Witajcie! Nowy rozdział pojawia się później, niż zapowiedziałam z przyczyn technicznych. Wszystkie poprzednie chaptery zostały bowiem poprawione przez moją betę: AlicjęFromWonderland. Jeszcze raz dziękuję Ci za tak szybką reakcję i ogromne zaangażowanie. ;)

W wyniku poprawek przy poprzednich rozdziałach zniknęły moje odautorskie komentarze, dlatego gdyby ktoś z Was miał jakieś pytania, śmiało proszę pisać. ;D

A teraz zapraszam na rozdział 16 i oczywiście z niecierpliwością czekam na Wasze komentarze, bo z nimi praca idzie lepiej. ;)


ROZDZIAŁ 16

PRACA DOMOWA

W środowy wieczór Harry i Chris siedzieli w kącie Pokoju Wspólnego, grając w szachy. Byli w wyjątkowo dobrym humorze.

Ostatnich kilka dni nie należało do najprzyjemniejszych. Wybory do Rady Czystej Krwi, a także niedzielny atak wzbudziły wiele niepokojów. Wszyscy się bali. Jedni, ze względu na swoje pochodzenie, bardziej od innych. Tego dnia wszystko wydawało się jednak o wiele mniej straszne. Niespodziewanie powróciła zwyczajność.

- Dumbledore odwołał wyjście do Hogsmeade – powiedział Baxter, zbijając gońca swojego przeciwnika.

- Taa… - mruknął zamyślony Potter. – Słyszałem o tym.

- A zatem? – Brwi Ślizgona podjechały znacząco do góry.

- Co? – Harry spojrzał na niego, nie rozumiejąc, do czego zmierza.

- Melissa.

- Nie widziałem jej od wczoraj – mruknął zdziwiony. - Czemu o nią pytasz? – Odpowiedział mu jęk frustracji.

- Nasz zakład. Pamiętasz?

- Ja się o nic nie zakładałem – zaoponował szybko Potter, unosząc ręce w obronnym geście.

- Jak to nie? – obruszył się Chris.

- A tak to – odparł spokojnie Ślizgon. – Miałem się z nią umówić do Hogsmeade, tak zdecydowałem, ale wyjście zostało odwołane.

- Akurat ty nie powinieneś mieć z tym żadnego problemu – mruknął Baxter, patrząc znacząco na towarzysza.

- Chyba nie myślisz, że teraz, w jej sytuacji, będę ją ciągał nocą po zamku?

- Nocą? Potter, o czym ty myślisz!

- Twój ruch.

- Czyżby nieudolna próba zmiany tematu? – zadrwił Chris. – Gdzie twoja odwaga?

- Jestem wężem, Baxter. Mam być sprytny – mruknął zjadliwie Harry.

- Daj już sobie spokój z odgrywaniem roli czarnej owcy – powiedział chłopak, przewracając oczami.

- Przecież to nie moje widzimisię.

- Jesteś pewien?

Pytanie bez odpowiedzi zawisło między nimi i wprowadziło swego rodzaju napięcie. Działo się tak zawsze, gdy rozmowa schodziła na temat relacji Harry'ego i Jamesa. Obydwaj Potterowie stawali się wtedy drażliwi i strasznie uparci, zupełnie nieświadomi jak bardzo są wówczas do siebie podobni. Niemniej każdy z nich widział wtedy tylko dzielące ich różnice.

- Nie wiesz, jak to jest – powiedział z kwaśnym uśmiechem Harry.

- Masz rację – szepnął Chris. – Nie wiem. – Dopiero kiedy to powiedział, Potter zdał sobie sprawę z gafy, którą przed chwilą palnął.

Pan Baxter zmarł jeszcze przed narodzinami pierworodnego syna. Był strażakiem, mugolem, który walczył z ogniem. Zginął w pożarze starej kamienicy, ratując małą dziewczynkę. Chris szanował go i uważał za bohatera, mimo że znał go tylko z opowiadań matki, która po śmierci ukochanego męża jakby wycofała się z życia. Nawet narodziny długo wyczekiwanego dziecka nie potrafiły jej ożywić. Od tamtego tragicznego dnia zachowywała się niczym zjawa. Czasem tylko, głównie gdy mówiła o zmarłym mężu, wykazywała oznaki ekscytacji. Poza tym była jak marionetka – bezwładna i zdana na los. Dlatego też Chris, który odziedziczył imię po ojcu, został wychowany przez swoich dziadków – państwo Baxter.

- Przepraszam – szepnął Harry. – Nie to miałem na myśli.

- Nie ma sprawy. – Odpowiedź Ślizgona była, jak zwykle w takiej sytuacji, pełna spokoju i pozbawiona najmniejszych oznak emocji. Chris nie lubił mówić o sobie. Jego przyjaciele doskonale o tym wiedzieli, dlatego nigdy nie wymagali od niego, by zwierzał się im ze wszystkiego.

- Naprawdę… - zaczął ponownie Potter, chcąc przeprosić Baxtera.

- Daj spokój – mruknął cicho Chris. – Wszystko w porządku. – I wzruszył ramionami, dając znak, że sprawę uważa za zamkniętą.

Kontynuowali grę i wszystko wróciłoby do normy, gdyby nie pojawienie się u ich boku Larissy Black. Chociaż była od nich młodsza, spoglądała na nich z góry, wyraźnie świadoma wyższości swojego pochodzenia. Dumnie zadzierała nosa, uznając ich za hołotę.

- Czy coś się stało? – zapytał zdziwiony jej obecnością Harry.

Młoda Blackówna nigdy nie odezwała się do nich ani słowem, co zwróciło uwagę dwójki na jej niecodzienne zachowanie, które, jak przeczuwał Potter, zapowiadało kłopoty. Utwierdził się w tym przekonaniu, gdy zobaczył wykwitający na jej ustach złośliwy uśmieszek.

- Zrób mi zadanie z transmutacji, Baxter – zażądała, wyciągając w jego stronę zwitek pergaminu. Zdziwiony, chłopak odebrał go z jej rąk i automatycznie spojrzał na zapisany tam temat.

- Chyba coś ci się pomyliło, Black – zaprotestował gwałtownie Harry, otwierając ze zdumienia szerzej oczy. – Chris nie jest twoim służącym. Możesz go ewentualnie poprosić o pomoc, a nie… - nie dokończył, gdyż Larissa wybuchła drwiącym śmiechem. Zwróciła tym uwagę wszystkich osób obecnych w Pokoju Wspólnym.

- Mam prosić o pomoc szlamę? – zapytała, krzywiąc usta z niesmakiem. – Wystarczy, że każę mu coś zrobić i… - pstryknęła znacząco palcami – będę to mieć!

- Za dużo sobie pozwalasz – warknął Harry, bardzo zirytowany postawą trzeciorocznej.

- A ty co? Obrońca uciśnionych? – Roześmiała się rozbawiona własną ripostą.

- Zostaw nas w spokoju, Black – mruknął niezadowolony i odwrócił się w stronę przyjaciela, dając dziewczynie wyraźnie do zrozumienia, że ma sobie już iść.

Policzki Larissy gwałtownie poróżowiały ze złości. Jak on śmie, pomyślała zdenerwowana i jeszcze wyżej zadzierając głowę, zwróciła się do milczącego jak dotąd Chrisa:

- A zatem? Bierzesz się do pracy czy nie? Jutro muszę oddać to wypracowanie. – Jej zarozumiały ton obudził w młodym Ślizgonie chęć buntu. Spojrzał na nią jak na kogoś szalonego i wzruszając ramionami, mruknął:

- Nie mam czasu. Sama sobie zrób.

Wtedy też stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Chris zbladł gwałtownie, podczas gdy jego ciało przeszedł nagły dreszcz. Padł na ziemię, a z jego nosa i ust popłynęła krew. Zwinął się przy tym w kłębek i zaciskając ręce na brzuchu, zaczął cicho jęczeć. Zaintrygowani i nieco przerażeni Ślizgoni zgromadzili się wokół niego. Poza Harry'm nikt jednak nie zdecydował się, by spróbować pomóc cierpiącemu.

- Chris! Co ci jest? – Spanikowany Potter pochylał się nad przyjacielem, nie wiedząc, co zrobić. Nie otrzymał jednak żadnej odpowiedzi na to pytanie.

Młody Ślizgon wciąż zwijał się z bólu, dlatego zdenerwowany Harry wyciągnął różdżkę i przesunął jej końcem wzdłuż ciała Baxtera, mrucząc pod nosem zaklęcia. Jego sonda nie trwała długo. Zaledwie minutę później poderwał gwałtownie głowę i z twarzą wykrzywioną wściekłością odwrócił się w stronę Larissy.

- Przestań, mała wiedźmo – warknął w stronę uśmiechniętej drwiąco dziewczyny. Ta nie okazała jednak najmniejszych oznak współczucia. Nawet wówczas gdy Chris zaczął krztusić się własną krwią. Harry, widząc to, z jeszcze większą furią zwrócił się do trzeciorocznej:

- Zabijesz go, Black! - I wówczas kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie.

Potter uniósł różdżkę, chcąc zaatakować Larissę i przerwać cierpienie przyjaciela. Zanim zdołał wypowiedzieć chociaż jedno zaklęcie, jakaś niewidzialna siła odrzuciła go na drugi koniec pokoju. Upadł, uderzając głową o ścianę. Tuż przed tym, jak stracił przytomność, zauważył jeszcze, że Chris nie znajduje się już pod wpływem klątwy, lecz powoli dochodzi do siebie. Obok niego dostrzegł stojącego z uniesioną różdżką Malfoya, który uparcie mu się przyglądał.

No, tak, pomyślał Harry, czując, że odpływa w niebyt, Black jest za młoda, by znać tak potężne czarnomagiczne zaklęcie. Zaraz potem zemdlał, nieświadomy chaosu, w którym pogrążył się cały Pokój Wspólny.

Zbliżała się godzina dwudziesta druga i chociaż nie było aż tak późno, Pokój Wspólny Slytherinu świecił pustkami. Znajdowały się w nim zaledwie trzy osoby. Dwie z nich siedziały przy jednym ze stolików, szepcząc o czymś między sobą, a trzecia leżała na kanapie przykryta kocem.

- Powinniśmy zabrać go do Skrzydła Szpitalnego – powiedziała po raz kolejny Vivienne, spoglądając niespokojnie na bladą twarz Pottera.

- Nic mu nie będzie – stwierdził nonszalancko Malfoy i zerknąwszy w stronę nieprzytomnego, dodał: - Zaraz się pewnie obudzi.

- Uderzył się mocno w tył głowy i może mieć…

- Viv, proszę – mruknął zmęczony chłopak, patrząc błagalnie na kuzynkę. – Zaufaj mi.

- Ale… - chciała zaprotestować, lecz przerwał jej rozgniewany Malfoy:

- Potter próbował zaatakować Larissę, a ty się o niego tak martwisz?

- Bronił przyjaciela – zaoponowała energicznie. – A poza tym to ty zacząłeś. Jak mogłeś rzucić klątwę na Baxtera?

- Viv… - westchnął, naraz jakby starszy o dziesięć lat i o wiele bardziej zmęczony. – Rozmawialiśmy już o tym.

- Wiem, Draco – potwierdziła ze smutkiem. – Tyle że ja tego nie rozumiem. Jak takie postępowanie ma pomóc w zaprowadzeniu właściwego ładu? Naprawdę myślisz, że czarodzieje będą wierni komuś, kto wymusza na nich posłuszeństwo za pomocą terroru?

- Przesadzasz z tym terrorem.

- Przesadzam? – zdumiała się Lestrange. – Baxter omal dziś nie zginął!

- Sytuacja była pod kontrolą – odparł spokojnie Draco.

- Właśnie widziałam – powiedziała z sarkazmem dziewczyna i skrzywiła się demonstracyjnie.

- Vivienne – szepnął Malfoy, pochylając się w jej stronę. – Już ci to kiedyś wszystko tłumaczyłem. Pamiętasz?

- Tak – odrzekła równie cicho, wpatrując się w szare tęczówki towarzysza.

Na chwilę zapadła cisza, podczas której obydwoje z uporem przyglądali się sobie nawzajem, próbując niewerbalnie przekonać drugą osobę do swoich racji. Pierwsza skapitulowała Lestrange, odwracając wzrok. Chwilę potem odezwała się z wyraźnym smutkiem:

- Staram się, Draco, ale naprawdę nie potrafię zrozumieć, dlaczego to musi się dziać w tak straszny sposób.

- Społeczeństwo czarodziejów odzwyczaiło się od przestrzegania zasad – stwierdził z absolutną powagą. – Hierarchia została zburzona. Każdy uważa się, za Merlin wie kogo. Dlatego, by wszystko wróciło do normy, potrzeba nam silnej ręki, a Czarny Pan doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Kiedy już wszystko będzie takie, jak być powinno, sytuacja ulegnie zmianie i prawdopodobnie zrezygnujemy z tak drastycznych metod. Na razie jednak… Rozumiesz, Viv? To wszystko dla większego dobra.

- Większego dobra…

- Tak – potwierdził z wielką pewnością.

- Draco, ja... – szepnęła dziewczyna ze łzami w oczach, lecz niezdolna dokończyć zdanie, urwała.

- Po prostu mi zaufaj. Z czasem wszystko zrozumiesz.

Lestrange nie odpowiedziała. Była zagubiona. Nie wiedziała, komu powinna wierzyć. Swojemu sercu czy najlepszemu przyjacielowi. Ten zamęt odbił się widocznie na jej twarzy, ponieważ Malfoy położył jej dłoń na ramieniu w uspokajającym geście i delikatnie ścisnął, chcąc dodać jej otuchy.

- Viv – szepnął, zwracając na siebie uwagę dziewczyny. – Krew ponad wszystko. – Ona zaś skinęła głową i powtórzyła zrezygnowana za nim:

- Krew ponad wszystko. – A potem wstała i bez słowa skierowała się w stronę swojego dormitorium. Zanim jednak zniknęła za drzwiami, spojrzała raz jeszcze na leżącego Pottera.

- Spokojnie – mruknął Malfoy. – Poczekam, aż się obudzi. – Nieco ją tym uspokoił. W każdym razie na tyle, że zdecydowała położyć się już spać.

Kiedy wyszła, Ślizgon westchnął głęboko i zapadając się głębiej w fotelu, zerknął ponownie na postać leżącą na kanapie. W słabym świetle niewiele mógł zobaczyć. Niemniej od razu zorientował się, że coś się zmieniło.

- Długo nas podsłuchiwałeś? – warknął, momentalnie siadając prosto.

- Niezbyt – odmruknął mu cicho Potter, a potem spróbował się podnieść i jęknął, chwytając się za głowę.

- Wpadłeś na ścianę z dużym impetem - wyjaśnił Draco.

- Z twoją maleńką pomocą – usłyszał sarkastyczną odpowiedź. – Nie martw się, Malfoy. Nie mam amnezji.

- To dobrze, bo musimy porozmawiać – stwierdził chłodnym i rzeczowym tonem.

Obydwaj zamilkli, wpatrując się w siebie uważnie, jakby oceniając siłę i determinację przeciwnika. Ta milcząca konfrontacja pozostała jednak nierozstrzygnięta, gdyż żaden z nich nie wykazał się nawet odrobiną pokory. Wręcz przeciwnie. Obaj dumnie wyprężyli swoje ciała, przybierając pewne siebie pozy. Harry zlekceważył nawet ból pulsujący z tyłu głowy.

- Posłuchaj, Potter – zaczął poważnie Draco. – Nadchodzą nowe czasy, a wraz z nimi nowe zasady. I lepiej będzie dla ciebie oraz twoich przyjaciół, jeśli się do nich przyzwyczaicie.

- To groźba? – zadrwił.

- Nie. Tylko ostrzeżenie.

- Chyba powinienem być ci wdzięczny – mruknął zjadliwie Harry.

- Opór na nic się nie zda, Potter. Prędzej czy później i tak dojdzie do nieuniknionego.

- O czym ty mówisz?

- Dobrze wiesz o czym. Już wkrótce Czarny Pan zaprowadzi ład w naszym społeczeństwie i…

- Zawsze wiedziałem, że jesteś stuknięty, Malfoy, ale dziś to już trochę przesadzasz.

- Widzę, że wróciliśmy do twojej ulubionej zabawy, obrażania innych – odparował Draco, wciąż pozostając niezwykle spokojnym.

- Do rzeczy! – warknął Harry.

- Zostaw w spokoju Vivienne.

- Żebyś mógł bez żadnych przeszkód zrobić jej wodę z mózgu?

- Potter, ostrzegam cię. Licz się ze słowami! – zdenerwował się Malfoy.

- Wszystko słyszałem. Naprawdę sądzisz, że ona w to wszystko uwierzy? Nie jest głupia. Brak jej jedynie odrobiny odwagi.

- A ty zamierzasz…

- Nic nie zamierzam – przerwał mu gwałtownie.

- Powtórzę raz jeszcze, Potter. Zostaw w spokoju Vivienne – warknął, cedząc słowa przez zęby. – Tak będzie lepiej dla wszystkich. - Przez chwilę obaj wpatrywali się w siebie nawzajem, prowadząc mentalną wojnę. Po paru minutach przerwał ją wreszcie Harry, pytając:

- To wszystko, Malfoy?

- Tak.

Usłyszawszy to, Harry wstał z trudem z kanapy i skierował się w stronę dormitorium, czując jak świat wiruje wokół niego. Będąc już przy drzwiach, zatrzymał się nagle jak rażony piorunem.

- Czyżbyś chciał się o coś zapytać, przyjacielu? – zapytał drwiąco Malfoy, akcentując ostatnie słowo.

- Co z Chrisem? – szepnął Potter, próbując ukryć zawstydzenie.

- Podałem mu eliksir regenerujący. Śpi teraz w swoim dormitorium.

Wyjaśnienia udzielone przez Ślizgona nie uspokoiły do końca Harry'ego. Niemniej pozwoliły sądzić mu, że z jego przyjacielem jest już o wiele lepiej. Z myślą, iż jutro z nim porozmawia i dokładnie o wszystko wypyta, postanowił pójść położyć się spać. Czuł się bowiem niezwykle zmęczony. Zanim jednak opuścił Pokój Wspólny usłyszał jeszcze słowa Malfoya, które ewidentnie go zaniepokoiły:

- To było tylko ostrzeżenie, Potter.

Nic nie odpowiedział na tę jawną groźbę. Odszedł śpiesznym krokiem, wciąż czując skutki uderzenia o ścianę. Kiedy wszedł do dormitorium, z ulgą stwierdził, że jego współlokatorzy już śpią. Zbliżała się dwudziesta trzecia, więc nie było jeszcze tak późno. Widocznie dzisiejszy wieczór nie tylko dla niego był pełen wrażeń. Niebezpieczeństwo wiszące w powietrzu już od jakiegoś czasu niespodziewanie dla wielu nabrało realnych kształtów. Ból, który towarzyszył mu od momentu przebudzenia, był tego niezbitym dowodem.

Harry wpadł do sali eliksirów jako ostatni, w pośpiechu zajmując miejsce obok Seana. Profesor Slughorn ledwie zareagował na jego spóźnienie, dając mu jedynie skinieniem głowy znak, by usiadł. Nie przerwał przy tym ani na chwilę swojego wywodu. Potter jako jego najlepszy uczeń został także pozbawiony wątpliwego przywileju wysłuchania narzekań na temat spóźnialskiej młodzieży, co było samemu zainteresowanemu wyjątkowo na rękę.

Ślizgon westchnął cicho i otworzywszy podręcznik na właściwej stronie, spróbował wsłuchać się w wykład teoretyczny o eliksirach uśmierzających ból. Niestety podobnie jak na wszystkich poprzednich zajęciach okazało się to niemal niemożliwe. Ból głowy od wczoraj zdecydowanie się nasilił i sprawił, że trudno było mu się skupić na czymś konkretnym. Nauczyciele zauważali to i karcili go za nieuwagę, podczas gdy on naprawdę starał się słuchać, lecz nie mógł się na niczym skoncentrować. Poza tym był blady i miał sińce pod oczami. Zdecydowanie nie wyglądał dobrze. Siedzący obok niego Sean co chwilę zerkał na przyjaciela, sprawdzając, czy wszystko jest z nim w porządku. W końcu nie wytrzymał i rzuciwszy niewerbalnie zaklęcie wyciszające, zapytał:

- Wszystko gra, stary?

- Tak – padła krótka odpowiedź, która zupełnie przeczyła rzeczywistości.

- Przecież widzę – mruknął, marszcząc brwi Sean.

- W takim razie po co pytasz, skoro wiesz lepiej? – odburknął mu zirytowany Potter.

Urażony Moore zacisnął szczęki, decydując się zostawić przyjaciela samemu sobie. Niech ma, co chce, pomyślał zagniewany, lecz złość szybko mu przeszła, gdy zobaczył z jakim trudem Harry zapisuje słowa na pergaminie.

- Na pewno… - zaczął ponownie Sean, lecz przerwał mu cichy syk przyjaciela:

- Tak. - Więcej już się do siebie nie odezwali.

Moore cofnął zaklęcie wyciszające i skupił się na wykładzie. Jedynie od czasu do czasu spoglądał na Pottera, będąc gotowym do natychmiastowej reakcji. Jednakże w ciągu następnych trzydziestu minut nie wydarzyło się nic niepokojącego. Sean gotów był więc uwierzyć, że Harry'emu rzeczywiście nic nie jest i po prostu się nie wyspał. Ledwie zdążył to pomyśleć, a już okazało się, że jego pierwsze przypuszczenia były słuszne.

Zajęcia z eliksirów składały się zawsze z dwóch części. Pierwszej, zdecydowanie krótszej, dotyczącej teorii i drugiej, która polegała na sporządzeniu właściwego wywaru. Tego dnia nie było inaczej. Wszyscy jak zwykle zajęli miejsca przy swoich stanowiskach i zabrali się do pracy. Siekali, kruszyli, mieszali i dbali o najdrobniejszy szczegół. Pełna skupienia cisza oraz charakterystyczny zapach tworzyły razem specyficzną atmosferę, która właściwa była jedynie lekcjom eliksirów.

Harry uwielbiał je między innymi właśnie za nastrój, chociaż znalazłoby się pewnie jeszcze kilka innych powodów. Niemniej jednak akurat tego dnia nie odczuwał żadnej radości z warzenia eliksirów. Mając wyjątkowo wyczulone zmysły z powodu bólu głowy, czuł jak świat wokół niego wiruje. Dodatkowo intensywne zapachy wydzielane przez bulgoczące w kociołkach ciecze sprawiały, że miał mdłości. Z trudem wykonywał najprostsze czynności. Głowa ciążyła mu coraz bardziej, a przed oczami miał mroczki. Mimo to uparcie kontynuował sporządzanie wywaru. Nie zauważał przy tym czujnego spojrzenia Seana, który obserwował go niemal bez ustanku. Znajdował się bowiem jakby za jakimś murem, oddzielony od wszystkich innych.

- Dobrze się czujesz, Harry? – dobiegł go w pewnym momencie zaniepokojony głos Slughorna. – Nie wyglądasz najlepiej.

- Wszystko w porządku, panie profesorze – odparł spokojnie i uśmiechnął się delikatnie.

Mężczyzna przyjrzał się uważniej swojemu uczniowi, oceniając prawdziwość jego słów. Wydawało się, iż dał się przekonać Potterowi. Kiedy jednak miał się odwrócić i pójść dalej, Harry zachwiał się niebezpiecznie i upadłby gdyby nie szybka reakcja Slughorna, który podtrzymał chłopaka za ramię i powiedział stanowczo:

- Czas byś odwiedził Madame Pomfrey, chłopcze.

Potter, nie będąc w stanie zaprotestować, skinął tylko głową i niechlujnie uporządkował leżące na jego stole składniki. Następnie, zabrawszy swoją torbę, ruszył niepewnym krokiem w stronę drzwi. Czuł się naprawdę fatalnie, lecz i tak zdecydował się odrzucić czyjąkolwiek pomoc, twierdząc, że samemu da radę dotrzeć do Skrzydła Szpitalnego.

- Do widzenia – mruknął i wyszedł, zostawiając za sobą zmartwione spojrzenia profesora i Seana oraz zaciekawienie pozostałych uczniów.

Kiedy znalazł się wreszcie za drzwiami, poczuł się nieco lepiej. Uwolniony od drażniących zapachów zaczął swobodniej oddychać. Zrobił kilka głębokich wdechów i już odrobinę pewniej ruszył w stronę królestwa Madame Pomfrey. Jednak, pomimo początkowej poprawy, ból nie opuścił go całkowicie. Wręcz przeciwnie. Powrócił z nową siłą po pokonaniu zaledwie jednej kondygnacji schodów.

Harry z trudem przemierzał opustoszałe szkolne korytarze. Już od jakiegoś czasu szedł, podpierając się ściany. Przed oczami tańczyły mu mroczki, skutecznie uniemożliwiając skupienie wzroku na drodze, którą musiał pokonać. Co chwilę zatrzymywał się by nabrać sił. Miał też wrażenie, że jego ciało nie należy do niego, gdyż kończyny powoli odmawiały mu posłuszeństwa.

Znajdując się już niedaleko Skrzydła Szpitalnego, zaledwie za rogiem, poczuł, że dalej nie da już rady iść. Stanął i opierając się plecami o ścianę, zamknął oczy. Zrobił kilka głębokich wdechów i spróbował ruszyć dalej. Zanim jednak postawił chociaż jeden krok, usłyszał, że ktoś woła go po imieniu. Odwrócił głowę w stronę, z której dobiegał dźwięk, i zobaczył biegnącą ku niemu Melissę z wyrazem niepokoju widocznym na twarzy.

Dziewczyna dotarła do niego bardzo szybko, od razu zasypując go gradem pytań.

- Co ci jest? Byłeś u Madame Pomfrey? Czy to przez ten wczorajszy upadek? Boli cię głowa?

- Spokojnie – przerwał jej słabym głosem. – Właśnie idę do Skrzydła.

Następnie odepchnął się od ściany i ruszył we wskazanym przez siebie kierunku. Ledwie jednak uczynił jeden krok, zakręciło mu się w głowie i powalony pulsującym bólem głowy zjechał po zimnym kamieniu na ziemię.

- Harry! – krzyknęła wystraszona Melissa, padając na kolana tuż obok niego. Nie doczekała się jednak odpowiedzi, ponieważ Ślizgon był już nieprzytomny.

Przestraszona i drżąca dziewczyna wyciągnęła z kieszeni szaty różdżkę i machnąwszy nią, powiedziała cichutko:

- Locomotor.

Potter uniósł się w powietrzu i przy pomocy Melissy znalazł się wkrótce w Skrzydle Szpitalnym, gdzie Madame Pomfrey roztoczyła nad nim swą profesjonalną opiekę. Jak się później okazało, pomoc dla niego nadeszła niemal w ostatnim momencie.

Snape nerwowo przemierzał swój gabinet, wędrując od ściany do ściany. Co chwilę zerkał też na wskazówki potężnego zegara, stojącego w kącie pomieszczenia. Wyraźnie na kogoś czekał, a ten ktoś prawdopodobnie się spóźniał.

Po upływie kolejnych kilku minut w gabinecie rozległ się dźwięk stukania do drzwi. Severus, usłyszawszy to, momentalnie odwrócił się w stronę wejścia i powiedział lodowatym tonem:

- Proszę.

Po chwili do środka wszedł Malfoy. Z bardzo niepewną miną podszedł do Snape'a i cicho się przywitał, nie patrząc jednak w oczy nauczycielowi. Ten nic mi nie odpowiedział, a jedynie skinął gniewnie głową w stronę stojącego przy biurku krzesła. Ślizgon usiadł i czekał, aż mężczyzna zrobi to samo, lecz on stanął za chłopakiem i milczał. Zawarł w tym całe swe niezadowolenie. Malfoy już przed przyjściem do gabinetu czuł, że ma problemy. Teraz jednak był tego absolutnie pewien.

Cisza przedłużała się, sprawiając, że Ślizgon denerwował się coraz bardziej. W końcu nie wytrzymał panującego napięcia i odwróciwszy się w stronę Snape'a, zapytał niepewnym głosem:

- Chciał pan ze mną o czymś porozmawiać, profesorze?

- Dobrze wiesz, że tak – padła kpiąca odpowiedź.

Malfoy speszył się i wbił spojrzenie w blat biurka, zaciskając usta w wąską linię. Postanowił więcej nie odzywać się z własnej inicjatywy, lecz czekać na przyzwolenie nauczyciela.

- Potter jest w Skrzydle Szpitalnym – zaczął poważnie Snape.

- Słyszałem – szepnął Ślizgon. – Cały Slytherin nie mówi o niczym innym. - Mężczyzna zignorował jednak jego wypowiedź i ciągnął, jakby w ogóle nikt mu nie przerywał:

- Ma poważny uraz głowy, spowodowany potężnym uderzeniem bądź też upadkiem. Tego nie wiadomo, bo chłopak wciąż nie odzyskał przytomności. Pomfrey z trudem go odratowała. W jego głowie pękł tętniak. Zemdlał na korytarzu i gdyby ta dziewczyna go nie znalazła, umarłby. Właśnie wróciłem z konsultacji. Nie wygląda to zbyt dobrze, ale nie ma potrzeby przenosić go do Munga. Najgorsze minęło.

- To chyba dobrze – mruknął niepewnie Ślizgon, nie wiedząc, czego oczekuje od niego nauczyciel.

- Draco! – rozzłoszczony Snape okrążył jego krzesło i stanął po drugiej stronie biurka, wbijając w niego uważne spojrzenie. – Co wydarzyło się wczoraj?

- Skąd-

- Draco!

Słysząc naglący ton mężczyzny, Malfoy wyprostował się na krześle i spokojnym, opanowanym głosem zreferował zajście z ubiegłego wieczora. Wpatrywał się przy tym bez ustanku w oblicze nauczyciela, próbując wyczytać, co on o tym wszystkim sądzi. Okazało się to całkowicie niemożliwe, gdyż twarz Snape'a przypominała maskę.

Kiedy opowieść dobiegła końca, ponownie zapadła cisza. Ślizgon nie miał jednak pojęcia, czego powinien spodziewać się po profesorze. Dlatego też milczał.

- Trzeba było zabrać go od razu do Skrzydła, gdy tak długo nie odzyskiwał przytomności – powiedział po chwili Snape.

- Skąd miałem wiedzieć, że… - zaczął butnie chłopak, lecz przerwał mu srogi głos Severusa:

- No, właśnie! Skąd miałbyś to wiedzieć!

- Ja…

- Ile razy mówiłem ci, jak ważna jest teraz ostrożność. Zbyt wiele mamy do stracenia, by być tak nieuważnym!

- Nic się przecież nie stało. Potter żyje i nie powie prawdy, bo nie może – zaczął szybko się tłumaczyć.

- Klątwa działa?

- Tak. O tym, co dzieje się w Slytherinie, nie dowie się nikt poza nami. Nasze tajemnice są bezpieczne.

- Przy takiej nieroztropności to dość wątpliwe stwierdzenie – zauważył chłodno Snape.

- To się więcej nie powtórzy, profesorze. Będę bardziej ostrożny.

- Mam nadzieję, Draco. Chyba nie muszę ci przypominać, jak bardzo Czarny Pan byłby zły, gdyby jego plany zostały przedwcześnie zaprzepaszczone w wyniku zwykłej nieuwagi i niechlujności.

- Oczywiście, że nie, profesorze! – zawołał przerażony chłopak. – Nie zawiodę Lorda. Doskonale wiem, czego ode mnie oczekuje.

- Nie tylko on – mruknął znacząco Snape. – Przede wszystkim całe społeczeństwo magiczne. Nie zapominaj o tym. Dążymy do osiągnięcia ważnego celu.

- Zdaję sobie z tego sprawę, profesorze – potwierdził dumnie Malfoy.

Severus skinął głową, zadowolony. Utwierdził się bowiem w przekonaniu, że Draco nie robi tego, co mu się każe wyłącznie ze strachu, lecz z przekonania, że jego działania pomagają w realizacji wielkiej idei – idei czystej krwi. Podobnie jak on wierzył, że Czarny Pan jest wybawicielem współczesnych czarodziejów – magiem, który na nowo przywróci właściwy ład. A oni wszyscy mogący pomagać mu w tym planie dostąpili ogromnego zaszczytu. Już wkrótce każdy obywatel magicznej Anglii zrozumie, że Czarny Pan ma rację. Początkowo pojawi się opór, wiadomo, ale i on zostanie zwalczony. A wtedy powróci właściwa hierarchia.

Rozmarzony Snape westchnął w duchu na myśl o społeczeństwie, w którym każdy zna swoje miejsce. Do niego prowadziła ich jeszcze co prawda długa droga, ale… W końcu wszyscy zrozumieją, że idea czystej krwi nie wynika z czyjejś zachcianki, lecz ma swe korzenie w naturze, stanowi wrodzone pragnienie każdego czarodzieja. On i jemu podobni byli tego absolutnie świadomi, dlatego ich powinnością było uświadomienie o tym innych. To było ich celem, a ich marzenia już wkrótce miały ulec urzeczywistnieniu. Do tego czasu trzeba się jednak zająć wypełnieniem misji powierzonej jemu i Draconowi przez Czarnego Pana.

- Czy poczyniłeś już wstępne przygotowania? – zapytał Snape, wyrywając się ze swoich rozmyślań.

- Oczywiście – zapewnił Malfoy, bez pytania wiedząc, co ma na myśli nauczyciel. – Sądzę, że już za kilka dni będziemy mogli zaczynać.

- Doskonale. – Na ustach mężczyzny pojawił się pełen zadowolenia uśmiech, który jednak mógł budzić u niektórych przerażenie. – Tylko pamiętaj, żadnych śladów. Lepiej, żeby nikt nie zaczął węszyć.

- Zadbam o wszystko – mruknął Ślizgon, zdając sobie sprawę z brzemienia odpowiedzialności spadającego na jego barki.

- Mam nadzieję. W razie problemów nie czekaj, przychodź od razu.

- Będę o tym pamiętał.

- Nikt nie może wiedzieć o twoich odwiedzinach u mnie.

- Rozumiem, ale co jeśli…

- Wtedy powiesz, że rozważasz dalsze studia za granicą, a ja pomagam ci w znalezieniu najlepszej uczelni.

- Brzmi całkiem nieźle – skomentował, kiwając głową z zadowoleniem. – W takim razie, czy to już wszystko, profesorze?

- Tak, możesz iść – mruknął Snape i machnął ręką w stronę drzwi.

Draco, nie zastanawiając się ani chwili dłużej, wstał i ruszył do wyjścia. Miał do załatwienia jeszcze kilka spraw, a czasu zostało mu niewiele. Po pierwsze, musiał odnaleźć Vivienne. Był pewien, że właśnie rozważa pomysł odwiedzenia Pottera w Skrzydle Szpitalnym, a on koniecznie chciał temu zapobiec. Czuł, że dziewczyna wciąż nie zdecydowała się, którą stronę objąć w konflikcie. Kontakt z Potterem źle na nią wpływał. Dlatego, jako jej bliski krewny i najlepszy przyjaciel, zobowiązany był do udzielenia jej pomocy, nawet jeśli ona sama nie zdawała sobie sprawy z tej konieczności. Nie mógł pozwolić, by Vivienne wyrzekła się rodziny, tylko dlatego że Potter jest świetnym manipulatorem. Ten głupek wychowany przez szlamę nie rozumiał idei czystej krwi, a przez to stwarzał zagrożenie dla wszystkich innych. Trzeba było postępować z nim ostrożnie.

Z takimi właśnie myślami bił się Malfoy, idąc szkolnym korytarzem. Nie zauważył przy tym, że ktoś czujnie go obserwuje, ukryty pod peleryną niewidką. Tymczasem niewidzialna osoba, domyśliwszy się jego komitywy z nowym profesorem, wróciła tego dnia do wieży Gryffindoru pełna najróżniejszych podejrzeń, które nie dały jej zasnąć przez większą część nocy.