Potter? – Nazwisko męża wywołało kolejną falę łez i bolesny ścisk serca. – Mój klient zostawił dla pani list. Proszę. – I podsunął jej przed nos kolejną białą kopertę, a Dorea zadrżała, zastanawiając się, jakie fatalne wieści zawiera. Nie sądziła, by teraz cokolwiek mogło ją pocieszyć. Chwyciła niepewnie list i nawet nie zauważyła, kiedy ze złością rozdarła kopertę i wyciągnęła stamtąd zwyczajną kartkę. Zaczęła czytać od razu, w ogóle nie zwracając uwagi na siedzącego naprzeciwko notariusza.


Najukochańsza Doreo!

Jeśli czytasz ten list, to znaczy, że nie żyję. Nawet nie wiesz, jak trudno jest mi teraz pisać te słowa. Po tylu latach spędzonych razem, dziwne wydaje się myślenie o nas… osobno. Proszę, wybacz nieudolność użytych przeze mnie słów. Sama wiesz, że nigdy nie byłem w tym najlepszy.

Zapewne domyślasz się, dlaczego piszę ten list. Pan Marley właśnie odczytał mój testament, a Ty dowiedziałaś się, że mam jeszcze jednego syna. Sam wiem o tym od niedawna. Właściwie to od dwóch dni. I też jestem w szoku. Na pewno zastanawiasz się, czemu nic ci nie powiedziałem. Odpowiedź jest tylko jedna: bałem się, tak bardzo się bałem. Od chwili, gdy usłyszałem o tym, zbieram całą moją odwagę, by przyznać ci się, że… lata temu zdradziłem cię. Wiedz, że bardzo się tego wstydzę. Jednak nigdy ani przez chwilę nie kochałem tamtej kobiety. Moją jedyną miłością byłaś zawsze Ty. Doskonale zdaję sobie sprawę, że moje słowa mogą wydawać Ci się nic niewarte. Mam jedynie nadzieję, że kiedyś zrozumiesz, iż są prawdziwe. Przepraszam za ból, który Ci sprawiłem. Ten sekret dręczył mnie od wielu lat, ale nie potrafiłem się przed Tobą do tego przyznać. Nie chciałem zniszczyć naszej rodziny. Teraz pisząc to, czuję jak ciężar na mym sercu zmniejsza się. Wybacz mi.

Być może zastanawiasz się, kim była ta kobieta i kiedy to się stało. Mój romans (droga Doreo, nawet nie wiesz, jak bardzo jest mi wstyd za to, co Ci zrobiłem) trwał niecały miesiąc – dwa, może trzy tygodnie, już nie pamiętam. Zakończyłem go od razu, gdy tylko dowiedziałem się, że zostaniemy rodzicami. Ta wiadomość była jak dar od losu. Nigdy jednak nie rozważałem odejścia od Ciebie. Ta kobieta… Ten romans był największym błędem mojego życia. Żałowałem tego całe lata. W obliczu śmierci, która może nadejść niespodziewanie, zdecydowałem się o wszystkim Ci opowiedzieć. Robię to jednak jak tchórz, ponieważ, wybacz mi, ale nie mógłbym, mówiąc o tym, spojrzeć Ci w oczy. Przepraszam. Mam jedynie nadzieję, że kiedyś zostanie mi to wybaczone.

Nie mam najmniejszego pojęcia, jak powinienem zakończyć ten list. Może po prostu… Kocham Cię.

Charlus

PS Mam do Ciebie ostatnią prośbę. Nie szukaj proszę ani tej kobiety, ani mojego syna. Zapewniam Cię, że od dawna nie ma ich w naszym, teraz już tylko Twoim, otoczeniu.


List wypadł z rąk kobiety i spadł na ziemię. Zszokowana wpatrywała się w leżącą u jej stóp kartkę papieru, nie wierząc, że to jednak prawda. Czuła, jak cały jej świat się wali. Będąc już w takim wieku, nie spodziewała się doświadczyć tak silnych przeżyć. Zakręciło się jej w głowie. Opadła głębiej na fotelu i w ciszy próbowała uspokoić swój świszczący oddech.

- Pani Potter, wszystko w porządku? – Usłyszawszy niepokój w głosie notariusza, zacisnęła jeszcze mocniej powieki, chcąc na chwilę odciąć się od tego wszystkiego. - Przyniosłem wodę – ponownie dobiegły do niej słowa mężczyzny. Niechętnie otworzyła wówczas oczy i przyjęła ofiarowaną pomoc.

Parę minut później Dorea mogła powiedzieć, że była już w miarę opanowana. Może jeszcze nie całkowicie spokojna, lecz z pewnością czuła się lepiej niż chociażby przed chwilą. Była blada i rozedrgana, a jej serce galopowało jak po przebiegnięciu maratonu.

- Może zabiorę panią do Munga? – zaproponował Marley.

- Nie, już wszystko w porządku.

- W takim razie powiadomię syna, aby…

- To nie będzie konieczne. Dziękuję, ale naprawdę czuję się już lepiej – przerwała mu gwałtownie. – Muszę z panem porozmawiać.

- Oczywiście – odparł ostrożnie mężczyzna. Dorea zaś od razu rozpoczęła swoje przesłuchanie.

- Kiedy został sporządzony ten testament?

- Jakieś dziesięć lat temu – odparł. – Jednakże niespełna dwa tygodnie przed swoją śmiercią pan Potter wprowadził w nim drobną zmianę.

- Dotyczącą jego… - Dorea ciężko przełknęła, nie mogąc dokończyć zdania.

- … drugiego syna – podpowiedział Marley, a potem skinął potakująco głową. Chociaż w tej sprawie nie skłamał, naprawdę dowiedział się o wszystkim niedawno.

- Kim on jest?

- To informacja poufna, pani Potter. Pan Potter zastrzegł…

- Ale ja muszę wiedzieć! – krzyknęła Dorea, sama zaskoczona własną gwałtownością.

- Przykro mi, ale nie mogę udzielić pani tej informacji – odmówił ponownie notariusz.

- Pan nie rozumie. Ja…

- Rozumiem doskonale. Niemniej i tak jest to niemożliwe.

- Przecież podpisałam oświadczenie o poufności – powiedziała z wyrzutem.

- Ostatnią wolą pana Pottera było, by nie poznała pani tożsamości jego nieślubnego syna.

- Mój mąż nie miał prawa tego przede mną zatajać! – krzyknęła zrozpaczona.

- Pani Potter – zaczął spokojnym głosem Marley. – Sądzę, że to, co wydarzyło się tyle lat temu, dzisiaj już nie ma znaczenia.

- Może dla pana! – warknęła, próbując powstrzymać drżenie rąk.

- Byli państwo szczęśliwym małżeństwem.

- Żyliśmy w kłamstwie. Tyle lat!

- Pani Potter, powinna się pani uspokoić – mówił łagodnie mężczyzna.

- Jak mam się niby uspokoić! – krzyknęła i w tym samym momencie zgięła się w pół, chwytając za serce.

- Pani Potter? – przestraszony mężczyzna szybko okrążył biurko, by w ostatniej chwili powstrzymać głowę kobiety przed uderzeniem w twardy drewniany mebel. – Lisa, zawiadom Munga! – krzyknął w stronę sekretariatu, wzmocniwszy magicznie swój głos. Sam zaś z niepokojem przyglądał się staruszce, zastanawiając się, co powinien zrobić. Na szczęcie profesjonalna pomoc była już w drodze.

Dorea czuła ogromne zmęczenie. Nie pamiętała, by kiedykolwiek wcześniej zdarzyło jej się mieć taki problem z rozchyleniem powiek. Wydawało się, że ważą z milion ton, podobnie jak każda z jej kończyn. Jęknęła cichutko, próbując zmienić nieco pozycję. Wtedy zorientowała się, że nie leży w swoim łóżku i gwałtownie, nawet pomimo wcześniejszych trudności, otworzyła oczy. W pomieszczeniu, w którym się znajdowała, było już ciemno, a mała lampka, jedyny jasny punkt, stała na stoliku obok i dawała niewiele światła. Dzięki niej Dorea mogła jednak ustalić, że znajduje się w szpitalu. Poruszyła się niespokojnie. Poczuła wówczas na dłoni uspokajające dotknięcie. Odwróciła głowę w prawą stronę i zobaczyła uśmiechnięta twarz Syriusza.

- Co ty tu robisz? – wychrypiała z trudem.

- Sprawdzam, jak się pani ma – odpowiedział spokojnie.

- A co ja tu robię? – zapytała ze zrezygnowaniem.

- Zasłabła pani u notariusza – wyjaśnił cierpliwie i dodał z wyrzutem: - Napędziła nam pani niezłego strachu. – Dorea wydawała się jednak usłyszeć tylko jedno słowo.

- Notariusz – szepnęła, przypominając sobie wszystko, czego dowiedziała się w gabinecie Marleya.

- Wszystko w porządku? – zaniepokoił się Syriusz, widząc dziwne ożywienie kobiety.

- Tak, jestem tylko trochę zmęczona.

- Lekarz mówił, że w najbliższym czasie tak będzie i powinna się pani oszczędzać. – Kobieta wydawała się go jednak nie słuchać.

- Jest tu gdzieś James? – zapytała.

- Wyszedł przed chwilą. Musiał wrócić do Ministerstwa.

- A ty, Syriuszu?

- Na dzisiaj skończyłem z robotą – odpowiedział, uśmiechając się zawadiacko.

- W takim razie powinieneś wrócić do domu i odpocząć – zganiła go – a nie siedzieć przy starej kobiecie, gdy śpi.

- Pani Potter – zaśmiał się wesoło.

- No, już, już… Do widzenia, panu.

Syriusz próbował jeszcze protestować, ale widząc ostre spojrzenie kobiety, westchnął i wstał ze stołka. Życzył jej dobrej nocy i skierował się w stronę wyjścia. Będąc już przy drzwiach, odwrócić się na chwilę i powiedział:

- Prawie bym zapomniał. Ten notariusz zostawił dla pani jakąś kopertę. – A potem ponownie się pożegnał i wyszedł.

Dorea jakby zelektryzowana tą informacją, szybko spojrzała na stolik. Sięgnęła nieporadnie w jego stronę, krzywiąc się z niemiłosiernego bólu. Jak dotąd nie zauważyła, że wszystko ją boli. Widocznie zbyt długo nie zmieniała pozycji.

Kiedy wreszcie koperta z listem Charlusa znalazła się w jej dłoniach, na chwilę znieruchomiała, zastanawiając się, czy aby na pewno chce znowu to wszystko czytać. Decyzja zapadła jednak automatycznie.

Minęło kilka długich minut. Tym razem list nie wzbudził w niej aż tylu emocji. Była już przygotowana. Może właśnie dlatego akurat teraz dostrzegła coś, co zwróciło jej uwagę. Coś, co sprawiło, że dawne podejrzenia, sprzed wielu lat odżyły. Charlus nie chciał, by poznała tożsamość jego kochanki, jednak przez przypadek posłużył się informacją, która… pomogła połączyć jej fakty. Była niemal pewna, kim jest ta kobieta. Właśnie. Niemal.

- Muszę mieć pewność – wyszeptała, a w jej głowie ułożył się momentalnie szczegółowy plan. Doskonale wiedziała, co zrobić.

Syriusz wszedł do mieszkania, cicho wzdychając. Nigdy nie sądził, że pewnego dnia ta cisza znów wyda mu się przytłaczająca. Lubił być sam, ale dziś chętnie zamieniłby tą swoją samotność na coś innego. Właściwie to na kogoś. I nawet wiedział na kogo. Znowu westchnął i wszedł do kuchni. Usiadł na krześle i spojrzał w okno. Było ciemno. Zarówno na dworze jak i w jego mieszkaniu. A także w życiu, lecz do tego nie przyznałby się pod żadnym pozorem.

Machnął różdżką i z salonu przyleciała do niego butelka Ognistej. Kiedy nalewał sobie do szklanki cudownego płynu, usłyszał ciche pukanie do drzwi. Poderwał się zaniepokojony, ściskając różdżkę mocno w dłoniach. Tajemniczy gość zastukał ponownie. Syriusz ruszył powoli w stronę wejścia. Kiedy tam dotarł, sprawdził najpierw, kto stoi po drugiej stronie i zaskoczony otworzył szybko drzwi.

- Dorcas? – zdziwił się. – Co ty tu robisz?

- Stoję, Black – westchnęła ze zrezygnowaniem ciemnowłosa kobieta. – Mogę wejść?

- Jasne. Proszę. – I usunął się z przejścia, wykonując zapraszający gest dłonią.

Dorcas niepewnie przekroczyła próg mieszkania i rozejrzała się. Pomimo panującego półmroku mogła stwierdzić, że nie za dużo się tam zmieniło. Znała to miejsce. Czuła się tu bezpiecznie. Niemniej nigdy nie powiedziałaby tego na głos. Miała swoją dumę.

- Chodźmy do salonu – odezwał się za jej plecami Syriusz, a kobieta podskoczyła. Na chwilę zapomniała, zatopiwszy się w swoim rozmyślaniach, że tam był. W odpowiedzi skinęła mu tylko głową. Przechodząc obok kuchni, dostrzegła stojącą na stole butelkę i do połowy napełnioną szklankę. Nie widziała dokładnie czym, ale domyślenie się tego nie sprawiło jej zbytniego problemu. Zatrzymała się w drzwiach pomieszczenia i spojrzawszy z ukosa na Syriusza, zapytała:

- Mogę się dołączyć? – Uniosła przy tym znacząco brwi.

- Oczywiście. Zapraszam – odpowiedział Black, krzywo się uśmiechając. – W towarzystwie zawsze przyjemniej.

I w ciszy usiedli przy kuchennym stole. Nie zapalili przy tym żadnego światła. Wydało im się to zbędne i niepotrzebne. Nie rozmawiali. Popijając Ognistą, spoglądali na siebie od czasu do czasu, unikając nawiązania kontaktu wzrokowego. Milczenie nie było jednak pełne napięcia, nie powodowało niezręczności. Dorcas zdziwiona zauważyła, że czuje się po prostu dobrze. Zupełnie inaczej niż kiedyś. Dawny Syriusz gadałby przez cały czas, w ogóle jej nie słuchając. Opowiadałby też o jakiś głupotach, unikając poważnych tematów. Milczenie zaś byłoby w jego wykonaniu absolutnie niemożliwe. Wręcz nierealne, sprzeczne z naturą – zwłaszcza takie, pełne powagi i jednocześnie poczucia wspólnoty.

- Zmieniłeś się. – Słowa wymknęły się z ust kobiety mimowolnie. Jednak, że wypowiedziała je głośno, zorientowała się dopiero wówczas, gdy usłyszała cichy śmiech Blacka.

- Szkoda tylko, że trochę za późno – powiedział gorzko, gdy już się uspokoił. Spojrzał wtedy na Dorcas, a ona mimo iż w pomieszczeniu było ciemno, odniosła wrażenie, że Syriusz swoim natarczywym spojrzeniem wywierci jej dziurę w głowie. Momentalnie poczuła się nieswojo i niepewnie, dlatego nie odpowiedziała mu ani słowem. Mimowolnie zaś powróciła do chwil sprzed lat, gdy wszystko wydawało się takie…

Niespodziewany dotyk i iskra, która przebiegła przez jej ciało, wyrwały ją z rozmyślań. Chciała cofnąć swoją dłoń, przykrytą ręką Syriusza, lecz on nie pozwolił jej na to. Ścisnął mocniej i w panującym mroku spróbował nawiązać kontakt wzrokowy. Nic jednak nie powiedział. Dorcas poczuła się dziwnie, miała mętlik w głowie. Wspomnienia wielu wydarzeń postanowiły o sobie przypomnieć, przeskakując pomiędzy poszczególnymi scenami niczym kadry w filmie. Pamiętała wszystko doskonale i wiedziała jedno:

- Masz rację, szkoda, że tak późno. – I szybkim ruchem wysunęła dłoń z uścisku Syriusza, czując przy tym niemal fizyczny ból. Chłód, tak przeraźliwy w kontraście z jego ciepłem, wydał jej się niesprawiedliwą karą za postąpienie według podpowiedzi rozumu.

Dorcas nie miała odwagi, by spojrzeć na Blacka. Gdyby jednak to zrobiła, dostrzegłaby grymas smutku i udręczenia na jego twarzy, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. Przedłużająca się cisza stała się dla obojga kłopotliwa i niezręczna. Kiedy kobieta zaczęła rozważać możliwość powrotu do domu, milczenie przerwał gospodarz, poruszając temat niezwiązany z ich uczuciami.

- Knot próbuje udawać, że nic się nie dzieje.

- To było do przewidzenia – odparła, prychając ze zwyczajną sobie pewnością. - Dzisiaj otrzymaliśmy od niego specjalne wytyczne. – Widząc uniesione brwi Syriusza, kontynuowała: - Mamy robić wszystko, by nie wzbudzać paniki.

- Czyli?

- Kłamać – odpowiedziała z przekąsem, przez co Black domyślił się, że ona wcale nie będzie się do tego stosować.

- Musisz na siebie uważać – mruknął. – Teraz chyba nie powinnaś już mieszkać sama.

- Nie martw się, Black. Dam sobie radę – powiedziała dumnie i za chwilę uzupełniła: - Zawsze sobie daję.

- Wiem, Dorcas.

Potem już żadne z nich się nie odezwało. W ciężkiej ciszy dopili Ognistą, by pożegnać się nawzajem równie ponurym milczeniem. Tej nocy oboje przez długi czas nie mogli zasnąć.

- Poczekaj, Lestrange!

- Mam na imię Vivienne.

- Robisz błąd.

- Nic ci do tego, Potter.

- Nie można chować głowy w piasek przez całe życie!

- A co ty tam wiesz.

- Lestrange! Lestrange! Poczekaj.

- Czego on od ciebie chciał?

- Nie mam zielonego pojęcia.

- Viv?

- Spokojnie, Draco. Wiem, że mogę na ciebie liczyć.

- Zawsze.