To ważne wiedzieć, że po tak długiej nieobecności ma się do kogo wracać. Dziękuję wszystkim, którzy nie stracili nadziei. A wiem, że nie było to takie proste.
Hulk12: Nie porzuciłam historii. "Siedzi" w mojej głowie niezwykle wyraźnie i nie daje o sobie zapomnieć. Moją nieobecność tłumaczy tylko chroniczny brak czasu.
Paulina: Mały spojler: spotkanie Harry'ego i Voldemorta może dojść do skutku wcześniej niż podejrzewasz.
FrejaAleeera1: Jestem świadoma tego, że urazy głowy są niebezpieczne, jednak wydaje mi się, że w przypadku wypadków mechanicznych magia okazuje się bardzo przydatna. Poza tym pomoc została udzielona wystarczająco szybko. Nie przewiduje zatem jakiś poważnych konsekwencji tego incydentu. Chociaż... Kto wiem, co jeszcze może się wydarzyć. ;)
ROZDZIAŁ 18
KWESTIA CZASU
W sobotni poranek Pokój Wspólny Slytherinu zwykle świecił pustkami. Tym razem było jednak inaczej. Znajdowali się tam wszyscy mieszkańcy, stłoczeni jeden obok drugiego. Brakowało tylko jednej osoby i Ślizgoni doskonale wiedzieli której. W pomieszczeniu panowała też pełna napięcia cisza, a niepokój wisiał w powietrzu.
Przed tym zgromadzeniem stało pięcioro członków Rady Czystej Krwi i z uwagą przyglądało się pozostałym mieszkańcom Slytherinu. Milczenie przerwał w końcu ich przewodniczący:
- Nadszedł czas, aby wyjaśnić kilka wprowadzających zamęt kwestii – rozpoczął poważnie. – Po pierwsze, Potterowi nic nie jest, a jego chwilowe niedomaganie nie wynika, jak sądzi wielu z was, z pewnego… incydentu, który miał miejsce dwa dni temu. Są to sprawy zupełnie ze sobą niepowiązane. Ze względu na poszanowanie prywatności naszego brata nie będę już zagłębiał się w szczegóły. Możecie mi jednak wierzyć – urwał, by przesłać wszystkim uśmiech mający zjednać mu słuchaczy – że sytuacja została już opanowana. Dlatego też nie chciałbym, by ktokolwiek próbował szerzyć panikę, wypowiadając się na temat zupełnie mu nieznany. Zwłaszcza jeśli profesor Slughorn czy inny nauczyciel będzie wypytywał o to, czy ostatnio wydarzyło się coś, co mogłoby zostać uznane za niepokojące. Nasze wewnętrzne sprawy powinny być omawiane tylko i wyłącznie przez nas samych, bez niepotrzebnej ingerencji osób trzecich. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z próbą zatajenia jakiś nikczemnych posunięć, lecz wynika z troski o dobro każdego z nas. – Słowa Malfoya nie wydały się przekonujące dla wszystkich. Jednak wielu, przeważnie czystokrwistych Ślizgonów, wierzyło w te zapewnienia. Draco powoli zjednywał sobie zwolenników i wyrabiał pozycję lidera. – Przyrzekam – kontynuował z absolutną pewnością – że moim celem nie jest dręczenie czy prześladowanie was, jak niektórym mogłoby się wydawać, lecz pragnienie przywrócenia właściwej hierarchii dla dobra całego społeczeństwa magicznego a nie tylko jednostki. Niemniej jednak droga do ideału nie może być łatwa i bezbolesna. Czasem będzie się wam wydawać, iż pewne działania są zbyt okrutne i radykalne. Zapewniam was jednak, że konieczne. Nas, czarodziejów, nie stać już na stopniowe i powolne zmiany. Potrzeba rewolucji! Czas, by odrzucić wszelkie zahamowania i zawalczyć o to, co właściwe. Nie bójcie się zmian. I pamiętajcie, że każdy kto będzie na nie otwarty nie ucierpi. Ład naszych przodków, wielkich magów, jest jedynym i najlepszym rozwiązaniem wszystkich magicznych problemów. Nie zapominajcie o tym!
Mimo że Malfoy już zamilkł, jego słowa wciąż dźwięczały w uszach zgromadzonych. Pewność z jaką przemawiał skutecznie onieśmielała wszystkich, dlatego też nikt nie odważył się odezwać. Ślizgoni poddali się sile perswazji swojego przywódcy. Aura mocy wypełniała pomieszczenie tak długo, jak panowała cisza. Jednak w momencie gdy padły pierwsze słowa Zabiniego, powróciła zwyczajność i czar chwili prysł:
- Na dzisiaj to już wszystko. Można się rozejść.
Nikomu nie musiał tego dwa razy powtarzać. Ślizgoni powrócili do swoich zajęć w jednej chwili. Większość umknęła po prostu do swoich dormitoriów, gdyż na zebranie mieszkańców została wyrwana prosto z łóżek. Dalszy sen wydawał się jednak mimo wszystko niemożliwy. Przepełniało ich zbyt wiele emocji. Rozchodzący się uczniowie szeptali między sobą i wydawali się nad czymś usilnie zastanawiać. Zupełnie jakby próbowali rozstrzygnąć pewną ważną kwestię.
Za czy przeciw, pomyślała, przyglądając się temu Vivienne. Pytanie to nurtowało bowiem nie tylko ją. Chociaż nikt nie powiedział tego głośno, wszyscy zrozumieli, że najbliższe dni mają służyć zastanowieniu się nad tą odpowiedzią. Potem trzeba będzie stanąć po któreś ze stron. Tylko czy tu były w ogóle jakieś strony? Draco wydawał się stawiać sprawę jasno. Każdy kto się sprzeciwi, zostanie uznany za wroga. A ona? Kim będzie? Jak to kim? Przyjacielem. W końcu już nim nawet zostałam. Należę przecież do Rady Czystej Krwi. Wyraźniejszego poparcia nie mogłam udzielić.
Ze smutnym wyrazem twarzy skierowała się w stronę wyjścia. Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Poza Draco, który dyskutował akurat o czymś z Zabinim, Vivienne nie miała żadnych przyjaciół. Koleżanki owszem, ale kogoś naprawdę bliskiego nie. Taki stan rzeczy rzadko jej przeszkadzał, ponieważ z reguły była samotniczką. Jednakże gdy potrzebowała osoby zaufanej, mogącej jej po prostu wysłuchać, smutek atakował ze zdwojoną siłą.
Dzisiaj, kiedy miała tak wiele wątpliwości, oddałaby wszystko za kogoś, komu nie bałaby się opowiedzieć o tym, co dzieje się w jej umyśle. Był co prawda Draco, ale on nie słuchał naprawdę. W rzeczywistości cały czas przekonywał ją do swoich racji, a nie próbował zrozumieć. Vivienne wiedziała, że pragnie jej dobra, ale jednocześnie też bardzo dobrze go znała. W sprawach zasadniczych jej kuzyn nie ustępował nawet na krok. A idea czystej krwi była dla niego priorytetem od dawna. Nic nie było w stanie z nią wygrać.
Zbliżało się południe, gdy Malfoy wreszcie znalazł Vivienne. Dziewczyna stała oparta o murek na Wieży Astronomicznej i z uporem wpatrywała się w widok rozciągający się przed nią. Wyglądała na zamyśloną i zrezygnowaną.
- Więc to tutaj się ukrywasz.
- Nie ukrywam się – odpowiedziała bardzo cicho, nie odwracając nawet głowy w kierunku przybysza.
- Zatem… Co, jeśli wolno zapytać, robisz? – zaśmiał się Draco, ignorując jej wyraźną niechęć do rozmowy.
- Myślę.
Ślizgon podszedł bliżej i przyjrzał się kuzynce. Zmarszczył przy tym brwi, próbując odgadnąć przyczyny problemu, który bez wątpienia ją trapił.
Wygląda dziwnie, pomyślał, inaczej niż ostatnio.
- Co cię martwi? – zapytał ze współczuciem.
- Nic.
- Vivienne, daj spokój. Przecież widzę. Mnie nie musisz okłamywać. - Dziewczyna nie odpowiedziała, wciąż wpatrując się w dal. – Viv…
- Naprawdę w to wszystko wierzysz? – zapytała, niespodziewanie odwracając się w stronę Malfoya.
- W co?
- W to, o czym dzisiaj mówiłeś.
- Oczywiście – odparł pewnie Draco, a potem mrużąc podejrzliwie oczy, zapytał: - A ty nie? – Lestrange nie odpowiedziała, ponownie odwracając wzrok od swojego rozmówcy. – Viv… Rozmawialiśmy już o tym.
- Wiem, Draco – szepnęła – ale… Ja…
- Ty co? – dopytywał usilnie.
- Nie jestem pewna – wyznała cicho.
- Czego? – zdziwił się.
- Czy się nie mylisz.
- Mylę? – Ślizgon wydawał się być jeszcze bardziej zdumiony.
- Skąd masz tę swoją pewność, że czysta krew coś zmienia w czarodzieju? Dlaczego niby czyni go lepszym?
- Czarny Pan mówi, że…
- A on? Skąd to wie? – przerwała mu z wyrzutem.
- Viv!
- Powiedz mi, Draco – Lestrange ponownie spojrzała w oczy swojego kuzyna. – Skąd on to wie?
- Jest potężnym czarodziejem…
- Czystej krwi?
- Oczywiście, Viv!
- W takim razie jak się nazywa? Na pewno znamy jego nazwisko.
Malfoy zamilkł na chwilę, zdając sobie sprawę z faktu, że nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Zmrużył oczy, próbując znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie dla tej sytuacji.
- Nikt tego nie wie – odparł wreszcie, lecz z już mniejszą pewnością.
- Dlaczego? Nie zastanawiało cię to wcześniej? Może ma coś do ukrycia?
- Co w ciebie wstąpiło, Viv?
- Nic. Po prostu chcę podjąć właściwą decyzję.
- Już ją podjęłaś. Należysz do Rady.
- Ja tak nie zadecydowałam. Raczej zostałam postawiona przed faktem dokonanym. Ty po prostu mi to oznajmiłeś.
- Nie miałem wyjścia – mruknął, czym zdziwił Lestrange.
- Jak to? Przecież sam wybierałeś skład. – Malfoy milczał przez dłuższą chwilę, jakby rozważał, czy powinien jej o czymś powiedzieć. Vivienne zauważyła to od razu, dlatego przepełniona niepokojem zapytała: – Draco? Kto wyznaczył członków Rady? – Ślizgon odwrócił wzrok i patrząc w dal, powiedział z ociąganiem:
- Czarny Pan. - Ta wiadomość tak zaskoczyła dziewczynę, że z wrażenia aż zamarła. Zaraz potem zrozumiała też kilka innych rzeczy, które wręcz ją sparaliżowały.
Lord Voldemort musiał znać ją i jej rodzinę. I to dość dobrze. Poza tym wyznaczając ją do Rady widocznie wyczuwał w niej pewien potencjał, którego ona sama nie dostrzegała bądź po prostu nie chciała widzieć. Jej opór był zatem z góry skazany na niepowodzenie. Jakaś część niej prawdopodobnie nieświadomie już opowiedziała się po jednej ze stron.
Tylko skąd on, u diabła, mógłby o tym wiedzieć! Przecież nigdy się nie spotkaliśmy!
- Na jakiej podstawie dokonał tego wyboru? – zapytała drżącym głosem.
- Nie wiem – odpowiedział szybko Malfoy, czym wzbudził wątpliwości Lestrange.
- Jesteś pewien? – mówiąc to, zmrużyła podejrzliwie oczy.
- Viv, proszę.
- Draco, proszę – odparła podobnym tonem.
Przez chwilę w milczeniu mierzyli się wzrokiem. Ślizgon dostrzegł jednak w oczach kuzynki niezwykłą dla niej gotowość do walki. Tak go to zaskoczyło, że wzdychając, wyznał prawdę.
- Nasze rodziny są powiązane z Czarnym Panem w sposób szczególny. Dlatego my, jako ich reprezentanci, tworzymy najściślejszy krąg sprzymierzeńców.
- Szczególny sposób? – zapytała z wahaniem.
- Właśnie.
- Co masz przez to na myśli?
- Posłuchaj, Viv – mruknął Malfoy, patrząc uważnie na dziewczynę. – To jest naprawdę poufna informacja. Sam nie wiem zbyt wiele – zapewnił, ściszając głos.
- Ale o czym? – dopytywała gorączkowo Vivienne, także szepcząc.
Draco zacisnął usta w wąską linię, a na jego twarzy odmalowało się jednocześnie wiele emocji. Najwidoczniejsze było jednak zwątpienie. W końcu przełamał swój opór i jeszcze bardziej zniżając ton głosu, powiedział:
- Dostaliśmy coś na przechowanie.
Informacja ta wywołała w głowie dziewczyny ciąg obrazów. Nagle przypomniała sobie kilka rozmów w domu, których była świadkiem przez przypadek. Wszystkie dotyczyły tego samego. Rodzice, wuj i dziadek mówili o czymś naprawdę cennym, co musiało znaleźć się w bezpiecznym miejscu. I dopiero teraz to wszystko wydawało się logiczne.
- Co to takiego?
- Nie wiem.
- Widziałeś to?
- Nie.
- Każda rodzina coś otrzymała?
- Tak.
- Wiesz, gdzie został ukryty wasz… dar?
- Nie. Ojciec się tym zajął.
- Próbowałeś to znaleźć?
Milczał.
- Draco!
- Tak – mruknął niezadowolony.
- I co?
- Bez rezultatów.
- Podejrzewasz, co to może być?
- Nie.
- W ogóle nic?
- Nic.
Oboje zamilkli zasępieni, nie patrząc na siebie. Ich wewnętrzne rozważania dotyczyły zasadniczo tej samej sprawy. Jednak sposób jej postrzegania zupełnie różnił dwoje Ślizgonów. Porozumienie wydawało się w danej chwili niemożliwe, zwłaszcza że Vivienne nie potrafiła zdecydować, do której ze stron się przyłączyć.
Severusa Snape'a trudno było przestraszyć i wiedziało o tym wiele osób. Niemniej jednak kiedy ten mężczyzna stawał twarzą w twarz z Lordem Voldemortem, cała jego pewność siebie gdzieś się ulatniała. I nie miało to wcale związku z jakąś brawurową odwagą czy zwyczajnym zgrywaniem się przed innymi. W obliczu tego czarodzieja Snape dostrzegał bowiem coś, co sprawiało, że mimowolnie stawał się wobec niego uległy. Nie było to jednak poniżające poddaństwo, lecz postawa pełna pokory wobec potężnej aury, jaka emanowała od maga.
Tego dnia, gdy Severus pojawił się w rezydencji Malfoyów wezwany przez Czarnego Pana, nie było inaczej. Zaledwie przekroczył próg pomieszczenia, a już otoczyła go unosząca się w powietrzu esencja mocy Voldemorta. Była ona tyleż przerażająca co zdumiewająca. A w każdym razie onieśmielająca.
- Mój Panie – mężczyzna z szacunkiem skłonił głowę.
- Witaj, Severusie. – Głos przypominający syczenie węża przeciął powietrze niczym ostrze noża.
- Chciałeś ze mną rozmawiać.
- Owszem – powiedział i zamilkł. Snape zaś nie odważył zapytać się o powód spotkania. Czekał, aż Voldemort sam rozpocznie podjęty wątek.
- Jak mają się sprawy w Hogwarcie?
- Draco prowadzi chwilowo agitację, zdobywając zwolenników. Daje także czas na opowiedzenie się po którejś ze stron.
- Jak długo to jeszcze potrwa?
- Myślę, że to kwestia kilku dni.
- Dumbledore coś podejrzewa?
- Szczerze w to wątpię. Chociaż… - mężczyzna zawahał się o zaledwie sekundę.
- Tak?
- Ma obiekcje co do mnie. Uważnie mi się przygląda.
- To akurat mnie nie dziwi. Miałem nawet nadzieję, iż tak właśnie będzie.
- Nie rozumiem – mruknął Snape z zasępionym obliczem.
- Severusie, odwrócisz uwagę od naszych młodych przyjaciół wykonujących powierzone im zadanie.
- Czy w takim razie tylko po to znalazłem się w Hogwarcie? – zapytał ogarnięty nagłym gniewem, który wywołał na ustach Voldemorta krzywy uśmieszek.
- Wytłumaczyłem ci wszystko bardzo dokładnie na samym początku.
- Tak, ale…
- Teraz już za późno na wątpliwości – uciął kategorycznie Czarny Pan, a w pomieszczeniu na moment zapadło milczenie.
- Oczywiście, mój panie – odezwał się po chwili Snape, wciąż jednak nieprzekonany.
- Czy w Hogwarcie ktoś stawia duży opór? – zapytał Voldemort, zupełnie porzucając wcześniejszy temat rozmowy.
- Tylko Potter, ale o tym już…
- Mówiłeś. Zgadza się. A poza nim?
- Z tego co wiem to nie.
- To dobrze. Sam nic nie zdziała. Zresztą, Draco szybko zareagował, pokazując mu jego miejsce.
- Sądzisz, panie, że to go uciszy?
- Sam mówiłeś, Severusie, że chłopak nie wykazuje żadnych zdolności przywódczych.
- Owszem, tylko…
- Wątpię, by stawiał dalszy opór – stwierdził z całą pewnością siebie Voldemort. – Ale…
- Będziemy go mieć na oku – zapewnił szybko Snape.
- Nie zaszkodzi. Jednak w razie większych problemów… - czarodziej sugestywnie zawiesił głos, wyraźnie dając do zrozumienia, jakie ma zamiary.
- Oczywiście, mój panie.
- I pamiętajcie o dyskrecji, Severusie – mruknął Czarny Pan. – To wszystko musi pozostać tajemnicą. Dumbledore nie może się dowiedzieć, co dzieje się pod jego nosem.
- Rozumiem, panie. – W odpowiedzi Voldemort zaśmiał się swoim, mrożącym krew w żyłach śmiechem, a potem stwierdził z ironią:
- Nie sądzę.
Zdumiony Snape nic nie odpowiedział, a jedynie ukłonił się nisko i ruszył w stronę drzwi. Odchodząc, usłyszał jeszcze, jak jego pan syczy coś do swojego węża. Mimowolnie przyspieszył wówczas kroku, czując włosy jeżące mu się na karku. Opuszczając rezydencję Malfoyów, powtarzał sobie jednak, że to wcale nie strach tak go gna. Prawda była oczywiście inna.
W sobotni wieczór w domu Syriusza Blacka panowała cisza. Ostatnio nie było to jednak niczym nadzwyczajnym. I nie wiązało się także z nieobecnością gospodarza. Wręcz przeciwnie. Mężczyzna siedział bowiem w salonie, popijając piwo kremowe. Wpatrywał się przy tym nieustannie w jeden punkt na ścianie, a jego myśli błądziły gdzieś daleko.
W pewnym momencie rozległo się zakłócające spokój pukanie do drzwi. Zaskoczony Black szybko podniósł się z kanapy i z wyciągniętą różdżką poszedł sprawdzić, kim jest tajemniczy przybysz. Zobaczywszy jednak przez wizjer swojego przyjaciela Remusa, szybko ją opuścił i wpuścił gościa do środka.
- A to mnie zaskoczyłeś – mruknął gospodarz, ryglując z powrotem drzwi. Lupin przyglądał się temu zdziwiony.
- Od kiedy jesteś taki przezorny, Łapo? – zapytał, unosząc brwi.
Black nic mu jednak nie odpowiedział. Wzruszył tylko ramionami i gestem ręki wskazał przyjacielowi drogę do salonu. Po chwili obaj siedzieli na kanapie z butelkami piwa kremowego w dłoniach.
- Nie mogłem usiedzieć w domu – zaczął przepraszającym tonem Lupin.
- Taa… Domyślam się.
- Lily i James są wciąż w Mungu?
- Wrócili do domu, żeby odpocząć. Z Harrym już lepiej. Odzyskał przytomność i nie ma zagrożenia życia.
- To dobrze. Jutro go odwiedzę – zapewnił i marszcząc czoło, zapytał: – Co się tak właściwie stało?
- Pękł mu tętniak.
- Tak po prostu? Musiał się naprawdę mocno uderzyć.
- Tak właśnie twierdzi.
- Nie wierzysz mu? – zdziwił się Lupin.
- Młody coś kręci.
- Niby po co miałby kłamać?
- Nie wiem.
- Ale?
- Przyznasz, że ostatnio nic nie dzieje się tak po prostu.
Obaj zamilkli świadomi faktu, że w magicznym świecie wydarzyło się ostatnio wiele niepokojących rzeczy. I co najgorsze wciąż dużo się działo.
- Wilkołaki chcą przyłączyć się do Voldemorta – powiedział niespodziewanie Remus, uważnie przyglądając się przy tym reakcji Blacka.
- Co?
- Greyback ich do tego namawia i niestety zyskuje coraz więcej popleczników.
- Sądziłem, że Voldemort gardzi półludźmi – zdziwił się Syriusz i niemal od razu wykrzyknął: - Przepraszam, Lunatyk! Wiesz, że nie to miałem na myśli.
- Wiem. Nie przejmuj się – mruknął, ciężko wzdychając. – Nie to jest teraz najważniejsze.
- Dlaczego wilkołaki i dlaczego zyskuje akurat wśród nich jakiekolwiek poparcie?
- Jest nas wielu, Łapo – szepnął Remus. – I jesteśmy wykluczeni. A on szuka właśnie kogoś takiego. Nie mamy niczego do stracenia, bo społeczeństwo i tak nas nie akceptuje.
- Lunatyk, posłuchaj…
- Wiem, co chcesz powiedzieć, ale…
- Ale?
- Znajdujemy się na samym dole drabiny społecznej, a Voldemort oferuje władzę nad wszystkimi magicznymi stworzeniami.
- W ten sposób pokazuje, że wilkołaków nie uważa nawet za ludzi!
- Syriuszu, my nimi nie jesteśmy – szepnął mężczyzna.
- Przestań, Remusie! Rozmawialiśmy już o tym. Masz po prostu…
- Mały futerkowaty problem.
- Właśnie i…
- Łapo! Większość ludzi tak nie uważa. Żyjemy na marginesie społeczeństwa, a Voldemort chce to wykorzystać. Jeśli mu się to uda…
- To?
- Będzie źle. Setki wilkołaków spowodują prawdziwe spustoszenie.
- Naprawdę uważasz, że może do tego dojść? Greyback jest w stanie wszystkich przekonać?
- Wszystkich na pewno nie, ale większość na pewno – szepnął Lupin wbijając spojrzenie w ciemność za oknem. – I chyba już mu się to nawet udało.
- Kiedy?
- Nie wiem. Wśród nas jest wiele grup, a to mogło trwać od dawna. Poza tym przez długi czas nie było mnie na Padole.
- Dlaczego więc pojawiłeś się tam ostatnio? – zapytał podejrzliwie Black, a Lupin zawahał się na moment.
- Mój znajomy powiedział mi, że byłoby dobrze, gdybym przyszedł – powiedział wreszcie.
- I co? – mruknął Black, wciąż niepewny co powinien o tym myśleć.
- Jestem tutaj – odpowiedział Lupin, patrząc przyjacielowi prosto w oczy. Było to oczywistym przesłaniem.
Przychodząc do Syriusza, Remus wiedział, że może zostać posądzony o zdradę. Znali się wiele lat i podobna myśl nie powinna się nawet pojawić w głowie Łapy, lecz wilkołak zdawał sobie sprawę, że ostatnio nic nie jest takie, jakim się wydaje. Dlatego też nie miał żalu do przyjaciela. Przyszedł tutaj, by od razu zaznaczyć swoje stanowisko. Nie zamierzał bowiem w żadnym wypadku przyłączyć się do Voldemorta. Nie dość, że nie rozumiał jego idei, to w dodatku absolutnie się z nimi nie zgadzał. Czystość krwi nie miała w jego mniemaniu znaczenia, a złożona oferta w ogóle nie była dla niego atrakcyjna. Remus Lupin miał przyjaciół, którzy go akceptowali i to mu wystarczało. Nie potrzebował czczych obietnic składanych przez jakiegoś szaleńca. Jednakże ze względu na swoje wilkołactwo musiał własne poglądy deklarować głośno i wyraźnie, by kiedyś nie doszło do tragicznej w skutkach pomyłki. Dlatego też stojąc twarzą w twarz ze swoim przyjacielem powiedział:
- Nigdy nie przyłączę się do Voldemorta. Wierzysz mi, Łapo?
- Wierzę.
- Dziękuję - wyszeptał z ulgą Lupin.
- Nie musisz. Nie miałem prawa cię posądzać. Dałem zwieść się tym wszystkim głupim stereotypom. Przepraszam.
Lunatyk uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi, a z serca spadł mu ogromny ciężar. Teraz wiedział już na pewno, że może liczyć na przyjaciela w każdej sytuacji. Nie miał jednak pojęcia, że jego wiara będzie w przyszłości wielokrotnie wystawiana na próbę. Zresztą nie tylko ona.
Blaise Zabini, Teodor Nott oraz Draco Malfoy znali się od dawna. Można nawet powiedzieć, że byli przyjaciółmi, ale… tylko chwilami. Arystokracja, do której cała trójka należała, rządziła się innymi prawami. Wśród elit liczyła się korzyść a nie bliskość. Stąd też znajomość trójki Ślizgonów miała swoje wzloty i upadki. W zależności od tego w jakich relacjach pozostawały względem siebie ich rodziny, tak też ich ścieżki krzyżowały się bądź rozchodziły.
Tym razem młodzi czarodzieje stali po tej samej stronie barykady i walczyli w imię tych samych wartości. Nawet więcej. To oni prowadzili Ślizgonów do ostatecznego celu, jakim było przywrócenie dawnej hierarchii magicznej.
Cała trójka doskonale rozumiała, jak ważne jest ich zadanie. Dlatego też z pełnym zaangażowaniem wypełniała swoje obowiązki. Jako przywódcy podejmowali decyzje ostrożnie i rozumnie, pamiętając przy tym, by zachować wszystko w ścisłej tajemnicy. Intuicyjnie wyczuwali bowiem konsekwencje potencjalnych błędów.
W, jak się sami domyślali, ostatni spokojny sobotni wieczór trzej Ślizgoni znajdowali się w opuszczonym lochu. Ich zebranie powoli dobiegało końca ze względu na zbliżającą się ciszę nocną.
- Podsumowując – powiedział Nott. – Najpierw szukamy zdrajców.
- Dokładnie. – Zabini uśmiechnął się szeroko.
- Musimy wiedzieć od samego początku, kto może stwarzać problemy – dodał Malfoy. – Klątwa i tak działa, więc nie będzie to takie trudne.
- Zresztą – mruknął Blaise – kto niby miałby się sprzeciwiać? Te trzy szlamy?
Teodor i Draco spojrzeli na siebie, a potem krzywiąc się, powiedzieli jednocześnie:
- Potter.
- Sam nic nie zrobi. Wystarczy go trochę postraszyć i nawet się nie odezwie. Ostatnio dostał nawet nauczkę.
- Obyś miał rację – zauważył kwaśno Nott.
- Będziemy go mieć na oku – zapewnił. - A teraz mamy chyba ważniejsze sprawy na głowie. Prawda, Draco?
- Prawda.
- W takim razie…
- … zaczynamy w…
- Piątek – dokończyli równocześnie i skinęli sobie głowami.
Następnie szeroko uśmiechnięci opuścili loch i wrócili do swoich dormitoriów podekscytowani oraz gotowi do działania. Tych kilka najbliższych dni oczekiwania miało być dla nich prawdziwą próbą charakteru.
