IMPERIUM III – Przysięga Błazna

KUROKO NO BASUKE - OPOWIADANIE "IMPERIUM" ROZDZIAŁ 3

PRZYSIĘGA BŁAZNA

Największa z sal audiencyjnych w pałacu, oblegana była nieustannie od kilku dni. Hałas i gwar, towarzyszący wielkiej uczcie powitalnej, były niczym przy oparach alkoholu, które docierały do Imperatora, pomimo piętrzących się stert kwiatów, którymi usypano podest i zapchano pustą przestrzeń za królewskim stołem.

Sącząc powoli wytrawne wino, obserwował otoczenie, starając się jednocześnie odciąć od wszystkiego. Za okiennicami, w które wprawiono kryształowe witraże, zapadał mrok, potęgujący oczekiwanie. Akashi, nie potrafił opanować siły nacisku na trzymane szkło. Mrowienie, przyjemnie nęcące jego ciało, kazało odesłać w niepamięć przemówienie do ludu, które będzie musiał wygłosić jutrzejszego poranka, nie wspominając już o zebraniu ministrów i strategów w celu, ustalenia dalszych poczynań dotyczących nowo-narodzonego Imperium.

Jeszcze nim udał się z powrotem do Rakuzan, po zwycięstwie nad Seirin, podjął decyzję o podziale całego wojska na pomniejsze garnizony, by rozstawić żołnierzy we wszystkich podbitych krainach. Zdławienie w zarodku możliwości powstania wszelkich rebelii, było jego priorytetem. Gdyby doszło do wojny domowej, ku przestrodze, musiałby wymordować wszystkich ludzi z owej krainy, aby uniknąć podobnych występków.

Imperator, kątem oka dostrzegł jak posłaniec, przemyka pomiędzy rozstawionymi specjalnie na ucztę stołami, uważając by nie poplamić szat jedzeniem lub winem, wędrującym w dzbanach pomiędzy wszystkimi zgromadzonymi. Kurczowo wzmocnił uścisk, a puste naczynie pękło w jego dłoni. Strzepnął pozostałości odłamków z kolan nie tracąc z oczu chłopaka, a kapiącej z wolna krwi, pozwolił wsiąknąć w materiał czarnych spodni. Na białej koszuli, nie wylądowała ani jedna kropla, która mogłaby oszpecić perfekcyjny wizerunek władcy.

- Wasza Wysokość – wyszeptał posłaniec, kajając się nisko przed nim. Chłopak rozejrzał się kilka razy na boki, aby upewnić się, że nikt nie zwraca uwagi na główny stół i dopiero przekazał wiadomość. Taka ostrożność nie była konieczna ze względu na okoliczności, ani treść samej wiadomości, ale Akashi, zawsze cenił sobie powagę, z jaką podchodził do swojego zadania ten młodzieniec. - Generał Nijimura wraz ze swoimi ludźmi z pierwszego oddziału i jednostki zwiadowców, przekroczył ostatnie mury obronne Rakuzan. Wraz z ostatnim podarunkiem z okazji zaprzysiężenia, zjawi się zanim skończy się ten dzień.

- W porządku, w takim razie zaczekam jeszcze z zakończeniem uczty. Chciałbym, by generał mógł wznieść chociaż ostatni toast z okazji naszego zwycięstwa – skomentował, nie patrząc już na nic prócz mosiężnych drzwi, przez które ludzie wchodzili i wychodzili, jedynie potęgując jego zniecierpliwienie.

Miał już dość patrzenia na Aomine, który nie krył się ze swoim zwierzęcym pragnieniem względem jednej ze służki, uzupełniającej braki alkoholu przy stole generałów. Siedzący najbliżej niego Midorima, z tak namacalnym niesmakiem obserwował, jak Daiki, sadza sobie kobietę na kolanach i obsypuje jej twarz pocałunkami, że sam Akashi, poczuł lekką irytację. Wszyscy w sali wiedzieli, że służąca ani nie może, ani nawet nie chce odmówić jednemu z generałów, ale Akashi przypuszczał, że wątpliwy stan dowódcy trzeciego oddziału, mógł doprowadzić do tego, że mężczyzna weźmie ją na drewnianej ławie i nie będzie go obchodzić nawet sama obecność Imperatora. Chyba, że ciasto z wiśniami, skończy się szybciej, niż sznurki w kobiecym gorsecie i Murasakibara, każe służącej przynieść z kuchni nowe słodkości.

Kise, był nieobecny od kilku godzin, ale Imperator, nie przejmował się tym, omijając obojętnie jego puste miejsce przy stole, zatrzymując się na tym, należącym do Nijimury. To kwestia czasu, pomyślał, z lubością oblizując spierzchnięte usta. Tuż za stołem generałów, znajdował się jeden, długi rząd ław i syto zastawione stoły, czekające na żołnierzy pierwszego oddziału oraz zwiadowców.

Pomieszczenie całego wojska we wnętrzu, nawet tak ogromnego pomieszczenia, było niemożliwe, dlatego przeszło 80% żołnierzy, okupowało wszystkie karczmy w całej stolicy i tylko pięć pierwszych oddziałów, dostąpiło zaszczytu ucztowania w pałacu. Tylko ta piątka, a wraz z nią oddział zwiadowców oraz skrytobójców – Akashi, zawsze uważał, że najmniej posłuszne ze szczeniąt, należy trzymać blisko zasięgu własnego buta, by w odpowiednim momencie przypomnieć o tym, która ze stron wydaje rozkazy. A Imperator wiedział, że oddział skrytobójców, stanowi dla niego największe, realne zagrożenie pośród otaczających go ludzi.

Bez problemu, odnalazł w cieniu belek konstrukcyjnych oraz wewnętrznych balkonów, pełne nienawiści spojrzenie Hanamiyii, na które odpowiedział uprzejmym uśmiechem. Drażnienie tego chłopaka, sprawiało mu wiele radości, ale nie mógł zapomnieć o tym, że Makoto, był jednym z jego strategów, podobnie jak Imayoshi, który był dowódcom niezależnej jednostki skrytobójców. Za namiastkę swobody i wolności, potrafił ich utrzymywać w ryzach, lecz czasem zastanawiał się, na jak długo to jeszcze wystarczy.

Akashi, zapatrzył się na zgarbioną sylwetkę Ryou, który siedział przy Shouichim, wzdrygając się za każdym razem, gdy dowódca raz za razem, coraz wyżej sunąć ręką po jego nodze. Był tylko zabawką. On sam, nie traktował go wcale lepiej i był świadom, że Imayoshi, prędzej czy później, również poczuje znużenie, przez które porzuci chłopaka, bądź przekaże go dalej. Ostatecznie, niestety, nadawał się wyłącznie do jednej rzeczy.


Zwymiotował. Raz, drugi, a później jeszcze jeden.

- Nie zjadłeś zbyt wiele – powiedział mu Nijimura, ocierając płyn, kapiący z ust. - I jeszcze wszystko zwróciłeś – dodał, wzdychając ciężko. Kwaśny smak wymiocin, doprowadzał Kuroko do jeszcze większych mdłości.

- To dlatego, że zbyt szybko jadłem – wyjaśnił, starając się podnieść z kolan. Nigdy nie jadł tak zachłannie, połykając wszystko jak popadnie i nie przejmując się tym, że nie niemal w całości łyka ugryzione kęsy mięsa, czy że je rękoma. Po tym, jak został dokładnie umyty i opatrzony pobieżnie przez dowódcę pierwszego oddziału, mógł myśleć tylko o tym, że czeka na niego ciepły posiłek. Był tak cholernie głodny, że ubrał jedynie ciężką, wojskową marynarkę od munduru Nijimury, do której naprawdę zdążył się przyzwyczaić, i po prostu zabrał się za jedzenie.

- Nie mamy już czasu, by zamówić coś nowego – poinformował go mężczyzna. Niewielki pokój wynajęty na kilka godzin przez dowódcę, wypełniał zapach stęchłej krwi, zaschniętej na ubraniach obojga, a teraz także zwróconego do miski posiłku. - Przepłucz twarz w tej wodzie, w której się kąpałeś. - Kuroko, zrobił to, co kazał mu dowódca. Był spokojnym, ale dosadnym człowiekiem. Tetsuya, nie zamierzał mu się sprzeciwiać, bo prawda była tak, że był najżyczliwszy ze wszystkich żołnierzy, których poznał do tej pory. Dbał o niego jak mało kto i nie pozwalał, by robiono mu krzywdę. Starał się go regularnie karmić i pilnować jego stanu zdrowia, czy mógł oczekiwać więcej, będąc jedynie jeńcem?

- Kuroko – zaczął mężczyzna, gdy Tetsuya, podnosił się z trudem z ziemi. Wciąż odczuwał dotkliwe skutki szarpaniny z Haizakim, który rozciął nożem skórę na wewnętrznej stronie jego lewego uda. Podłużna szrama, niedbale zszyta grubymi nićmi przez Nijimurę, piekła przy każdym ruchu i była jedną z licznych pamiątek po utarczkach z nieobliczalnym zwiadowcom.

Co prawda dowódca zawsze karał swojego podwładnego, ale nie zawsze był w pobliżu, by w ogóle dostrzec, co się dzieje. Podobnie było tamtego dnia, gdy stacjonowali przy dawnych granicach Shuutoku, a dowódca udał się do pobliskiej wioski, by wysłać wiadomość gołębiem. - Niezależnie od tego, co będzie się działo na uczcie, nigdy nie patrz Imperatorowi w oczy. Nie podnoś głowy, odpowiadaj na zadane ci pytania dokładnie i cicho, może wtedy przeżyjesz – poradził mu, ściągając z niego swoje odzienie. Poczuł przeraźliwe zimno i chłód, który wcale nie wynikał z tego, że był nagi.

- Żaden z nas w to nie wierzy, prawda, Nijimura-san? Nikt z królewskiej rodziny nie może pozostać przy życiu, jeśli król pragnie władzy absolutnej. To jak przyznanie się do słabości – stwierdził cierpko, nie będąc w stanie, wyobrazić sobie, jak wygląda człowiek pełen tak trującego szaleństwa, karzącego mu czynić takie zło na świecie.

- Albo akt łaski, który miałby na celu ubliżyć bądź też poniżyć twoją osobę. Spośród wszystkich podbitych krajów, znalazł się jeden dziedzic, który ocalił swoje życie – zdradził generał, nie będąc do końca pewnym, dlaczego tak właściwie mówi te wszystkie rzeczy. Obojętny, niemalże pusty i matowy wzrok księcia, był odpowiedzią na jego wątpliwości. Książę, był już niemalże martwy, będąc jedynie powłoką dla ciała, skorupą, w której dusza, pojawiała się i znikała, a jej duch, myślami był o wiele dalej, niż ktokolwiek mógłby to sobie wyobrazić.

- Dziedzic, który jest bękartem, jeśli mam rozumieć? - odpowiedział, uśmiechając się leciutko. Przy zamglonym wzroku, przypominał bardziej lalkę, aniżeli człowieka.

- Tak – potwierdził, nie dodając już nic. Przemilczał fakt, że ów bękart, musiał dopuścić się zdrady własnego kraju, rodziny, przekonań, musiał zdradzić nawet siebie samego, by wygrać życie. Wstał, trzymając w dłoniach białą, przydługą koszulę. Skrzywił się dyskretnie, notując w pamięci, by rozliczyć się z Shougo, nie tylko za całą podróż, którą zwiadowca utrudniał i umyślnie przedłużał, ale i nie wykonanie ostatnich rozkazów. Jeszcze dzisiejszej nocy, Haizaki, odpowie za niesubordynację i okrucieństwo wobec księcia, obiecał sobie dowódca.

A mówiłem mu, żeby przyniósł coś na wzór wcześniejszych szat, pomyślał wściekle rozpoznając swoje własne ubrania, przy pospiesznym zapinaniu guzików koszuli, którą ubrał Kuroko. Poprawił rękawy, wcześniej podwijając je tak, by cała dłoń była widoczna. - Parszywy gnój – wymamrotał pod nosem.

- Co z dołem? – zapytał sucho chłopak, patrząc na swoje gołe nogi. Koszula zakrywała znaczącą część ud, ale rana była dobrze widoczna nawet wtedy, gdy starał się zakryć ją chociaż częściowo ręką.

- Spodnie będą za duże. Nawet jeśli je ubierzesz, prawdopodobnie spadną, gdy wstaniesz lub klękniesz. - Krótkie westchnięcie uciekło z ust Nijimury mimowolnie, kiedy zobaczył, jak książę marszczy brwi i pojawia się pomiędzy nimi bruzda.

- Gdy wstanę? - powtórzył, nie rozumiejąc.

- Chciałbym cię wprowadzić do sali normalnie, nawet jeśli musiałbym założyć ci kajdany, ale to nie będzie możliwe.

- Jak to?

- Nie jesteś już osobą. Stałeś się rzeczą w momencie zaprzysiężenia Imperatora, a kiedy wkroczymy na korytarze pałacu, będziesz... jak trofeum, jak prezent, danina z własnego kraju, którą trzeba opłacić, by wszyscy ci, którym Akashi darował życie, mogli żyć w Nowym Imperium.

- A więc jestem niepodważalnym dowodem klęski wszystkich tych, którzy walczyli przeciw twojemu panu – stwierdził z goryczą. - Co się stanie z moim ludem?

- Zostaną otoczeni opieką, ale ty, stracisz swój status całkowicie w momencie, w którym staniesz z nim twarzą w twarz, a z prezentu, staniesz się jego własnością. Kuroko, jeśli naprawdę kochasz swoje królestwo, porzuć całą godność, jaka ci pozostała. - Nijimura, nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wielki żar, rozpalił tymi słowami w świadomości Kuroko. W świadomości kogoś, komu nie zostało już nic prócz resztek godności...


Nie oponował, kiedy Nijimura, położył ręce na jego ramionach i ścisnąć je mocno, jednym, płynnym ruchem, sprowadzając go na ziemię. Upadł na kolana przy akompaniamencie śmiechu Haizakiego, stojącego za swoim dowódcom. Czuł gorące palce generała, przecierającego skórę na jego odsłoniętej szyi. Gwar docierał do ich uszu, miażdżąc spokój ducha całkowicie. Hałas i wulgarne słowa, zdawały się potęgować z minuty na minutę, chociaż korytarz zdawał się ciągnąć w nieskończoność, a drzwi do głównej sali, nie można było nawet dostrzec.

Ciasny, skórzany rzemień, zacisnął się wokół gardła, pozostawiając otarcie za otarciem, za każdym roku gdy Kuroko łykał ślinę. Odczucie było nieprzyjemne i piekące, pierwsze rany zaczęły krwawić jeszcze zanim mógł zobaczyć pierwsze stoły hucznej uczty.

Drżące nogi, sunęły po kamiennych płytach powoli. Nijimura, szedł przed nim, starając się nie szarpać za obrożę i nie spiesząc się, obserwując dyskretnie szramę na jego nodze i Haizakiego, z zainteresowaniem, wpatrującego się w nich dwóch. Kuroko, patrzył na posadzkę, z bólem stwierdzając, że im bliżej sali się znajdowali tym bardziej chropowata, stawała się tekstura podłoża, aż do momentu, kiedy ostatecznie stała się drewniana.

Gdy pierwsi, pijani żołnierze dostrzegli Nijimurę, zapanowało poruszenie, które zadziałało nawet na niego. Zamglony obraz, zaciemnił się raptownie, przechodząc w czerń i tylko duma, nie zezwalała mu na opuszczenie rąk na podłogę, by ulżyć sobie choć odrobinę w tym marszu. Nie chciał iść, jak pies na spotkanie z Imperatorem, już to, że czołgał się na kolanach, uwłaczało mu doszczętnie.

- Opanuj się – odezwał się Nijimura, jeszcze nim zapadła cisza na całej sali, a w trójkę zatrzymali się przy otwartych wrotach. Były to ostatnie słowa, które zrozumiał. I które pozwoliły, by obojętna maska, wsunęła się dyskretnie na jego twarz.

Szarpnięcie, którym potraktował go generał, kiedy ponownie ruszyli, było gwałtowne i mocne, i rzeczywiście upadł twarzą na drewnianą podłogę. Nikt nie stłumił chichotu. Haizaki, nadepnął na jego stopę nim zdążył się podnieść i ruszyć dalej. Pierwsze krople posoki, kapały z szyi na jego własne palce. Koszula podwinęła się dostatecznie, by było widać całe jego uda. Był jak dziwka. Nie. Był jak suka, prowadzona do swojego pana. Nie dziś, pomyślał, podnosząc ochoczo głowę do góry.

Akashi sądził, że zobaczy strugi, sączących się z oczu łez, kiedy chłopak zdecydował się podnieść głowę tuż po przekroczeniu progu. Był zbyt daleko, by próbować odczytać słowa z ruchu warg, którymi chłopak poruszał, ale widział, jak wyciąga rękę do góry, jak kieruje palce ku sufitowi, ku niebu i prezentuje ciepłą, świeżą krew, płynącą po kredowej skórze.

Żołnierze z przestrachem oczekiwali na reakcję Imperatora oraz dalszy ciąg poczynań księcia. Generałowie przy stole z rozbawieniem i politowaniem obserwowali cały spektakl, a Nijimura, miał ochotę warczeć na głupotę tego dzieciaka. Haizaki, liczył po cichu na to, że zostanie mianowany katem księcia za tak jawną zniewagę.

Ale Kuroko, ze spokojem, odnalazł w najdalszej części sali Imperatora, którego korona, lśniła złotem wśród świateł tysiąca świec. Tetsuya wiedział, że jego słowa nie dotrą do Imperatora, więc po prostu pozwolił, by bezdźwięcznie słowa, wypłynęły spomiędzy jego warg. Dla ciebie, wyszeptał, subtelnie obracając dłoń, aby zwrócić uwagę na krew. Przekręcił delikatnie głowę w bok, by odsłonić zmrużone oczy i powoli opuszczać dłoń, której nadgarstek przybliżył do ust. Rozchylił usta i językiem, przejechał po lodowatej skórze aż do koniuszka wskazującego palca.

I tak, zlizał każdą strużkę, patrząc śmiele na Imperatora, a gdy nie pozostała ani jedna, czerwona smuga, oblizał łakomie usta, wyzywając Imperatora. Chyba nawet sam nie wiedział, jak bardzo przerażony był, jak bardzo apatyczny przy tym pozostał wyraz jego twarzy, ani jak mocno, podniecił Akashiego.

Nie znalazł odpowiedzi, na pytanie, dlaczego to zrobił. Ale wiedział, że nie mógłby spojrzeć w oczy żadnej z tych wszystkich osób, które poświęciły dla niego życie, by iść przerażonym na spotkanie z tym potworem. Chciał i żyć, i pokazywać godność, której sam Seijiurou nie posiadał w takich ilościach, jak on.

Imperator, podniósł się ze swojego miejsca, odchodząc od stołu i zatrzymując się przy krańcu wystawnego, marmurowego podestu. Czekał cierpliwie, z uśmiechem, którego nie widziano na jego ustach od dnia opuszczenia Seirin. Nie takiego uśmiechu. Patrzył na chłopaka z tak chorą fascynacją i zadowoleniem, że jego wyobrażenia nie przerosły prawdy, jaką miał przed oczyma, ilekroć przymykał powieki i odtwarzał w pamięci wizerunek księcia. Widział tylko portrety na królewskim dworze, ale nie oddawały one piękna porcelanowej obojętności z twarzy księcia, ani zuchwałości, która nijak nie pasowała do niego.

Nijimura, ocknął się z amoku dopiero, gdy Imperator z oczekiwaniem machnął na niego. Ruszył w kierunku podestu. Droga była dłuższa, niż można by sobie to wyobrazić. Żołnierze podkładali mu nogi, pluli na podłogę, po kkórej szedł, a Haizaki nieustannie przypominał o swojej obecności, krocząc za nim i kopiąc go. Przestał w momencie, w którym Nijimura, puścił łańcuch, przypięty do rzemienia obroży, by popchnąć Kuroko do przodu, a następnie uderzyć zwiadowcę pięścią w brzuch.

- Po uczcie widzę cię w swojej komnacie. Radziłbym ci do tego czasu się uspokoić. - Szept był wyraźny i tak głośny, że każdy w sali zdawał się go usłyszeć, ale nikogo nie obchodziły porachunki generała ze swoim podwładnym, bowiem wszyscy, wpatrywali się drobną postać księcia, wspinającego się po schodach podestu do stóp Imperatora. Chłodny kamień, łagodził palące rany na obdartych kolanach. Krzepnąca krew na szyi, otoczyła kark niczym abstrakcyjne smyrgnięcia pędzla po białym płótnie. Niczym pnącza mistycznej, niebieskiej róży, której kolce, dotkliwie raniły, aż do duszy.

Imperator z lubością, dotknął bladego lica księcia, a zauroczenie widoczne w jego oczach, było tak kuriozalne, że w głębi błękitnych oczu, pojawił się zalążek prawdziwego lęku. Potwór, krzyczał umysł, gdy ciało uginało się pod naporem samego spojrzenia, wymuszającego tak wielkie posłuszeństwo, że Kuroko zrozumiał – oto spotkał człowieka, zdolnego zamknąć we własnej pięści wolność całego świata.

- Mój – powiedział władca, bardziej do siebie, niż Kuroko, czy zebranych w pomieszczeniu ludzi. Płowy dotyk, zetknięcia się ciała z ciałem, przemieścił się na lewy policzek, ładnie zadarty nos, wykrojone wargi, w kącikach których, tkwiła posoka, którą chłopak zlizywał z takim przejęciem. Samo mrugnięcie powieki, wydawało się władcy tak kuszącym zjawiskiem, jakby obserwował lot motyla, zdolnego wywołać tornado na drugiej stronie kuli ziemskiej. - Jak pył, ulatujący spomiędzy twoich rzęs, tak intensywne masz oczy, tak łatwo mi odczytać ich intencje. Życie w nich tętniące, zdaje się być martwe od dnia twoich narodzin, chociaż poznaję cię w tej sekundzie, zdaję się, że znam cię dużo dłużej. Czekałem na to, nigdy nie poznawszy tego enigmatycznego odczucia w mojej piersi. To chyba prawdziwy obłęd – wyznał Imperator, najpiękniejszymi ze słów, jakie znalazł na dnie własnego umysłu, ale to wciąż nie było dostatecznie dobre, by wyrazić dosadnie to, co czuł. W jednej chwili, zwariował, gubiąc się w pragnieniach, które zdawać się mogło, nie były mu dotychczas potrzebne.

Tetsuya, odsunął się od Akashiego. Dziwne, pomyślał raptownie, gubiąc się w ocenie sytuacji. Przerażenie, odbierało mu zdolność logicznego myślenia i było widoczne na jego twarzy gołym okiem dla wszystkich w sali.

Teraz, Akashi, nie potrafił już dostrzec tego erotycznego, pociągającego wyrazu na jego twarzy. Nie było w nim tego, co tak go podekscytowało w tamtej chwili.

Uśmiech zniknął z twarzy Imperatora.

- Jesteś częścią mojego zwycięstwa. Własnością, której życie, należy do mnie po kres dni twojej przydatności. Psem, przysięgającym mi posłuszeństwo – zakomunikował, łapiąc go obiema dłońmi za policzki. - Przysięgnij! - powtórzył. Kuroko nie odpowiedział. Nie było słów, które mogłyby wypłynąć lekko z jego krtani. Imperator, spoliczkował go gwałtownie. Siła, z jaką został uderzony, była tak wielka, że osunąć się na podłogę z głuchym jękiem.

- Przysięgam! - wykrzyczał, chociaż wydawało mu się to zaledwie szeptem, przy szumie we własnej głowie. - Przysięgam, być wierny panu – wychlipał, ale nie spłynęła ani jedna łza. Trzymał wszystkie na uwięzi.

- Ty pies – dodał Akashi, kucając przy nim.

- Ja pies – potwierdził, odwracając głowę w kierunku ściany, aby nie patrzeć na nikogo. - Ja pies – powtórzył.

Imperator, ułożył rękę na jego karku, masując go uspokajająco. Kuroko prawie uwierzył w to, że władca poklepie go po głowie, jak zwykłe zwierze. Zamiast tego, zacisnął rękę na jego szyi, pozbawiając go oddechu. Aż po kres przydatności, pomyślał z goryczą, zatapiając się w gorzkim uścisku.