Chyba nie ma właściwego wytłumaczenia na półroczną nieobecność, dlatego nawet nie próbuję go tworzyć. Mam tylko cichą nadzieję, że ktoś tu jeszcze zajrzy.

MargotX: Oczywiście, że Harry zdawał sobie sprawę z istnienia Malfoya i Lestrange. Może nie opisuję szczegółowo tych relacji, które w istocie były znikome, ale wydaje mi się, że ze strzępów rozmów Pottera i jego przyjaciół można wywnioskować, że wspomniani wcześniej niezbyt się lubili. Mieszkanie w jedynym domu nie jest równoznaczne z wielką zażyłością. A co do odczuć Harry'ego... Taki efekt zamierzałam uzyskać. ;)

Zapraszam do czytania ;)


ROZDZIAŁ 17

SPOTKANIE PO LATACH

Chociaż zbliżało się już południe, w Skrzydle Szpitalnym panowała idealna cisza. Jedynym dźwiękiem pojawiającym się w regularnych odstępach czasu był cichy szmer dwóch oddechów. Przy jednym z łóżek siedziała rudowłosa kobieta, która najwyraźniej zapadła w krótką drzemkę, zmęczona nocą spędzoną na czuwaniu przy nieprzytomnym synu. Chłopak zaś leżał blady jak ściana w białej pościeli z bandażem owiniętym wokół głowy. Wyglądał dość marnie. Zupełnie jakby minął się ze śmiercią o włos. Tylko wtajemniczeni w historię jego choroby wiedzieli, iż zasadniczo tak właśnie było.

W pewnym momencie drzwi pomieszczenia niespodziewanie uchyliły się, a w powstałej szparze pojawiła się postać ciemnowłosego mężczyzny, który uważnym spojrzeniem zlustrował całą salę. Zobaczywszy jedynie nieprzytomnego pacjenta i jego śpiącą matkę, wślizgnął się po cichu do środka i podszedł do łóżka chorego. Następnie machnięciem różdżki przywołał do siebie krzesło i usiadł na nim tak, by mieć dobry widok na twarz drzemiącej kobiety. Potem westchnął cicho i zaczął przyglądać się rudowłosej.

Upłynęło około dziesięciu minut, gdy wreszcie kompletna cisza została przerwana. Stało się to za przyczyną śpiącej dotąd kobiety, która niespodziewanie otworzyła oczy. Jej spojrzenie powędrowało od razu w stronę syna. Widząc jednak, że sytuacja nie zmieniła się ani o jotę, posmutniała i odwrócił głowę. Wtedy też spostrzegła, że nie jest sama.

Osoby siedzącej obok nie spodziewała się tu spotkać w najśmielszych snach. Mówiąc dokładniej, nie spodziewała się jej spotkać już nigdy w życiu. Ich ostatnie spotkanie nie należało bowiem do najprzyjemniejszych. Dzisiaj jednak tamto wydarzenie nie miało żadnego znaczenia, ku wielkiemu zdumieniu obojga.

- Lily – wyszeptał z czułością mężczyzna.

- Severus – odparła zszokowana kobieta.

Nie wiedziała, co powiedzieć. Wpatrywała się w dawno niewidzianego przyjaciela z dzieciństwa, nie mając pojęcia, jak się zachować. Niegdyś byli sobie bardzo bliscy, lecz od tamtego czasu wydarzyło się wiele i oni obydwoje także się zmienili.

- Siedziałaś tutaj całą noc? – zapytał Snape z troską.

- Tak. Mój syn… - nie mogąc dokończyć zdania, skierowała wzrok w stronę leżącego bez ruchu Harry'ego, a jej oczy zaszkliły się łzami.

- Spokojnie. Już wkrótce się obudzi, a wtedy będziemy mogli mu podać odpowiednie eliksiry regenerujące.

- My? – zapytała zdumiona kobieta.

- Pracuję tutaj.

- W Skrzydle?

- Nie. Jestem nauczycielem obrony przed czarną magią, ale studiowałem także medycynę i dlatego często pomagam Poppy – wyjaśnił spokojnie Severus.

- Ty? Nauczycielem? – zdziwiła się, a potem zaraz dodała speszona: - Przepraszam. Nie zrozum mnie źle. Po prostu nie spodziewałam się.

- Szczerze mówiąc to ja też – przyznał mężczyzna, ciężko wzdychając.

- Taa… Życie lubi płatać nam figle – szepnęła Lily, patrząc niewidzącym wzrokiem gdzieś ponad ramieniem Snape'a.

Na chwilę oboje zamilkli, zamyśliwszy się nad wypowiedzianymi przed chwilą słowami. Milczenie przerwał Severus, gdy uśmiechając się delikatnie, zapytał:

- A ty? Czym się zajmujesz?

- Warzę eliksiry w swojej pracowni, a potem je sprzedaję. Głównie do magoapteki na Pokątnej.

- No, tak… - mruknął mężczyzna. – Eliksiry. A cóż by innego.

- Nie przesadzaj. Znam się jeszcze na paru innych rzeczach – udała oburzenie, a Severus w odpowiedzi zaśmiał się śmiechem absolutnie do niego niepasującym.

- Miło cię widzieć – powiedział, wracając do powagi, a potem dodał już zdecydowanie ciszej: – Tęskniłem za tobą, Lily.

Kobieta przez chwilę nie odpowiadała. Przez jej głowę przemknęły sceny z chwil, które spędzili wspólnie. Mimo wszystko więcej było tych dobrych, wesołych, gdy czerpali radość z własnego towarzystwa. Dlatego szepnęła:

- Ja także, Severusie.

Mężczyzna uśmiechnął się smutno, zdając sobie sprawę z faktu, że gdyby nie to spotkanie, pewnie nawet by o nim nie pomyślała. Niemniej jednocześnie nie potrafił nie cieszyć się z tej chwili. Zbyt długo o niej marzył. Zbyt wiele razy wyobrażał sobie, jak będzie ona wyglądać. Oczywiście żadne z wyobrażeń nawet w przybliżeniu nie przypominało rzeczywistości. W jego marzeniach znajdowali się w małej kawiarence, uśmiechali się i rozmawiali o eliksirach, jednej z niewielu rzeczy, która ich łączyła. Chory syn, jej mąż, Skrzydło Szpitalne w ogóle nie pojawiały się w tych imaginacjach. No, cóż… Nie można mieć wszystkiego, pomyślał i westchnął przeciągle.

- Wszystko w porządku, Severusie? – Pytanie przywróciło go do realności.

- Tak, tak! Tylko się zamyśliłem.

- Nad czym?

- Nad życiem – odpowiedział, patrząc jej głęboko w oczy. Kobieta speszyła się i chcąc wprowadzić niefrasobliwy nastrój, zapytała żartobliwie:

- Od kiedy stałeś się takim filozofem?

Snape wiedział, jaki był cel tego zabiegu, dlatego uśmiechnąwszy się smutno, mruknął:

- Zawsze nim byłem. Tylko się z tym nie afiszowałem.

- To całkiem możliwe, Sev – odparła z błyskiem w oczach.

- Sev… - powtórzył za nią, delektując się tym zdrobnieniem. – Dawno mnie tak nie nazywałaś.

- Bo dawno nie byłeś Sevem – szepnęła, odwracając wzrok.

- A dzisiaj nim jestem?

Lily wyraźnie usłyszała w tym pytaniu nutę pełną nadziei, dlatego spojrzała ponownie na przyjaciela z dzieciństwa i powiedziała z wahaniem:

- Bardzo chciałabym w to wierzyć.

Snape zrozumiał w lot zawartą w tym stwierdzeniu aluzję. Lily chciała dowiedzieć się, czy popiera Lorda Voldemorta. I czy wciąż interesuje się czarną magią. Poczuł ukłucie w sercu na myśl, iż według niej nie jest godzien, by móc nazywać się jej przyjaciela. Może tak było lepiej. Ona jako mugolaczka praktycznie nie istniała. Z całego serca pragnął uważać ją za osobę nic niewartą, ale nie potrafił. Wzbraniały go przed tym głupie uczucia i sentymenty. Przecież wierzył w ideę czystej krwi! Jak zatem mógł kochać szlamę?

- Sev? Co się stało? – zapytała zaniepokojona Lily, dostrzegając w oczach mężczyzny oznaki obłędu.

- Nic – mruknął chłodno. – Muszę już iść. – Wstał wówczas ze swojego krzesła i zaczął iść w stronę drzwi.

- Severusie! – zawołała zaskoczona kobieta. – O co chodzi?

Mężczyzna nie odpowiedział, uparcie nie patrząc nawet w jej kierunku. Uniósł dłoń, chcąc chwycić klamkę i jak najszybciej opuścić Skrzydło Szpitalne. Zanim jednak to zrobił, drzwi niespodziewanie się otworzyły. I wtedy stanął oko w oko z człowiekiem, którego nienawidził najbardziej na świecie. Zdumienie ich obu było tak wielkie, że przez chwilę żaden z nich się nie odezwał. Wreszcie milczenie przerwał nowoprzybyły:

- Snape. Co ty tu robisz? – Jego ton nie pozostawiał wątpliwości, iż wcale nie cieszy się z tego przypadkowego spotkania.

- Pracuję, Potter – odburknął mu zjadliwym głosem.

- Ty?

- Ja – potwierdził.

A potem obaj ponownie zamilkli, sztyletując się wrogimi spojrzeniami. Sytuację uratowała Lily, która zbliżywszy się do mężczyzn, powiedziała do męża:

- Z Harrym już lepiej, ale wciąż się nie obudził.

Wówczas spojrzenie Jamesa momentalnie skierowało się na łóżko, na którym leżał jego syn. W tej samej chwili wydawał się zapomnieć o dawnym szkolnym wrogu i wymijając go, podszedł do nieprzytomnego chłopaka.

Tymczasem spojrzenia Lily i Severusa ponownie się spotkały. Mężczyzna dostrzegł w zielonych tęczówkach prośbę, by już sobie poszedł. Skinął głową ze smutkiem i wyszedł, czując się odrzucony i całkowicie osamotniony. Jednocześnie rozum podpowiadał mu, że te odczucia są całkowicie irracjonalne. Mimo to nie potrafił się od nich uwolnić.


Chris szedł niespiesznym krokiem w stronę Wielkiej Sali. Nie czuł się zbyt dobrze. Bolał go brzuch i miał mdłości. Dodatkowo świadomość, że jego najlepszy przyjaciel wylądował w Skrzydle Szpitalnym przez niego, pogarszała jego już i tak kiepskie samopoczucie. Dlatego też nie spieszyło mu się, by znaleźć się w pomieszczeniu pełnym wesoło rozmawiających ludzi.

Kiedy zbliżał się do wejścia do Wielkiej Sali, usłyszał nagle, jak ktoś głośno woła go po imieniu. Już zanim się odwrócił, wiedział do kogo należy ten rozgniewany głos, a zaledwie minutę później przekonał się, iż rzeczywiście miał rację.

Chris stanął bowiem twarzą w twarz ze swoim drugim przyjacielem – Seanem Moore'em, który w tamtym momencie wyglądał na naprawdę wściekłego, co tak dla ścisłości nie było częstym widokiem. Ten zwykle opanowany i zrelaksowany człowiek, zupełnie nieprzejmujący się jakimikolwiek problemami, miał twarz wykrzywioną straszliwym gniewem. Na jego policzkach pojawiły się krwawe wypieki, a oczy ciskały błyskawice. Sprawiał przy tym wrażenie osoby szalonej.

- Wszystko w porządku? – zaniepokoił się Baxter.

- Nie – warknął Sean. – Musimy pogadać.

- Teraz? – zdziwił się Ślizgon.

- Tak. Max czeka na nas w kuchni.

- W kuchni?

- No, chyba wolałbyś coś zjeść, a nie wyzywać mnie później przez cały dzień, że jesteś głodny.

Chris nie odpowiedział. Wzruszył jedynie ramionami w geście poddania i poszedł za Seanem, który energicznie ruszył przed siebie. Przez całą drogę nie odezwali się do siebie ani słowem. Atmosfera była wyraźnie napięta. Baxter wiedział, o czym Krukon i Puchon chcieli z nim porozmawiać. Cóż innego wzbudziłoby u nich tyle emocji?

Wkrótce młodzi czarodzieje dotarli do wielkiego obrazu przedstawiającego misę z owocami. Sean wyciągnął w jego stronę dłoń i połaskotał namalowaną na nim gruszkę. Chwilę później w jej miejscu zmaterializowała się zielona klamka. Chłopak nacisnął ją i otworzywszy drzwi, dziarskim krokiem wszedł do środka. Tuż za nim podążył, cicho wzdychając, Chris.

W kuchni jak zwykle w porze obiadowej panowało ogromne zamieszanie. Skrzaty domowe uwijały się pracowicie, co rusz uzupełniając talerze, które po położeniu ich na specjalnych stołach, materializowały się na swoich odpowiednikach w Wielkiej Sali.

Baxter przyglądał się z zainteresowaniem tym zabiegom, które niezmiernie go fascynowały. Za każdym razem, gdy przychodził do kuchni, nie potrafił się nadziwić magii tego pomieszczenia. Podobnie było z wieloma innymi miejscami w Hogwarcie. Chris bowiem, jako dziecko wychowane przez mugoli, nie mógł przestać zachwycać się wszystkim, co magiczne. Nie robił tego oczywiście otwarcie, nie chciał być bowiem uważany za dziwaka. Niemniej w głębi serca czuł prawdziwą radość, gdy każdego dnia dane mu było obracać się w tak cudownym świecie.

- Chris! – wołanie Seana wyrwało go z rozmyślań.

Jego dwaj przyjaciele siedzieli już w kącie pomieszczenia, mając przed sobą talerze pełne jedzenia. Obok stał trzeci, przygotowany specjalnie dla niego. Ruszył zatem w ich stronę ze smutnym uśmiechem na ustach.

- Co jest? – zapytał zdziwiony Max, ale nie dostał odpowiedzi.

Ślizgon opadł na drewniane krzesło z głośnym westchnieniem, spoglądając przy tym na Moore'a, który siedział z zasępioną miną. Wydawał się już być opanowanym, ale Baxter czuł, że to tylko pozory.

Przez chwilę wszyscy trzej milczeli, co było raczej dziwnym zjawiskiem, bo zwykle mówili jeden przez drugiego.

- No, dobra – zaczął poważnie Sean, pochylając się w stronę Baxtera. – Powiesz nam, co się stało?

Nie musiał precyzować swojego pytania. Cała trójka wiedziała doskonale, że ma na myśli obecny stan Harry'ego. Mimo to Chris nie odezwał się, udając, że nie zrozumiał, w czym rzecz. Moore widząc to, bardzo się zdenerwował. Jego oczy ponownie zapłonęły gniewem.

- O co tu, do cholery, chodzi! – warknął, uderzywszy zaciśniętą pięścią w stół. Zwrócił tym uwagę kilku stojących najbliżej skrzatów domowych, które urażone prychnęły na niego i z niezadowolonymi minami odwróciły się, powracając do swoich prac.

- Uspokój się – mruknął pod nosem Chris i dodał, wciąż nie patrząc na przyjaciela: - A potem wyjaśnij…

- Dlaczego Harry jest w Skrzydle Szpitalnym? – przerwał mu gwałtownie.

- Przecież wiesz. Pękł mu tętniak.

- Ale jak do tego doszło? – wtrącił Max o wiele spokojniejszym tonem niż jego dwaj towarzysze. – Słyszeliśmy jak Pomfrey mówiła pani Potter, że Harry musiał uderzyć się w coś bardzo mocno albo upaść. Tak poważne obrażenie nie mogło powstać samo z siebie.

- Naprawdę nie mam pojęcia – zaoponował Chris, starając się wyglądać na bezradnego. Wówczas ponownie odezwał się Sean, wyglądając na jeszcze bardziej wzburzonego niż przed chwilą.

- Przestań! – zawołał, posyłając Ślizgonowi wrogie spojrzenie. – Ja i Max nie jesteśmy głupi. Od kilku dni obydwaj zachowywaliście się bardzo dziwnie. Unikaliście nas. Włóczyliście się zawsze razem. Cały czas rozmawialiście szeptem – wymieniał podenerwowany. - Na początku sądziliśmy, że nieco bardziej przejęliście się tą całą sprawą z Voldemortem i stwierdziliśmy, że poczekamy. W końcu sami nam wszystko wyjaśnicie. Tyle że później zdarzył się ten cały wypadek. W sumie to nawet sam nie wiem, czy to właściwie był wypadek. W każdym razie… - urwał, by wziąć głębszy oddech i z już mniejszym animuszem kontynuował: - Podejrzewamy, że dzieje się coś złego, a wy to przed nami ukrywacie.

- Skąd ten pomysł? – wypalił niemal od razu Chris.

- Nie obrażaj naszej inteligencji – mruknął z wyrzutem Max.

- Właśnie – potwierdził Sean. – A zatem?

Baxter spojrzał niepewnie na przyjaciół, zastanawiając się, co powinien im odpowiedzieć. Jeszcze kilka dni temu nie miałby żadnych wątpliwości. Opowiedziałby o wyborach do Rady Czystej Krwi i całkowitym przerażeniu, które ogarnęło go, gdy usłyszał o nowych zasadach mających obowiązywać wszystkich mieszkańców Slytherinu. Zwierzyłby się także z tego, jak niepewnie czuje się teraz w Pokoju Wspólnym. Wspomniałby o tych szyderczych spojrzeniach rzucanych w jego stronę przez czystokrwistych. A przede wszystkim wyjaśniłby, w jaki sposób Harry znalazł się w Skrzydle Szpitalnym. Jednakże właśnie to ostatnie wydarzenie sprawiło, iż jakakolwiek rozmowa, próba przedstawienia sytuacji w Slytherinie była zwyczajnie niemożliwa. Dotąd mógł sądzić, że to tylko wybryki dzieciaków, które chcą być uważane za dorosłe, ale… Pamięć o bólu powalającym na kolana sprawiała, że czuł przerażenie na myśl o wszystkich groźbach, które w każdej chwili mogły nabierać realnych kształtów. Niestety. Dowodem na to był nieprzytomny już od wielu godzin Harry, który o włos minął się ze śmiercią.

- Chris! – naglący głos Seana wyrwał go z ponurych rozmyślań. Spojrzał niepewnie na przyjaciół i zaczął się zastanawiać, czy powinien wyznać im prawdę. Wyjaśnić wszystko i jednocześnie narazić siebie i ich na niebezpieczeństwo. Przedwczoraj przekonał się na własnej skórze, że to nie przelewki i chociaż nie chciało mu się wierzyć w realność tych zdarzeń, to nie miał wyboru. Życie okazało się brutalniejsze.

- Powiesz nam, o co chodzi? – zapytał jak zawsze spokojnie Max, a wyraz jego twarzy i oczu sprawił, iż Baxter poczuł zawstydzenie. Oni chcą tylko pomóc, pomyślał, zwieszając głowę. Zaraz jednak podniósł ją gwałtownie i z pewnością, że postępuje słusznie, zdecydował się wszystko wyjaśnić. Sean i Max dostrzegli to nagłe postanowienie w jego spojrzeniu, dlatego z uwagą pochylili się w jego stronę. Tymczasem Ślizgon otworzył już usta, lecz zamiast słów wydobył się z nich cichy jęk, a on zgiął się wpół porażony nagłym bólem.

- Chris! – krzyknęli jednocześnie dwaj pozostali czarodzieje, zrywając się ze swoich krzeseł. Z niepokojem uważniej przyjrzeli się przyjacielowi. – Co ci jest?

Baxter nie odpowiedział od razu. Milczał przez chwilę, wprowadzając wyraźnie nerwową atmosferę. W końcu jednak, kiedy niespodziewany ból zelżał, podniósł głowę i z oczami pełnymi łez wyszeptał:

- Nie mogę. Przepraszam.

Sean i Max oniemiali ze zdumienia. Wymienili ze sobą zaniepokojone spojrzenia i z powrotem opadli na swoje krzesła, nie odzywając się już ani słowem. Obydwaj pomyśleli jeszcze tylko, iż oddaliby wszystko za jakiekolwiek wyjaśnienia.


Późnym piątkowym popołudniem Melissa stanęła przed drzwiami Skrzydła Szpitalnego, zastanawiając się czy wejść do środka. Ułożyła swą dłoń delikatnie na klamce i przez chwilę nasłuchiwała. Idealna cisza kazała jej sądzić, iż w środku nie ma nikogo, dlatego zaintrygowana uchyliła delikatnie drzwi i wsunęła głowę w powstałą szczelinę.

W pomieszczeniu rzeczywiście nie było żywej duszy. Zaskoczona dziewczyna zrobiła krok do przodu i zaczęła przeszukiwać wzrokiem ustawione rzędem łóżka, szukając chorego, którego chciała dziś odwiedzić. Z konsternacją stwierdziła, iż Harry'ego tam nie ma.

Zaniepokojona Melissa ruszyła w stronę niewielkiego gabinetu Madame Pomfrey, licząc, że tam uda się jej dowiedzieć czegoś więcej. Zastukała do drzwi nieco głośniej niż nakazywała uprzejmość i speszona swoim zachowaniem oczekiwała na zaproszenie do środka.

Minęło jednak kilka sekund, a nikt się nie odezwał. Zapukała więc ponownie, tym razem nie obawiając się, iż narobi tym zbyt wiele hałasu. Kiedy znowu odpowiedziała jej cisza, dziewczyna nacisnęła klamkę, chcąc ostatecznie upewnić się, że w środku nikogo nie ma. I jak się okazało gabinet był zamknięty.

Gdy już chciała się odwrócić i odejść, usłyszała nagle za sobą głos pielęgniarki:

- W czym mogę pomóc, panno Sington?

Wystraszona dziewczyna odwróciła się na pięcie i stanęła twarzą w twarz z widocznie rozdrażnioną Madame Pomfrey. Jej ponury wyraz twarzy oraz usta ściągnięte w grymasie niezadowolenia wyraźnie wskazywały na to, że nie ma zbyt dobrego humoru. Melissa mimowolnie spięła się w sobie. Była bowiem osobą niezbyt pewną siebie, która łatwo ulegała wpływom. Przez to też bardzo liczyła się z opiniami innych, starając się jednak nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi.

- Przyszłam odwiedzić Harry'ego – powiedziała po chwili.

Na te słowa twarz pielęgniarki sposępniała jeszcze bardziej. Ściągnęła usta i nieco urażonym tonem mruknęła:

- Nie ma go już tu. Jakąś godzinę temu został przeniesiony do Munga.

- Ale jak to! – wykrzyknęła zszokowana Melissa. – Przecież teraz miało był tylko lepiej.

- Spokojnie, panno Sington – głos Pomfrey niespodziewanie złagodniał. Musiał poruszyć ją niepokój w głosie nastolatki. – Pan Potter został przeniesiony do szpitala na prośbę jego rodziców. Wcześniej osobiście upewniłam się, że transport nie zagrozi jego zdrowiu.

- Ale…

- Magomedycy zajmą się nim i już wkrótce powróci w pełni sił. Jak już bowiem mówiłam, największe niebezpieczeństwo minęło.

- Rozumiem – szepnęła dziewczyna, spuszczając głowę. Pomimo tych wyjaśnień niepokój nie opuścił jej całkowicie. Madame Pomfrey musiała to dostrzec, gdyż odezwała się pozornie obojętnym głosem:

- Jeżeli chcesz, możesz go jeszcze dzisiaj odwiedzić. Sądzę, że jego matka nie będzie miała nic przeciwko temu, zważywszy na to, że pan Potter żyje właściwie dzięki tobie. - Dziewczyna zarumieniła się, lecz pielęgniarka udała, że tego nie widzi i kontynuowała: - Z tego co wiem pani Potter jest jeszcze w zamku i za chwilę ma przenieść się do Munga razem z dwójką swoich pozostałych dzieci.

- Nie jestem pewna czy to aby na pewno dobry pomysł – szepnęła Melissa, zastanawiając się, co sobie pomyśli rodzina Harry'ego, gdy ona nagle wtargnie w ich sferę prywatności.

- Spokojnie, panno Sington – mruknęła pielęgniarka, dostrzegając wahanie na twarzy dziewczyny i jakby szóstym zmysłem wyczuwając jego przyczyny. – Państwo Potter bardzo chcieliby cię poznać.

- Och! – zmieszała się ponownie.

- Chodźmy. Zaprowadzę cię – zarządziła wówczas autorytatywnie Pomfrey, ruszając w stronę drzwi i nie sprawdzając nawet, czy dziewczyna rzeczywiście idzie za nią.

Melissa jednak po chwilowym zwątpieniu udała się za kobietą.


Snape siedział w swoim gabinecie, sprawdzając całą masę prac domowych, które zadał uczniom w tym tygodniu. Zbliżała się godzina siedemnasta i mężczyzna miał nadzieję, że zdąży ze wszystkim do dwudziestej, a wtedy przez następne dwa dni nie będzie musiał w ogóle myśleć o tak nielubianym przez siebie zajęciu jakim było nauczanie. Posadę nauczyciela przyjął wyłącznie z wyraźnego polecenia Czarnego Pana. Gdyby decyzja należała tylko do niego, nigdy nie zdecydowałby się na pracę w Hogwarcie. Jak się jednak okazało, życie rzadko układa się według naszych pragnień.

W pewnym momencie pełną skupienia ciszę przerwało ciche stukanie do drzwi. Zdziwiony Severus podniósł głowę, zastanawiając się, kto może go teraz nachodzić.

- Proszę – powiedział głośniej, tonem sugerującym, iż wcale nie ma ochoty przyjmować gości.

Drzwi uchyliły się delikatnie i w powstałej szparze pojawiła się kobieca postać z wyrazem niepewności na twarzy.

- Lily? – Zdumiony Snape poderwał się gwałtownie zza biurka, szybkim krokiem pokonując odległość dzielącą go od wejścia.

- Przeszkadzam? – zapytała.

- Oczywiście, że nie – zaprzeczył i otworzył szerzej drzwi. – Wejdź, proszę.

Kobieta weszła do pomieszczenia i rozejrzała się ciekawie dookoła.

- Może usiądziesz?

- Nie, dziękuję. Przyszłam tylko na chwilę.

- Coś się stało? – zapytał Snape, marszcząc brwi.

- Nie, po prostu… - Lily zamilkła, jakby szukała właściwych słów. – Przy naszym wcześniejszym spotkaniu zapomniałam ci podziękować. Dlatego chciałam to zrobić teraz. – Następnie spojrzała uważnie w czarne oczy przyjaciela z dzieciństwa i uśmiechając się delikatnie powiedziała: - Dziękuję, Sev.

Mężczyzna przez chwilę się nie odzywał, jak zahipnotyzowany przyglądając się kobiecie.

- Za co, Lily? – wydusił wreszcie.

- Za to, że zająłeś się moim synem. Madame Pomfrey powiedziała mi, że bardzo jej pomogłeś. Dziękuję.

- Zrobiłbym to samo dla każdego innego ucznia – odpowiedział chłodno, szybko odwracając wzrok w drugą stronę.

- Oczywiście – potwierdziła skwapliwie Lily ze zdumieniem przyglądając się mężczyźnie, który w ciągu zaledwie kilku sekund przemienił się ze znanego jej przyjaciela z dzieciństwa w człowieka obcego i niedostępnego.

- Czy chciałaś ze mną porozmawiać o czymś jeszcze? – zapytał, gdy napięta cisza zaczęła się przedłużać.

- Nie – mruknęła niepewnie czarownica. – Chciałam ci tylko podziękować. – Snape skinął głową.

- W takim razie skoro to już wszystko… Mam jeszcze sporo pracy.

- Och! Przepraszam – zmieszała się nieznacznie. - Nie będę ci dłużej przeszkadzać. Do widzenia, Severusie.

Zaraz potem odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę wyjścia, a drzwi zamknęły się za nią z delikatnym stuknięciem.

Tymczasem w gabinecie zapadła cisza dźwięcząca w uszach.

- To tylko szlama – szepnął mężczyzna z mocno zaciśniętymi powiekami.


Vivienne siedziała w Pokoju Wspólnym ze skupieniem wpatrując się w książkę trzymaną na kolanach. Czytanie jej porzuciła jakieś pół godziny temu, w zamian oddając się niewesołym rozmyślaniom. Wciąż zastanawiała się co z Potterem. Słyszała plotki o tym, że parę godzin temu przeniesiono go do Munga, ale nie wiedziała na ile może temu wierzyć.

Nie miała pojęcia co robić. Draco wciąż przekonywał ją, że nie ma się czym przyjmować, bo on nad wszystkim czuwa. Jednak Lestrange przez cały czas odczuwała dziwny niepokój. Ufała Malfoyowi, ale nigdy wcześniej nie pomyślałaby, że jest zdolny do zaatakowania kogoś, kto w ogóle nie spodziewał się tego. Poza tym… Ostatnie rozmowy o czystości krwi i lojalności wobec rodziny strasznie ją drażniły. Nie przedstawiały także żadnych logicznych argumentów ani nie pomagały w odnalezieniu właściwych odpowiedzi. Vivienne czuła się jeszcze bardziej zagubiona niż chociażby miesiąc temu.

W takim ponurym nastroju zastał ją właśnie Draco, który wrócił tuż przed ciszą nocną z biblioteki. Wyglądał na zmęczonego i zniechęconego, co było raczej dziwne, zważywszy na jego wcześniejszą ekscytację wszystkim, co dotyczyło planów Lorda Voldemorta.

- Coś się stało? – zapytała Lestrange, gdy kuzyn usiadł naprzeciwko niej.

- Nic.

Nie dopytywała, bo to nie było w jej stylu. Spojrzała jedynie na niego spod przymrużonych powiek i udała zainteresowanie książką, licząc na to, że Malfoy sam rozpocznie rozmowę. Tak się jednak nie stało. Przesiedzieli w milczeniu jeszcze pół godziny, a potem udali się do swoich dormitoriów. Zanim jednak Vivienne weszła na klatkę schodową, Draco odezwał się do niej zmęczonym głosem:

- Z Potterem wszystko w porządku. Jest teraz w Mungu. Czekają aż się wybudzi.

Dziewczyna skinęła głową i odeszła. Malfoy przyglądał się jej dopóki nie zniknęła z jego pola widzenia, a potem westchnął ciężko i także udał się do sypialni. Długo leżał w łóżku, zanim wreszcie zmorzył go sen. On również, mimo iż tego nie przyznawał, odczuwał ostatnio ogromne zdenerwowanie. Nie mógł jednak pozwolić sobie na luksus podzielenia się z kimś swoimi lękami. Musiał być opoką dla innych.