Rozdział 3: Nie oceniaj książki po okładce

Sytuacja wyglądała beznadziejnie.

Rzecz jasna, Soo-won ani myślał siedzieć bezczynnie. W pierwszej kolejności postanowił przekonać się na własne oczy o prawdziwości słów Kye-sooka odnośnie braku szans na ucieczkę - Hak, będąc na jego miejscu, z pewnością tak właśnie by zrobił. Niestety, w tym konkretnym wypadku nie oszukano go ani na jotę. Gdy wspiąwszy się na palce, Soo-won wyjrzał przez okienko - niewielkie, ale nie na tyle małe, by nie zdołał się przez nie przecisnąć przy odrobinie wysiłku - rzeczywiście dostrzegł przy nim strażnika. Sprawdzania, jak ma się sytuacja przy wejściu, wolał nawet nie ryzykować - nie wiedział, czy to porywacz, czy ktoś inny, ale zza zasłony dobiegały odgłosy krzątaniny. I jakby… zapach jedzenia?

Cóż, uznał, to by się zgadzało. Południe minęło, jeszcze kiedy byli w mieście, a wioska znajdowała się ponoć o godzinę drogi stamtąd. Nic dziwnego, że w międzyczasie nastała pora obiadu; zwłaszcza że chłopiec nie był pewien, jak długo właściwie spał. Głodny jednak nie był; zresztą, nawet jeśli byłoby inaczej, to pomyśli teraz dwa razy, nim ponownie skosztuje czegoś zaoferowanego mu przez Kye-sooka.

Niemniej, pachniało całkiem smakowicie, doszedł do wniosku, marszcząc nos. Żałował tylko, że to jedyne węszenie, na jakie mógł sobie w tej chwili pozwolić, bo chętnie rozejrzałby się po tej całej wiosce.

Swoją drogą, nie spodziewał się takiego miejsca. To znaczy, oczywiście, w ogóle nie planował opuszczać miasta, nie mówiąc już o byciu porwanym - ale usłyszawszy wcześniej o domu rodzinnym swego towarzysza, wyobraził go sobie całkiem inaczej. Założył - całkiem naturalnie zresztą - że Kye-sook musi być synem kupca bądź średnio zamożnego szlachcica zamieszkałego w wiejskiej posiadłości. Górska osada na odludziu była sporym zaskoczeniem…

…i najpewniej idealnie nadawała się, by odciąć go od świata.

Soo-won przełknął nerwowo. Dotąd starał się skupić na czymkolwiek innym, byleby tylko o tym nie myśleć, jednak uczucia niepokoju - bo to nie był strach, co to, to nie! - nie dało się całkiem wyeliminować. Co się z nim stanie? I co takiego planował Kye-sook? Porywacz twierdził co prawda, że nie ma się czego obawiać i nic mu nie grozi, ale chłopiec nie był przekonany, czy może mu wierzyć. A ściślej rzecz biorąc: nie wierzył mu ani trochę. Kto wie, może wcale nie chodziło o okup. Może… może chłopak zamierzał oddać go w szpony wyznawców jakiegoś mrocznego kultu, którzy złożą go w ofierze pradawnemu bóstwu, strącając z urwiska? Albo… Albo to była jedna z tych wiosek poza światem, które znał z opowieści? Nieszczęsny wędrowiec trafiał tam z pozoru na ledwie kilka dni, a gdy wreszcie udawało mu się odejść, odkrywał, że w rzeczywistości minęły całe stulecia. Czy… Czy miałby już nigdy nie zobaczyć swoich przyjaciół? Ani ojca? Ani Son Mun-deoka? Ani nawet kapitana Joo-doh…?

Kapitan… Na samą myśl o nim chłopiec poczuł się winny. Jak mógł być tak lekkomyślny? Jak mógł nie przewidzieć konsekwencji, jakie może mieć dla oficera jego zniknięcie? Ojciec… Ojciec potrafił być bardzo surowy. Jeśli tylko uzna, że jego podwładny nie dopełnić swoich obowiązków, nie zawaha się go ukarać. Dotkliwie. I, najprawdopodobniej, boleśnie…

Soo-wonowi aż zaschło w gardle. A przecież… przecież byli jeszcze inni. Służący i… I nawet pani Taek Yu-na. Swoim beztroskim kaprysem naraził ich wszystkich na gniew potężnego Yu-hona!

Pociągnął nosem, podciągając kolana pod brodę. To nie tak miało być. Wcale nie tak. Chciał… chciał tylko na trochę wyjść z zajazdu i przekonać się, jak wygląda przygraniczne miasto i życie jego mieszkańców. Jak to możliwe, że sprawy przybrały taki podły obrót?

Wszystko przez tego łajdaka Kye-sooka, pomyślał gniewnie. Gdyby nie on…

Jakby na zawołanie, zasłona oddzielająca izby odchyliła się i wyszedł zza niej ten, który był przyczyną jego problemów. Rękawy miał podwinięte powyżej łokci, a w ręku trzymał parującą czarkę. Soo-won rozpoznał smakowitą woń, którą czuł od jakiegoś czasu. Posiłek.

- Proszę. - Młodzieniec wyciągnął naczynie w jego stronę. - Jedz.

- Ani mi się śni! - Chłopiec butnie założył ramiona na piersi. Zamierzał wytrwać w swoich postanowieniach, jakkolwiek wielka nie byłaby pokusa. - Skąd mam wiedzieć, czy znów nie spróbujesz mnie czymś uśpić!

Kye-sook przewrócił oczyma.

- Po co miałbym to robić? Jak na razie mam cię tu, gdzie chciałem… a zioła nasenne kosztują.

- Kto wie, co takiego knujesz!- Soo-won ani myślał dawać wiary tym wyjaśnieniom. - Może nawet nie jesteście ludźmi!

- Tylko potworami pożerającymi łatwowierne dzieci? Uprzednio dobrze nakarmiwszy? - Porywacz uśmiechnął się nieładnie. - Ponosi cię fantazja, mój mały. Nie jesteśmy w bajce.

- Dobrze o tym wiem! - zaperzył się chłopiec, złością próbując pokryć zakłopotanie. Nie znosił, gdy traktowano go z góry. Kye-sook obdarzył go przeciągłym, pełnym namysłu spojrzeniem.

- Jeśli nie będziesz jadł, szybko opadniesz z sił. - Soo-wonowi wydało się, że w jego głosie słyszy autentyczną troskę, ale to musiało być złudzenie. Wzruszył ramionami.

- To co? Zmusisz mnie?

- Tego wolałbym uniknąć. Dlatego…

- Całuj psa w nos! - Chłopiec z całej siły odtrącił podawaną mu czarkę, gorąca zawartość chlusnęła na ziemię i dłoń młodego porywacza. - Nie chcę twojej głupiej zupy, słyszysz, zdrajco?!

Soo-won nie dostrzegł ruchu; zdał sobie sprawę, co się stało, dopiero gdy policzek zapiekł z bólu. Opanowany dotąd Kye-sook stał nad nim z wciąż uniesioną dłonią, a jego oczy płonęły gniewem i… rozczarowaniem? Chłopiec poczuł, że coś nieprzyjemnie ściska go w żołądku.

- Nie bywałeś dotąd głodny, co, paniczyku? - rzucił gospodarz zimno. - Wszystko podsuwano ci pod nos, a ty mogłeś sobie grymasić i marudzić do woli? Pomyślałeś chociaż kiedykolwiek o tych, którzy cierpią przez twoje kaprysy? Którzy nie śmią nawet marzyć o takim życiu, jak twoje? Niejeden w tej wiosce wiele by oddał za posiłek znacznie gorszy od tej zupy…!

- W takim razie czemu im jej nie zaniosłeś? - odparła buńczucznie urażona duma Soo-wona, nim ten zdążył się choćby zastanowić nad odpowiedzią. Kye-sook pobladł.

- Dość tego - wysyczał, pochylając się i boleśnie zaciskając mu palce na ramieniu. - Pozwól, że ci pokażę, jak wygląda prawdziwe ży-…

- Paniczu Kye-sook? Jest tam panicz? - dobiegło nagle z sąsiedniej izby. Głos mówiącego był wyraźnie napięty i podszyty niepewnością.

- Coś się stało, Yeon? - Porywacz puścił ramię chłopca, wyprostował się. Na jego twarzy odbił się niepokój.

- Przyszła wdowa Hwang z synem. Wygląda to na nawrót gorączki…

- Już idę - Kye-sook, wyraźnie zaaferowany, w jednej chwili znalazł się przy zasłonie oddzielającej od siebie pomieszczenia. - A ty tu siedź i nie waż się wyściubiać nosa - rzucił w stronę Soo-wona. - Jeszcze porozmawiamy.


Po wyjściu porywacza Soo-won, wzburzony, rozżalony i cokolwiek wystraszony, usadowił się pod ścianą izby, obejmując rękami kolana. Lewy policzek wciąż piekł od uderzenia.

Chłopiec wtulił nos w rękaw. Mimo wszystko nie przyszłoby mu na myśl, że Kye-sook może zareagować aż tak gwałtownie. Ba, nie pojmował, co właściwie wyprowadziło młodzieńca z równowagi - no doprawdy, tyle hałasu o byle miskę zupy? Wszak wcześniej sam wydał pieniądze na słodycze na targu - więc cóż miał znaczyć ten wykład o niedojadających podobno wieśniakach? Gdzie tu logika?

Łypnął z ukosa na porzucone na ziemi skorupy naczynia, leżące akurat w plamie światła padającego z okienka - lecz w tejże chwili z pomieszczenia obok dobiegły go strzępy rozmowy. Odruchowo nadstawił ucha.

- Żadnej wysypki? Wybroczyn? - Kye-sook zadawał pytania - trzeba przyznać, że dość nietypowej treści - poważnym i rzeczowym tonem, którego Soo-won dotąd u niego nie słyszał. - Duszności?

- Nie, paniczu. - Drugi z głosów - kobiecy - był cichy i wyraźnie zatroskany, choć przy tym raczej wyważony. - Jeno…

Kobieta zniżyła głos na tyle, że Soo-won nie dosłyszał kolejnych słów; przypuszczał jednak, że przekazywała rozmówcy kolejne ważkie informacje, a ów zapewne przysłuchiwał się im uważnie, kiwając przy tym głową. Kolejne pytanie tylko utwierdziło chłopca w przekonaniu, że niewiele się pomylił.

- Wierzę, że przestrzegała pani wszystkich zaleceń?

- Tak, paniczu. Co do joty. Jeszcze rankiem nic nie wskazywało, że tak mu się pogorszy… Dopiero gdy panicz poszedł do miasta…

Niespodziewanie Kye-sook zaklął, cicho, acz wyjątkowo szpetnie; zaraz jednak zreflektował się i przeprosił. Soo-won nie potrafił ocenić, czy chłopak kaja się za nieobyczajne słowa, czy też za swoją wcześniejszą nieobecność. Dobrze mu tak, skonstatował nieco mściwie. Było mnie nie porywać…

- Zrobię, co w mojej mocy - zapewnił tymczasem młodzieniec. - Obiecuję.

- Wiem, paniczu. - Kobieta nie sprawiała wrażenia zagniewanej, wręcz przeciwnie. - Gdyby nie panicza pomoc, wszystkie nasze dzieci już dawno by odeszły do domów przodków. A my zaraz za nimi…

Chłopiec zmarszczył brwi. Zatem, jeśli dobrze rozumiał to, co dotąd usłyszał, miejscowi przychodzili tutaj, szukając porady odnośnie swych dolegliwości? Zatem jego porywacz parał się sztuką lekarską? W sumie miało to sens, zważywszy na jego zakupy u zielarza. Ciekawe…

Hola, zganił się w duchu. Niby dlaczego miałoby go to obchodzić? Padł ofiarą niecnego oszustwa, w wyniku którego podstępnie odebrano mu wolność, a pozycja tudzież profesja prześladowcy nie miały tu większego znaczenia. Wiejski medyk czy pospolity przestępca - co to w sumie za różnica? Wolałby raczej wiedzieć, czemu się tu znalazł! A tego raczej nie dowie się z tej rozmowy, prawda?

Choć, z drugiej strony, może nie było to wcale takie nieprawdopodobne…?

Soo-won wahał się jeszcze przez chwilę, nim ciekawość wzięła wreszcie górę nad urazą. Podkradł się na palcach do zasłony i, odsuwając ją nieznacznie, zajrzał ukradkiem do sąsiedniej izby. Na ile mógł ocenić, była ona nieco większa od tej, gdzie go przetrzymywano, a pośrodku znajdowało się palenisko z wiszącym nad żarem kociołkiem. Obok paleniska, wprost na przykrytym pęczkami wyschłej trawy klepisku siedziała ciemnowłosa kobieta w prostej, szarej szacie. Przed nią, z głową opartą na jej kolanach, leżało otulone kocem dziecko - mały chłopiec, najpewniej sześcio- lub siedmioletni. Kye-sook klęczał tuż obok, trzymając nadgarstek chłopczyka, oczy miał przymknięte i wyglądał, jakby coś odliczał. Na policzkach dziecka dało się dostrzec niezdrowe wypieki.

- Nie możemy zwlekać ani chwili dłużej. - Młodzieniec puścił w końcu drobniutkie przedramię i wstał, żywo zabierając się do dzieła. - Na początek proszę odwinąć ten koc… Najlepiej by syn miał teraz na sobie jak najmniej.

- Ale jak to? - Matka chłopca posłała medykowi zdumione spojrzenie. - Przecież sam panicz mówił…

- Że u dzieci najlepiej jest wypocić chorobę. - Kye-sook nalał wody z dzbana do niewielkiego cebrzyka, podał kobiecie wraz ze zwitkiem wyjętego skądś materiału. - Wiem. Ale na tym etapie może to przynieść więcej złego niż dobrego, proszę mi wierzyć. Musimy jak najszybciej zbić gorączkę.

Soo-won, który podświadomie oczekiwał kolejnych pytań, zdumiał się i nawet trochę zawiódł, gdy wieśniaczka tylko skinęła głową, posłusznie zaczęła zdejmować z synka kolejne okrycia i całą swą uwagę skupiła na chłodnych okładach. Rodziło to pytanie, jak wielki autorytet miał wśród tutejszych mieszkańców porywacz królewskiego bratanka. I czy w ogóle wiedzieli oni o tej szemranej i potępienia godnej działalności? Bądź co bądź, przybyła zwracała się doń może bez przesadnej uniżoności, ale z niewątpliwą rewerencją…

Tymczasem nieświadom tych wszystkich rozterek Kye-sook nadal krzątał się po izbie, przygotowując prawdopodobnie niezbędne utensylia i medykamenty, chłopiec zaś złapał się na tym, że przygląda się wszystkiemu ze szczerą fascynacją. W działaniach młodzieńca było coś egzotycznego i nieomal magicznego; zaś sam sposób, w jaki skrupulatnie łączył ze sobą wybrane zioła, przypominał tajemniczy rytuał. Nawet jeśli zdrowy rozsądek miał pewne wątpliwości co do tego, jak trawa zmieszana, z hmmm, trawą i jeszcze inną, na oko wyjątkowo marną, odmianą trawy, miałaby komukolwiek pomóc, jednakże podsycało to tylko ciekawość Soo-wona. Patrzył więc: jak Kye-sook zagotowuje wodę nad paleniskiem, jak wrzuca przygotowane zioła do wrzątku, jak wespół z kobietą ostrożnie poją dziecko przygotowanym naparem. Jak pomaga jej regularnie zmieniać okłady, raz, drugi… piąty?

Chłopiec przygryzł wargę. W miarę, jak upływał czas, a poprawy nijak nie było widać, najpierw przez chwilę dał się ponieść poczuciu zjadliwej satysfakcji (ta trawa zwyczajnie nie mogła zadziałać!), zaraz jednak ustąpiło ono miejsca niepokojowi. Skoro wszystkie te zabiegi nie przyniosły efektów… czy to znaczyło, że sytuacja była poważna? Soo-won nigdy nie miał bezpośredniej styczności z leczeniem chorych, ale jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mu, że dzieje się tu coś bardzo, bardzo niedobrego…

A jeśli ten łotr porywacz był zwykłym szarlatanem?, pomyślał nagle i aż zaparło mu dech. Jeśli tylko udawał medyka i oszukiwał tę biedną wieśniaczkę? Skoro okłamał jego… czemu innych miałby traktować uczciwie?

Czym prędzej przeniósł wzrok na matkę chorego chłopczyka. Wydawała się bardzo spokojna, ale jej twarz była nieruchoma i spięta. Tylko ciemne oczy śledziły każdy ruch Kye-sooka - i Soo-won podążył za tym spojrzeniem, za wszelką cenę starając się wyłapać w zachowaniu tamtego cokolwiek podejrzanego. Choć jednak wytężał wzrok, jak tylko mógł, niczego takiego nie znalazł. Młodzieniec sprawiał wrażenie głęboko skupionego na zadaniu i wszystko wskazywało na to, że faktycznie stara się pomóc. Skąd zatem brało się to paskudne przeczucie?

I wtedy właśnie chłopiec zrozumiał, a świadomość tego, co widzi, zmieniła mu żołądek w bryłę lodu. To była walka; walka, w której stawką było życie tego dziecka… a Kye-sook, o zgrozo, bliski był porażki.

Soo-won poczuł, że pocą mu się dłonie. Teraz to dostrzegał; drobne szczegóły, które umknęły wcześniej jego uwadze: pociemniałe oczy, ledwie zauważalne drżenie rąk, ciągłe zakładanie kosmyka włosów za ucho. Uświadomił sobie, że widział ten ostatni gest już wcześniej, kiedy rozmawiali na targu - najwidoczniej jego gospodarz reagował w ten sposób, gdy był zmieszany czy podenerwowany.

Niemniej, to było wszystko. Bez względu na to, jak bardzo Kye-sook mógł się martwić czy niepokoić, nie dawał tego po sobie poznać w żaden inny sposób. Wciąż walczył i nie zamierzał się poddać - co budziło niechętny podziw Soo-wona, choć oczywiście żadną miarą nie przekreślało win porywacza. Nie to było jednak w tej chwili najistotniejsze; liczył się przede wszystkim los chorego chłopca. Soo-won zwrócił się w duchu do wszystkich bogów, o jakich kiedykolwiek słyszał bądź czytał, choćby i w opowieściach. Wiedział, że ojciec raczej by tego nie pochwalił, a Hak pewnie wyśmiałby go za to, że przedkłada modły nad działania - ale tu i teraz nie bardzo mógł zrobić coś więcej. Podobno… podobno bogowie byli wszędzie - w takim razie jacyś z pewnością musieli słuchać, prawda? Niechże więc zrobią cokolwiek…!

W tym samym momencie w scenie, którą miał przed oczami, zaszła zmiana, choć na pozór wszystko wyglądało tak samo. Jedynie wieśniaczka pobladła raptownie; jej twarz stała się nieomal tak biała jak płótno, które kobieta wciąż trzymała w ręku. Kye-sook zacisnął pięści, aż pobielały mu kostki - po czym rozluźnił je w geście, z którego biła bezradność. Zwiesił głowę.

To był koniec. Bitwa została przegrana. Teraz, gdy można było już bez wątpliwości uwierzyć, że młodzieniec faktycznie posiadł medyczną wiedzę i umiejętności - zawiodły go one całkowicie.. A tamten chłopiec… On…

Soo-won przycisnął obie dłonie do ust, by powstrzymać szloch, który dławił mu gardło. To nie mogło dziać się naprawdę, nijak nie mogło! Przecież… przecież medyka wzywało się właśnie po to, by wrócić do zdrowia, czyż nie? Dostawało się lekarstwo i… i po jakimś czasie wszystkie dolegliwości mijały, jak ręką odjął. Owszem, nawet na dworze zdarzały się przypadki, gdy medykamenty mogły nie zadziałać, ale w doświadczeniu Soo-wona dotyczyło to osób, które chorowały całymi tygodniami bądź miesiącami, i zazwyczaj przeżyły już kilkadziesiąt zim. Ale… dzieci? Nigdy, przenigdy nie zetknął się jeszcze ze śmiercią rówieśnika. Takie rzeczy… zwyczajnie nie miały prawa się wydarzać. A już na pewno nie w świecie, który znał!

- Nie zadręczaj się - odezwała się nagle kobieta i Soo-won niemal podskoczył, pewien, że go zauważyła; okazało się jednak, że słowa były skierowane do Kye-sooka. - Zrobiłeś aż nazbyt wiele.

- Wciąż nie dość! - rzucił ów tonem samooskarżenia. Wieśniaczka łagodnie dotknęła jego ramienia, pokręciła głową. Młodzieniec uciekł spojrzeniem.

- Przepraszam… Miałem nadzieję…

- Wiem. - Matka chłopczyka uśmiechnęła się ze smutkiem, po czym pogłaskała Kye-sooka po policzku. Soo-won, który podświadomie oczekiwał bardziej dramatycznej reakcji - płaczu, krzyku, zawodzenia - był pod wrażeniem jej opanowania. - I dziękuję ci za to.

Słysząc te słowa, chłopak nieśmiało podniósł na nią oczy - i naraz wydał się Soo-wonowi dużo, dużo młodszy niż do tej pory. Odkrycie to było na tyle niespodziane i zajmujące, że na dobrą chwilę pochłonęło całą uwagę chłopca. Dopiero poniewczasie Soo-won zorientował się, że kobieta na powrót owinęła ciało synka w koc i gotowała się do opuszczenia chaty. Gospodarz ostrożnie pomógł jej wstać i, trzymając się pół kroku z tyłu, odprowadził aż do wyjścia; wszystko to zaś w ciszy tak niezmąconej, że chłopca aż przeszedł dreszcz. Dopiero w progu tamtych dwoje wymieniło jeszcze kilka słów, ale Soo-won nie zdołał ich usłyszeć i, prawdę mówiąc, wcale nie chciał. Zaraz potem drzwi chaty zamknęły się za wychodzącą - i Kye-sook został sam w opustoszałej izbie.

Przez jakiś czas jedynie stał, obracając w dłoni podniesioną z ziemi czarkę po lekarstwie - ale napięcie bijące z całej jego sylwetki było prawie namacalne. Chłopiec spodziewał się, że jego porywacz lada chwila ciśnie naczyniem o ścianę, ale nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego Kye-sook opadł ciężko na podłogę pod ścianą, kryjąc twarz w dłoniach, a w chwilę później jego ramiona zadrżały gwałtownie. Płakał.

Soo-won w jednej chwili uskoczył głębiej za zasłonę. W obecnej sytuacji nie uchodziło się gapić; zresztą, gdy teraz o tym myślał, być może w ogóle lepiej by zrobił, gdyby grzecznie siedział na miejscu i nigdzie nie wyglądał. Chociaż…

Zamrugał gęsto, czując na rzęsach łzy, i cofnął się jeszcze o krok. Na swoje nieszczęście; zahaczył bowiem stopą o jakąś nierówność - ni mniej, ni więcej, a skorupy stłuczonej wcześniej miski - i runął jak długi, boleśnie tłukąc sobie łokieć. No ładnie. Tyle jeśli chodzi o zachowanie dyskrecji…

- Jak długo jeszcze zamierzasz podglądać i podsłuchiwać? - usłyszał równocześnie z izby obok, jakby na potwierdzenie własnych obaw. Zerwał się na równe nogi. Ajjjj…

Z drugiej strony wszakże, skoro już został przyłapany, nie było sensu dłużej się ukrywać. Równie dobrze mógł stawić temu czoła jak mężczyzna…

Wychynął nieśmiało zza zasłony. Kye-sook ruchem głowy dał mu do zrozumienia, by podszedł bliżej.

- Ja… ja nie chciałem - zapewnił Soo-won cicho, spełniając polecenie. - I… T-tak mi przykro…

Młodzieniec popatrzył na niego dziwnie. Na policzkach dalej miał ślady łez.

- Jak dużo widziałeś?

Chłopiec przestąpił nerwowo z nogi na nogę. Znienacka przyszło mu do głowy, że być może porywacz zechce go ukarać za nadmierną ciekawość. Mimo to postanowił być szczery.

- No… chyba wszystko.

Kye-sook przez chwilę taksował go wzrokiem, wreszcie ze zmęczeniem przetarł oczy dłonią.

- Daruj - westchnął. - Nie zamierzałem narażać cię na taki widok… choć pewnie ci się zdaje, że nie mam żadnych skrupułów.

Gorzki przytyk zawarty w ostatnich słowach zabolał i otrzeźwił, Soo-won jednak zdecydował się przyjąć cios z honorem.

- Nie mogłeś tego przewidzieć - oznajmił z przekonaniem. - I… - dodał znacznie ciszej - to nie twoja wina…

- Mógłby żyć. - Chłopak wsparł głowę o ścianę. - Tę chorobę da się wyleczyć… jeśli chory ma dość sił, by z nią walczyć. Przy odpowiednich dawkach lekarstw i regularnych posiłkach, miałby całkiem spore szanse. Myślę, że w królewskim pałacu wróciłby do zdrowia w mgnieniu oka…

Urwał, jakby te słowa sprawiały mu ból; a może zresztą rzeczywiście tak było. Soo-won, który nie bardzo wiedział, co na to odpowiedzieć, spróbował ostrożnie zmienić temat.

- Nie wiedziałem, że umiesz leczyć. To znaczy, znasz się na ziołach i tak dalej, ale…

- Tak wiele to znów nie potrafię… - w głosie Kye-sooka dało się słyszeć nutę goryczy; najwyraźniej wciąż obwiniał się o to, czemu nie zdołał zapobiec. - Ale najwięcej nauczyłem się od matki… No i stąd. - To mówiąc, wskazał kilka mocno podniszczonych tomików stojących na pobliskiej półce. Soo-won wlepił spojrzenie okrągłych jak spodki oczu najpierw w książki, a potem w swego rozmówcę.

- Więc umiesz czytać! - wypalił bez zastanowienia, po czym zdał sobie sprawę, co właśnie powiedział i mocno się zmieszał. - To jest… Nie miałem na myśli…

- To aż taka niespodzianka? - Kye-sook uśmiechnął się do niego - trochę kwaśno, ale głównie smutno. Chłopiec czym prędzej potrząsnął głową.

- N-no nie… - wydukał. - Tylko…

- Jak raczyłeś zauważyć, potrafię to i owo. - Młodzieniec litościwie przerwał jego męczarnie, zaraz jednak znowu spoważniał. - Tyle że… nawet największa wiedza na nic sie nie zda, gdy brak podstawowych środków. Choćbym umiał tyle co nadworni medycy, tym razem nic bym nie zdziałał…

Soo-wona ścisnęło w gardle, gdy to usłyszał, a nowo odkryty entuzjazm, który czuł jeszcze przed chwilą, znikł jak zdmuchnięty. Więc gdyby przyszedł na świat gdzie indziej… w takiej wiosce jak ta… być może nawet nie dożyłby do dzisiaj. Na dworze, gdy ktokolwiek chorował - zwłaszcza gdy było to któreś z dzieci - natychmiast otaczano go troskliwą opieką i dokładano wszelkich starań, by wrócił do zdrowia. Dla bratanka obecnego monarchy było to czymś oczywistym - tymczasem rzeczywistość pokazywała mu właśnie, że może być inaczej. Dramatycznie inaczej.

- Czy… wiele osób choruje? - zapytał niepewnie. - To znaczy w wiosce…

Kye-sook zastanawiał się dłuższą chwilę, nim odpowiedział.

- Coraz mniej - przyznał w końcu szczerze. - Ale to żaden powód do radości. Po prostu... została tu ledwie garść ludzi.

Usta młodzieńca ponownie wykrzywił gorzki grymas, a Soo-won wbił wzrok we własne stopy. Wydawało mu się, że tyle juz nauczył się o świecie, a tymczasem było całkiem inaczej. O wielu sprawach dotąd nie wiedział nic. Nie miał pojęcia, jak sie żyło w tej górskiej osadzie, na jak wielki wysiłek musieli się zdobyć tutejsi mieszkańcy, by w ogóle przetrwać. Przypomniał sobie swoje wcześniejsze zachowanie - samolubne, bezmyślne słowa, rozlaną w złości zupę - i poczuł palący wstyd. Zachował się jak skończony smarkacz. Kye-sook całkiem słusznie się na niego wściekł…

Zaraz, zaraz, pomyślał naraz Soo-won, tknięty nową nadzieją. Może jeszcze zdoła co nieco naprawić? Wprawdzie Kye-sook rzucił te słowa w gniewie, ale… spróbować chyba nie zaszkodzi?

Wyprostował się z nagłą determinacją.

- Pokażesz mi?

- Co takiego? - Fiołkowe oczy wpatrywały się w niego z nieskrywanym niezrozumieniem i chłopiec nieco stracił rezon, ale bynajmniej nie zamierzał się wycofać.

- Powiedziałeś... powiedziałeś wcześniej, że pokażesz mi jak wygląda życie tutaj. Ja… ja chcę się dowiedzieć!

Na dźwięk tych słów we wzroku Kye-sooka błysnęło zaskoczenie, które zaraz ustąpiło miejsca mieszaninie innych emocji. Zaciekawienie, uznanie, smutek i jakby… poczucie winy - wszystko to odbiło się w spojrzeniu młodzieńca.

- Jesteś pewien? - zapytał Soo-wona poważnie. Chłopiec tylko skinął głową; miał nadzieję, że z równą powagą.

Porywacz milczał jeszcze jakiś czas, nim wreszcie z westchnieniem podniósł się z miejsca.

- No dobrze - rzekł. - Ale uprzedzam, to nie będzie radosny widok.