KUROKO NO BASUKE - OPOWIADANIE "IMPERIUM" ROZDZIAŁ 2
ZDARTA GODNOŚĆ
Drżące nogi, uginały się pod ciężarem otumanionego ciała, grzęznącego w moczarach już po kolana. Źdźbła zżółkniętych traw, łaskotały go po odsłoniętych udach, posiniałych od upadku, i z których zerwał szaty, gdy namokły i zaczęły utrudniać mu ucieczkę. Dyszał, walcząc o każdy oddech z własnym organizmem, a świadomość, że zamek wciąż jest doskonale widoczny za jego plecami, wzbudzała w nim mdłości.
Nie miał jednak czasu, by zatrzymać się i otrzeć z kącika ust kwaśny płyn, gdy ostatecznie zwymiotował wprost w błoto. Bagna, oddzielające plaże od pastwisk, miejscami, potrafiły się ciągnąć na kilkadziesiąt kilometrów, ale droga, którą wybrał Kuroko, miała ich jedynie 10.
Jedynie? Nigdy nie opuścił zamku, a jego lekcje fechtunku, odbywały się dopiero od kilku miesięcy! Nie łudził się, że jego wysiłek nie jest daremny, ale gdyby tylko dotarł do pierwszego wzgórza... Wówczas, wówczas mógłby paść martwy prosto w ramiona oponenta.
Ponownie szarpnął za swoje włosy, bólem utrzymując się w pełnej przytomności. Diadem, sygnatura jego królewskiego pochodzenia, już dawno utonęła w czarnej, lepkiej ziemi, a Kuroko nie był wstanie stwierdzić, kiedy spadł. Może jeszcze w kanałach? Czy na pewno to w moczarach, skryło się to piękne, białe złoto, które tak dumnie nosił, pomimo tego, iż była to damska biżuteria?
Sapnął. Diadem jego matki, ostatnia pamiątka... I jeszcze raz sapnął. Ignorował, pełznące mu po nogach pijawki, prawdziwą zmorę bagien, wspinającą się wyżej i wyżej, aż ponownie poczuł obrzydliwą żółć w przełyku.
Śmierdział potem, a zadrapania na prawej ręce pulsowały, ślimaczyły się ropą i nie krzepły, mimo że krew, zatamował jeszcze przed opuszczeniem lochów. Kagami krzyczał, że nie ma czasu, że musi uciekać, że spotkają się, nim zajdzie słońce, ale Kuroko dobrze wiedział, że kłamstwa, przeszywały każdą sylabę, która opuściła usta jego przyjaciela. I zatracił w całości swoją wściekłość i złość, a pozostał wyłącznie strach i pośpiech. Przerażające uczucia, paraliżowały go samą swoją obecnością.
Moment, w którym zapadł się aż po pas w mokrym błocie, zatrzymał także jego serce. W pierwszej chwili, zastygł w bezruchu, trzymając ręce uniesione do góry.
- Nie szarp się, jeśli wpadniesz, ale musisz wiedzieć, że gdy wpadniesz powyżej ud, to sam nie dasz rady się wydostać. - Ostatnia rada Kagamiego, dotarła do niego tak raptownie i tak po fakcie, że zaczął szybciej oddychać, dużo szybciej, niż podczas biegu, a im szybciej oddychał, tym ciężej dyszał.
Zrobiło mu się słabo, a kapiące łzy, zdawały się już być wyrokiem. Nogi, ugięły się pod nim jeszcze mocniej, a komary, które jeszcze przed chwilą odganiał, osiadły na jego odkrytej skórze i zaczęły ssać z niego krew, jak pijawki.
- List - zawył. Nigdy jeszcze tak nie płakał. I nigdy się tak nie bał. Był świadomy, toczącej się wojny, wywołanej przez Rakuzan, ale nie przypuszczał, że tak prędko młody władca, dotrze na sam koniec krainy, na kraniec jego małego świata i zagarnie go bezlitośnie.
Zacisnął lewą dłoń, na trzymanej kopercie, starając się utrzymać na nogach. Musiał chociaż spróbować. Niepewnie ruszył przed siebie, dużo wolniej niż wcześniej i męcząc się łatwiej, niż powinien. Stawiał upór, a rozmazujący się obraz przed nim, jedynie utwierdzał go w przekonaniu, że nie przestanie płakać dopóki to wszystko się nie skończy. Zachód słońca, towarzyszący mu do niedawna, odszedł w zapomnienia, a on, mógł już tylko przypuszczać, że dalej kieruje się we wskazaną przez Kagamiego stronę.
Skowyt psów, zaczął w końcu do niego docierać. Nieuniknione, to wszystko jest nieuniknione – pomyślał. Pomimo, że odgłosy były oddalone, to przypuszczał, że zwiadowcy musieli już dotrzeć do bagien, a psy zdążyły ugrzęznąć, a przynajmniej wywnioskował to z agonalnego ujadania.
Pościg na takim terenie, stanowił wyzwanie, ale wyszkoleni żołnierze nie powinni mieć problemu z dogonieniem go w przeciągu godziny, może dwóch, a już zwłaszcza teraz, gdy jego głupota i nierozwaga, doprowadziły do takiego stanu.
Resztkami sił, parł przed siebie, przegryzając wargi do krwi. Nie panował nad spazmatycznym odruchem płaczu, choć tak mocno się tego wstydził, nie potrafił zachować okruszyny godności w tak istotnym momencie.
Minuty dłużyły się w nieskończoność, kiedy tak wolno posuwał się do przodu, pomimo tego, szczekanie ostatecznie ustało, a zaniepokojenie tylko się pogłębiło. Musiała minąć blisko godzina takiego marszu, zanim Kuroko dostrzegł skarpę brzegową, pokrytą ziemno-zieloną trawą, gęstą i powiewającą na wieczornym wietrze.
Słońce już dawno zaszło, ale nie myślał teraz o tym, że królewskie dziedzińce na dworze, obmywa rzewnie posoka ludzi, których darzył miłością, przywiązaniem, czy też szacunkiem. Nie liczyło się już nawet jego życie. Szczupłe, zziębnięte palce, raz za razem, przejeżdżały po pieczęci lakowej, która zaklejała list.
Ostatnia nadzieja kraju, zależała już wyłącznie od niego i jego poświęcenia. A jeśli uda mu się jednak przeżyć, to miała być to także jego nadzieja.
- Jeszcze... odrobina – wysapał, przytrzymując się rękoma brzegu. Ale niezależnie od tego, jak długo próbował, błoto wciągało go coraz głębiej, a Kuroko, zmuszony był ten jeden raz, przyjąć do wiadomości słowa Kagamiego, bo naprawdę nie mógł samodzielnie wydostać się z mokrej, lepkiej brei.
Chociaż widział niewysokie klatki ptactwa, umieszczone na cienkich palach, wbitych na pastwisku przed nim, był przegranym w obliczu potęgi, która zaskoczyła jego zmarłego ojca. Nie musiał się odwracać, by również wyczuć obecność zwiadowców, którzy doścignęli go tuż przed jego celem.
- W końcu cię znalazłem – oświadczył Haizaki, dysząc z zadowoleniem i nutą śmiechu w głosie. Zaprawdę paskudnego dla uszu Kuroko, śmiechu, drwiącego z niego w najmniejszym calu. Zacisnął powieki, kiedy zwiadowca bez najmniejszego problemu, wyszedł z podmokłej części bagien i stanął na równe nogi na twardej ziemi, otrzepując buty przy jego głowie.
Duże, szorstkie dłonie, złapały go pod pachami i pociągnęły do góry ostrym szarpnięciem. Syknął, gdy mężczyzna, rzucił jego ciałem o ziemię i zadał pierwszy cios. Kopniak w brzuch, zmusił Kuroko do otworzenia oczu i ust, z których wypłynęła odrobina krwi i płynów z żołądka.
Haizaki, wytarł swoje skórzane, zabłocone obuwie o strzępy jego szaty, zwisającej na jego ramionach, plując na niego z góry. Tetsuya, bezmyślnie, raczej z oszołomienia, chwycił się nogawki jego spodni, ciągnąc ją do siebie. Chciał się wesprzeć i nieco podnieś, ale tylko ciągnął za gruby materiał, wyślizgujący się spod jego palcy.
- Nawet sobie, kurwa, nie wyobrażasz, jak długo musiałem iść w tym gównie, żeby psy złapały trop. W dodatku pozdychały w tym pieprzonym bagnie. Mam już dość tego kraju! - warknął, pochylając się i zrównując z nim spojrzenie. Kuroko, na nowo ogarnęło przerażenie, gdy mężczyzna oblizał łakomie usta. - Ale zabawimy się, prawda? Imperatora już tu nie ma, a czego on nie widzi, te... - Nie zdążył nawet dokończyć, a Tetsuya, zderzył się z nim głową.
Bardziej zaskoczony, aniżeli ogłuszony, Haizaki, padł do tyłu, przytrzymując się za pulsujące czoło. Książę poderwał się do pionu. Wyłącznie dziko krążąca w żyłach adrenalina, zminimalizowała napływ nowego bólu, promieniującego w jego czaszce. Pochwycił kopertę, którą położył na brzegu i puścił się chaotycznym biegiem ze zgiętym na wpół ciałem.
Szumiąca w uszach krew, przytłumiła przekleństwa podnoszącego się mężczyzny. Ciche gruchanie gołębi, przerodziło się we spłoszony pisk, kiedy chłopak uwiesił się na jednej z klatek, przy okazji trącając zdrętwiałym ciałem sąsiednie pale.
- Ty cholero! - krzyknął za nim zwiadowca. Nie odwrócił się, gdyby to zrobił, strach sparaliżowałby go doszczętnie. Wepchnął palce w szpary gołębnika, mocując się z zatrzaskami. Miał jedną szansę. Przestraszone ptaki, szamotały się w klatkach, rozsuwając się po kątach, a wściekły ryk Haizakiego, pobudził je do tego stopnia, że zaczęły wystawiać łby za kraty i rozprostowywać skrzydła. Gdy zatrzask ustąpił, Kuroko pochwycił pierwszego z brzegu gołębia.
Ptak wyrywał się, ale kilka nerwowych ruchów dłoni w uspokajającym geście, okiełznały go na tyle, by zwiniętą kopertę, doczepić między nóżkami. Niedokładnie i bez zabezpieczenia, Tetsuya, wypuścił gołębia w momencie, w którym Haizaki, zacisnął rękę na jego karku i z całej siły, cisnął jego ciałem o drewniany pręt, który zachwiał się pod napływem jego ciężaru.
Rozszerzone źrenice, napełniły się cierpieniem, ale i dziwnym spokojem. Kątem oka, starał się zaobserwować lot ptaka, ale tylko świst skrzydeł, przecinający powietrze, zapewniał go o tym, że gołąb wzbił się w powietrze. Teraz, Kuroko, prosił Boga, by pokierował zwierzę we właściwą stronę.
Skapująca z brody ślina, zlizana została przez mężczyznę, który ścisnął go za policzki i wepchnął język do jego gardła.
- Obrzydliwe – zaśmiał się Haizaki, puszczając go i zdzierając strzępy odzienia z jego bladego ciała. - To było nierozsądne, księciuniu. A chciałem być w miarę delikatny, a tak? Chyba trzeba cię naprostować. - Przekręcił się na brzuch, niemalże czołgając się po pastwisku, by odsunąć się choć trochę od swojego oprawcy. Ten, zadał mu kolejny cios, kopiąc tym razem po plecach. Wygięte w łuku ciało, wydało, zdławione przez ściśnięte gardło, jęknięcie.
- Zaraz będziesz pięknie śpiewać – obiecał mu Haizaki, odpinając i zsuwając nieznacznie spodnie w dół. Kuroko, wiedział, co nastąpi i nie opierał się, gdy ręce chwyciły go za biodra, a ciężkie, podniecone ciało, oparło się na nim. Drżące nogi, dygoczące z powodu zimna, strachu i nacisku drugiej osoby, mimowolnie rozchyliły się mocniej, aby mógł utrzymać równowagę. Błoto, zdążyło już zaschnąć i odpadało od skóry licznymi kawałkami. Pochylił głowę, by nie oglądać tego aktu, mającego zgwałcić w nim ostatnią dozę godności.
Zwiadowca klepnął go w prawy pośladek, pozostawiając odcisk swoich palców na miękkiej skórze. Stęknął krótko. Haizaki, oparł się o niego jeszcze mocniej, aż poczuł twardniejącą, naprężoną męskość, ocierającą się o jego wejście.
- Będzie szybko i na ostro, nie jesteś babą, żeby się cackać z twoim dziewictwem. - oświadczył, gryząc go w okolicach barków. - Bo jesteś dziewicą, nie? - dopytywał, szepcząc mu wprost do ucha.
- Shougo, wystarczy – zabrzmiał władczy głos. W pierwszej chwili, Kuroko pomyślał, że to sam Imperator pojawił się w centrum tej burzy. Odetchnął z ulgą, gdy zwiadowca odsunął się od niego z ociąganiem. Haizaki, splunął na wyeksponowane plecy chłopaka, ale posłusznie zapiął spodnie i wstał, podchodząc do kapitana jednostki zwiadowców.
- Nijimura – warknął na powitanie, nie przejmując się, że jego kapitan jest także dowódcą pierwszego oddziału, jednym z generałów wojskowych oraz głównym strategiem. Miał to w głębokim poważaniu. Nienawidził go całym sobą.
Nijimura, rzucił w kierunku leżącego chłopaka zabłocony kawałek białego złota, który wyciągnął jeden z psów myśliwskich. Kuroko, pochwycił go, nim w ogóle zdążył upaść na ziemię i przytulił do swojej piersi, zwijając się w pozycji embrionalnej. Generał nie był zadowolony z widoku, który zastał na niewielkim wzgórzu. Odwrócił się w kierunku Haizakiego i uderzył go w szczękę z zaciśniętej pięści. Zwiadowca, prychnął, przecierając kąciki ust.
- Siadaj – zwrócił się do Tetsuyii Nijimura, podchodząc bliżej. Chłopak posłusznie podciągnął się do pozycji siedzącej. Nie patrzył na żadnego z mężczyzn. Generał ściągnął z westchnieniem górną część swojego munduru i zarzucił ją na zastygłe ramiona chłopaka. Klęknął i zaczął się przyglądać opuchniętej twarz, rozbieganym oczom, pręgom na brzuchu, poranionym nogom i krwawiącym wargom. - Shougo, poszukasz szat księcia na zamku – rozkazał, patrząc zobojętniałym spojrzeniem wprost w błękitne oczy.
- Coś jeszcze zostało z tego zamku? - sarknął, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Co? - Ochrypły, płytki głos Kuroko, dużo wcześniej dotarł do obcych mężczyzn, niż do niego samego.
- No chyba nie myślałeś, że tak po prostu zostawimy stolicę w spokoju? - zarechotał Haizaki. - Zamek musi upaść. Krew, zjawiskowo podsyci ogień.
- Zamknij się, albo rozkwaszę ci tą rozanieloną buźkę – warknął Shuuzo do zwiadowcy, przytrzymując Kuroko. - Jeśli Akashiemu nie spodoba się choć jeden ślad, który zostawiłeś na jego ciele, to osobiście sam zafunduję ci to, co chciałeś zrobić temu dzieciakowi.
- Zagoi się. Powrót do Rakuzan zajmie kilka tygodni. Nie dogonimy już pozostałych oddziałów, jak dobrze pójdzie to zdążymy na ucztę koronacyjną w stolicy.
Drewniany wóz, kołysał się przy każdym ruchu, gdy utykająca chabeta, posuwała się z wolna na północ w szlaku tuż za pierwszym oddziałem. Shuuzou, wolnym kłusem, kierował swoim wierzchowcem tuż za platformą, przymocowaną do powozu. Zwierzęca woliera, skrzypiąca klatka, w której hodowano niewielkie stada kanarków w zamknięciu, była wystarczająco poręczna, jak i pojemna, by umieścić w niej człowieka.
Klatka, całkowicie poddawała się wybojom wybrukowanego traktu. Podgniłe siano, wypełniające jej podłoże, wydzielało większy odór, niż oddział, który eskortował go do pałacu. Mężczyźni nie kłopotali się nawet, by chociażby przepłukać w jakimś jeziorze ubrania, przesiąknięte posoką. Zakrzepła krew, zrobiła się brunatna i z pewnością należała do dworzan jego królestwa. Zacisnął zęby. Mijał już trzeci tydzień podróży.
Droga przestała przypominać wydeptane siłą ścieżki, bądź szlaki pełne pyłu – rozłożone przed nimi kamienie, rozwidlały się w licznych kierunkach, ale generał, prowadził ich uparcie tą jedną drogą, prostym pasem, bezpośrednio połączonym z Rakuzan.
Poza tym, wiwatujący ludzie, pojawiający się wokół nich w coraz liczniejszym gronie, świadczyli o tym, że granica została już przekroczona.
- Jeszcze kilka godzin, zatrzymamy się przed murami obronnymi. Przygotuję cię do spotkania z Imperatorem. - Kuroko, nie odpowiedział. Przestał reagować na słowa Nijimury, nie podnosząc wzroku ze swoich kolan. Okazjonalnie rozglądał się jeszcze po okolicy, zagapiając się na pola, pokryte złocistymi kłosami zbóż bądź wioski, zbliżone wyglądem do niektórych ulic stolicy jego kraju.
Imperator, władał naprawdę bogatym krajem. Krajem... Nie był w stanie znieść myśli, że wszystkie wielkie państwa, krainy, które jeszcze do niedawna cieszyły się suwerennością i niezależnością, stały się częścią Imperium tego despoty. A gdy stanie z nim twarzą w twarz, będzie już po wszystkim, a dom, w którym się urodził i dorastał, zostanie ochrzczony jakąś infantylną nazwą, którą nada mu ten barbarzyńca.
W ciągu tych kilku tygodni, nauczył się panować nad strachem. Haizaki, który krążył dalej w jego pobliżu, nie stanowił zagrożenia tak długo, jak Nijimura stanowił nad nim opiekę. Chociaż to zbyt wiele powiedziane. Po prostu pilnował, by Kuroko nie zrobił krzywdy sobie, ani nikt nie krzywdził jego. Nie było już śladu po zsiniałych wargach, pogryzieniach na plecach lub ranach na nogach, ale pojawiło się wiele innych, niezależnych od Kuroko, czy jego głównego prześladowcy.
Purpurowe pręgi na przegubach rąk, powstały na skutek łańcuchów, ciasno oplatających skórę, a pogłębiająca się bladość i tak już niewyraźnej twarzy, tłumaczona była stresem i niedożywieniem. Pustka w oczach, była określana przerażającą lub dowodem, że piekło odcisnęło już na nim swoje piętno, ale prawda była taka, że obojętność, była jego najnaturalniejszą z reakcji, największym atutem i maską przed światem.
- Shougo, jedź przodem. Każ przygotować ciepłą kąpiel i szaty.
- Nie rozumiem, po co tyle zachodu dla takiego gówna. I dlaczego, kurwa, zawsze ja?!
- Nie pozwolę, by stanął w takim stanie przed Akashim. Nawet jeśli zamierza go zabić, powinien wyglądać odpowiednio do swojego statusu. Poza tym, nie mam ochoty, patrzeć dłużej na twoją mordę.
